Unionista
Unionista.blog.interia.pl
<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Księga gości
 
O mnie
Unionista
Słówko o mnie
Zobacz mój profil
Notki
22 - HISTORIA UNII TARNÓW widziana oczami Jaskółki z Krakowa 2012-02-13
SEZON 1962 r. - końcowa tabela rozgrywek II ligi - grupa "A":


1/ STAL RZESZÓW - 21 pkt, bramki 26:13;

2/ PIAST Gliwice - 17 pkt, bramki 16:6;
3/ POLONIA Bydgoszcz - 17 pkt, bramki 17:15;
4/ UNIA Racibórz - 15 pkt;
5/ MZKS KROSNO - 14 pkt;
6/ SLAVIA Ruda Śląska - 12 pkt, bramki 14-16 pkt;

7/ NAPRZÓD Lipiny - 12 pkt, bramki 19 - 22;
8/ UNIA TARNÓW - 4 pkt, bramki 10 - 27.

Awans do I ligi, czyli obecnej ekstraklasy /wpis z 2012 r./ uzyskała jak najbardziej zasłużenie rzeszowska Stal.
Stal odniosła w przekroju całych rozgrywek najwięcej zwycięstw, bo aż 10 na 14 rozegranych spotkań !.
Kolejna drużyna z największym dorobkiem wygranych, czyli Unia Racibórz, miała na swoim koncie 7 victorii, a więc jednak wyraźnie ustępowała liderowi. Raciborzanie, mimo 7 wygranych, znaleźli się dopiero na 4 miejscu, co było efektem ich chimerycznej formy.
Stal Rzeszów wykazała się także dobrą formą strzelecką i zdobyła najwięcej goli, bo aż 26.
Dawało to imponującą średnią na 1 mecz, coś około 1,9 bramki.
Druga w tym rankingu była znowu Unia Racibórz, której świetni napastnicy z Lazarem na czele, ustrzelili
20 goli.
Wreszcie Rzeszowianie mogli pochwalić się najbardziej korzystną różnicą pomiędzy strzelonymi, a utraconymi bramkami /+13/.
Wicelider Piast
miał różnicę + 10.
Ta godna uwagi różnica bramkowa dała zresztą Piastowi wyższą lokatę nad Polonią, która zgromadziła na finiszu identyczną liczbę punktów.

II ligę opuszczały 2 zespoły: Naprzód i
Jaskółki.
Kibice Unii mieli okazję przygotować się na spadek, gdyż fatalna passa Unistów trwała od początku sezonu.
Rozpacz w Lipinach była przeogromna, gdyż Naprzód spadł z ligi tylko przez gorszy stosunek bramkowy !. Do samego końca na linii Naprzód - Slavia, trwała zawzięta walka o poprawienie stosunku bramkowego. Doprowadziła ona do nazwijmy to, zaskakujących rezultatów w ostatniej, 14 kolejce rozgrywek. Naprzód rozgromił Krosno 5:0 i było to najwyższe zwycięstwo, jakie udało się komukolwiek "wykręcić" w całym sezonie 1962 r. w II lidze, grupie "A".
Slavia trzymała jednak rękę na pulsie i wygrała z Polonią 3:0.
W efekcie Slavia miała stosunek bramkowy - minus 2, a Naprzód - minus 3 !!!. Tak, tak, tylko 1 gol zadecydował po 14 kolejkach, że Naprzód spadł z II ligii !!!.
Naprzód miał bowiem w sezonie zdecydowanie więcej zdobytych bramek. W bezpośrednich pojedynkach było 3:1 dla Slavii i w rewanżu 2:0 dla Naprzodu.
Egzotyczna publiczność z Lipin mogła szykować swoją formę na III ligę.

Unia Tarnów także wywalczyła sobie przebojem miejsce w statystykach 1962 r.
Unia poniosła najwięcej, bo aż 11 porażek !!!.
Miała najbardziej podły ze wszystkich drużyn stosunek bramkowy, bo minus 17 !!!.
Zdobyliśmy żenująco mało bramek, bo 10 !!!.
Gole dla Jaskółek zdobyli:
Derlaga - 5, Blaga - 4 i Mazurek - 1.

Tak więc tylko 3 zawodników Unii wpisało się na listę strzelców, rzecz niebywała !!!. I to także była jedna z przyczyn fatalnych wyników.
Nie było Rusinka - prawda, nie grał Spodzieja - prawda. Ale przecież w niedalekiej przeszłości gole zdobywali, choćby Witek, Nowak, Dubiel.
Ich niemoc strzelecka ułatwiała zadanie rywalom, którzy mogli się skupić na Derladze i Bladze.
Drugi spadkowicz - Naprzód miał na koncie 19 goli.
Nie próżnowała też nasza defensywa i ona też z rozmachem wkroczyła na łamy statystyki.
W 1962 r. straciliśmy najwięcej bramek, bo 27 !. Nawet Naprzód stracił ich tylko 22 !.

Statystyka nie kłamała - spadek Unii był jak najbardziej "zasłużony". Skoro nawet Pan Janek tak twierdził, to ta smutna konstatacja nie podlegała dyskusji.

SEZON 1962 r. - końcowa tabela rozgrywek II ligi - grupa "B":
 
1/ POGOŃ SZCZECIN - 22 pkt, bramki 30 - 11; 

2/ Szombierki Bytom - 20 pkt;
3/ Śląsk Wrocław -15 pkt;
4/ Garbarnia Kraków -15 pkt;
5/ Wawel Kraków -13 pkt;
6/ Bałtyk Gdynia - 12 pkt;

7/ Zawisza Bydgoszcz - 10 pkt, bramki 11-22;
8/ Arka Gdynia - 5 pkt, bramki 16 - 33.

Do I ligi weszła więc Pogoń Szczecin, która wygrała 10 meczów,  2 zremisowała i tylko 2 przegrała /w Szombierkach 0:1 i w takim samym stosunku na Garbarni/.
Do III ligi spadały Zawisza i Arka.

Także I liga grała w sezonie 1962 r. systemem dwóch grup. Po zakończeniu fazy zasadniczej, liderzy grup w dwumeczu mieli rozstrzygnąć losy tytułu mistrza Polski.
Zespoły, które zajęły drugie miejsca, walczyły o miejsce trzecie itd., aż do strefy spadkowej. Ostatnie drużyny w obu grupach zostały zdegradowane, chociaż i one honorowo grały o 13 miejsce w ostatecznej tabeli.

Mistrzem Polski została Polonia Bytom, która w dwumeczu okazała się lepsza od równie mocnego
Górnika Zabrze. Jej znakomity zawodnik - Jan Liberda, został królem strzelców ekstraklasy /16 goli, a więc zdobył więcej, niż cała drużyna Unii w II lidze !!/. 
Puchar Polski zdobyło Zagłębie Sosnowiec, które w finale pokonało ... Górnika Zabrze.
Do II ligi spadły:
Stal Mielec i Cracovia.

Eliminacje o wejście do II ligi:


Po spadku Unii, jej kibice zaczęli bardziej uważnie śledzić rozgrywki o wejście do II ligi. Upiorny system baraży nie został zarzucony i zwycięzca grupy "krakowskiej" III ligi musiał jeszcze wykazać swoją wyższość nad innymi liderami.
Niespodziewanie przyszło nam dopingować ... Hutnika Nową Hutę, który okazał się najlepszy w "naszej" III lidze. To był dobry zespół, a na dodatek miał w składzie Rusinka !.

Gdyby Hutnikowi udało się awansować, wówczas odpadłby nam groźny rywal w walce o pierwsze miejsce w III lidze. To upraszczałoby sprawę szybkiego powrotu na ligowe salony.

Hutnik w III lidze musiał rozegrać 30 spotkań, by uzyskać prawo do walki w barażach. W pokonanym polu znalazły się mocne zespoły, a wśród nich przede wszystkim Victoria Jaworzno. Wyższość Hutników musiała uznać także solidna Sandecja Nowy Sącz, czy też rezerwy Cracovii i mająca wówczas ciekawą kadrę Skawa Wadowice.
Z III ligi do "A" - klasy spadły: Płaszowianka, Beskid Andrychów i Korona Kraków. Szczęście uśmiechnęło się do Tarnovii, która miała lepszy bilans bramkowy, aniżeli spadkowicz Korona. A więc zapowiadały nam się derby.


Pierwszy mecz w barażach o II ligę
przyszło
Hutnikowi rozegrać na boisku Mistrza Śląskiej Ligi Okręgowej - Rakowa Częstochowa. Jeszcze do przerwy Hutnik dotrzymywał kroku rywalowi i po 45 minutach gry było 2:2. Potem Raków zmiótł Hutników z powierzchni boiska i całe spotkanie wygrał 5:2 !.
Na nic zdała się dzielna postawa Rusinka, który strzelił 1 gola, a i druga bramka dla gości była efektem jego akcji i świetnej asysty.
 
Kibicom Unii zrzedły miny. Po tak nieudanym starcie w barażach, wszystko wskazywało na to, że i Hutnik będzie naszym przeciwnikiem w III lidze !.

Po kolejnym występie Hutników nadzieje odrodziły się. Hutnik zasypał siarczystymi ciosami kolejnego rywala i odniósł fantastyczne zwycięstwo 7:0 /2:0/ !!!. Pogromu dokonano na zespole KSZO Ostrowiec Św.
Aż 3 gole zdobył Rusinek, który był Królem boiska. Pokazał także swoje umiejętności i przy kolejnej bramce, idealnie wykładając piłkę koledze z drużyny.
Z niepokojem czekano na kolejny, wyjazdowy mecz Hutnika, który miał odpowiedzieć na pytanie, czy aby przypadkiem nie okaże się on drużyną jedynie swojego podwórka. Nie okazał się !. Hutnik przywiózł cenny punkt z boiska Górnika Radlin, gdzie zremisował 1:1 /1:0/ !. Tym razem szczelnie pilnowany Rusinek gola nie zdobył, ale jego gra nadal nie schodziła poniżej wysokiego poziomu.
Ale już kolejny odnotowany w moich zapiskach wynik wzbudził na tyle poważne obawy, że został on nawet opatrzony dodatkowym komentarzem: "chyba mamy Hutnika w III lidze".
Hutnik zremisował u siebie ze Stalą Stalowa Wola 2:2, ale męczył się niemiłosiernie i "gonił" wynik /do przerwy prowadzili goście 2:1/.
Huśtawka nastrojów trwała w najlepsze - kolejny zapisek opatrzony jest pełnymi euforii znakami, ale też i nie ukrywanym zdumieniem. Euforia towarzyszy wynikowi meczu - Hutnik wygrywa u siebie z faworytem baraży, czyli Rakowem 4:2 /3:1/. To pokazuje potencjał Hutnika.
Zdumienie towarzyszy zapewne faktom, o których musiała donosić prasa. Na boisku działy się dziwy nad dziwami. Z nieodnotowanych powodów jeden z graczy Hutnika /nie był to Rusinek/. został  wyłączony z gry przez ... swoich kolegów !!!. Ni mniej. ni więcej, ale nie dostał od nich żadnego podania !. Ponoć pomiędzy innymi piłkarzami Hutnika doszło do spięć, przepychanek, które miały przenieść się nawet do szatni !. Dalsze występy Hutnika, mimo pokazania wielkich możliwości, musiały być więc siłą rzeczy, jedną wielką niewiadomą.
Kolejny mecz przebiegł jednak po myśli Hutników. Outsider tej grupy - KSZO, nie sprostał Hutnikowi i na własnym boisku musiał uznać jego wyższość 2:3 /0:2/. Walka o II ligę trwała więc w najlepsze.
Także kolejny mecz przyniósł kibicom Hutnika radosne bicie serca.
Hutnik odprawił na swoim stadionie Górnika Radlin 3:0. Znowu błysnął Rusinek.

To po jego strzale bramkarz gości nie utrzymał piłki w rękach, co skwapliwie wykorzystał Krupa,

zdobywajac jedną z bramek.
Ale i sam Rusinek wpisał się na listę strzelców !.
Po charakterystycznym dla niego dryblingu, wyprowadził w pole obrońców i mimo, że jeden z nich ciągnął go za co się dało /może przesadziłem, bo ciągnął go głównie za koszulkę/, rąbnął silnie i celnie pod poprzeczkę !.

Piękna postawa Rusinka nie przyniosła jednak oczekiwanego sukcesu !.
Hutnik nie wygrał baraży i ustąpić musiał pierwszeństwa Rakowowi. Jedyną, marną zresztą pociechą było to, że Raków już wkrótce okazał się rewelacją drugoligowych potyczek.
Oprócz spadku mieliśmy więc na głowie dodatkowo jeszcze i Hutnika i w takich oto  "radosnych" nastrojach czekaliśmy na nowy, zreorganizowany system rozgrywek - jesień - wiosna, czyli 1962/ 1963r.
 
MECZ TOWARZYSKI: REPREZENTACJA 
KRAKOWA - MISZKOLC /WĘGRY/.
 
Mecz wart odnotowania z uwagi na udział w nim naszego Kotwy, którego dobra postawa w II lidze nie umknęła uwadze selekcjonerów.
Zagrał tylko drugą połowę, ale wpisał się do annałów tego spotkania. To jego kąśliwy strzał sprawił wiele kłopotów bramkarzowi gości i umożliwił skuteczną dobitkę Sykcie - piłkarzowi krakowskiej Wisły. Sykta dwa razy grał w reprezentacji kraju, pierwszy raz w 1959 r. przeciwko Finlandii, drugi raz właśnie w 1962 r.
Kolejną bramkę, w 75 minucie gry, zdobył Monica, także Wiślak, także reprezentant Polski. Ten z kolei zaliczył swój debiut w reprezentacji kraju w 1959 r. w meczu z Izraelem. Z orzełkiem na piersi zagrał 13 razy.
W meczu wystąpił też Horba, o którym już wspominałem.
Z takimi oto tuzami przyszło występować Kotwie !.
Kraków wygrał 2:0, a nasz zawodnik był komplementowany po tym meczu. 

1/16 RUNDY FINAŁOWEJ O MISTRZOSTWO 
POLSKI JUNIORÓW.



Pogromcy Wisły Kraków, czyli juniorzy Unii, w 1/16 trafili na mistrza okręgu podkarpackiego, a był nim zespół z Krosna. Wynik losowania przyjęto z mieszanymi uczuciami, nie było bowiem do końca takie pewne, czy Krosno nie zechce "przedmuchać" i naszych juniorów.
Chciało. Okazało się to już w pierwszym spotkaniu, rozegranym przez naszych juniorów na wyjeździe. Krosno zagrało z olbrzymim animuszem, chcąc rozstrzygnąć wynik rywalizacji już u siebie. Tym razem jednak okazało się, że "chcieć" to nie zawsze oznacza "móc". 


Jaskółki postawiły wysoko poprzeczkę. Na tle kolejnego przeciwnika okazało się, że gramy piękną technicznie piłkę, a nasze akcje są niejednokrotnie zbyt szybkie dla Krośnian.
Ładną dla oka grę zaprezentowali:
Grzyb, Burda, Brożek /bodajże kapitan zespołu/, Rybski, Lazarowicz, Bugno, Florek, Kolarz /Kurzawa/, Kulpa, Kozioł, Poręba /Kędryna/.

W trakcie meczu okazało się, że nasi zawodnicy potrafią zachować zimną krew w sytuacjach podbramkowych. Nie było ich zbyt wiele, podobnie jak i strzałów, ale najważniejszy egzamin - ten ze skuteczności - Jaskółki zdały celująco. Zdobyliśmy 2 gole !. W 17 minucie Kolarz, a w 64 min. Kozioł ustalili wynik meczu, albowiem gospodarze ani razu nie umieścili piłki w naszej bramce !!!. Wygraliśmy 2:0 i był to znakomity prognostyk przed rewanżem w Tarnowie !!!.
Ćwierćfinał Mistrzostw Polski Juniorów był już na wyciągnięcie dłoni i nikt w naszym obozie nie dopuszczał myśli, że awans może zostać wydarty naszym juniorom. Uzasadnionego wynikiem optymizmu nie studziły informacje osób znających na wylot team z Krosna, które twierdziły, że ambitni piłkarze tej drużyny napewno nie odpuszczą do ostatniego gwizdka sędziego i podejmą w Tarnowie odważną próbę pokonania Unistów. Ano zobaczymy, czy im się to uda !!!.



1/16 RUNDY FINAŁOWEJ O MISTRZOSTWO
POLSKI JUNIORÓW - MECZ REWANŻOWY UNIA TARNÓW - KROSNO.
 


Przewidywania specjalistów, że Krosno nie odpuści w meczu rewanżowym w pełni się potwierdziły !.
Jaskółki wyglądały na rozkojarzone i nazbyt rozluźnione, a może to świadomość szansy, jaka przed nimi stanęła, paraliżowała ruchy młodych piłkarzy ?.
Nie dowiemy się tego, ale faktem pozostaje to, że postawa Unistów budziła wiele obaw ! Unia zagrała źle, bez koncepcji. Wydawało się, że juniorze grają na zasadzie powiedzenia "jakoś to będzie". Było wiele nieporozumień i chaosu. I byli Krośnianie: ambitni, nieustępliwi, wierzący w odrobienie strat. W tej sytuacji niechaj więc nikogo nie dziwi, że inicjatywa należała przez większość spotkania do gości !.
I nie wiadomo jak potoczyłyby się losy zespołu, gdyby nie to, że Jaskółki wykazały się nieprawdopodobną skutecznością na samym początku meczu. W pierwszych 10 minutach gry Unia zdobyła aż 2 gole !!!.
W 3 minucie Kolarz, a w 10 Poręba zdobyli "złote" bramki !.
Dobra postawa Krosna też dała mu 2 gole.
Mecz zakończył się remisem 2:2 /2:1/ !!!.
Juniorzy Unii znaleźli się w ćwierćfinale ogólnokrajowych rozgrywek !!!, cdn ...



PS. REKLAMA:
Zapraszam wszystkich na mój drugi blog /wejście przez blog niniejszy/:  "Unionista.blog.interia.pl/Jaskolka-z-Krakowa/", 
obecnie strona 22. 
Ostatnie wpisy z 4 maja 2012 - uwagi przed hitowym meczem z POPRADEM MUSZYNA !.
21 - HISTORIA UNII TARNÓW, widziana oczami Jaskółki z Krakowa 2011-12-28
SEZON 1962 r. - II LIGA - 9 kolejka; UNIA - MZKS KROSNO.
 
Krosno słynęło z dawien dawna z hut szkła. Pamiętam czasy, kiedy krośnieńskie wyroby ze szkła można było nabyć tylko "spod lady".
Pamiętam też 20 maja 1962 r., kiedy to piłkarze ze "szklanego miasta" przyjechali do Tarnowa na mecz z Unią.
Technologia produkcji szkła do łatwych nie należy, ale jest za to nadzwyczaj ciekawa.
Najpierw trzeba znaleźć odpowiedni materiał. Materiał był. Do niedawna uznawany był za jeden z lepszych w swojej klasie. Wielu go ceniło i chętnie oglądało. Materiał zwał się: Czekanowski /Janusz/, Tyliszczak, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Derlaga, Blaga, Dubiel /Suder/.

Potem musi być odpowiednia temperatura topienia surowca.Jak na koniec maja była.
Potem trzeba to jakoś uformować, a to w kaczuchę medyczną z plastikową rączką, a to w gustownego łabądka na dyrektorskie biurko.
Ooo, z tym już było gorzej. Surowiec nie chciał poddać się procesowi formowania.
Unia grała co prawda słabo, ale jednak miała przewagę w polu. Cóż z tego, kiedy napastnicy Jaskółek byli niczym z innej planety i nie pasowali do poczynań pozostałych kolegów.
Było wiele nieporozumień, wrzucana na wolne pole piłka nie trafiała do adresatów, gdyż ci wykazywali brak zainteresowania rozwinięciem akcji.
I mimo, że Unia mogła pokusić się o zdobycie gola, to brak wiary w skuteczność swoich poczynań, brak zadziorności i skuteczności niweczył jakiekolwiek nadzieje na objęcie prowadzenia.
Surowiec więc się opierał, ale z czasem zaczynał przypominać modelinę, czy bardziej wtedy popularną plastelinę.
Unia zaczynała nabierać kształtów łabądka, a napastnicy nawet kształtu kaczuchy. Medycznej ma się rozumieć.
Widząc to Krośnianie przystąpili do fazy topienia Unii w wysokiej temperaturze. Kilka razy zawrzało na naszym polu karnym, ale gospodarze nie wyciągnęli z tego właściwych wniosków.
Najtrudniejszym etapem wyrabiania szkła jest jego dmuchanie.
Krosno przystąpiło do dmuchania Jaskółek w 34 minucie spotkania.
Przedmuchać już odpowiednio przysposobioną do tego zabiegu Unię miał jeden z lepszych dmuchaczy Krosna -
Zajdel.
Przedmuchał nas po celnym dośrodkowaniu ładną główką. 1:0 dla MZKS Krosno !!!.
Na trybunach rozgorzały dyskusje, czy nasz blok obronny z Czekanowskim na czele nie mógł zapobiec utracie gola - zdania były podzielone, ale faktem jest, że w późniejszej fazie meczu w bramce stanął młody Janusz.
Nie wykluczam też /tego szczegółu już nie pamiętam/, że Czekanowski odniósł w tym meczu uraz, faktem bowiem również jest, że pauzował w następnych dwóch kolejkach.
Faktem jest też, że przy utraconym golu Czekanowski nawet nie interweniował, ale sympatyzujący z nim kibice twierdzili, że nawet interwencja by nie zmieniła przebiegu zdarzeń na boisku.

Pierwsza połowa zakończyła się prowadzeniem Krosna 1:0.
Po przerwie Jaskółki nie przekonały do siebie zmartwionych kibiców. Grały słabo, a nawet - rzecz niebywała - bez śladów większej ambicji.
Zespół najwyraźniej spasował i pogodził się z degradacją.
4 tysiące widzów przybyłych na ten mecz, topniało niczym śnieg w promieniach słońca.
Kibice opuszczali stadion na długo przed końcem zawodów nie tyle z racji wyniku i smutnego losu zespołu, ile raczej z powodu właśnie braku chęci walki ze strony biało - niebieskich.
Dało się słyszeć przytłumione i załamane głosy:
"Ty - ten kryształ, jak go wydmuchali, to przypominał urnę", "urnę do głosowania ?", "coś Ty taki niedojda - urnę na prochy !", "acha na prochy", "trza kupić chryzantemy","białe widziałem za stadionem", "no to chodźmy", "ano chodźmy", "popatrz jaka kolejka","no,no, to sobie nieźle postoimy","ale dla Unii wszystko", "ma się rozumieć".
Unia przegrała całe spotkanie 0:1.

Wyniki 9 kolejki w grupie "A":
Unia Racibórz - Polonia Bydgoszcz 1:1, Slavia Ruda Śląska - Stal Rzeszów 1:3, Naprzód Lipiny - Piast Gliwice 1:0.

Tabela II ligi - 9 kolejka - grupa "A":
 
1/ Stal Rzeszów 14 pkt;
2/ Polonia Bydgoszcz - 12 pkt;
3-4/  Unia Racibórz i Piast - po 11 pkt
5/ MZKS Krosno - 10 pkt
6-7 / Slavia i Naprzód - po 6 pkt;
8/ UNIA TARNÓW -  2 pkt.
 
Wyniki II ligi - 9 kolejka, grupa "B":
Garbarnia - Wawel 1:0, Zawisza - Arka 3:1, Pogoń - Szombierki 5:2, Śląsk - Bałtyk 0:0.

Tabela II ligi, grupa "B" - 9 kolejka:
1-2/ Szombierki i Pogoń - po 13 pkt;
3/ Śląsk Wrocław - 12 pkt;
4/ Garbarnia 11 pkt;
5-6/ Wawel i Zawisza - po 8 pkt; 
7/ Bałtyk -  7 pkt;
8/ Arka - 1 pkt.

SEZON 1962 r. - II LIGA - 10 kolejka; UNIA -SLAVIA RUDA ŚLĄSKA. 
  
Maciej Zembaty, wspaniały propagator twórczości Leonarda Cohena, satyryk, mistrz czarnego humoru, urodził się - o czym mało kto pamięta - w Tarnowie. Nie wiem, czy był na meczu Unii ze Slavią, jako że wkrótce po urodzeniu Jego rodzina przeniosła się bodajże do Wadowic.
Ale jeśli był na tym spotkaniu, to napewno wówczas zrodziła się w Jego głowie wizja tekstu do Marsza Żałobnego Chopina. Kto jeszcze tego nie słyszał, niech sobie legalnie ściągnie i posłucha - niezła perełka !.

Nie pamiętam całego tekstu, ale pierwsza zwrotka brzmiała coś jakby tak:
"Jak dobrze mi w pozycji tej
w pozycji horyzontalnej
ubodzy krewni niosą mnie na swych ramionach
a za trumną idzie żona".
Potem "umarlak" zamartwiał się jeszcze, że ledwie zipiąca żona się przeziębi, a przed ubogimi krewnymi długa droga.

I tak oto, jako ubodzy i bezradni krewni nieśliśmy 27 maja 1962 r. tę piłkarską trumienkę. Umarlak, czyli zespół Unii, nie za bardzo jednak troszczył się o nasz stan ducha. Sam ducha wyzionął, więc i najwyraźniej nie troszczył się o nasz komfort psychiczny.

Unia zagrała nad wyraz słabo.
Ambicja, wola walki, honorowe rozstanie się z ligą - te słowa zostały też pochowane głęboko w ziemi.
Najwierniejsi fani Jaskółek, w okrągłej liczbie 1 tysiąca, czuli się oszukani.
Szybko zrozumieliśmy, że cudu już nie będzie. Na ziemię opadały, niczym pożółkłe liście  kartki, na których kreślono możliwe jeszcze scenariusze na wypadek zwycięstwa Unii. Niejednemu z mozolnych wyliczeń wychodziło, że są jeszcze szanse na obronę pozycji ligowca.
Tych szans jednak już nie było, bo sami piłkarze najwyraźniej przyjęli pozycję horyzontalną.
Slavia niczym nadzwyczajnym nie zaimponowała. Ze swoją dyspozycją jeszcze rok wcześniej wyjechałaby z Tarnowa z niezłym bagażem goli.
Ale tym razem jej ambicja i chęć wygrania meczu, w zupełności wystarczały na to, by udzielać Jaskółkom lekcji futbolu.
Już w  3 minucie meczu Jojko celną główką przyniósł gościom prowadzenie. Zawinili nasi gracze z pola, którzy dopuścili do groźnej i celnej centry ze strony Wieczorka.
Slavia prowadziła 1:0 !.


W żadnym stopniu nie pobudziło to naszych graczy do lepszej gry. Próby reanimacji zespołu z ławki trenerskiej okazały się nieudane, no może poza 12 minutą gry, kiedy to w sporym zawirowaniu pod bramką gości Nowak huknął w słupek, a dobitkę nadciągajacego Witka wybronił Bem.
90 minut męczarni - oto co zafundował nam zespół w tym dniu.
"Fundatorami" byli: Janusz, Tyliszczak, Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek /Blaga/, Kotwa, Marek, Suder, Dubiel. 

Unia przegrała całe spotkanie 0:1.

W kondukcie żałobnym, który bynajmniej nie podążał w kierunku Alei Zasłużonych, rozpamiętywano ostatnie osiągnięcia odchodzącej do III ligi Unii.
Mówiono o braku dyscypliny i o nazbyt lekkiej ręce kierownictwa klubu. Mówiono o braku zaangażowania i braku chęci. Padały nazwiska zawodników. Ale my dobrym zwyczajem zamilczmy nad tą trumną.
Na stronach forum kibiców Unii, w dziale poświęconym historii sekcji, napisano że po spadku z II ligi w Mościcach zapanowała żałoba. Ktoś miał dobre informacje, nastrój był właśnie dokładnie taki, jak go i ja przedstawiam.
Przed kibicami była jednak jeszcze długa droga przez mękę - do zakończenia rozgrywek pozostały bowiem 4 mecze.

A- KLASA, grupa I:
Oto wyniki do jakich udało mi się dotrzeć:
w 12 kolejce rezerwy Unii wygrały z Okocimskim 3:0, po golach Goska, który definitywnie wypadł z pierwszego składu oraz młodego
Kulpy i Marka.
Dalej Unia zremisowała z Bieżanowianką 1:1, ale nie wiem  kto zdobył bramkę.
W 14 kolejce, na wyjeździe kolejny remis, tym razem z
Grzegórzeckim Kraków 0:0.
Remisy polubiliśmy, o czym przekonał się Dunajec Nowy Sącz /2:2/.
Dopiero w kolejnym spotkaniu seria spotkań nierozstrzygniętych została brytalnie przerwana przez Metal Tarnów, na boisku którego Uniści przegrali 1:2 /gol
Kędryny/.
Potem znowu remis - u siebie z Kłajem 1:1 i porażka w Podłężu 0:2. Jedną z bramek zaliczył Spiżak - warto zapamietać to nazwisko.

SEZON 1962 r. - II LIGA - 11 kolejka; POLONIA BYDGOSZCZ - UNIA.
 
Tym razem na wyjazdowy mecz Jaskółek wybrała się nieliczna kolonia tarnowskich kibiców.
Można było ich łatwo wyłowić z tłumu podróżnych - wszystkim im włosy stały dęba. Tym pozbawionym owłosienia na sztorc stanęły kołnierzyki kurtek. A tym bez włosów i kurtek, ech, dajmy temu pokój. Jednym słowem - było "straszno i ponuro".
Każdy miał świadomość, że pozbawiona kondycji, a w ostatnim okresie i ambicji drużyna, niewiele zwojuje w Bydgoszczy.
Na wyjazd załapali się więc prawie wyłącznie masochiści, alzheimerowcy i fanatycy. Myślę, że należałem do każdej z tych grup po trochu, a do ostatniej w całości.
Żeby oddać ten niepowtarzalny nastrój chwili postanowiłem zaprezentować fragmenty kolejnego kryminału spłodzonego w młodości przez Jaskółkę z Krakowa /tak, kiedyś też byłem młody - człowiek nie od razu rodzi się emerytem/.
Śledzący tę rubrykę wiedzą doskonale, że już sam poziom moich kryminałów, nie wspominając o fabule, rodzi nastroje przygnębienia, jest masochizmem w rzeczy samej, a i włosy dęba staną i to po przeczytaniu pierwszych zdań. Podobno lektura ta jest także dobra na impotencję, o czym żarliwie zapewniał mnie kiedyś znajomy farmaceuta.
I oto właśnie chodzi - zrozumiecie w jakim nastroju jechaliśmy do Bydgoszczy.

Dzieło nieletniego Jaskółki z Krakowa wywołujące nastrój wyjazdu do Bydgoszczy:

"W zawiesistym, przesiąknietym kurzem powietrzu, wiruje rozpieczętowany list. Na chwilę zatrzymuje się na wąskim promyku słońca, wpadającym przez szare okno, by po chwili kontynuować swój powietrzny taniec.
Stary, pochylony archiwista, przerywa jego lot.
Z zaciekawieniem rozpościera wymiętą kartkę na zakurzonym krześle.
Nie sposób nawet odgadnąć, z których akt wymknął się list.
A może jest on tylko wytworem wyobraźni archiwisty - ostatniego świadka nieuniknionego losu dokumentów...
Staruszek niepewnym ruchem zakłada okulary w brązowych oprawkach i z rosnącym zaciekawieniem zaczyna czytać wielkie, kulfoniaste litery, przetykane gęsto plamkami tuszu, śladami trudnych do określenia substancji.
Oto treść listu:
*** Panie /... w tym miejscu archiwista nie może odczytać wytartych słów/, - jestem naprawdę niewinny. Nie popełniłem tej zbrodni. No cóż, żona faktycznie nie żyje, ale żeby Pan wiedział, jak do tego doszło !.Postanowiłem to wszystko szczerze opisać - ja jej naprawdę nie zamordowałem. A wszystko zaczęło się pół roku temu. To wówczas straciłem pracę w bazie samochodowej. Nie powiem - czasem się wypiło, ale żeby tak od razu wyrzucać z pracy ?. Od tego czasu zaczęło się pasmo nieszczęść.
Najgorsze były noce - męczyły mnie ponure, koszmarne sny.
Budziłem się oblany potem, z drżącymi rękami. Zapadałem ponownie w letarg, w oparach papierosa, kołyszącym szumie tabletek i monotonnym głosie żony Marii, obudzonej po raz kolejny moim krzykiem przez sen.
Dni, które witałem niezmiennie z bólem głowy, ale i z odrobiną nadziei, nie przynosiły ulgi.
Ludzie jawili mi się jako te potwory, unikałem przyjaciół, przestałem nawet chodzić na mecze Unii Tarnów.
Wreszcie - bardziej z litości, niż potrzeby - zatrudnił mnie u siebie mój znajomy - Andrzej K.
Lepiłem małe, gipsowe ptaszki, sarenki, krasnale pod kapeluszami grzybów, wyobrażając sobie, że przenoszą mnie one w leśne ostępy, słoneczne polany, gdzie figury ożywają i znikają w cieniu drzew.
Później jednak - w chwilach niepojętego szału - tłukłem kolorowe figury na miazgę, by po chwili jak syzyf, rozpoczynać wszystko od nowa.
Aż wreszcie nadszedł feralny 10 styczeń 19 .../ plama tuszu uniemożliwiła archiwiście odczytanie dokładnej daty/.
Tego wieczoru długo nie szedłem spać - chciałem zmęczyć organizm. Po raz kolejny oglądałem w telewizorze niedoszłego samobójcę, który nie trafił do siebie trzymanym w dłoni pistoletem.
Zegar na pobliskiej wieży wybijał już trzecią godzinę w nocy, gdy wreszcie poczułem, jak ciepła wata wypełnia mi oczy, uszy, całą głowę. Nareszcie usnąłem ...
I wtedy przyśnił mi się ten sen. Siedziałem w więziennej celi. Grubiutki, tryskający energią strażnik oznajmiał mi właśnie, że za chwilę cela wypełni się trującym gazem.
Moją uwagę zwróciła kartka, którą dotychczas bezwiednie trzymałem w ręce. To był wyrok, wyrok na mnie - skazany zostałem na karę śmierci za zabójstwo żony !!!.
Strażnik bezszelestnie wymknął się z celi śmierci i w tym samym momencie usłyszałem cichy syk.
Zabójczy gaz wdzierał się przez niewidoczne otwory do wnętrza. W rozpaczy przyglądałem się ścianom, badałem je, darłem pazurami, ale nadaremnie - nigdzie nie zauważyłem najmniejszego otworu.
I wtedy - i wtedy mój oszalały wzrok spoczął na małym zawiniątku w kącie celi. W środku, wśród roztrzaskanych główek sarenek, których rozłupane pyszczki zastygły w nienaturalnym grymasie, zobaczyłem resztki gipsu. Obok, w zardzewiałym pojemniku znalazłem wodę !.

Rozrobiony wodą gips błyskawicznie schnął, więc nie miałem wiele czasu na zalepianie podejrzanych otworów w ścianach celi. Ale te jednak były, wydawały ze swoich trzewi śmiertelny świst, rzucałem się na nie z zapamiętaniem, wściekłością.  Ściana jakby żyła, uginała się pod moimi palcami, charczała wylewającą się trucizną, stawiała opór.
Dopiero ostry dzwonek budzika wyrwał mnie z koszmaru. Tak, tak - to na szczęście był tylko sen. Straszny sen. Zlany potem, zmęczony głęboko odetchnąłem. Zaświeciłem nocną lampkę i popatrzyłem na swoje dziwnie ociężałe dłonie. Widniała na nich gruba warstwa zaschniętego gipsu !. Przerażony, zacząłem zsuwać się z wersalki, potknąłem się o małą, zardzewiałą  puszkę z wodą, mógłbym przysiąc, że jeszcze wczoraj tu jej nie było !.
I nagle ... zobaczyłem moją żonę. W jej nosie, uszach i ustach, na podartej poduszce wokół głowy tkwił zaschnięty nalot białego gipsu.
Maria już nie oddychała ..."

No dobra, jak już Wam stoją włosy, to znak że jedziemy do Bydgoszczy. Nie ma rady, trzeba przełknąć i tę pigułę. Skoro przetrzymaliście krymianał młodego Jaskóły, to i przeżyjecie wyjazd do Polonii. Na wszelki jednak wypadek przyglądnijcie się, czy Wasi najbliżsi nie zakupili ostatnio gipsowej sarenki, dobrze Wam to radzę, tak po kibicowskiej znajomości.

Na mecz przybyło 10 tysięcy kibiców !. Widać w Bydgoszczy lubią patrzeć na dożynanie owieczek. Oprócz 10 tysięcy było jeszcze z kilkunastu ze stojącymi dęba włosami. Wraz z upływem czasu choroba sterczących włosów zaczęła przechodzić na miejscowych.
I Polonia i Jaskółki zaskoczyły swoich fanów. Polonia słabą grą, Unia dotrzymywaniem kroku rywalowi.
Unia poprowadziła całkiem otwartą grę, poczynała sobie uważnie, zwłaszcza w obronie. Gorzej wyglądało to w linii ataku. Nie skłamię, jeśli powiem, że w tym meczu przy lepiej nastawionych celownikach Uniści mogli sprawić nielada niespodziankę.
A jednak i Jaskółkiom udało się wykorzystać słabszy dzień przeciwnika, a może fakt zlekceważenia nas przez gospodarzy.
Pierwsza połowa zakończyła się bowiem sensacyjnym, jak na dotychczasową postawę Unii, wynikiem.
Był remis 1:1 !. Gola dla miejscowych zdobył trudny do upilnowania Norkowski, zaś trafienie dla Jaskółek zaliczył Henryk Blaga !.

Po przerwie Polonia w zasadniczy sposób nie zmieniła swojej postawy. Grała momentami wolno i w przewidywalny sposób. Wyłom stanowiły żwawsze poczynania Norkowskiego, który kilka razy "oszukał" naszą obronę. Uniści i w tej fazie meczu mogli zdobyć bramkę. Niemoc strzelecka zapanowała jednak w pierwszej linii i naszym piłkarzom nie udało się podwyższyć wyniku.
Udało się to natomiast Polonii, która po dosyć prostych błędach obrony dorzuciła do swojego dorobku dwie kolejne bramki, autorstwa Norkowskiego /Henryka - wszedł na nasze nieszczęście za kontuzjowanego brata Mariana/  i Armknechta.
Polonia wygrała 3:1 i to już nie zaskakiwało, wszak byliśmy przygotowani na przegraną.  
Wynik zaprawiony był więc bardziej niż smutkiem świadomością, że ulegliśmy przeciętnie poczynającemu sobie rywalowi, któremu wydatnie dopomogli nasi napastnicy, nie wykorzystujący kilku dobrych okazji.
Porzekadło, że nie ma ludzi niezastąpionych, akurat w sezonie 1962 r. nie sprawdzało się. Póki co ani Rusinek, ani Spodzieja, nie doczekali się godnych siebie następców.
Symptomatyczne było i to, że w drodze powrotnej najczęściej wymieniano właśnie nazwiska wskazanych dwóch supersnajperów. W tym kontekście mówiono też o H. Bladze, w poczynaniach którego można było dopatrzeć się "iskry Bożej", ale to była melodia przyszłości. Na tamten czas Unia nie miała w ataku zawodnika, który potrafiłby w sposób regularny zaskakiwać przeciwnika celnymi strzałami, czy regularnie zdobywanymi golami.
Będę kończył, właśnie teściowa przyniosła mi coś niedużego, gustownie zapakowanego w ozdobny papierek. Cóż to może być ? - kanapka, słodycze ?. Zaraz, zaraz, już rozpakowujemy, trochę poszeleścimy. Ooo, jaka milutka, gipsowa sarenka. A jaką ma słodką mordkę, sarenka ma się rozumieć.

CIEKAWOSTKI:



Lotem błyskawicy rozniosła się po Tarnowie informacja, którą przekazał nam podekscytowany Pan Janek.

"No to się doczekali !" powtarzał w kółko. "Trener Anioł pogoni piłkarzy przed kolejnym meczem. Będą ganiać na czas po ulicach Tarnowa 50 okrążeń, po około 900 metrów każde. Nabiorą kondycji na kilkanaście kolejnych sezonów !."
Tak właśnie rodzą się plotki, które nie za wiele mają wspólnego z prawdą.
Szybko okazało się, że "pewne" informacje Pana Janka dotyczą rozgrywanego w tamtych latach Kolarskiego Kryterium m. Tarnowa.
Uwagę zwracały cenne nagrody: a to aktówka ufundowana przez Spółdzielnię "Fructona", a to nagroda pieniężna w wysokości 300 PLN, przekazana przez Spółdzielnię Pracy "Odzież". To były jeszcze jakże dziwne czasy, kiedy  znajdowano sponsorów nawet dla kolarzy.
O aktówkę powalczyło 36 kolarzy, a ich walka była na bieżąco transmitowana na całej trasie, dzięki radiofonizacji przeprowadzonej przez Klub ZMS Kon - Tiki. Także i Kon - tiki odpłynęła w dal.
Kryterium wygrał kadrowicz, były górski wicemistrz Polski -  Kazimierz Gazda, którego nie należy mylić z bardziej utytułowanym Staszkiem Gazdą.
Za zwycięstwo dostał m.in radioodbiornik.
Wzdłuż trasy wyścigu widziano i piłkarzy Unii, ale nie wyglądali na zmęczonych, czy też zainteresowanych aktówkami.

SEZON 1962 r. - II LIGA - 12 kolejka;  UNIA Naprzód Lipiny.

Po Kryterium Kolarskim przyszedł czas na mecz z Naprzodem.
Unia zagrała w składzie: Janusz /Czekanowski/, Tyliszczak, Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Marek, Blaga, Dubiel.
Ten mecz napewno zapadł w pamięć Franciszkowi Żołędziowi /Żołądź/, który zmienił Nowaka.
Mamy więc kolejną nową twarz w zespole.
Czasem zapatrzenie się na chyżo pomykających kolarzy, też może przynieść godne uwagi efekty.
Piłkarze Unii zagrali bowiem zupełnie przyzwoity mecz, a już napewno podobający się kibicom. Było szereg składnych akcji, były też i strzały - i to celne - na bramkę Naprzodu.
2 tysiące kibiców nie żałowało przybycia na to spotkanie. Unia, mimo że nikt już nie wierzył w jej pozostanie w II lidze, zebrała za swoją grę sporo braw.
Podobał się Blaga w ataku, który grał jakby śmielej i pewniej, aniżeli we wcześniejszych meczach. Sporo strzelał, ale  też
 trzeba przyznać, że otrzymał wiele dobrych piłek od kolegów z głębi pola.
Co ważniejsze - Blaga potrafił zdyskontować swoją dobrą postawę zdobyciem bramki !. Stało się to w pierwszej połowie, po której Unia dosyć nieoczekiwanie
objęła prowadzenie 1:0. !

Bramka padła w dosyć niecodziennych okolicznościach. Po akcji Witka, piłkę przejął Dubiel i to on oddał strzał w światło bramki rywali. Odbitą piłkę przytomnie skierował do siatki ... piętą, właśnie H.Blaga !.
I nie był to jednarozowy "wyskok" naszego napastnika. Po przerwie Blaga po raz drugi wpisał się na listę strzelców !. I to w jakim stylu !!!. Nożycami, w 79 minucie gry !.
Jeszcze nie tak dawno zdobycie dwóch goli na własnym boisku, stawiałoby Jaskółki w roli i glorii zwycięzcy.
Blaga, mimo dwóch celnych trafień, nie został jednak zniesiony po meczu na rękach szczęśliwych kibiców, a na czole Unii bynajmniej nie zawisł laur zwycięstwa.
Na nasze dwa trafienia Naprzód odpowiedział po przerwie aż 3 bramkami !.
Tę małą nutkę radości zmącili nam swoimi golami dwukrotnie Spyra i jeden raz Cholewa.
Gole dla gości padały w 49 minucie /Spyra/, 53 /Cholewa/ i w 89 minucie /!!!/ po kontrowersyjnym wolnym, który zarządził sędzia Preiss z Gdańska.
 
Unia przegrała z Naprzodem 2:3  i sprzedaż w aptekach środków na depresję ani na jotę nie obniżyła się. Pożegnanie z II ligą nie wypadało okazale.
Na domiar złego, podczas meczu doszło do skandalu, który upewnił kibiców, że nie wszyscy zawodnicy na równi walczą o utrzymanie.
Blaga i Kuciewicz w pewnej fazie spotkania postanowili samorzutnie opuścić płytę boiska na znak protestu przeciwko postawie niektórych kolegów, jakby odpuszczających ten mecz !!!.
Dopiero nalegania kierownika drużyny - M. Szczerby, wpłynęły na zmianę ich decyzji !!!.

MISTRZOSTWA OKRĘGU JUNIORÓW.


Zazwyczaj tak drzewiej bywało, że jak nie szło seniorom, to rozgłaszało się wieści albo o radykalnym odmłodzeniu zespołu, albo o nadzwyczajnych talentach w młodszych rocznikach. Wszystko oczywiście po to, by upewnić kibiców, że świetlana przyszłość jest tuż, tuż - nieomal na wyciągnięcie ręki.
Tym razem wieści były prawdziwe - Unia miała niezły narybek i właśnie gdzieś tak w okolicy miesiąca czerwca 1962 r. dał on znać o sobie.

Juniorzy Jaskółek zostali Mistrzami Okręgu !!!.
W ścisłym finale Unia wykazała wyższość nad nie byle kim, bo samą Wisłą Kraków !!!. To był rzeczywiście duży wyczyn i sukces nie był napewno przypadkowy.
W Tarnowie Unia pokonała Wisłę 2:1, natomiast na wyjeździe zremisowała 1:1, prowadząc do przerwy 1:0 !. W tym drugim spotkaniu Jaskółki poznały smaku tzw. "obrony Częstochowy", ale w niczym nie umniejszało to ich sukcesu.
Znalazłem notatki z nazwiskami strzelców !
Gole w pierwszym meczu zdobyli: Kozioł i Kolarz, w drugim, już w 7 minucie meczu Kozioł ! Gola dla Wisły w rewanżu strzelił Horba - w przyszłości jeden z najlepszych zawodników Unii Tarnów !. To był talent pierwszej wody !. Wchodził w skład kadry Polski, w której grał obok tak znanych później graczy, jak Wilim, czy Marx. W 1962 r. w kadrze "A" zdobył m.in. gola w sparingu z Rakowem Częstochowa !.
Młode Jaskółki trenowane były wówczas przez Stefana Tatczyna, według mnie najlepszego wychowawcę piłkarskiej młodzieży w historii naszego klubu. Umiał przez zabawę zachęcić młodych adeptów do gry w piłkę, umiał wpoić im podstawowe umiejętności, które potem dochodziły do głosu już na ligowych boiskach.
A młodzi piłkarze Unii byli wówczas naprawdę zaawansowani choćby pod względem umiejętności technicznych.

W dwumeczu z Wisłą oczywiście kosa trafiła na kamień, bo Wiślacy uchodzili w tym elemencie gry za wzór do naśladowania. A jednak udało się ich pokonać !.
Ku zaskoczeniu obserwatorów Jaskółki zadziwiały szybszą, aniżeli rywal grą, więcej było w naszym wykonaniu długich przerzutów, a nasz atak był chwilami trudny do upilnowania przez Białą Gwiazdę !.
Opiekunem drużyny był Karol Cholewa, a tworzyli ją:
bramkarze: Grzyb i Fraeford, dalej w polu: Burda, wyrastający na piłkarza dużego formatu Brożek, Szmidt, dobry Kolarz i mający także niezłe zadatki na dobrego futbolistę Lazarowicz, Rybski, Kulpa, z którym już wtedy wiązano niemałe nadzieje, Florek, Kurzawa, Wiśniewski, Kalemba, Kodryna, Poręba i Kozioł.
Brawo ! - sukces juniorów osładzał nieco te smętne dni 1962 r..

Czas najwyższy na nadrobienie zaległości i podanie wyników spotkań rozegranych w rundzie 10,11 i 12.

W 10 kolejce w grupie "A" uzyskano następujące rezultaty:
Stal - Naprzód 3:1, Polonia - Krosno 1:1, Piast - Racibórz 4:0. Przypomnijmy: Unia przegrała ze Slavią 0:1.

11 kolejka:
Krosno - Piast 0:0, Unia Racibórz - Stal 3:1, Naprzód - Slavia 2:0. Przypomnijmy: Polonia - Unia 3:1.

12 kolejka:
Stal - Krosno 1:0, Slavia - Racibórz 2:1, Piast - Polonia 1:1. Jaskółki przegrały z Naprzodem 2:3.

TABELA GRUPY "A" PO 12 KOLEJKACH:

1/ Stal Rzeszów 18 pkt;
2/ Polonia Bydgoszcz - 16 pkt;
3/ Piast Gliwice - 15 pkt;
4/  Unia Racibórz - 13 pkt;
5/  MZKS Krosno - 12 pkt
6-7 / Slavia i Naprzód - po 10 pkt;
 8/ UNIA TARNÓW -  2 pkt.
 

GRUPA "B" - wyniki 10 kolejki:

Arka - Garbarnia 2:3, Wawel - Pogoń 2:3, Śląsk - Zawisza 5:1, Szombierki - Bałtyk 5:1.

11 kolejka:
Garbarnia - Zawisza 5:1, Bałtyk - Wawel 0:0, Pogoń - Arka 1:1, Szombierki - Śląsk 1:0.

12 kolejka:
Arka - Bałtyk 2:2, Wawel - Szombierki 1:0, Śląsk - Garbarnia 1 - 1, Zawisza - Pogoń 0 - 2.

Tabela II ligi, grupa "B" - 12 kolejka:
1/
Pogoń -  18 pkt;
2/ Szombierki - 17 pkt;
3/ Garbarnia - 16 pkt;
4/ / Śląsk Wrocław - 15 pkt;
5/  Wawel - 11 pkt;
6/ Bałtyk - 9 pkt;
7/  Zawisza - 8 pkt
8/ Arka - 3 pkt.

SEZON 1962 r. - II LIGA - 13 kolejka; PIAST GLIWICE - UNIA.


Sukces "juniorki" został zauważony i przez szkoleniowca pierwszej drużyny. Do Gliwic zabrał on ze sobą kilku wyróźniających się juniorów i dał im szansę na skonfrontowanie własnych umiejętności z wymagającym rywalem.
Trener Anioł postawił tym razem w bramce na bardziej doświadczonego
Czekanowskiego.

W polu zagrali: Żywiec, Mazurek, Tyliszczak, Guzy, którego potem zastąpił młody Lazarowicz, Nowak, dalej kolejni młodzi - Florek, Żołądź oraz bardziej doświadczeni: Marek, Blaga, Dubiel.
Byliśmy bardzo ciekawi, jak ta mieszanka rutyny z młodością poradzi sobie w Gliwicach.
Napędzana młodością Unia zaskoczyła miejscowych ofensywną grą. Jaskółki zepchnęły Piasta do obrony !. Kibice Unii przecierali oczy ze zdumienia.
Organizowane z dużą werwą i pomysłowością akcje Unistów stwarzały raz po raz dobre okazje strzeleckie dla napastników.
Atak powinien je wykorzystać, wszak w roli atakujących występowali akurat co bardziej doświadczeni piłkarze.
Większe obycie boiskowe napastników nie znajdowało jednak przełożenia na liczbę zdobytych bramek. Na oczach juniorów nasi napastnicy dawali plamę za plamą.
Idealne, w tempo podanie piłki przez Żołędzia, otwiera drogę do bramki Bladze. Nasz napastnik przejął piłkę już w obrębie pola karnego, ale dał się zepchnąć agresywnemu obrońcy w bok i kiedy zdecydował się na spóźniony strzał, mógł tylko oglądać jak futbolówka uderza z impetem w boczną siatkę bramki.
Po chwili prostopadłe podanie Florka, ponownie do Blagi, tym razem nasz napastnik nie daje się zwieść defensorom, uderza z kilkunastu metrów, ale odchylona do tyłu sylwetka nie rokuje większych nadziei na szczęśliwy finał akcji. I rzeczywiście - piłka podąża nad poprzeczką, a za nią coraz bardziej smętny wzrok niefrasobliwego strzelca.
Swoje na sumieniu ma też Dubiel. Koledzy z drużyny odciągają obrońców Piasta, Dubiel w pełnym biegu zdaje się wyprzedzać nieskutecznie atakującego go obrońcę, jeszcze chwila, a wypracuje sobie pod pewnym kątem do bramki czystą pozycję strzelecką !.
Akcja pali na panewce, kiedy nasz zawodnik nie wiedzieć czemu zwalnia tempo, traci płynność ruchów, gubi się, a przecież odzyskujący utracony teren obrońca tylko na to czeka. Za chwilę piłka zmienia właściciela i kolejny smętny wzrok kolejnego naszego piłkarza może już tylko śledzić daleki wykop piłki w kierunku środka boiska.
Także i strzelecka próba Marka jest daleka od ideału. Uderzył co prawda celnie, ale nazbyt słabo, więc i bramkarz Piasta nie miał kłopotów z wybronieniem tego uderzenia. Teraz to już i kibice Unii mają coraz bardziej smętne spojrzenia.
Piast dał się wyszumieć Unii, powoli pozbierał się z boiskowej zapaści i w końcówce pierwszej połowy zaczął prezentować składną i madrą grę.
Nie miał lekko - obrona Jaskółek, kierowana przez Czekanowskiego i Mazurka postawiła twarde warunki !.
Ale napastnicy Piasta tym różnili się w tym dniu od naszych, że mieli lepiej nastawione celowniki.
Piast miał swój przydomek: "Piastunki". Nie wiem skąd się on wziął, może to taka sympatyczna forma zdrobnienia, ale w języku polskim "Piastunka" to niania, opiekunka itp. Kiedy więc zobaczyliśmy, że Piastunki zaczynają tulić do swoich włochatych piersi naszych juniorów, a starszym piłkarzom nucą "luli luli lu", czy też "z popielnika iskiereczka mruga", to zaczynaliśmy nabierać pewnych podejrzeń,  w tym i tyczących końcowego wyniku tego meczu.
I nie pomyliliśmy się !.
Piast w pierwszej odsłonie dwukrotnie "uśpił" naszą drużynę. W 32 minucie Stach, a w 44 minucie Koronowski pokazali na czym polega skuteczny futbol. Było 2:0 dla Piasta, a raczej dla Piastunek.
Po przerwie "luli luli lu" usłyszeliśmy dość szybko, bo w 57 minucie gry. Zajdel podwyższył wynik meczu na
3:0 !!!.
Gdybym miał wymienić inne dobre sytuacje strzeleckie Piasta, natrafiłbym na nie dającą się pokonać przeszkodę. Piast takich pozycji sobie nie wypracował !. Pokazał, co to znaczy 100 procent skuteczności.
Pewnym paradoksem było i to, że dobrze poczynająca sobie defensywa Unii, przywoziła z wyjazdu 3 stracone gole !. A jeśli mowa o defensywie: Czekanowski zapadł w pamięć miejscowym piłkarzom po wygraniu 2 pojedynków sam na sam z Koronowskim !.
Piast wygrał z Unią 3:0, a nam pozostało tylko "luli luli lu", mniej zmęczeni ponucili jeszcze "iskiereczkę z popielnika".

Inne wyniki 13 kolejki - grupa "A":


Unia Racibórz - Naprzód 3:1, Polonia - Stal 1:1, Krosno - Slavia 3:2.


Tabela grupy "A" po 13 kolejkach:


1/ Stal Rzeszów 19 pkt;
2- 3/ Polonia Bydgoszcz i Piast - po 17 pkt;
4/  Unia Racibórz - 15 pkt;
5/  MZKS Krosno - 14 pkt
6-7 / Slavia i Naprzód - po 10 pkt;
8/ UNIA TARNÓW -  2 pkt.


Wyniki 13 kolejki - II liga, grupa "B":

Pogoń - Garbarnia 4:1, Wawel - Śląsk 2:1, Szombierki - Arka 4:1, Bałtyk - Zawisza 0:0.


Tabela II ligi, grupa "B" - 12 kolejka:
1/ Pogoń -  20 pkt;
2/ Szombierki - 19 pkt;
3/ Garbarnia - 16 pkt;
4/ / Śląsk Wrocław - 15 pkt;
5/  Wawel - 13 pkt;
6/ Bałtyk - 10 pkt;
7/  Zawisza - 9 pkt
8/ Arka - 3 pkt.


MECZ TOWARZYSKI: CRACOVIA - TARNOVIA.


Ten mecz spadł nam niczym manna z nieba. Niczym promyk słońca w środku zimy. Niczym muszka do dzióbka ptaszka. Niczym Brat Albert dla bezdomnego. Niczym sponsor dla znudzonej żony. Niczym miotła sześciobiegowa /bez wstecznego i hamulca/ dla teściowej. Niczym, ech długo wymieniać i zawsze będę pisał dokładnie to samo, w takich razach...
Cracovia wygrała z Tarnovią 10 : 0 /3:0/ !!!!!.

2 bramki strzelił "nasz" Hausner !.

Cracovio, klubie ty nasz ! - noo, może trochę przesadziłem. Ale było pięknie.

SEZON 1962 r. - II LIGA - 14 kolejka;  UNIA TARNÓW - UNIA RACIBÓRZ.
 

21 czerwiec 1962 r. - pamiętna data, ostatni mecz Jaskółek w II lidze. Kolejny sezon mieliśmy spędzić, jako spadkowicz, o klasę niżej.
Kiedy w tamtych czasach nasz transatlantyk M/S "Batory", odbijał od nadbrzeży, żegnały go setki ludzi. Były łzy, chusteczki na pożegnanie, były okrętowe syreny i nierzadko portowa muzyka. Płynęli za lepszym życiem /a przynajmniej wielu taką miało nadzieję/, do Ameryki.
Podróż trwała około 8 dni, a potem, a potem była wielka niewiadoma i często okrutne zderzenie z innymi realiami.
Zachowując należne proporcje można powiedzieć, że w ten czerwcowy dzień okręt flagowy Tarnowa odbijał od drugoligowego nadbrzeża, żegnany przez około 1 tysiąc zasmuconych, ale oddanych mu osób. Płynął w nieznane, ku zderzeniu z III - cio ligową rzeczywistością.
Poczucie smutku, żalu, pustki, było powszechne. Nie wiedzieliśmy, jak długo potrwa nasz pobyt poza ligowym portem.
Dzisiaj, po latach, widać jak wszystko może być relatywne. III liga, do której wówczas w smutku odpływała Unia, aktualnie, tj. 6 lutego 2012 r., jawi się obecnym kibicom Unii jako nieosiągalny port pełnej szczęśliwości.
Ówczesna III liga, to przecież obecna II liga.
To co wtedy było lokalną sportową tragedią, dzisiaj byłoby powodem do świętowania.
Tak to się porobiło - spadkobiercy pięknej tradycji, najwyraźniej nie dorośli do tego, by ją godnie kontynuować. Towarzysz Opałko -  dyrektor Zakładów Azotowych w tamtych czasach, przewraca się w grobie. I nie tylko on. Czasami myślę, że tacy kibice Unii, jak Praszczur, czy Pan Janek, gdyby dożyli dzisiejszych dni, nie mogliby wyjść ze zdumienia. I to nie tylko z powodu dokonujących się w wielu obszarach życia przemian na lepsze, /choć i w tym zakresie obraz lat minionych został w obecnej propagandzie wykoślawiony i nie jest przedstawiany do końca prawdziwie/, ale ich zdumienie sytuacją w Unii, byłoby napewno z rzędu porażających.
Inne czasy, inne uwarunkowania, a zwłaszcza inni ludzie - tu akurat zamiast propagandy, każdy może odpowiedzieć sobie sam na pytanie, czy w porównaniu z poprzednimi dekadami jest lepiej, czy też poszliśmy na dno, a pewnie i jeszcze głębiej.

Spotkanie z Raciborzem zostało potraktowane przez trenera, jako danie kolejnych szans utalentowanym juniorom.
4 "gołowąsów", a to Kulpa, Florek, Lazarowicz i Brożek mile zaskoczyło !. Każdy z nich odnotował wielce udany występ i to dawało nadzieje, że doczekamy się godnych następców Rusinka, Spodzieji, czy też Goska.

Ku zaskoczeniu wielu, Unia ten mecz wygrała 2:1 /1:1/ !. Trzeba było czekać cały sezon 1962 r, by wreszcie w 14 kolejce cieszyć się z pierwszego zwycięstwa, masakra !!!. Gole dla Unii zdobył wyróżniający się w tym meczu - Derlaga. Bramkę dla gości zdobył /już miałem wpisać nazwisko Lazara, ale tym razem nie wpisał się on na listę strzelców/, Zaczyński.
Los Jaskółek został już wcześniej przypięczętowany. Zespół, który nie tak dawno jeszcze był rewelacją rozgrywek, w którym fachowcy upatrywali kandydata do ekstraklasy, zawiódł swoich fanów !. Smutek z degradacji do III ligi był wielki !.
Na bilans Unii złożyło się wiele okoliczności. Wymienię niektóre, moim zdaniem najważniejsze:
fatalne przygotowanie kondycyjne, które skutkowało utratą w wielu meczach bezcennych punktów; nowi gracze nie byli w stanie nawiązać do umiejętności Rusinka i Spodzieji; dokonana w trakcie sezonu zmiana trenera nie przyniosła przełomu; wiele do życzenia pozostawiała chęć niektórych graczy do podjęcia walki o utrzymanie, a i sama atmosfera w drużynie wydawała się nie do końca klarowna; wprowadzani szerzej do zespołu młodzi piłkarze potrzebowali jeszcze czasu na nabranie doświadczenia.

UNIA znalazła się w gronie III - cio ligowców i sportowy Tarnów pogrążył się w żałobie i wielkiej niepewności co do przyszłości piłki nożnej w naszym grodzie.

Pozostałe wyniki - 14 kolejka, grupa "A" - II liga:
Naprzód - Krosno 5:0, Slavia - Polonia 3:0, Stal - Piast 2:1.
Wyniki 14 kolejki, grupa "B" - II liga:
Arka - Wawel 4:1, Garbarnia - Bałtyk 2:3, Śląsk - Pogoń 1:3, Zawisza - Szombierki 0:0.



20 - HISTORIA UNII TARNÓW widziana oczami Jaskółki z Krakowa 2011-10-16
STRONA 20.

SEZON 1962 r. - II LIGA - 3 kolejka; SLAVIA Ruda Śląska - UNIA.
 

Slavia jest jednym z najstarszych klubów polskich, jej korzeni trzeba szukać w zamierzchłych latach, bo w 1919 r.
Pan Janek jechał na mecz pełen obaw. Raz, że Unia słabo grała, dwa - w nazwie klubu było: "Ruda", a  Pan Janek miał złe wspomnienia po pewnej "rudej", wreszcie gdzieś wyczytał, że w tym klubie niegdyś uprawiano "piestówkę", co upewniało go, że Slavia to niechybnie jakaś sekta.
Kiedy z Praszczurem dotarli na stadion Slavii, doszli do wniosku, że jest jeszcze gorzej. Według ich pomeczowej relacji stadion niby był, ale w istocie to go nie było. U miejscowych zasięgnęli języka i okazało się, że stadion zamknięto wskutek szkód górniczych i niezasypanych korytarzy pod murawą. Ponoć w czasie jakiegoś meczu pod ziemię zapadła się jedna połowa z całą drużyną gości i to przy stanie 1:0 dla przyjezdnych, ale tej relacji Pana Janka nie potwierdziło żadne wiarygodne źródło, a już napewno nie potwierdził jej Praszczur.
Faktem jest, że mecz z Unią rozegrano na boisku Naprzodu Ruda Śląska.Gdy nasi wysłannicy dowiedzieli się, na jakim stadionie zagra Unia, bez zwłoki oddali się w ręce Opatrzności - skojarzenie z Naprzodem Lipiny i jego kibicami były jednoznaczne.

Na mecz nie pojechałem. Korzystając z zasobów garażu Pana Janka pracowałem nad nową miksturą. Garaż był słabo wyposażony, ale podstawowych składników nigdy w nim nie brakowało. Dostać się do nich przez system rurek, kadzi i dymionów nie było łatwo, ale wtajemniczonym Pan Janek drogę wskazał, więc trafiłem.
Główny składnik miał napis na butelce "metanol" i podług Pana Janka ludzkość nie wynalazła ładniejszej nazwy.
Ludzie prości składnik zwali spirytusem /drzewnym/. Tak przynajmniej nazwał go kiedyś, w ciężkich powojennych czasach, miejscowy dzielnicowy. Pan Janek nie stracił rezonu i na stosowne pytanie stróża prawa odrzekł, że metanol jest mu potrzebny jako składnik do paliwa samolotowego.
Ponieważ lada moment miał mieć odlot, jego tłumaczenie spotkało się z pełnym zrozumieniem drugiej strony. Pan Janek twierdził, że później nie raz wspólnie oblatywali samolot. Jak było naprawdę, tego nie wiem, do lotów ćwiczebnych, nie mówiąc o tych bojowych, nie byłem dopuszczany - według Pana Janka nie miałem licencji.
Ale za to miałem metanol w rękach, okruch bizmutu, jakieś wskazania chemiczne /już nie ta pamięć/, proces odwodnienia i utlenienia i tak doszedłem do produktu końcowego, zwanego aldehydem mrówkowym, czyli po prostu formaliną.
Mając wyprodukowaną w garażu formalinę, mogłem spokojnie czekać na powrót Pana Janka i Praszczura.
Po pierwszych meczach byłem pełen najgorszych przeczuć, stąd i ten pomysł z formaliną. W desperacji byłem gotów wraz z Panem Jankiem i Praszczurem zanurzyć się w tejże formalinie, by doczekać lepszych czasów. Jakie to szczęście, że teraz nie mam dostępu do zasobów formalin, bo obecna postawa Unii a.d. 2011 r. wielkiej alternatywy nie daje. Ale wróćmy do historii.

Z zapisów w zeszycie wynika, że Unia zagrała w nieco innym, niż ostatnio składzie.
W bramce zamiast Sienkiewicza, trener wystawił
Janusza.
W obronie, z numerem "2" na koszulce pojawił się Tyliszczak.
Najwyraźniej po pierwszych porażkach trener nie nabrał przekonania do Żywca i Kuciewicza. Dalej było typowo: Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Derlaga, Blaga. Duże nadzieje wiązali kibice Unii z powrotem na boisko po kontuzji Dubiela, to faktycznie wzmacniało w istotny sposób siłę przednich formacji. Dubiel zagrał w pierwszej połowie, potem zastąpił go Gosek.
Poza tym, w porównaniu z poprzednimi meczami, na murawie zabrakło: Marka, Florka i Lisa.
Unia zaczęła poprawnie, przewyższała rywala umiejętnościami technicznymi i taktycznymi. Jaskółki potrafiły przełożyć swoją przewagę w tych elementach gry na okazje podbramkowe.
O ile jednak dogrania piłek do wysuniętych graczy nie mogły budzić większych zastrzeżeń, to ich finalne wykorzystanie, już nie było tak udane.
Kotwa ładnie zgrał półgórną piłkę w pole karne, obrońcy gospodarzy pogubili się, ale dwaj nasi gracze znajdujący się na linii podania zawiedli. Najpierw Dubiel zastanawiał się, czy piłkę uderzyć szczupakiem, czy podniesioną wyżej nogą, w efekcie czego stracił szansę na oddanie groźnego strzału, a po ułamkach sekund, znajdujący się tuż za nim Blaga po uderzeniu "główką" przeniósł piłkę dość znacznie ponad poprzeczką.
Kolejne zamieszanie na przedpolu Slavii zakończył Blaga chytrym i zaskakującym strzałem ... piętą. Piłka przemknęła pomiędzy nogami obrońcy, ale bramkarz nie dał się zaskoczyć - wyłapał piłkę pewnie i skutecznie.
Udanym dryblingiem popisał się Witek, który po minięciu kolejnego rywala idealnie dograł piłkę do wbiegającego w okolice przedpola bramkowego Blagi. Ten złożył się do strzału, jego but już miał uderzyć w piłkę, gdy znajdujący się obok obrońca podbił mu stopę; to był koniec akcji, nieprecyzyjnie uderzona futbolówka poleciała wysoko ponad poprzeczką. Sędzia zawodów w grze obrońcy nie dopatrzył się przekroczenia przepisów.
Aktywny był Derlaga, ale jego próby dryblingów kończyły się zazwyczaj na kolejnym obrońcy, a strzały były zazwyczaj skutecznie blokowane przez rywali.
Z kolei ataki Slavii, głównie prawą stroną boiska, kończyły się partaczeniem świetnych okazji.
W 18 minucie meczu po stadionie rozniósł się zapach róż, a Pan Janek wrócił do koloru purpury.
Rzepka strzelił gola dla Slavii !.
1:0 dla gospodarzy.
To był błąd Janusza !. Strzał został oddany z ok. 30 m, nie był silny, interwencja naszego bramkarza niemrawa, a piłka powoliła wturlała się do siatki !,

Na szczęście Jaskółki nie załamały się !. Szybko wędrująca piłka od jednego do drugiego zawodnika Unii, lepsze zaawansowanie techniczne naszych piłkarzy, dawały jednak niemałą nadzieję na wyrównanie.
I doczekaliśmy się go i to jeszcze w I połowie !!!. Strzelcem bramki - po błędzie obrońców Slavii i po części zbyt późno interweniującego Bema - był Derlaga. Jego ochota do gry została wynagrodzona !.
Stan meczu po I połowie: 1:1 !.


Także i druga część spotkania nie wyglądała w naszym wykonaniu źle.
Mecz miał nadal charakter wyrównany, Unia miała swoje sytuacje podbramkowe, ale niestety nie wykorzystane.
Chyba przełomowa była 60 minuta gry. Bem sparował piłkę po "bombie" Blagi, wprost pod nogi Kotwy, a ten z 5 metrów strzelił tak słabo, że obrońcy nie mieli kłopotów z dopadnięciem piłki !!!. Wielka szansa została zaprzepaszczona
I wszystko byłoby w miarę dobrze, bo punkt przywieziony z Rudy Śląskiej mógł przełamać dotychczasową passę niepowodzeń, gdyby nie to, że na 12 minut przed końcem spotkania znowu te róże i ta purpura, jakby bardziej purpurowa.
Gola dla Slavii w 78 minucie zdobył z rzutu karnego /ręka w polu karnym/ Rzepka !.
W obecności 6 tysięcy widzów /nie był to ewenement, na mecze Slavii przychodziło i po 10 tysięcy kibiców !/ Jaskółki przegrały trzeci mecz pod rząd !.
Wyniku 1:2 już nam się bowiem nie udało zmienić.
Praszczur i Pan Janek, /ja zresztą też/ byli totalnie załamani. Unia ich zdaniem zasłużyła na remis, ale punktów za "zasługi" w piłce nie dają.
Ich stan ducha był tego rodzaju, że po wysłuchaniu relacji, świtała mi w głowie już tylko jedna jedyna myśl, jak im ulżyć i jak podstępem zaciągnąć do garażu, a potem do tej, nooo, wiecie !!!! - formalinki.

Inne wyniki:
MZKS Krosno - Polonia 2:3, Unia Racibórz - Piast Gliwice 1:0, Naprzód - Stal 0:1.

TABELA grupy "A":
1/ Stal Rzeszów - 6 punktów;
2/ Polonia - 5 pkt;
3/  Unia Racibórz  - 4 pkt;
4/  Piast i Slavia - po 3 pkt;
5/  Krosno - 2 pkt;
6-7/ Naprzód - 1 pkt;
8/ UNIA TARNÓW - 0 pkt.
 
Mała liczba rywalizujących ze sobą zespołów sprawiała, że Jaskółki, mimo trzech kolejnych porażek, nadal zachowywały realne szanse na utrzymanie. Warunkiem powodzenia była jednak wygrana w kolejnym meczu z Polonią Bydgoszcz w Tarnowie.
Póki co, mogliśmy tylko z zazdrością spoglądać na wschód, gdzie Stal Rzeszów wykorzystywała szansę, jaką dawały na wejście do I ligii te skrócone rozgrywki. O ileż mniej wysiłku trzeba było włożyć w awans, w porównaniu z poprzednim sezonem !.
W 4 rundzie Stal podejmowała Unię z Raciborza !.

Wyniki grupy "B":
Garbarnia - Arka 2:0, Pogoń - Wawel 2:0, Bałtyk - Szombierki 0:2,  Zawisza - Śląsk 1:1.
 
TABELA GRUPY "B":
1-2-3/ Śląsk Wrocław, Garbarnia i Szombierki - po 5 pkt;
4/  Pogoń -  po 4 pkt;
5-6/ Wawel i Zawisza -  po 2 pkt;
7/ Arka - 1 pkt;
8/ Bałtyk - 0 pkt.
 
W tej grupie walka o awans była niesamowicie pasjonująca - swoje aspiracje zgłaszały w tej fazie aż 4 zespoły. Hitem kolejnej rundy miał być pojedynek Śląsk - Szombierki.

Mecz towarzyski Wisła Kraków - Polonia Bydgoszcz.

Jeśli ktoś myśli, że po smutnych doświadczeniach z początku sezonu 1962 r. zacząłem pisać historię piłkarzy z Krakowa, bądź Bydgoszczy, ten się myli.
Spotkanie towarzyskie pomiędzy tymi zespołami ma bowiem jak najbardziej związek z Unią. Przed przyjazdem do Tarnowa, nasz najbliższy rywal, czyli Polonia, postanowił rozegrać mecz z I - ligową Wisłą Kraków.
Polonia postawiła twarde warunki Wiślakom i wywiozła z Krakowa remis 1:1. Nie napawało nas to nadzwyczajnym optymizmem.
W ataku naszego najbliższego przeciwnika brylował Noiński, warto zapamiętać to nazwisko.

A jeśli jesteśmy już na chwilę w Krakowie, to oprócz tego, że na Brackiej pada deszcz, warto dodać, że w Cracovii w podstawowym składzie nadal występuje "nasz" Hausner. Jego, Rusinka, Spodzieji brakowało, jak deszczu na Brackiej.

SEZON 1962 r. - II LIGA - 4 kolejka; UNIA - Polonia Bydgoszcz.

Skład Unii: 
Sienkiewicz, Tyliszczak, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Derlaga, Blaga, Suder /Dubiel/.
Zdesperowany trener posłał do ataku nową twarz w zespole seniorów - Jerzego Sudera /były gracz Cracovii/. Ze znanych nam już piłkarzy zabrakło m.in. Goska /bodajże kontuzja - nie zagrał już do końca rozgrywek !/, co dodatkowo ograniczało pole manewru trenera, jeśli chodzi o skład przednich formacji. Sytuacja stawała się z dnia na dzień coraz gorsza.
Przed meczem działacze Polonii podsuwali Unistom pod nos zdjęcia lekko podłamanych piłkarzy Wisły Kraków. Polonia miała nad nami przewagę psychiczną i z całych sił zamierzała ją powiększyć.
Trener Bielecki zabronił swoim podopiecznym oglądanie tych fotek, ściągając z domowego archiwum zdjęcia z pobytów Unii w Świeradowie i Ciechocinku. Kiedy jednak zobaczył rozanielone i rozmarzone twarze piłkarzy, zabronił oglądania i tych zdjęć.
Zdezorientowani zawodnicy Jaskółek sami już nie wiedzieli, co im wolno, a co im zabroniono. Historia ze zdjęciami tak pomieszała w niektórych głowach, że zastanawiali się, czy wolno im strzelić gola - na wszelki wypadek, by nie wykazać się niesubordynacją, uznali że i tego im nie wolno.

Unia zaczęła mecz w dobrym stylu.
Rychło okazało się, że piłkarze Unii nie zapomnieli podstaw wyszkolenia i nie tylko, że nie ustępowali w technice, szybkości i pomysłowości w grze Polonii, ale nawet zaczęli gościom stopniowo narzucać swój styl.
5 tysięcy widzów z rosnącymi nadziejami patrzyło na rozwój wydarzeń.
Unia uzyskała przewagę i zaczęła sobie stwarzać całkiem dogodne sytuacje do zdobycia bramki.
Zaczęło się od niezbyt mocnego, ale celnego uderzenia Witka spoza linii pola karnego. Bramkarz Rosiński bez trudu wybronił to uderzenie. Po chwili musiał wykazać się już większym kunsztem.
Wrzucona przez Kotwę piłka trafia w głowę odwróconego bokiem do bramki Blagę. Ten nie wyskoczył do piłki, ale lekkim ruchem głowy strącił ją w kierunku bramki Rosińskiego. Nieoczekiwanie oddany z odległości około 7 metrów strzał stworzył nad wyraz groźną sytuację: piłka leciała pod poprzeczkę bramki, ale Rosiński nie dał nam okazji do radości - wybił piłkę na róg.
W tym momencie Rosiński zrozumiał, że czas rozgrzewania się skończył i że czeka go sporo pracy w meczu z outsiderem rozgrywek.
Nie pomylił się !.
Już w 12 minucie meczu miał powody, by się potężnie spocić !. Rzut karny dla Unii, euforia na boisku i na trybunach !!!. Po strzale Witka obrońca wybił piłkę ręką z linii bramkowej !.Bardzo dobry okres gry Unii doczekał się puenty. W tym momencie wszyscy wierzyli w przełamanie się zespołu i w świetlaną przyszłość.
Naprzeciw siebie stanęli
Blaga i Rosiński.
Blaga patrzył na Rosińskiego, niczym pikador patrzy podczas corridy na byka, zanim wsadzi mu lancę w fałd tłuszczu na karku. Pogrzebał kopytem buta po murawie, zionął ogniem i ruszył.
Oddał strzał w światło bramki, ale wnet okazało się, że Rosiński wyczuł intencje strzelca !. Rosiński obronił uderzenie Blagi z rzutu karnego !!!. Okazało się, że nasz napastnik miał w tym momencie na stanie nie długą lancę, ale lichą muletę, którą matadorzy dobijają byczki.
Jęk zawodu, Blaga klęka, łapie się za głowę, ale to już nie zmieni sytuacji - nie wykorzystał karnego !!!.
Poloniści szaleją z radości, kibice krzyczą: [...] /cenzura - Główny Urządu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (GUKPPiW)/ -  jak widzicie, uniemożliwiono mi przekazanie, co krzyczeli kibice, ale kibice wbrew pozorom, aż tak bardzo się nie zmienili przez te 50 lat.
Jest 0:0 !.
I nagle wszystko się zmienia !. Uniści znowu się cieszą, publika skacze z radości, Poloniści napierają na sędziego !.
Co się dzieje ?!. Arbiter - Pan Piecha z Katowic nakazuje powtórzenie karnego !!!.
Rosiński nie wytrzymał nerwowo i zbyt szybko wybiegł przed linię bramkową, czym naruszył ówcześnie obowiązujace przepisy !.
Blaga wypychany przez kolegów opiera się i zdecydowanie odmawia wykonania powtórzonego karnego !.
Koledzy to rozumieją, ale nikt nie kwapi się do podjęcia wyzwania. Kto będzie miał najmocniejsze nerwy, kto wierzy w swoje siły ?!.
Ryszard Nowak !. To on w końcu staje naprzeciw wściekłego Rosińskiego !.
Nowak wydaje się mieć wystarczająco długą lancę. Spojrzał na Rosińskiego, pogrzebał kopytem buta po murawie, zionął ogniem i ruszył !.
Kopnął w piłkę, ta leci w światło bramki, nie !!!, nie !!! ona trafia w poprzeczkę !, dobitka Unisty, ale Rosiński siódmym zmysłem ponownie wyczuwa intencje naszego piłkarza. Broni powtórzony rzut karny /piłka trafia go w głowę !!!!/, nie ma gola !!!.
Zrozpaczone Jaskółki patrzą w kierunku sedziego, ale ten tym razem pozostaje nieugięty - gramy dalej, jest 0:0 !.
Pan Janek drze się jak opętany: ... /[...] cenzura - Główny Urządu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (GUKPPiW)/.

Unii trzeba po tych fatalnych chwilach oddać jedno: zespół nie załamał się, nadal przeważał, chociaż piętno nie wykorzystania dwóch karnych musiało ciążyć.
Pierwsza połowa nie przyniosła zmiany wyniku. Po przerwie Polonia, wierząca w wysoką formę
Rosińskiego, nie zmieniła sposobu gry. Jaskółki nadal miały przewagę, ale upływajace minuty nie przynosiły goli.
W 80 minucie gry Rosiński, po kolejnej brawurowej akcji, doznaje urazu oka /starcie z Dubielem. Zastępuje go Konieczko. 
Unia wśród szaleńczego dopingu jeszcze raz rzuca się na rywali !.
W 88 minucie meczu kilku kibiców padło na ziemię z zawałem serca. Dubiel z 5 m posłał piłkę ponad bramką gości !!!!.
Mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Piłkarze Unii schodzili z boiska z opuszczonymi głowami. Taki sam widok można było zaobserwować po stronie kibiców. Tym razem szczęście było na wyciągnięcie dłoni, a raczej na odległość 11 metrów. Okazało się to być bardzo, ale to bardzo daleko. Natomiast coraz bliżej były stany załamania i czająca się za nimi III liga.

Wyniki 4 kolejki w grupie "A":
Stal - Unia Racibórz 4:0, Slavia - Naprzód 3:1, Piast - Krosno 0:0.

TABELA grupy "A":
1/ Stal Rzeszów - 8 punktów;
2/ Polonia - 6 pkt;
3/ Slavia -  5 pkt;
4-5/  Unia Racibórz i Piast - po 4 pkt;
6/  Krosno - 3 pkt;
7/ Naprzód - 1 pkt;
8/ UNIA TARNÓW - 1 pkt.
 
Wyniki grupy "B":
 Wawel - Bałtyk 4:1, Zawisza - Garbarnia 2:0, Śląsk - Szombierki 1:0, Arka - Pogoń 1:3.  

TABELA GRUPY "B":
1/ Śląsk Wrocław, -  7 pkt;
2/  Pogoń -  6 pkt;
3-4/ Garbarnia i Szombierki - po 5 pkt;
5-6/ Wawel i Zawisza -  po 4 pkt;
7/ Arka - 1 pkt;
8/ Bałtyk - 0 pkt.

Sytuacja w domostwach kibiców Unii była prostym przedłużeniem sytuacji na boisku. Zrobiło się markotno i smutno.
Pan Janek całymi dniami znikał w garażu, Praszczur porzucił Husserla i zaczął analizować Sokratesa, co mnie dziwiło, aż do momentu, gdym pojął, że ten zacny Grek pożegnał ziemskie towarzystwo po wypiciu trucizny - cykuty. Jak donoszą niektóre dzieła, Panathinaikos Ateny przegrał wówczas jakiś ważny mecz. Los kibica nigdy nie był łatwy.
W domu u Praszczura, pod powałą zawisły, niczym mroczne zjawy zioła: blekot pospolity zwany psią pietruszką /to ten od drgawek w najlepszym razie/, dalej wisiała bzducha wodna czyli szczwoł plamisty, znane bardziej pod nazwą cykuta, które zastąpiły moczopędny perz i wiatropędny rozmaryn.
Panie Domu spakowały walizy i wyprowadziły się do teściowych.
A i mnie dotknął kryzys wywołany wynikami Unii. Po meczu z Polonią w domu pojawiła się wydana przez Koło Gospodyń Wiejskich księga: "Jak chronić młode pokolenie przed stresem"; Od tego momentu musiałem codziennie pić kozie mleko z kożuchem,  uprawiać poranną gimnastykę i praktykować oddychanie brzuchem, jako ponoć pewne sposoby na rozgonienie złych emocji.
A co mi tam, niech nadal pojawiający się na stadionie Unii byli piłkarze Jaskółek z tamtych lat, dowiedzą się po latach, jak też wszystko porąbało się po porażkach naszej drużyny.
Przed kolejnym meczem w Lipinach do podróżnych tobołków pakowaliśmy: testamenty, bzduchę wodną i termos z mlekiem z kożuchem. Praszczur wziął jeszcze adres do teściowej.
Przez całą drogę cytował złote myśli Sokratesa, z których zapamiętałem: "Najgorętsza miłość ma najchłodniejsze zakończenie" /zaiste już po powąchaniu bzduchy wyglądał na mocno wyziębionego/, "Piłka jest okrągła, a bramki są dwie", by po przekroczeniu bram stadionu Naprzodu wyszeptać - scio me nihil scire /wiem, że nic nie wiem/.

SEZON 1962 r. - II LIGA - 5 kolejka;  Naprzód Lipiny - UNIA.
 
Unia zagrała w składzie: Janusz, wrócił do składu Kuciewicz /zastąpił Tyliszczaka/, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Derlaga, Blaga, Suder.


Mecz nie jest porywającym widowiskiem, ale otuchą napawa fakt, ze Jaskółki zdają się kontrolować przebieg zdarzeń. Po kilkunastu minutach pierwsze wrażenie przemienia się w pewność. Naprzód nie potrafi narzucić Unistom swojego pomysłu na grę. Unia zaczyna lekko dominować w środku pola, skąd wyprowadza coraz bardziej niebezpieczne akcje.
Ich finał jest jednak daleki od ideału. Atak Unii nie potrafi przekuć dobrych zagrań na gole.
A to Suderowi w narożniku pola karnego"schodzi" piłka z buta, a to strzał tego samego gracza, po wygraniu pojedynku biegowego z obrońcą, broni bramkarz Staroń, a to Blaga zwleka z oddaniem strzału i spóźnione uderzenie blokują obrońcy, a to ładny strzał spoza pola karnego Kotwy kończy się trafieniem w wysuniętego kolegę z drużyny.
Wysiłki prowadzących otwartą grę Unistów zostają jednak w końcu nagrodzone !.
W 22 minucie Blaga z najbliższej odległości oddaje strzał głową, ale Staroń w nieprawdopodobny sposób wybija piłkę na róg !.
W 40 minucie gry rozpędzony Derlaga, po koronkowej akcji zespołu pakuje piłkę do bramki Naprzodu !. Unia obejmuje prowadzenie 1:0 !!!. Takim też wynikiem kończy się pierwsza połowa.
Powraca nadzieja, ale już za jej plecami czai się niepewność, czy w drugiej odsłonie nie roztrwonimy tego dorobku.

Po przerwie Unia poczyna sobie ambitnie, a gospodarzom nie udaje się odwrócić karty. Stwarzamy sobie nadal pozycje strzeleckie, ale niestety brakuje przytomnego strzelca. Mija minuta za minuta, a czarny scenariusz nie sprawdza się !. Unia pewnie dzierży w swych dłoniach nikłe, ale jakże cenne zwycięstwo. Końcówka jednak nie należy do nas.
Tylko Kotwa, po podaniu Blagi, oddaje z dobrej pozycji strzał prosto w bramkarza, pozostali gracze wyraźnie oddają pola rywalowi. Zespołowi nie udało się wyeliminować braków kondycyjnych i Naprzód zaczyna przyciskać Jaskółki do muru. Gorączkowo odliczamy końcowe minuty. Znowu pojawia się niepotrzebna "nerwówka".
W 86 minucie "stało się" !. Studniorz strzela wyrównującego gola !!!. Gospodarze z rozpędu omal nie ściskają z radości naszego Mazurka, który zbyt długo szukał partnera do odegrania  piłki, w efekcie stracił ją na rzecz Lipinian, otwierając im drogę do bramki !.
Żaden z zespołów nie był już w stanie wykrzesać z siebie sił na kolejne bramki. Mecz kończy się remisem 1:1.
Wywiezienie punktu z Lipin nie było złym rezultatem. Ale niedosyt, rozżalenie i zawód górowały u nas nad radością ze zdobycia 1 punktu. Unia była znowu zespołem nieco lepszym od gospodarzy, długo z nimi prowadziła.
Zwycięstwo było znowu na wyciągnięcie ręki, a raczej tym razem na wyciągnięcie 240 sekund !.
Kolejna niepowtarzalna szansa na istotne odrobienie strat do innych drużyn wymknęła się nam w ostatnich minutach meczu.
Nastroje wśród kibiców nie poprawiły się. Niedosyt - to słowo odmieniano na wszystkie sposoby.
Praszczur w drodze powrotnej nie wyglądał najlepiej, był blady i biły na niego siódme poty. Zrodziło się podejrzenie, że w akcie desperacji naruszył zapasy bzduchy wodnej.
Być może i miał taki zamiar, ale w natłoku ponurych myśli pomylił ją z kozim mlekiem z kożuchem i opróżnił kilkoma haustami cały termos. Niedomagał cały tydzień, a ja w geście solidarności zostałem zwolniony od koziej udręki. Niestety, ale nikt nie był w stanie zdjąć z nas innej udręki, tej związanej z fatalnym położeniem Jaskółek.

Inne rezultaty:
Do sensacji doszło  w Krośnie, gdzie miejscowy MZKS wygrał ze Stalą Rzeszów 2:0; Racibórz - Slavia 1:0, Polonia - Piast 0:0.

TABELA grupy "A":
 
1/ Stal Rzeszów - 8 punktów;
2/ Polonia - 7 pkt;
3/ Unia Racibórz - 6
 4-5-6 / Slavia, Krosno, Piast -  po 5 pkt;
7-8/ UNIA TARNÓW i Naprzód - 2 pkt;
  
28 kwietnia 1962 r. Unia podejmowała Piast Gliwice i był to mecz o 1000, a nie  o 2 punkty !.

Wyniki grupy "B":
Garbarnia - Śląsk Wrocław 0:0, Szombierki Bytom - Wawel 4:0, Bałtyk - Arka 2:0, Pogoń - Zawisza 1:0.

TABELA GRUPY "B":
1-2/ Śląsk Wrocław i Pogoń -  po 8 pkt;
3/ Szombierki - 7 pkt;
4/ Garbarnia 5  
5-6/ Wawel i Zawisza -  po 4 pkt;
7/ Bałtyk - 2 pkt;
8/ Arka - 1 pkt.

MECZ TOWARZYSKI UNIA - WAWEL.

Nie jestem pewien daty rozegrania tego meczu. Pragnę jednak uspokoić wszystkich, co do ważniejszej rzeczy mam bowiem pewność - mecz na 100 procent rozegrano. 
Ponieważ w rozgrywkach była dłuższa przerwa przed spotkaniem z Naprzodem, zapewne wtedy doszło do tej konfrontacji, więc w przyszłości ten wpis przeniosę na właściwe miejsce - na dzień dzisiejszy niech pozostanie tutaj, by nie umknął uwadze stałych "czytelników".
Unia na tle średniaka grupy "B" II ligii zaprezentowała się nadspodziewanie dobrze. Przede wszystkim napastnicy wreszcie zaczęli wykorzystywać nadarzające się okazje.
Znalazło to odbicie w liczbie strzelonych goli. Unia zdobyła ich aż trzy !.
Ładnie mecz "ustawił" już w 8 minucie Blaga, dwa kolejne gole zdobył w 36 i 68 minucie Derlaga.
Wawel odpowiedział tylko dwoma bramkami Danielewskiego w 34 i 44 minucie. Unia wygrała 3:2 /2:2/ !. Mecz oglądało 1,5 tysiąca widzów.

CIEKAWOSTKI:

 
W meczu II ligii grupy "B" na boisku doszło do nieprzyjemnego incydentu. Jak donosiła prasa, niejaki Sarna z Wrocławia kopnął znanego nam już Jasiówkę z Garbarnii, tak że piłkarz "Brązowych" miał ponoć doznać złamania kości śródstopia. O tym, że nie powinno się kopać z koniem, to powszechnie wiadome, ale żeby z ...

SEZON 1962 r. - II LIGA - 6 kolejka; UNIA TARNÓW - PIAST GLIWICE.

Trener Karol Bielecki znowu pomieszał nieco w obronie. Do bramki wstawił Janusza, nie zobaczyliśmy Palemby, pojawił się Tyliszczak; poza tym zagrali: Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Derlaga, Blaga, Suder. 
Jest taki niemy film z 1925 r., w którym Charlie Chaplin zjada z głodu sznurówki i skórzany but.
Ten film to "Gorączka złota", klasyka filmu, a Charlie wciela się w rolę poszukiwacza złota, któremu głód zaglądnął w oczy. Wokół śnieżna zamieć i bezgraniczna przestrzeń. Sznurówki zastępują oczywiście makaron, a but pewnie jakiś tamtejszy schabowy. Scena w konwencji żartobliwej, ale i tak czuje się lodową przestrzeń wokół bohatera i ssanie w żołądku.

Mecz z Piastem zaczęliśmy, jak i w poprzednich spotkaniach, całkiem obiecująco. Kibice obawiali się, by ciężar tego pojedynku i jego znaczenie dla układu tabeli, nie  związał nóg naszym piłkarzom. Szybko okazało się jednak, że trema nie dopadła Unistów. 
Jaskółki stopniowo uzyskiwały przewagę nad rywalem !.
Szczególnie optymistycznie wyglądało to w środku pola, gdzie nasi pomocnicy górowali nad Gliwiczanami. Obrona nie popełniała jakichś większych błędów, więc wszystko wskazywało na to, że Piast może mieć problem z uzyskaniem dobrego wyniku. Kibice swoją uwagę mogli skupić na grze ataku, do którego kierowano wiele celnych piłek.
Na razie jednak napastnicy nie potrafili zamienić dobrych dograń na gole.
Ładna wrzutka piłki na głowę Sudera stwarzała nadzieję na dobry strzał, ale nie wiedzieć czemu nasz zawodnik odegrał piłkę do kolegów, marnując tym samym dobrą okazję.
Zbyt wiele koronkowych akcji wybijało naszych graczy z uderzenia i ułatwiało zadanie Piastowi.
Nie mieliśmy też szczęścia w strzałach z dystansu. Po mocnym uderzeniu Blagi, piłka przeleciała nad poprzeczką.
Brakowało też precyzji. Podkręcane piłki z rogów spadały najczęściej na głowy obrońców Piasta.
W 25 minucie bardziej zabiły serca kibiców Unii. Kotwa zmylił zawodników gości i zamiast oczekiwanego przez nich zagrania na skrzydło, dograł prostopadłą piłkę do świetnie wychodzącego na czystą pozycję Blagi. 

W momencie, kiedy Blaga bezbłędnie przyjął futbolówkę i już przymierzał się do umieszczenia jej w siatce rywali, czar prysł !. Chociaż w tamtych czasach spalony różnił się od obecnego spalonego, to miały one jeden wspólny mianownik - spalony przerywał sny o golu. Niestety sędzia uznał, że Blaga był na spalonym.
Pod koniec pierwszej połowy atomowym uderzeniem z woleja popisał się Nowak !. Każdy, kto nadążał wzrokiem lub myślą za lecącą piłką, nie miał wątpliwości, że za chwilę ugrzęźnie ona w siatce. Strzał był faktycznie w światło bramki, ale na końcu drogi piłki stał spokojny i pewnie interweniujący bramkarz !. Gdyby piłka została nieco podkręcona, lub gdyby poszybowała nieco w bok, Jego spokój mógł się zamienić w rozpacz po stracie gola, ale tak się nie stało.
Pierwsza połowa zakończyła się remisem 0:0. Unia była lepsza, ale atak nie potrafił udokumentować tego zdobyciem choćby jednej bramki !. Czyżby znowu mający przewagę zespół miał ulec rywalom w końcówce meczu ? - nikt głośno takowych wątpliwości nie podnosił, ale miny kibiców Unii wskazywały jednoznacznie na to, że podobne obawy drążyły ich i pomniejszały zadowolenie z dobrej postawy zespołu.

Acha, jeszcze jedno. Pewnie zapytacie, jaki związek ma mecz Unii z Charlie Chaplinem i jego "Gorączką złota" ?. A skąd to ja mam wiedzieć ?!. Czy to ja jestem alfą i omegą ?!!. Czepiacie się, za przeproszeniem dupereli, a tu Unia wychodzi już na drugą połowę, co za ludzie !. Jaki związek ma sznurówka z Unią, a cóż mnie to może obchodzić !!!.

Druga połowa bliźniaczo przypominała pierwszą. Unia trzymała rękę na pulsie i długo wydawało się, że jest to puls chorego. Piast bowiem ustępował nam nadal w polu, a akcje Unii były zdecydowanie groźniejsze od tych inicjowanych przez gości.
Były też kolejne okazje do zdobycia bramki. Z zapisków wynika, że nie były one może stuprocentowymi okazjami, ale w przeszłości podobne nie raz przynosiły nam gole. Nie tym razem. Anemiczne poczynania ataku, który nie potrafił poziomem nawiązać do choćby poczynań pomocy nie przynosiły efektów.
Tymczasem omdlewająca dłoń Piasta, jakby nabierała kolorków i żywotności i powoli zaczynała się nam wymykać spod kontroli. Nawet się nie oglądnęliśmy, a to Piast zaczął nam mierzyć puls.
Puls u obecnych na stadionie noworodków, mierzony na tętnicy promieniowej, przekroczył 130 uderzeń na minutę, u staruszków /tętnica szyjna/, zszedł do poziomu 27/minutę, a u Pana Janka wyniósł 166/ min., z tym że on tak miał zawsze.
O ciśnieniu nie wspominam, bo tu zachwiano wszelkie światowe normy.
Karetki nie nadążały z odwożeniem ludzi, po polach niósł się lament i jękliwe zawodzenie.
A wszystko to przypadło na 75 minutę meczu, kiedy to po rzucie rożnym egzekwowanym przez Zendera, nasz Janusz tak niefortunnie wypiąstkował piłkę w pole, że spadła ona pod nogi Heina. Ten nie zmarnował okazji i strzelił Unii gola !!!.
Po dobrej grze większości zespołu, znowu przegrywaliśmy 0:1, to było już nie do wytrzymania !.
Cóż tu można więcej napisać ?. Starcze zaniki tętnicy promieniowej i szyjnej nie pozwalają mi na określenie mojego obecnego pulsu, ale jak to piszę, to pewnie lokuję się gdzieś w okolicach szczytowych osiągnięć Pana Janka.

Unia nie potrafiła zmienić niekorzystnego dla siebie rezultatu. Mecz zakończył się wygraną Piasta 1:0 !. Jaskółki leciały w otchłań !.

Na znak protestu przeciwko postawie Jaskółek ogłaszam przerwę na moich blogach do dnia 4 -5 grudnia 2011 r. Myślę też, że po ich "wyczynach" należy mi się odrobina oddechu. Mam nadzieję, że znowu się spotkamy, serdecznie pozdrawiam !.

SEZON 1962 r. - II LIGA - 7 kolejka; UNIA RACIBÓRZ - UNIA TARNÓW.
 
Kibice Jaskółek, przynajmniej Ci mniej zorientowani, mieli w Raciborzu zaskoczone miny. Na ławce trenerskiej nie było już Karola Bieleckiego !!!. Mizerne wyniki, brak postępów w grze i nienajlepsze przygotowanie drużyny do sezonu, zwłaszcza pod względem kondycyjnym sprawiły, że władze klubu podjęły decyzję o zmianie trenera Unii !.
Pojawiła się okazja do odkurzenia starych porzekadeł, a królowało: " Nie zmienia się koni w czasie przeprawy przez rzekę". Po prawdzie to Unia nie przeprawiała się przez wodę, ale w niej najwyraźniej tonęła, co sprawiło, że jednak większość kibiców, nie odbierając wcześniejszych zasług Bieleckiemu, przyjęła zmianę z nadzieją.
Nadzieja zwłaszcza wzrosła u kibiców z przytępionym słuchem, jako że szybko rozszyfrowano nowego szkoleniowca Jaskółek i wszem i wobec ogłoszono: trenuje nas M. Anioł !.
Kibice ze wspomnianym defektem uznali, że Unię przyjechał trenować sam Michał Anioł - ten od Bazyliki w Watykanie - i to oni najgłośniej radowali się ze zmiany. W tamtych czasach wieści o zejściach z tego padołu nie rozchodziły się tak szybko jak dzisiaj, więc i najwyraźniej nie do wszystkich dotarła wieść z XVI wieku, że Michał Anioł vel Michelangelo Buonarroti vel Michelangelo di Lodovico Buonarroti Simoni  przebywa już w zaświatach.
Nowy trener Unii zwał się naprawdę Marian Anioł i chociaż był tylko z polskich, a nie importowanych Aniołów, to nie był postacią nieznaną.
W 1956 r. prowadził trzecioligowego beniaminka - Resovię, z której wydusił niemało, bo II miejsce w tabeli za lokalnym rywalem Stalą.
Mówiło się, że był nieugięty, jeśli chodzi o przygotowanie kondycyjne zespołu, co akurat było jak najbardziej na czasie w przypadku Unii. Pytanie, które nurtowało kibiców było więc proste: czy w trakcie rozgrywek nowy trener jest w stanie cokolwiek pod tym względem zmienić ?.
W 1957 r. Marian Anioł nieoczekiwanie pożegnał sie z Resovią, nie kończąc rozpoczętego dzieła. Pojawił się w Górniku Wałbrzych, wówczas także III - cio ligowym klubie.
Ale dość tych wspominek - właśnie rozpoczyna się mecz w Raciborzu. Czy pod ręką nowego trenera odmieni się nasz los, dowiecie się już z następnego odcinka.
Oczywiście najpierw musimy zaspokoić innego rodzaju ciekawość, która zawsze towarzyszy pojawieniu się w klubie nowej miotły.
Trener Anioł rewolucji w składzie nie przeprowadził, niemniej jednak kilka zmian wymaga odnotowania.
Przede wszystkim w bramce pojawił się Czekanowski. Był to jego pierwszy występ w sezonie 1962 r. Cały mecz przyszło rozegrać Dubielowi, co pamiętający poprzednie sezony kibice przyjęli z zadowoleniem. Także szansę pokazania się w nowym otoczeniu otrzymał Marek, który  zagrał przez pełne 90 minut.
Poza tym na boisku zobaczyliśmy: Tyliszczaka, Mazurka, Palembę, Guzego, Nowaka, Kotwę, Derlagę /Witka/ i Blagę.
Debiut trenerski przypadł Aniołowi na wyjątkowo ciężkim i niewdzięcznym terenie. Unia Racibórz nie zwykła tracić u siebie punktów i aby uzyskać tam jakieś punktowe efekty, należało się wykazać conajmniej dobrą dyspozycją.

Jaskółki rozpoczęły spotkanie nadzwyczaj uważnie. Spokojnie, ale konsekwentnie konstruowano akcje ofensywne, które zdawały sie mieć wraz z upływającym czasem coraz więcej rozmachu i płynności. Równie spokojnie, a na dodatek pewnie, interweniował nasz blok obronny, poganiany do jeszcze większego zaangażowania przez Czekanowskiego, któremu powrót do podstawowego składu najwyraźniej dobrze służył.
W tym spotkaniu były i to całkiem nierzadkie momenty przewagi Jaskółek.
Przynosiły one niezłe pozycje strzeleckie.
Ostre dośrodkowanie ze skrzydła Blaga zamienił na strzał tuż ponad poprzeczką.
Chwilę póżniej ten sam zawodnik z półwoleja posłał piłkę obok lewego słupka bramki gospodarzy.
Próbę wybicia piłki do przodu ofiarnie zablokował  Marek,  odbita od niego futbolówka wylądowała pod nogą Kotwy, ten posłał ją w pole karne, gdzie tylko sekundy dzieliły Blagę od oddania strzału głową. Tym razem nieco szybszy był bramkarz Raciborzan, a jego wyciągnięte ręce dosłownie zdjęły piłkę z głowy naszego napastnika.
Jeszcze mocnym uderzeniem zza linii pola karnego popisał się Dubiel, ale bramkarz był czujny i nie dał się zaskoczyć. Ten sam zawodnik jeszcze raz, w 31 minucie gry miał okazję na gola, ale niestety wyniku nie zmienił !.
Mimo kilku dobrych okazji do zdobycia gola, dzielnie poczynające sobie na wyjeździe Jaskółki, nie zdołały w pierwszej połowie zdobyć bramki. Zakończyła się ona wielce obiecującym rezultatem remisowym. Unia i jej kibice mieli  powody do zadowolenia, chociaż do pełnej satysfakcji brakowało skutecznego wykończenia stojących na dobrym poziomie akcji.

Fragmenty drugiej połowy zostały utrwalone na czarno - białej taśmie dzięki amatorskiej kamerze.
Widać na niej jakąś lekko przekrzywioną tabliczkę z wyraźnym napisem "Centrum Lotów Międzyplanetarnych Aniołów" /w tamtych czasach były to jeszcze loty próbne/.
Po chwili czyjaś dłoń spoczęła na niebieskim przycisku. Chwila wahania i lekkie wciśnięcie guzika odmieniło bieg ziemskich zdarzeń.
Anioły przestały wirować nad boiskiem w Raciborzu, zawisły nieruchomo nad murawą, przestały grać lutnie i niebiańskie flety. Zrobiło się cicho i mroźno. Lód oblepiał zamarłe sylwety.
Opustoszała ławka trenerska. Marian Anioł zamarł przy linii bocznej boiska w półśnie, w półsłowie, w niedganionym półuśmiechu. Zamarł w niemym geście, w niewypowiedzianej komendzie.
W 53 minucie meczu, po mocnym dośrodkowaniu, piłka wylądowała na głowie Lazara. Łowca goli nie pomylił się ani o milimetr. Piłka wpadła do naszej bramki !. Akcję zapoczątkował Żaczek, a chwilę później Urban głową "obsłużył" Lazara !.
Przegrywaliśmy w Raciborzu 0:1. Świat stanął w miejscu.
Unia bardzo chciała zmienić wynik meczu. Chciała, ale nie mogła tego zrobić. Znowu okazało się, że to nasi rywale dysponują większym zasobem sił. Braków w kondycji nie sposób nadrobić umiejętnościami i wyszkoleniem, zwłaszcza gdy przychodzi atakować i gonić wynik, a nie bronić się.
Trener Raciborzan - Matias, nie krył brutalnej dla nas prawdy i stwierdził, że Jaskółki wygrałyby to spotkanie, gdyby nie brak sił po ich stronie !.
Mecz przegraliśmy 0:1. Spuszczone głowy piłkarzy i zadumane miny kibiców mówiły wszystko. Nawet do największych optymistów docierała przykra prawda - nie przygotowany do rozgrywek zespół nie miał szans na zachowanie II - go ligowego bytu. Bramy piekieł stały przed Unią otworem.

Pozostałe wyniki 7 kolejki:
Piast - Stal 1:0, Polonia - Slavia 1:0, Krosno - Lipiny 0:1.

TABELA grupy "A" po 7 kolejkach:


1- 2 / Stal Rzeszów i Unia Racibórz - po 10 pkt;
3-4/ Polonia Bydgoszcz i Piast - po 9 pkt;
5 - 6 / Slavia i Krosno -  po 6 pkt;
7/ Naprzód Lipiny - 4 pkt;
8/ UNIA TARNÓW -  2 pkt.

WYNIKI GRUPY "B" - 7 KOLEJKA:


Wawel - Arka 2:0, Bałtyk - Garbarnia 2:1, Szombierki - Zawisza 3:0, Pogoń - Śląsk 1:0.

TABELA GRUPY "B":
 
1/ Szombierki - 11 pkt;
 2/ Pogoń - 10 pkt;
 3/ Śląsk Wrocław 9 pkt;
4-5/ Garbarnia i Wawel - po 7 pkt;  
6-7/ Zawisza i Bałtyk -  po 5 pkt;
8/ Arka - 1 pkt.
 
13 maj 1962 r. był Dniem Otwartym Garażu Pana Janka.
Już dzionek przywitał nas skrzypieniem wiecznie otwieranych drzwi do świątyni sąsiada.
Najpierw pojawił się wychudzony człeczyna z pękatym kartonowym pudłem. Coś jakby rżenie koni, pisk polującej sowy i odgłos rąbanego drewna towarzyszyły jego wizycie. Praszczur nie miał wątpliwości: w garażu odprawiano voo - doo.
A i ja wszelakich wątpliwości wyzbyłem się, gdym zobaczył wylatujące przez okno urżnięte głowy kaczorów i kogutów. Wilcy rozwlekali je po okolicy.
Wraz z nowym gościem, któregom rozpoznał, ale dochowam tajemnicy co do jego profesji, z garażu zaczęły wydobywać się, a to woń kadzidła, a to dźwięk dzwoneczków, a to coś na kształt chorału, a na koniec rżenie koni, pisk polującej sowy i odgłosy rąbania drewna.
Widać egzorcyzmy odprawiają, ocenił nieco już pobladły Praszczur.
Potem zjawili się nieproszeni: Pan z folderami Funduszu Wczasów Pracowniczych i Domokrążca z wiejskim serem.
Tak po prawdzie i niech mi to będzie wybaczone, to mam tu pewną istotną wątpliwość i nie za bardzo pamiętam, czy najpierw weszły do garażu foldery, czy ten z serem.
Na koniec, w oparach kadzidła, z kurczakiem w ręce wyszedł z garażu Pan Janek. Co prawda kurczak nie miał głowy, ale za to miał drgawki, co jednak potwierdzało istotną prawdę, że w życiu nie można mieć wszystkiego.
Pan Janek był w biało - niebieskich barwach, a to oznacza, że możemy wreszcie przejść do opisu kolejnego meczu - i to jakiego !, Unia jechała 13 maja 1962 r. do Rzeszowa !!!.

SEZON 1962 r. - II LIGA - 8 kolejka; STAL RZESZÓW - UNIA.
 
W takich oto niesamowitych okolicznościach pojechaliśmy do Rzeszowa.

Gdy na murawę wybiegali: 
Czekanowski, Tyliszczak, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Kotwa, Derlaga, Marek, Blaga, Dubiel, Pan Janek nie próżnował i wydawał odgłosy rżących koni, pikującej sowy i rąbanego drewna. Zza płotu unosił się dym kadzidła, widać nasz dobry znajomy incognito przybył na pogranicze, by w sposób duchowy wspierać Unię.
Piłkarze Unii zachowywali się tak, jakby cierpieli na zaawansowaną amnezję. W ogóle nie było widać w ich poczynaniach oznak zdenerwowania, czy też załamania z powodu pozycji w tabeli rozgrywek.
Grali mądrze i na niezłym poziomie. Jeśli Stal liczyła na łatwy łup, to bardzo szybko została sprowadzona na ziemię.
Na boisku nie było widać różnicy pomiędzy zespołami i przypadkowy obserwator nie wiedziałby, która jedenastka walczy o I ligę, a która o ligowy byt.
Unia nie tylko, że dotrzymywała kroku rywalowi, ale na dodatek jej akcje były momentami groźniejsze.
W 14 minucie spotkania sędzia odgwizdał rzut wolny dla Jaskółek. Jego wykonawcą był
Mazurek.
Uderzył mocno. Już po chwili okazało się, że uderzenie było również celne !. Bramkarz Stali strzału nie obronił !. Goool !. Unia objęła prowadzenie w Rzeszowie 1:0 !!!.

Szok po stronie gospodarzy był niemały.
Unia mądrze broniła wyniku, nie rezygnując z groźnych ataków. Stal długo nie mogła podnieść się po trafieniu Mazurka i Unia umiejętnie to wykorzystała. Efekt ? - 1:0 po pierwszej połowie dla Unii !.


Można wyobrazić sobie, co działo się podczas przerwy w szatniach obu zespołów.

Podczas przerwy doszedłem do wniosku, że jednak najpierw był ten z serem, a dopiero później ten z folderami. Ale głowy nie daję.

Makaron soba z mąki gryczanej to jedna z ulubionych potraw Japończyków. Pojawił się też w Polsce i zachęcam do jego spróbowania. Można przyrządzać go na ciepło i zimno, można eksperymentować z dodatkami - począwszy od owoców morza, a skończywszy na pieczonej papryce.
Sam makaron gotuje się z 6 minut, smażenie, merdanie składników, to kolejne 15 minut.
Po 20 minutach całość upichcona.

Jeśli myślicie, że nie widzę żadnego związku pomiędzy pichceniem japońskiego makaronu soba, a meczem w Rzeszowie, to się grubo mylicie i nie znacie moich możliwości.

Otóż Stali wystarczyło właśnie około 20 minut, by po przerwie upichcić Jaskółki.
Już w 51 minucie meczu Krupa zasiadł do stołu i zaczął przyrządzać Unię. Musiała mu smakować, a przy tym być nieźle pikantna, bo po strzeleniu wyrównującego gola wyglądał jakby mu oczy wyszły z orbit.
Czekanowski zapytał Krupę, tak  z ciekawości: "a czemu Ty Krupa masz takie wielkie oczy ?", by usłyszeć w odpowiedzi: "by Was lepiej widzieć, a potem zjeść" !.
Musiał być pożądnie głodny, bo w 59 minucie oczy znowu wyszły mu z orbit, podobnie zresztą jak większości tarnowskich kibiców. Krupa podwyższył wynik na 2:1 dla Stali.

Ledwie minęła 70 minuta, a Cholewie urosły wielkie zęby i uszy. Czekanowski nawet nie pytał po co Cholewie wielkie zęby i uszy, więc i ja na to pytanie nie odpowiem.

3:1 dla Stali zaspokoiło jej apetyt. Więcej bramek nam nie strzelili.
Wstyd i sromota były naszymi jedynymi towarzyszami przy opuszczaniu stadionu. Co tu więcej dodawać ?!.

W takiej atmosferze nie wypada nawet składać życzeń świątecznych, więc zamieszczę tylko wyniki innych meczów 8 kolejki II ligi, grupy A /ale Ci z Rzeszowa to naprawdę mieli takie wielkie oczy, zęby i uszy/:

Piast - Slavia 1:0, Krosno - Racibórz 2:0, Polonia - Naprzód 2:1.

Tabela II ligi - 8 kolejka:


1/ Stal Rzeszów 12 pkt;
2/-3 Polonia Bydgoszcz i Piast - po 11 pkt;
4/ Unia Racibórz - po 10 pkt;
5/  Krosno - 8 pkt;
6 / Slavia - 6 pkt;
7/ Naprzód Lipiny - 4 pkt;
 
8/ UNIA TARNÓW -  2 pkt.

Wyniki II ligi - 8 kolejka, grupa "B":
Wawel -Zawisza 0:0, Szombierki - Garbarnia 1:0, Bałtyk - Pogoń 1:1, Arka - Śląsk 2:5.

 

19 część - Historia UNII Tarnów widziana oczami Jaskółki z Krakowa 2011-09-23
III RUNDA PUCHARU POLSKI; STAL RZESZÓW - UNIA TARNÓW -1961 r.

To, co przydarzyło się w Rzeszowie, nie ma swojego odpowiednika w całej historii Unii. Takie rzeczy mogą zdarzyć się tylko raz, albo w ogóle !. Tymbardziej warto je przywołać we wspomnieniach.
Najpierw jęknął Pan Janek. Po chwili najwyższe zdziwienie wyraził Praszczur. To był wystarczający powód, bym dokładniej przypatrzył się temu, co też takiego nadzwyczajnego dzieje się przed Pucharowym meczem Jaskółek w Rzeszowie.

Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie.
Właśnie nad stadionem przelatywał klucz umęczonych długą drogą Aniołów, miały wolną przestrzeń powietrzną, jako że zakończyły się już przeloty ptaków z lęgowisk na zimowiska, na bieżni z miernym wynikiem zachęcano kibiców do darmowego poczęstunku tartinkami z kawiorem z jesiotra zachodniego /nawaliła dostawa tego lepszego, z bieługi/, kibice woleli swojską kaszankę, na szczycie stadionu śpiewał z playbacku Jan Kiepura, który z Ameryki zabrał się z kluczem.
Ot, szara rzeczywistość 1961 r.

Ale kiedy dokładniej przyglądnąłem się rozgrzewającym piłkarzom, wtedy poczułem mrowienie po plecach i mroczki przed oczami.
To, co zobaczyłem, było faktycznie pierwszym nieziemskim zjawiskiem, jakie dostrzegłem.

Oto w koszulkach Unii Tarnów rozgrzewało się jedenastu nieznanych mi piłkarzy !!!.
Pierwsza myśl - pomyliliśmy stadiony i mecze, pewnikiem gazety mylnie podały nazwę rywala Unii. My sobie spokojnie siedzimy w Rzeszowie, a nasze Jaskółki rozgrzewają się gdzieś tam w Stali Mielec, może Stali Stalowa Wola, a może Stali Kraśnik ?!.

Drugi rzut oka sytuację rozjaśnił, ale zawirowań nie usunął, a nawet jakby je wzmógł. Wśród piłkarzy rozpoznałem bramkarza Edwarda Janusza i jednego z bohaterów poprzedniego meczu - Józefa Kulpę.
Po ogłoszeniu składów wszystko stało się jasne. Unia wystawiła przeciwko Stali Rzeszów jedenastu ... juniorów !!!!!!.
Tymczasem z drugiej strony boiska rozgrzewał się podstawowy skład Rzeszowian, z Poświatem na czele. Nigdy - ani wcześniej, ani później - nie widziałem, by zawodnicy Stali, przed meczem z Unią, byli tak rozluźnieni, a nawet rozbawieni.
Unia miała przystąpić do meczu z rutynowanym przeciwnikiem w składzie: Janusz, Noga, Brożek, Rylski, Burda, Lazarowicz, Kędryna, Poręba, Kulpa, Dudziak, Klatka.
Wśród piłkarzy uwijał się, wyglądający na ich tle, jak pradziadek - trener Karol Bielecki. Miał najwyraźniej w świecie kłopoty z zapamiętaniem imion nowych graczy i pozycji, na których mieli grać. Chyba nawet przez chwilę tłumaczył Januszowi, jak ma centrować ze skrzydła.
Generalnie to wyglądał tak, jakby miał za chwilę dołączyć do klucza.

Także i kibiców Unii można było łatwo rozpoznać, zwłaszcza po prezentacji składu. Z błędnym wzrokiem dali się bowiem, jako nieliczni, skusić na tartinki z kawiorem i to z jesiotra, a nie bieługi !!!. Praszczur zachował pozory spokoju - ostentacyjnie słuchał Kiepury z playbacku, Pan Janek liczył białe myszki, a ja notowałem wszystko w pamięci, by Wam to po 50 latach przekazać.

W tej sytuacji wynik meczu był z góry przesądzony. Konfrontacja od początku przemieniła się w grę jednostronną, a wszystko sprowadzało się do pytania, ile bramek strzeli Stal.
Na naszej połowie brakowało tylko bramkarza gospodarzy, choć i on się tam chyba od czasu do czasu kręcił, reszta zespołu "zimowała" przed naszą bramką. Narybek Unii starał się wybijać piłkę jak najdalej, byle choć na moment zażegnać niebezpieczeństwo.
Na więcej naszych piłkarzy nie było już stać.
Rozluźnieni Stalowcy strzelali z każdej nadarzającej się okazji, co nie zawsze szło w parze z celnością uderzenia. Ponieważ każdy chciał poprawić swój współczynnik zdobytych bramek, niejednokrotnie gospodarze nawzajem przeszkadzali sobie w oddaniu strzału.
Goli jednak nie zabrakło. Już do przerwy Stal prowadziła 3:0, po przerwie miejscowi dorzucili kolejne 3 gole. Na listę strzelców wpisali się: Poświat i Kruk - po 2 bramki oraz Stawarz i Kuźma. W ambitnie grającej Unii wyróżnili się Janusz i Kulpa, a więc zawodnicy, którzy mieli już za sobą występy w pierwszej drużynie.
Stal - Unia 6:0 i był to i tak niski wymiar kary.

Zaraz po meczu poznaliśmy kulisy niecodziennego występu Jaskółek.
Oto w 1961 r., a więc zaledwie 16 lat od czasu zakończenia II wojny światowej, macierzyste zakłady pracy i poszczególne kluby, wysyłały swoich zawodników do sanatoriów, kurortów itp., aby tam po sezonie wyleczyli urazy i nabierali sił przed kolejnymi zmaganiami.

Piłkarze z podstawowej jedenastki Unii mieli już wcześniej "zabukowane" miejsca w znanych uzdrowiskach: Świeradowie Zdroju k. Jeleniej Góry, znanym do dziś ze znakomitych borowin i wód leczniczych i Ciechocinku, słynącym z tężni solankowych. Uniści udali się tam zaraz po spotkaniu z Górnikiem Wilchwy.
Kierownictwo klubu z odpowiednim wyprzedzeniem zwróciło się do PZPN o przełożenie meczu. PZPN odpowiedział krótko: "nie !" i w ten sposób staliśmy się świadkami historycznego i w sumie kuriozalnego meczu o Puchar Polski.
Jak to dobrze, że w Unii i w ogóle tak generalnie, wszystko idzie do przodu i w 66 lat
od zakończenia II wojny światowej nikt już Jaskółek nie wysyła na darmowe wczasy i leczenia do kurortów. Ech ta dawna Polska, wszystko było postawione tam na głowie. Gdyby kogoś to interesowało, Pan Janek doliczył się 165 białych myszek.

Stal Rzeszów w 1/16 finału Pucharu Polski rozgromiła Lech Poznań 4:0. W 1/8 Stalowcy znaleźli pogromcę w zespole Karkonoszy Jelenia Góra /przegrali na wyjeździe 0:1/. W 1/4 Karkonosze przegrały w Opolu z tamtejszą Odrą 0:2. Szkoda, że nie udało nam się wygrać rywalizacji ze Stalą, bo i Karkonosze i Odra były w zasięgu ówczesnej Unii.
Zestaw par w półfinale: Górnik Zabrze - Odra Opole /!/ 2:1 i Zagłębie Sosnowiec - Cracovia 4:0.
Puchar Polski w 1961 r. zdobyło trochę nieoczekiwanie Zagłębie Sosnowiec, które w obecności aż 25 tysięcy widzów, pokonało na Stadionie Śląskim w Chorzowie Górnika 2:1, po bramkach Mygi i Piecyka. Gola dla pokonanych zdobył
Ernest Pohl. 

A jak wyglądały losy młodych Jaskółek, które rzucono w Rzeszowie na głębokie wody ?.
Edward Janusz i Józef Kulpa jeszcze wówczas nie wiedzieli, że w przyszłości znajdą miejsce w wyjściowym składzie seniorów. Na bardzo dobrego obrońcę wyrósł Piotr Brożek. Marian Lazarowicz i Jerzy Dudziak także pojawiali się w podstawowym składzie. Pozostali nie przebili się do grona najlepszych Jaskółek.

Mecz ze Stalą Rzeszów, to był faktycznie ostatni akord sezonu 1961 r.
Sezonu, który przyniósł nam znowu wiele pozytywnych emocji i satysfakcji. Ponownie z optymizmem patrzyliśmy w przyszłość Unii. Co prawda coraz bardziej docierała do nas prawda, że Uniści nie mają w swych planach awansu do ekstraklasy, ale jednocześnie zespół jawił się jako nadzwyczaj solidny, gotowy do napędzenia strachu każdemu rywalowi. Można było spokojnie czekać na kolejny sezon !!!.


SEZON 1962 r. - reorganizacja rozgrywek II ligii.

PZPN dotrzymał danego niegdyś Paniom Domu słowa. W rozgrywkach II ligii następowała istotna zmiana - stopniowo przechodzono na system jesień - wiosna.
Najpierw miano rozegrać w ekspresowym tempie rozgrywki II ligii w dwóch grupach. Terminarz był napięty, a same rozgrywki skumulowane w krótkim czasie - od 11 marca 1962 r. do 21 czerwca 1962 r. W podanym okresie miano rozegrać także mecze rewanżowe, stąd też wziął się podział na mniejsze grupy, by plan stał się realnym do wykonania. 21 czerwiec to była data końcowa tych nietypowych rozgrywek.

Później, po przerwie wakacyjnej, miano od razu przystąpić do rozgrywek sezonu 1962/1963.

Kto niewłaściwie przygotował się do początku sezonu 1962 r., ten nie mógł nawet pomarzyć o późniejszym odbiciu sobie niepowodzeń - w czerwcu stawał się spadkowiczem do III ligii !!!.
Tym większe emocje towarzyszyły podziałowi zespołów na grupy.
Z wypiekami na twarzy analizowaliśmy składy grup.
Bardzo szybko znaleźliśmy Jaskółki, jako że przydzielone zostały one do grupy "A".

Naszymi rywalami mieli być:
spadkowicz z I ligii, czyli Polonia Bydgoszcz, starzy znajomi, czyli Unia Racibórz, Piast Gliwice, Stal Rzeszów,  MZKS Krosno oraz podnoszący atrakcyjność rozgrywek Naprzód Lipiny. Nowym przeciwnikiem była Slavia Ruda Śląska. 8 zespołów i to wszystko !!!.
Zwycięzca grupy awansował do I ligii, dwa ostatnie zespoły spadały do III ligii.
Odżyły nadzieje na skuteczną walkę o pierwsze miejsce, rywali było niewielu, a z każdym z nich Unia mogła pokusić się o wygraną !.

W grupie "B" znalazł się spadkowicz z I ligii, czyli bydgoski Zawisza, zespoły z północy Polski: Pogoń Szczecin, Arka i Bałtyk Gdynia, drużyny krakowskie: Wawel i Garbarnia oraz Szombierki Bytom i Śląsk Wrocław.

Można było rozpocząć przygotowania do sezonu 1962 r..
W Polsce istniało wówczas prawie 5 tysięcy klubów - najwięcej na Śląsku, któremu ustępowało województwo krakowskie /około 500 klubów/ i okręg wrocławski.
Brać piłkarska liczyła nieco ponad 200 tysięcy piłkarzy, a wśród nich byli i zawodnicy Unii, póki co zeskrobujący jeszcze z siebie ostatnie warstwy borowiny. Niektórzy podczas zabiegów się zdrzemnęli, borowina na nich przyschła i tak łatwo się nie poddawała zabiegom spłukania, więc też i co poniektórzy piłkarze Jaskółek pozowali na murzynów. Trener  Bielecki wszystko skrzętnie notował i tych oblepionych ponad miarę borowiną wpisywał w notesie pod rubryką "piłkarz do czarnej roboty na treningu i podczas meczu".

Tych, którzy przestawali się wcześniej taplać w torfie, bądź nakładali na siebie borowinę  kosmetyczną, szkoleniowiec wpisywał do rubryki: "piłkarze spijający boiskową śmietankę, przeznaczeni do lżejszych zadań".
Zawodnicy szybko połapali się w systemie przedsezonowej weryfikacji i w ostatnich dniach pobytu w uzdrowiskach paradowali od świtu do zmierzchu w kosmetycznych maseczkach.
Trener ani się nie oglądnął, a otaczał go tłum piłkarzy z grupy "lżejsze zadania".
Tak po prawdzie, to w rubryce "czarna i ciężka robota" został tylko on jeden wraz z kilkoma działaczami, którzy się nie połapali w czym rzecz i borowiny na czas nie spłukali oraz z Panem Jankiem, który po zarzuceniu jego motocykla na ostrym zakręcie, zażył borowiny w pobliskim rowie. 
Niestety, ale nie wyglądało to najlepiej, na dzisiaj kończę, idę założyć kosmetyczną maseczkę, bo od kilku miesięcy nieźle zasuwam na tym blogu - przydałby się wypis na "lżejsze zadania".

Przygotowania drugoligowców do sezonu 1962 r.

Czytanie sportowej, krakowskiej prasy przed sezonem 1962 r. w najlepszym razie mogło zakończyć się nocnym moczeniem, a przy braku odrobiny szczęścia nawet obłędem.
Zawarte w niej opisy, żywcem przypominały opowieści o atakach watah wilków na bezbronne białogłowy, bądź insze niewiniątka. Wilki atakować miały porą nocną, te bardziej cywilizowane tuż przed świtaniem. Unosiły swe ofiary w zbroczonych posoką pyskach, a na klatkach schodowych i korytarzach całymi  tygodniami unosił się zapach diabelskiej sierści, wymieszany z echem  odgłosów wleczonych nieszczęśników.
Mniej więcej tak opisywano przypadki kaperowania krakowskich piłkarzy do innych klubów.
Oczywiście pozyskiwanie nowych graczy do krakowskich klubów, w tym wojskowego Wawelu, odbywało się zawsze w blasku słońca, a kierownictwa klubów przywdziewały na ten czas białe rękawiczki.
Na ten przykład przeniesienie do Wawelu pewnikiem wyglądało tak: do ściąganego piłkarza przyjeżdżał ktoś w szarży co najmniej pułkownika, albo i generała, jeśli ten miał odrobinę czasu między kolejnymi wojenkami.
"Czy Waćpan chciałbyś zamienić nowe buty na onuce i wojskowe kamasze" ?, padało nieśmiałe pytanie. "Tak, tak, chciałbym ja, chciałbym" !!! - darł się wniebogłosy szczęśliwy wybraniec losu.
"Czy pragniesz jadać pod brzózką z menachy w deszczu i spiekocie" ?!. "Oj, co za szczęście mnie dziś spotyka, jakim ja dziś o świtaniu szczęśliwy" ! - ze łzami wzruszenia odpowiadał szczęściarz.
"Czy pragniesz z dala od rodziny być szeregowcem i grać dla wojskowego klubu" ?. Ściśnięte z euforii gardło nie pozwalało na choćby wyszeptanie: "chciałbym ci ja, chciałbym", więc musiał wystarczać przyzwalający gest głową.
A później zostawało tylko jechać do Legii, Wawelu, itd.,  pijanym w sztok ze szczęścia.
 
Ale wróćmy do watah. Wieczorową porą wpadły one do mieszkania Krzyżanowskiego, znanego nam z meczów Wawelu z Unią. Wilki były głodne więc porwały nie tylko Krzyżanowskiego, ale i jego przyodziewek i meble. Wilki były cywilizowane, więc przyjechały ciężarówką. Wilki były z daleka, więc uniosły piłkarza Wawelu aż do Arkonii Szczecin. W stadzie wilków rozpoznano jednego z byłych graczy Stali Stalowa Wola, który namawiał innych piłkarzy do zmiany ostępów i wyjazdu na północ.
Prasa krakowska wyła, niczym wilki do księżyca. Po mieście rozeszła się  wieść, że piłkarz Wawelu porzucił miejsce swojej pracy bez wypowiedzenia. Już pisałem, że były to durne czasy, ludzie porzucali pracę, niczym stare rękawiczki, często nie informując przełożonych, że w dniu następnym się już nie pojawią i co najciekawsze - zaraz za rogiem czekały na nich dosłownie dziesiątki kolejnych ofert. Świetnie to ilustrował życiorys Pana Janka, który po kolejnym opuszczeniu pracy - bez wypowiedzenia - pojawił się przed nowym kadrowcem. Biedaczyna pracował już w tylu miejscach, że zapomniał, iż w rzekomo nowym miejscu roboty, do którego właśnie się zgłosił, już kiedyś pracował i to nawet przez kilka tygodni !. Przypomniał mu to kadrowiec, który z tejże pracy usuwał go /napisałem tak delikatnie, żeby było kulturalniej/ - oczywiście za wypowiedzeniem, bo pracownik miał prawo do ochrony swojej godności.

O ile w pierwszej chwili opowieści płynące od strony  Krakowa wywoływały w Tarnowie radość i kąśliwe uwagi, o tyle później przyszła refleksja i czas na opamiętanie: a co będzie, jeśli watahy spadną na Unię ?!. Zaczęto rozkładać wnyki i potrzaski wokół naszego stadionu, ale uprzedzając fakty, dodam - nie na wiele się to zdało !!!.

Tymczasem na początku 1962 r. sypnęło sparingami. W niektórych odnotowano pokaźną liczbę bramek, jak choćby w meczu Zagłębia /dawna Stal/ Sosnowiec z III - cio ligowym Górnikiem Wojkowice. Wygrało Zagłębie 8:1.
Liczne sparingi rozgrywał także przyszły rywal Unii w II lidze, czyli Stal Rzeszów. Z obozu Rzeszowian dochodziły sygnały, że w 1962 r. Stal przymierzy się do walki o awans. Stal wygrała z Resovią 5:3 i Górnikiem Kowary 6:0. Ale już w meczu z warszawską Legią przegrali 1:3. 

Wawel Kraków powoli wracał do równowagi po nocnej akcji watahy. Nawet dosyć szybko się pocieszyli, ściągając do siebie Cygana z Tarnovii /przy okazji takich wiadomości Pan Janek głęboko wzdychał: "To oni jeszcze istnieją ..."/, Muca z Broni Radom i Ćwiertnię z Beskidu Andrychów. Oczywiście w tym wypadku Krakusy wychwalały pod niebiosa przedsiębiorczość i kreatywność działaczy Wawelu.
Wawel do nowego sezonu przygotowywał się w Muszynie Zdroju.
Zbroił się także i inny krakowski zespół z Grupy "B", a mianowicie Garbarnia Kraków, która szlifowała formę w Wiśle - Głębcach. Nowymi twarzami u "Brązowych" byli Bąk ze Skawy, dobry Miceusz z krakowskiej Wisły i Chrząścik z Wawelu.
Wzmocniona Garbarnia uzyskała remis 1:1 w sparingu z Cracovią, po czym rozniosła Nadwiślan Kraków 9:0.

A co było słychać u Jaskółek ?.

To, co najważniejsze dla losów Jaskółek, rozegrało się w zimową noc, na rogu Wałowej i Krakowskiej. Słaba poświata księżyca, lekko pruszący śnieg, zimno, ba - mroźno. Para buchała z ust, niczym dym z parowozu. Głęboka, prowincjonalna cisza. I nagle ten tętent. Jakby kopyta koni, gdzieś hen, gdzieś w oddali. Zbliżają się, nadciągają niczym złowróżbna przepowiednia. Są, są, mroczny orszak wychynął z dali !. 
Zza załomu kamienicy wypadły sanie, ciągnięte przez wściekłe psy, nie, to nie psy !, to wilki z pyskami zbroczonymi posoką, wokół rozlewał się zapach diabelskiej sierści.
Szatański zaprzęg powoziła rozmierzwiona, choć nieziemsko piękna Brunchilda, kobieta - wojownik, zbierająca dusze ofiar z pól walk do świata swego ojca Odyna.
Brunhildo, kogo uwozisz w mętne otchłanie ?!.
W saniach wilkołaki wespół z wilczym pomiotem Frekim i Gerim, przytrzymują nieszczęśnika, który nie wiedzieć czemu nie wyrywa się !; może zasłabł, może piękna Brunhilda rzuciła nań urok, może chciał już pójść w ramiona innego świata.
Potępieńczy korowód przemknął przed naszymi oczami, jak szybko się pojawił, równie szybko oddalił w zimowej zadymie, nastała cisza, która aż kłuła w uszy.
O tym, że nie był to tylko sen, świadczyły  szybko zamazywane przez śnieg ślady płuz sań, coraz bledsze, coraz słabsze, coraz bardziej nierealne. I ten dziwny zapach wilczej sierści, roznoszony przez wiatr. I grobowa cisza, i martwy spokój.
I osuwający się, mdlejący Pan Janek.  "Porwali nam, porwali nam !!!" bełkotał bez ładu.
"Kogo, kogo widziałeś w saniach ?!". Praszczur przyłożył ucho do odchodzącego w mrok omdlenia Pana Janka. Snadź usłyszał nazwisko uprowadzonego piłkarza Unii, gdyż zachwiał się na swoich zazwyczaj mocnych nogach, oparł o mur i bełkocząc powtarzał w kółko: "To niemożliwe, to nie może być". Podbiegłem, by usłyszeć nazwisko uprowadzonego i gdym je posłyszał, poczułem, że ziemia usuwa się spod nóg, świat zadrżał w posadach, a przed oczami krążyły mi czerwone, krwiste płatki śniegu !!!, cdn, chociaż nie jestem tego taki pewien - wcześniej muszę dojść do siebie, choć tyle lat już od tamtej chwili minęło, zabrali, zabrali nam, i cisza, zabrali, powiedli w przestwór.

Przerwa w pisaniu blogu trochę trwała, ale koniec świata nadwątliłby siły każdego.
Ludzkość koniec świata wyznaczała wielokrotnie. Najbardziej spektakularne wyliczenia poczynili m.in. święty Marcin z Tours, znany z tego, że kiedy znudziło mu się bycie rzymskim legionistą, przed jedną z bitew poprosił przełożonych, by mógł iść do ataku bez broni, za to z krzyżem w ręce. Nie został męczennikiem tylko dlatego, że przed bitwą zawarto pokój. Koniec świata miał według niego przypaść między 375, a 400 rokiem, a więc rozrzut był nie mały, zwłaszcza jak na byłego rzymskiego legionistę.
Papież Innocenty III wyznaczył końcową datę na 1284 r. w ten sposób, że dodał liczbę Bestii, czyli 666, do daty powstania islamu. Moim skromnym zdaniem do końca nie mogło dojść, bo wyliczenie jest błędne. Za początek islamu większość przyjmuje 622 rok, kiedy to doszło do hidżry, czyli ucieczki Mahometa z Mekki przed przeciwnikami religijnymi. Jakby na to nie patrzeć, wychodzi 1288r., a nie 1284.
Raskolnicy z prawosławnej Rosji widzieli koniec w 1699 r. i to tak wyraźnie, że w liczbie ponad 20 tysięcy popełnili samobójstwo, by nie spotkać się z Antychrystem. Wcześniej też zamykali się w miejscach kultu i ze świętymi księgami podpalali.
 Co do końca pomylili się nawet Nostradamus, wielki jasnowidz Edgar Cayce i wielu, wielu innych.
Najbliższa znana nam data końca jest dziełem Majów i przypada na 2012 r. Chyba wczoraj czytałem, że Meksyk wcześniej pokaże światu dokumenty, które zmienią nasze widzenie rzeczywistości, a potwierdzą one, że Majowie mieli kontakty z istotami z innych galaktyk.

Powiem szczerze: mnie to już nie rusza. Koniec świata przeżyłem przed sezonem 1962 r.
Zawodnikiem, który odszedł z Unii był ... Wiesław RUSINEK, jeden z najlepszych piłkarzy Jaskółek w  całej historii naszego klubu !!!.
Odchodził do Hutnika Nowa Huta !. Unia w przeddzień ostrej walki w zreorganizowanej II lidze pozostała bez swojego najlepszego strzelca.
I chociaż ten blog ma m.in. na celu zachowanie, oczywiście do kolejnego końca świata, pamięci o wszystkich tych piłkarzach, którzy swoją grą składali się z pokolenia na pokolenie na historię Jaskółek, a więc ma się w pewnym sensie przyczynić do zachowania "Unijnej" tradycji i ciągłości, to dla nas kibiców odejście Rusinka było jakby przerwaniem tej ciągłości.
Wraz z Jego odejściem kończyła się pewna era w historii nawet całego tarnowskiego sportu. Poczucie końca epoki pogłębiły wieści z klubu, iż przed sezonem kontuzja dopadła Ryszarda Spodzieję !.

Po takich scenach, jak z walkirią Brunhildą, niełatwo było o sen. W końcu i on zmorzył umęczonego i udręczonego Pana Janka.
Wkrótce też wszyscy w okolicy wiedzieli, że przyśnił mu się automobil, którym zresztą śniący kierował !. Każdy, kto choć raz sięgnął do co lepszych senników /nie mylić z siennikami/, ten wie że automobil to dobra nowina, a kierowanie nim, to jej spełnienie.
Wkrótce dowiedzieliśmy się, że Unia także poczyniła zaciąg do swoich szeregów. Byli to głównie piłkarze w jakiś sposób związani z Tarnowem.

TRANSFERY - SEZON 1962 r.
Wsród piłkarzy, którzy mieli wzmocnić Unię pojawił się Ryszard /imię/ Marek /nazwisko.


POZNAJMY SIĘ: RYSZARD MAREK.

Do dziś odbieram Go jako jedną z najsympatyczniejszych postaci Unii.
Przychodząc do Jaskółek Ryszard Marek nie był już napewno żółtodziobem. Liczył sobie coś około 28 lat i miał na swoim koncie występy na różnych pozycjach w HKS "Monterski", czy w Stali Sosnowiec. Z tym drugim zespołem ponoć nawet wojażował po Chinach i Bułgarii.
Jeśli ktoś chciałby wówczas na siłę przyczepić łatkę nowemu nabytkowi Unii, to mógł znaleźć ją w tym, że Ryszard Marek przeszedł w młodości poważną chorobę, można powiedzieć chorobę wieku młodzieńczego, coś na kształt ospy wietrznej czy świnki, tyle że w ostrym jej przebiegu.
Lekarz klubowy szybko ją zdiagnozował i orzekł, że zawodnik jest już w pełni wyleczony i gotów do gry w Jaskółkach. Cóż to za przypadłość ?! - otóż pod koniec lat 40 - tych, jako jeszcze młode pacholę, Ryszard Marek grał w Tarnovii, z której zabrano Go do Cywilno -Wojskowego KS Kraków /późniejszy Wawel/ !.
Pan Janek, który mógłby być doktorem habilitowanym od tego rodzaju przypadłości, a już na sto procent był jednym z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie w Tarnowie, swoim zwyczajem podczas pierwszych występów Marka w barwach Unii, identycznie jak niegdyś przy grze Antoniego Barwińskiego, pytał zaniepokojony: "a dlaczego dziś gramy w dziesięciu ?!". Szybko mu to przeszło, zaczął dostrzegać Marka na murawie, a sam Marek okazał się jednym z najlepszych piłkarzy Jaskółek tamtych czasów !. To był piękny dzień, kiedy Pan Janek, nie kryjąc wzruszenia, rzekł krótko o Marku: "wyleczył się, jest w pełni zdrów !". Od tego momentu na szczęście znowu graliśmy w jedenastu.

Marek umiał łączyć naukę ze sportem - bodajże w 1966 r. ukończył jeden z Wydziałów na Politechnice Krakowskiej, uzyskując tytuł inżyniera mechanika. W tamtych czasach była to rzadkość na krajowych boiskach.
Piękną karierę zakończył coś około 1967 r., miał  wówczas na swoim koncie ponad 800 rozegranych spotkań !.
Został później trenerem Jaskółek i z tym okresem Jego pracy należy łączyć m.in. wprowadzenie Unii do "prawdziwej" II ligii !.
Tak, tak Panie Ryszardzie - to wtedy i ja paliłem ten Pana stary, mocno zetlały kapelusz, coby się stało zadość pięknej tradycji.
Marek, już jako trener był otwarty na kibiców. Nie jeden raz zabierał nas do klubowego autokaru w drodze powrotnej z wyjazdowych meczów. Pewnie i po latach czuł skruchę z powodu tej gry, wiadomo gdzie. Kiedyś nawet, podczas dalszego wyjazdu, zaprosił mnie na obiad z piłkarzami. Pamiętam to do dzisiaj, bo byłem wówczas na styku z pieniędzmi, bilety na środki komunikacji okazały się droższe, niż myślałem i kiszki "grały mi marsza" !.
Gdyby się Pan do dzisiaj nie rozliczył z klubem z tego obiadu, to proszę dać znać na priva - wszystko wyrównam !.
Pana Ryszarda Marka i dziś można zobaczyć w Jaskółczym Gnieździe, zwłaszcza na inauguracyjnych meczach w poszczególnych sezonach. To kolejna wspaniała Jaskółka w tej nie kończącej się historii naszego Klubu !!!.

Przed sezonem 1962 r. pojawia się w Unii kolejny piłkarz, który w kolejnych latach miał wyróść na czołowego strzelca zespołu, czyli
Henryk Blaga.

Poznajmy się: Henryk BLAGA.


Henryk Blaga przybył do Jaskółek ze Śląska. Liczył sobie wtedy około 22 lat. W piłkę nożną grał od około 12 roku życia. Duży wpływ na jego karierę miały występy w Pogoni Zabrze, zespole, który był pod baczną obserwacją działaczy Górnika Zabrze. Zresztą drużyna ta została nawet w pewnym okresie wchłonięta przez jeden z najlepszych ówczesnych teamów w Polsce. Sam Henryk Blaga pojawił się w Górniku Zabrze w 1959 r, czyli liczył sobie coś około 20 lat. Już to świadczyło o jego talencie, chociaż przebicie się do podstawowego składu Górnika było rzeczą chyba niemożliwą. Górnik święcił wtedy największe sukcesy w całej swojej klubowej historii. W latach 1959 - 1967 r. aż siedmiokrotnie zdobywał tytuł Mistrza Polski !. Jego dominacja na krajowych boiskach w zasadzie nie podlegała dyskusji. Ale też i Henryk Blaga miał się komu przypatrywać i miał się od kogo uczyć solidnych futbolowych podstaw. W tamtym okresie w Górniku grali m.in. reprezentanci Polski: Jan Lentner, poza tym najlepszy polski piłkarz tamtych lat, a i jeden z najwybitniejszych w całej historii naszego futbolu, czyli Ernest Pol /Pohl/, któremu zdarzało się w meczach międzypaństwowych strzelać i po 5 goli !!! /z Tunezją na Olimpiadzie w Rzymie w 1960r./, czy ofensywny
Erwin Wilczek.
"Nasz" Henryk Blaga w 1961 r. powrócił do Pogoni Zabrze, by stamtąd zawędrować do Unii Tarnów. Panie Henryku, witamy !.

Ale to nie był koniec transferów. Nowymi twarzami w Unii byli dwaj zawodnicy tarnowskiego Metalu: Marian Derlaga i Roman Lis. Szczególnie wiele obiecywano sobie po przejściu do Jaskółek bramkostrzelnego Derlagi, który grając w barwach Metalu, raz po raz dziurawił siatkę rywali celnymi strzałami. Jak pamiętamy "przedziurawił" ją także Unii, podczas jednego ze sparingów. To była dobra okazja, by przyjrzeć się dokładniej temu piłkarzowi. Zaglądnięto mu wtedy głęboko w oczy i zobaczono w nich Jaskółkę. Witamy na pokładzie !.
Kierownictwo klubu i trener Bielecki zapowiadali także korzystanie z "usług" Jaskółczej młodzieży. Brano pod uwagę wybijającego się ponad przeciętność wychowanka Unii - Józefa Kulpę, rzucał się w oczy młody Franciszek Żołądź, który co prawda nie był naszym wychowankiem, ale większość sportowej kariery spędził w Unii. Szansę mieli także dostać Marian Lazarowicz, Adam Florek, czy Jerzy Suder /z Cracovii/. Byli to jednak, z racji młodego wieku, zawodnicy nieograni, jeszcze nie posiadający niezbędnego doświadczenia i trudno było zakładać, że staną się oni od razu filarami zespołu. Jednak z drugiej strony kibice zakładali, że przynajmniej niektórzy z wymienionych, zaaklimatyzują się w podstawowym składzie równie szybko i z widocznymi efektami, jak choćby Antoni Kotwa.

Przed sezonem najbardziej obawiano się postawy linii napadu. Brak Rusinka odbierano jako wyrwę, której nie da się zastąpić. Uprzedzając bieg zdarzeń dodać należy, że w ani jednym meczu nie wystąpił też Ryszard Spodzieja. Linia ataku, której bały się najlepsze teamy II ligii dokumentnie nam się posypała.

Do rozgrywek zgłoszono trzech znanych nam już bramkarzy: Sienkiewicza, Czekanowskiego i młodego Janusza.
Dobre skojarzenia rodziła linia obrony i pomocy /Mazurek, Palemba, który po długiej przerwie miał znowu zasilić zespół,
Tyliszczak, Kuciewicz,  Żywiec, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Gosek, Dubiel, przynajmniej teoretycznie dawali gwarancję na zachowanie ciągłości dobrych występów Jaskółek.

MECZ TOWARZYSKI WAWEL - UNIA.

Mecz rozegrano w miesiącu lutym 1962 r., na mocno zaśnieżonym boisku.
Wygrał go Wawel 2:1 /2:0/.
Skład Unii: Sienkiewicz /Janusz/, Żywiec, Mazurek, Palemba /Tyliszczak/, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Kulpa, Dubiel, Spodzieja /Marek/.
Bramki dla zwycięzców zdobyli: nowy nabytek wojskowych Muc oraz
Szmatloch. Honorowego gola dla Unii zdobył Kotwa.



MECZ TOWARZYSKI: UNIA OŚWIĘCIM  - UNIA TARNÓW.
Nasi rywale należeli do czołówki trzeciej ligi. Jaskółki były w fazie zgrywania zespołu i wypracowywania nowych rozwiązań taktycznych. Nie usprawiedliwiało to jednak porażki naszych piłkarzy 2:4 /2:3/, zwłaszcza, że przyzwyczaili nas oni do raczej poważnego podchodzenia do spotkań sparingowych.
Bramki dla gospodarzy strzelili: Pietrzyk /2/ /głową/, Grzybek i Lekstein. Dla Jaskółek:
Witek i Nowak.
Kibice, którzy byli na meczu twierdzili, że nasz zespół miał pod koniec spotkania kłopoty ze złapaniem oddechu, co na razie przyjęto ze spokojem. Poza tym Jaskółki zagrały niemrawo i wolno. W naszym składzie zobaczylismy m.in. Kuciewicza i Florka oraz Goska, a więc zawodników nie grających w sparingu z Wawelem.
Poza tym Unia w czasie przygotowań w Jeleniej Górze odnotowała 3 remisy: z warszawską Gwardia 3:3, z Olimpią Poznań 2:2 i ze Stalą Mielec 0:0.


SEZON 1962 r.- 1 kolejka; UNIA - STAL RZESZÓW.

Wychodzący na boisko piłkarze Stali mieli nadzieję, że po drugiej stronie murawy znowu zobaczą młody narybek Unii, który nie tak dawno dzierżył jeszcze w ustach dorodne smoczki.
Tym razem zawiedli się. Unia wystąpiła oczywiście w "seniorskim" składzie. Skład ten był jednak w porównaniu z ubiegłym sezonem częściowo przemeblowany.
Trener Bielecki wystawił do tego meczu:
Sienkiewicza, Żywca, Mazurka, Palembę, Guzego, Nowaka, Witka, Kotwę, Derlagę, Lisa, Goska /Marka/.
Od razu rzucał się w oczy brak pełnego zgrania pomiędzy linią pomocy, Goskiem, a nowymi graczami. Nie najlepiej też wyglądała współpraca Witka z Kotwą. Ponadto widać było wyraźną tremę u  Derlagi i Lisa, którzy w dotychczasowej karierze nie mieli okazji grać na tak wysokim szczeblu. Eksperymentalnie zestawiony atak poddany został ogniowej próbie. Nikt nie miał wątpliwości, że od jakości gry nowych piłkarzy, a zwłaszcza Derlagi, może zależeć liczba zdobytych przez Unię goli. Już wówczas odzywały się głosy, że kierownictwo klubu postąpiło niezrozważnie, desygnując do gry piłkarzy, co do których nie było pewności, czy poradzą sobie w II lidze. Żałowano, że Unii nie udało się sprowadzić gracza bardziej w tej lidze ogranego i sprawdzonego.
Jakby
szybciej przełamał się Derlaga, który czując za plecami doświadczonych i znających swoje rzemiosło pomocników, jako pierwszy zaczął swobodniej operować piłką, próbował indywidualnymi dryblingami wypracować przewagę w polu. Z czasem to wrażenie, że będzie on solidniejszym, aniżeli Lis, wzmocnieniem Unii, ulegało spotęgowaniu.
Lis  jednak sprawiał wrażenie jakby nieco zagubionego.
Stal grała, jak na mecz wyjazdowy odważnie, widać było jej dobre przygotowanie do sezonu i w tej sytuacji zapowiedź walki o I ligę przez ten zespół przestawała dziwić.
Kibice są zazwyczaj ciekawi, kto na inaugurację sezonu, jako pierwszy strzeli gola.
W 16 minucie spotkania ciekawość została zaspokojona. Na mecz przybyło aż 5 tysięcy widzów, którzy we wskazanej minucie poprzysięgli, że już nigdy więcej nie wykażą niezdrowej ciekawości. 
Porzekadło, że ciekawość to pierwszy krok do piekła, miało się w tym przypadku w pełni ziścić.
"Inauguracyjnego" gola strzelił dla barw Stali /przy biernej postawie Sienkiewicza i Żywca/, były piłkarz Garbarni Kraków -
Cholewa.
Stal objęła prowadzenie 1:0 !.
Pod złym znakiem zaczął się nam ten sezon !!!.

Po stracie gola Jaskółki natychmiast przystąpiły do odrabiania strat. Witek "zakręcił" obrońcą gości tuż przed polem karnym, natychmiast odegrał płaską piłkę na skrzydło do wbiegającego Goska, ten uderzył z pierwszej piłki, ale futbolówka trafiła zaledwie w boczną siatkę bramki.
Na meczu była też kolonia kibiców Metalu, którzy przyszli popatrzeć, jak w "wielkim świecie" odnajdą się ich pupile:
Derlaga i Lis. Wyglądało to nader egzotycznie, jako że sam mecz nie za bardzo ich zajmował, a uwagę skupiali wyłącznie na poczynaniach wspomnianej dwójki piłkarzy. Miałem niemałe podejrzenie, że pewnikiem nawet nie wiedzą z kim gra Unia. Ale harmider czynili niemały, gdy do piłki doskakiwał któryś z byłych "Metalowców".
Mogę jednak w pełni zaświadczyć, że to nie oni, ale tak naprawdę to Pan Janek podnosił poziom gry nowych nabytków Unii. Ilekroć bowiem przebiegali oni w pobliżu miejsca zajmowanego na trybunach przez
Pana Janka, zawsze słyszeli jego tubalny głos: " jak nie zaczniecie grać, to pojadę po Staszka Żydaczka" !.
Lis znalazł na to prostą receptę i zaczął operować z dala od miejsca zajmowanego przez Pana Janka.
Derlaga
był w zdecydowanie gorszej sytuacji, jako że trener ustawił go na pozycji skazującej go na częsty kontakt z naszym sąsiadem.
Pohukiwania Pana Janka przynosiły nadspodziewany efekt, ilekroć Derlaga słyszał nazwisko "Żydaczek" włączał czwarty bieg i dostawał nadzwyczajnego przyspieszenia, przynajmniej takie odnosiłem wrażenie.
Wiał wtedy z piłką w kierunku bramki Stali, aż miło było patrzeć.
W tym miejscu zwłaszcza młodszym kibicom muszę wyjaśnić, iż Stanisław Żydaczek był ikoną sekcji bokserskiej "Metalu", był reprezentantem Polski w boksie i miał na swoim rozkładzie nawet ówczesnych olimpijczyków !.
To niewątpliwie jedna z najwybitnieszych postaci w całej historii tarnowskiego sportu !. Moim zdaniem swoimi umiejętnościami czynił z pięściarstwa prawdziwą sztukę, którą oglądało się z najwyższą satysfakcją !. Teraz takich pięściarzy, jak On, Drogosz, Pietrzykowski już nie ma !. Szkoda, że  Tarnów nie ma godnej kontynuacji w tej dyscyplinie sportu.
Dla Pana Janka był chodzącą świętością i to nie tylko z racji jego nadzwyczajnych umiejętności sportowych, ale również z tego powodu, że w 1961 r. Żydaczek miał wypadek motocyklowy, który na pewien czas wykluczył go z uprawiania tej dyscypliny sportu, a nawet /o ile dobrze pamiętam i nie mylę okresów/ uniemożliwił Mu start w Mistrzostwach Polski, mimo wygrania okręgowych eliminacji.
Pan Janek /także w oparciu o własne doświadczenia/ uważał, że nic lepiej nie promuje sportu motocyklowego, jak np. znalezienie się znanej osoby z motocyklem w rowie. Poniekąd miał rację, o takich zdarzeniach zazwyczaj bowiem pisała prasa.
Skoro już jesteśmy przy Żydaczku, to przypominam sobie, że dzięki jego osobie Pan Janek utrzymywał mir domowy, jako że przy każdej okazji wspominał, iż ze Staszkiem to są kumplami, co się zowie. Żydaczek o tym oczywiście nie wiedział, Pana Janka pewnie na oczy nie widział, ale domowa legenda żyła swoim życiem.
Tak na marginesie, z tego co widać, w domu u Pana Janka, nie przyjął się szwedzki model wychowania potomków i tak po prawdzie było.

Ale wracajmy na boisko.
Właśnie powtarza się opisany już scenariusz: Derlaga jest przy piłce, od razu słyszy "Żydaczek jest już w drodze !!!", włącza dziesiąty bieg, urywa się rywalom, strzela  głową i goooool !!!. Dopomógł mu pięknym dośrodkowaniem z wolnego Lis. W 20 minucie meczu debiutant w barwach Unii wpisuje się po raz pierwszy na listę strzelców !. Wymarzony debiut, kibice szaleją z radości, rodzi się nadzieja, że z Derlagi kiedyś wyrośnie nowy Rusinek !.
Stan meczu 1:1 i nadzieje na wygraną odżywają !. Pan Janek dochodzi do wniosku, że Derlaga jest faktycznie na tyle dobrym piłkarzem, że  dodatkowego wspomagania nie potrzebuje i od tego momentu nazwiska świetnego boksera już nadaremnie nie przywołuje.
W każdym bądź razie, tak ku pamięci i dla historii, zamykając ten wątek, mogę odnotować, że w tym jednym, jedynym przypadku bramkę dla Unii zdobył, kto ?!!! - Derlaaaaga !, z czyjego podania ?!!!! - Stasia Żyyydaaaaczkaaa !!!!, pod czujnym okiem kogo ?! - Pana Jankaaaa !!!.

Radości było więc sporo, a będący na stadionie  kibice Jaskółek,  byli pewni kolejnych celnych ciosów ze trony Unistów.
I rzeczywiście okazji do podwyższenia rezultatu nie brakowało
Ładnie z dystansu uderzył Gosek, ale bramkarz sparował piłkę na róg, niezbyt czysto uderzył w piłkę Lis, ale ta przed bramką odbiła się jeszcze od nogi obrońcy, zmyliła bramkarza Stali, wydawało się że będzie zmierzać do siatki, ale w finale wyszła jednak na róg, dalekim strzałem, minimalnie ponad poprzeczką popisał się Nowak.

Z drugiej strony Stal nie wyglądała na znokautowaną i nie zapominając o niezbędnej asekuracji swojej bramki, także starała się uprzykrzać życie
Sienkiewiczowi.


Krótko rzecz ujmując: mecz miał wyrównany charakter, z lekkim wskazaniem na gospodarzy.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem
remisowym 1:1.


Także i początek drugiej odsłony nie wskazywał na to, by któraś z drużyn miała szybko uzyskać zdecydowaną przewagę.
Około 60 minuty meczu, na bieżni okalającej murawę pojawili się przedstawiciele jednej z firm kosmetycznych, której nazwy podać nie mogę, by nie zostać posądzonym o kryptoreklamę.

Jedno mogę zdradzić, a mianowicie to, że firma rozłożyła na gustownych stolikach zdrowotne produkty z torfu. Piłkarze Unii, niepostrzeżenie, jeden za drugim, ciągnęli gęsiego do stoisk i nakładali sobie na swoje słodziutkie buziaczki maseczki kosmetyczne z torfu.
Działanie balsamu musiało być przednie, bo po chwili okazało się, że wszyscy "w maseczkach" przestali podejmować się trudniejszych zadań.
Gracze z Rzeszowa, jako najwyraźniej uczuleni na kosmetyki, nie skorzystali z ich dobrodziejstw. 
Z minuty na minutę stawali się jakby za szybcy dla utytłanych w kosmetykach Jaskółek, mieli coraz więcej swobody w operowaniu piłką.
Obłożeni maseczkami kosmetycznymi piłkarze Unii najwyraźniej uznali, że zostali przydzieleni wyłącznie do relaksacyjnych zadań.
Na domiar złego, pojawiła się nowa firma z gustownymi, różowo - czerwonymi /z nalotem piany/ krawatami.
Wkrótce  cała drużyna Unii rozgrywała mecz nie tylko w oparach kosmetyków, ale i w krawatach, które po bliższym wejrzeniu okazały się nie być niczym innym, jak wywalonymi i wiszącymi aż na podbródki jęzorami naszych pupilów.

To nie był miraż, Unii najwyraźniej brakowało sił i braki kondycyjne coraz częściej dochodziły do głosu, czego widomym znakiem były coraz dłuższe jęzory, szorujące u niektórych nawet murawę.
To był szok dla kibiców. W sumie się nie dziwię. Widok 11 piłkarzy w maseczkach i w krawatach - jęzorach /nie zapominajmy o pianie/  to jednak wówczas nie był codzienny widok.
Początek sezonu, mecz prowadzony w normalnym tempie, o spiekocie nawet nikt nie marzył, a tu zespół najwyraźniej z minuty na minutę traci siły !.
Kiedy Rzeszowianie zobaczyli wleczone przez rywali jęzory, przyspieszyli tempo akcji. Na efekty nie czekaliśmy długo.
W 60 minucie meczu Cholewa podwyższa wynik na 2:1 dla Stali !. I znowu możemy mówić o podarunku ze strony naszych piłkarzy. Cholewa wykorzystał bowiem zderzenie się Guzego z Nowakiem i w ten sposób dziecinne stracenie porzez nich piłki.
Zaledwie 7 minut potem Poświat strzela gola na 3:1 dla gości !!!. W zasadzie piłka odbiła się od jednego z naszych graczy /Żywca/, ale gola zaliczono  na konto Poświata, co w sumie nie miało większego znaczenia.
Ale to nie był koniec dramatu Unii.
W 83 minucie Skiba z rzutu karnego  /po faulu na Poświacie/ dobija pokonanych !!!.
Stal wygrywa w Tarnowie 4:1 !!!.

Szok, tragedia, co się dzieje - to były najczęściej powtarzane pytania zdumionych kibiców.
Najwyższy niepokój budził nie tylko wynik inauguracyjnej potyczki, ale także i zdecydowanie za łatwe ustąpienie pola przeciwnikowi w wyniku ewidentnego braku sił po przerwie u naszych piłkarzy !.
INNE WYNIKI:
Grupa A:
Unia Racibórz
rozgromiła MZKS Krosno 4:0, Slavia - Piast 0:0 i Naprzód - Polonia Bydgoszcz 1:1.
Grupa B:
Pogoń Szczecin - Bałtyk Gdynia 4:0, Śląsk Wroclaw - Arka Gdynia 3:1, Garbarnia - Szombierki Bytom i Zawisza - Wawel 0:1.

SEZON 1962 r.- 2 kolejka; MZKS Krosno - UNIA.
Mecz poprzedziła wielogodzinna praca ciężkiego sprzętu, którym usuwano z murawy boiska zwały śniegu i lodu.
Jaskółki zagrały w składzie:
Sienkiewicz, Kuciewicz, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Florek, Kotwa, Derlaga, Blaga, Gosek /Lis/. 
W porównaniu z meczem inauguracyjnym zabrakło Żywca /zastąpił go Kuciewicz/, Witka /pojawił się młody Florek/, w ogóle na boisku nie zobaczyliśmy Marka.
To spotkanie było debiutem w barwach Unii Henryka Blagi, dlatego też warto dodać, że rozegrano je 18 marca 1962 r.
Mecz wydawał się przebiegać pod nasze dyktando. Unia nie zdobyła jakiejś miażdżącej przewagi w polu, ale jej gra wyglądała na lepiej ułożoną, solidniejszą, a poszczególni gracze prezentowali wyższe umiejętności techniczne.
Podobał się Henryk Blaga. Potrafił dobrze zasłonić piłkę przed zakusami Krośnian, kilka dograń piłki było przedniej marki, aczkolwiek jego koledzy nie sfinalizowali ich bramkami. Najważniejsze było jednak to, że Blaga sam szukał okazji do strzelenia gola. Był ruchliwy, zmieniał pozycje.
W zeszycie odnotowano sytuację z pierwszej połowy, kiedy to Blaga, widząc dobrze pokrytych kolegów, zza lini pola karnego i zza zasłony dwóch czuwających nad nim obrońców, oddał mocny strzał, po którym podkręcona piłka minęła linie obrony i zmierzała w światło bramki. Bramkarz Krosna, mocno wychylony w bok, sparował jednak piłkę w pole.
Przewaga Unii została jednak zwieńczona bramką !. Zdobył ją dla Jaskółek właśnie Blaga. Idealnie wykorzystał on poważny błąd obrońcy Trzeciaka, który nie trafił w piłkę. Unia do końca pierwszej odsłony nie oddała prowadzenia 1 :0 !.
Po przerwie Unia nadal kontrolowała przebieg zdarzeń.
W pierwszym meczu rozgrywek Unia zaczęła spuszczać z tonu gdzieś tak od około 60 minuty meczu.
Wraz z upływającym czasem zauważyłem u siedzącego obok Pana Janka dziwne zmiany. Na jego ciele zaczęły się pojawiać blade pola, wokół których szybko gromadziły się dziwne plamy. Pod lekko podwiniętymi nogawkami przybierały one kolor czerwieni.
Dopiero po latach dowiedziałem się, że byłem mimowolnym świadkiem  livor mortis, czyli rozwoju plam opadowych, towarzyszących zejściom z tego świata.
U Praszczura, jako osoby bardziej uduchowionej, zaczęły wykluwać się jakby stygmaty, na wzór ran bohaterów spod Troi, który to okres właśnie studiował.
Tak oto zażarci kibice Unii zmieniali się przed nadejściem godziny "zero", czyli w tym wypadku 60 minuty meczu. Jeden najwyraźniej schodził, drugi odlatywał.
Kiedy kur objawił 60 minutę meczu piłkarze Unii "siedli", oczywiście nie dosłownie, ale w zauważalny sposób. Można było się zastanawiać, co to za syk towarzyszył tej fazie spotkania, ale szybko okazało się, że to było uchodzące z Unistów powietrze.
Za chwilę pojawiły się znane z meczu ze Stalą "krawaty".
Tu już nie było miejsca na złudzenia !. Unia do sezonu 1962 r. została fatalnie przygotowana pod względem kondycyjnym.
Karpaty coraz szybciej odzyskiwały utracony teren. Teraz było już tylko jedno pytanie: czy słabnąca Unia zdoła przez 30 minut utrzymać świetny rezultat, czy też przez brak sił ulegnie słabszemu dotychczas rywalowi.
Plamy po prawej stronie z czerwonych przechodziły w czerwono - purpurowe, z lewej dochodził słodki zapach kwiatów, najwyraźniej i tam wszystko kwitło w najlepsze. Najgorsze obawy potwierdziły się. Krosno dostrzegło swoją szansę i podkręciło tempo. Gospodarze ustępujący Unistom w sztuce piłkarskiej, mieli w zanadrzu broń, której zabrakło Unii - kondycję !.
Nasz zespół, ratując sytuację, uciekał się do środka, który często zastępuje szybkość i siły, czyli fauli. Zaczęły się mnożyć rzuty wolne.
Z takiej szansy Krosno także potrafiło skorzystać. W końcówce meczu straciliśmy właśnie po rzutach wolnych dwa gole !. Jeden padł z akcji. Łupem bramkowym podzielili się:
Skowronek /2/ i Zajdel. A przecież Sienkiewicz wybronił jeszcze sytuację sam na sam  ze Skowronkiem !.
MZKS Krosno - Unia 3:1 /0:1/ to końcowy rezultat tego meczu.
Nawet najwierniejsi kibice nie mogli już żyć złudzeniami. Stan przygotowania zespołu był naszym zdaniem katastrofalny. Odbudowaniu sił motorycznych absolutnie nie sprzyjał krótki czas rozgrywek. Należało przygotować się na najgorsze.
Gorycz była niemała, bo oto na naszych oczach tonął zespół, którego umiejętności przewyższały
umiejętności przeciwników.
Wygląd Unii wskazywał na to, że po tym sezonie trafią do III ligii, z kolei wygląd  Pana Janka i Praszczura  potwierdzał moje podejrzenia, że za chwilę trafią do formaliny.
Historia Unii Tarnów widziana oczami Jaskółki z Krakowa - strona 18 2011-08-30
Sezon 1961 r. - II LIGA - 31 KOLEJKA /STR. 18 blogu/.

LUBLINIANKA LUBLIN - UNIA TARNÓW.

15 października 1961 r. Unia rozegrała mecz z mającą już tylko iluzoryczne szanse na pozostanie w II lidze Lublinianką.
Jaskółki zagrały w składzie: Sienkiewicz, Kuciewicz, Mazurek, Tyliszczak, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek.

Lubelska publiczność, która zakładała na przyszłość dłuższy rozbrat z II - go ligową piłką, tłumnie stawiła się na stadionie. Aż 5 tysięcy widzów postanowiło oglądnąć ten mecz !.

W początkowej fazie spotkania Jaskółki zachowywały się tak, jak pan młody obserwujący swoją oblubienicę. Panna młoda szybko zorientowała się, że może sobie pozwolić na więcej, niż podczas wcześniejszych II - go ligowych randek. Poczynała sobie coraz śmielej, a druga strona jakby przyjmowała to ze zrozumieniem.
Było to o tyle dziwne, że panna nie była zbyt zasobna, a i pamięć jakby ją zawodziła, jako że w dniu 18 czerwca 1961 r. oblubieniec mocno naruszył jej nietykalność cielesną, by nie rzec - dziewictwo. Unia wygrała bowiem w pierwszym meczu tych drużyn 6:0.
Lublinianka grała tak, jak jej Unia pozwalała, a pozwalała na niemało.

Już w 1 minucie Jaskółki mogły być sprowadzone na ziemię, kiedy to dopuściły do bardzo dobrej pozycji strzeleckiej lewego łącznika Zielińskiego.
Tylko gapiostwu i braku zdecydowania Zielińskiego, zawdzięczamy uniknięcie gorącej sytuacji. Zieliński zastanawiał się nazbyt długo, w który róg bramki posłać piłkę i w efekcie została mu ona zdjęta z buta.
Zawodnik Lublinianki wyciągnął wnioski z tej lekcji i okazał się najbardziej groźnym graczem miejscowych, przynajmniej jeśli chodzi o liczbę oddanych strzałów.
Pomimo wykazywanej dużej ochoty do gry ze strony Zielińskiego, Uniści nie kwapili się do tego, by ograniczać jego ruchy i bardziej zdecydowanie hamować jego strzeleckie zapędy.
W ciągu kolejnych zaledwie kilku minut Zieliński skorzystał z danej mu przez rywali swobody i oddał 3 strzały, które mogły od razu ustawić ten mecz.
Po pierwszym uderzeniu, z linii pola karnego, piłka przeszła ponad poprzeczką.
Po drugim strzale, trzeba było jej wypatrywać jeszcze wyżej.
A po trzecim ciosie Zielińskiego, nawet najwprawniejsze oko, zapatrzone w obręb bramki, nie było w stanie prześledzić lotu piłki - leciała sobie spokojnie daleko od niej.
Nie zmienia to faktu, że pozostawienie swobody
zawodnikowi gospodarzy, było ze wszech miar naganne.
Unia grała ładnie w polu, ale im dalej w las, tym częściej odbijała się od drzew. W roli drzew wystąpili obrońcy Lublinianki, a szczególnie twardo sobie poczynający Rejdych.
Kibice Unii nie byli zachwyceni faktem, że plusy Jaskółek zaczynały i kończyły się na wizualnie ładnej grze, jako że pojechali do Lublina bynajmniej nie na wernisaż dzieł sztuki, mający nacieszyć nienasycone oko. Brakowało determinacji, szybkości i ochoty na gole.
I tak wyglądała w zasadzie cała pierwsza połowa: panna młoda swawoliła, a oblubieniec z Tarnowa robił wszystko, by nie przypominać lania sprawionego jej w pierwszym meczu.

W przerwie meczu spod szatni Unii dochodziły odgłosy, które zapewne postawiły na nogi miejscowy posterunek milicji i okoliczne dewotki. Słychać było podniesiony głos, zapewne trenera Jaskółek, chociaż nie dam za to głowy - nie wiem, czy nie pomyliłem okien i pomieszczeń.
"Trzeba ją rozdziewiczyć", "precz z wiankiem na głowie", "sześć razy, oddech i kolejne sześć razy !", "trzymać krótko - na smyczy i pejczykiem i pejczykiem", "dość trzymania się za rąsie - przycisnąć ją do murawy !". /Jak na to patrzę co napisałem, to dochodzę do wniosku, że chyba jednak faktycznie pomyliłem
budynki i jak się to mówi okoliczności przyrody/.

Jeśli ktoś myśli, że odzewem na każde wezwanie trenera, było prężenie muskułów przez  podochoconych piłkarzy Unii, to się myli - zalotne spojrzenia degradowanej Lublinianki, najwyraźniej im się spodobały.

Mimo wszystko, to jednak Unia zmieniła obraz gry po przerwie. Jaskółki przystąpiły do konsumpcji Lublinianki. Spotkała je jednak mała niespodzianka. Oblubienica uciekała przed nami, kryła się i konsumpcja nie była tak łatwa, jak się przed tym spotkaniem mogło wydawać.
Oj, nabiegali się nasi chłopcy, nabiegali. A ile kunsztu włożyli w to, by panna młoda wysunęła choć nosek spoza szczelnej zasłony.
Efekty były mizerne, a to przez chwilę zobaczyli rąbek podwiązki, a to dojrzeli zza zasłony zalotny koczek.
Generalnie akcje Unii miały miejsce, ale niewiele z nich wynikało.
Bo też i sposób prowadzenia zalotów nie był zbyt wyrafinowany. Ataki Jaskółek były łatwe do rozszyfrowania i prowadzone w jednostajnym tempie. Większość piłek wędrowała do Goska, który przejawiał dużą ochotę do gry, ale była to bardziej gra wstępna, niż wyższy poziom wzajemnych relacji. Wykończenia akcji nawet przez ambitnie poczynającego sobie Goska, pozostawiały wiele do życzenia.
A to zbyt nerwowo i przedwcześnie, a to bez należytej techniki. W efekcie piłka nie mogła trafić tam, gdzie życzyli sobie tego jej adresaci.
I o ile gra w polu nadal mogła się podobać, o tyle brak precyzji przy wykańczaniu akcji był zauważalny i miał przemożny wpływ na rozwój sytuacji.
Kilka odnotowanych przykładów: Gosek przedziera się skrzydłem, idzie mu to sprawnie, właśnie mija drugiego obrońcę, mocne dośrodkowanie, ale piłka nie trafia na plac gry, lecz jeszcze przed bramką lekkim łukiem go opuszcza;
Gosek ofiarnie rzuca się pod nogi wybijającego nieco na oślep piłkę zawodnika Lublinianki, ten trafia w jego nogi, nasz zawodnik szybciej orientuje się w sytuacji, zrywa się z murawy, dopada futbolówki, dogrywa ją w pole karne, ale zbyt wysoko; Wyciągnięty w powietrzu Dubiel tylko czubkiem głowy stara się zmienić jej lot, ale nieprecyzyjny strzał nie przynosi szkody Lubliniance;
Gosek strzela ostro z dużego kąta, ale bramkarz świetnie asekuruje krótszy słupek i piłkę paruje na rzut rożny;
Witek zbyt daleko wypuszcza sobie w polu karnym piłkę, stara się do niej dobiec Kotwa, ale zdecydowany bramkarz Kurpanik już ją przygważdża do murawy;
mocne półgórne uderzenie Rusinka spoza linii pola karnego pewnie broni Kurpanik, który w tym meczu popisał się jeszcze kilkoma nienagannymi wyjściami do dośrodkowań Unistów.
Unii nie udało się skonsumować Lublinianki. Końcowy rezultat meczu: 0:0.  Remis nie krzywdził żadnej z drużyn. Wynik ten nie zmieniał katastrofalnej sytuacji Lublinianki, ale pozwalał jej przynajmniej z godnością żegnać się z drugoligowym towarzystwem.
Dziennikarze wyróżnili po tym meczu w szeregach Jaskółek: Sienkiewicza, Mazurka i Goska.
W świat poszła informacja o nieskonsumowaniu związku Unii i Lublinianki i to z wyłącznej winy Jaskółek mimo, że osiągnęły one odpowiednio wysoki poziom edukacji, posiadały niezłą technikę, a po przerwie wykazały wystarczającą do ostatecznego sukcesu chuć.
Na ostatecznym, częściowym zawodzie, jaki sprawili swoim kibicom Uniści, zaważyły: niewłaściwa motywacja, rozbieżność między potrzebami kibiców, a pokazanymi możliwościami piłkarzy, nazbyt nerwowe reagowanie na pierwsze symptomy niepowodzeń i pewna impotencja w wykańczaniu akcji. 
Pełniejszy opis przyczyn braku pełnego sukcesu Unii w Lublinie znajdziecie w kolejnych publikacjach Zbigniewa Lwa - Starowicza.
 
Pozostałe wyniki 31 kolejki:
Gwardia - Wawel 3:0, Arkonia - Bałtyk 3:2, Naprzód - Calisia 3:0, Piast - Pogoń 3:1, Polonia - Unia Racibórz 0:3, Garbarnia - Olimpia 5:1, Śląsk - MZKS Krosno 1:1, Arka - Stal 3:1.
Po tej serii spotkań nastąpiła zmiana wicelidera - szczecińska Arkonia wyprzedziła szczecińską Pogoń !.

TABELA II LIGI PO 31 KOLEJKACH:


1/ Gwardia - 49 pkt;
2/ Arkonia - 41 pkt;

3/ Pogoń - 40 pkt;
4/ Naprzód - 38 pkt;
5/ Unia Racibórz - 37 pkt;
6-7/ UNIA TARNÓW i Wawel po - 35 pkt;
8/ Śląsk - 34 pkt;
9/ Garbarnia - 32 pkt;
10/ Piast - 31 pkt;
11/ Stal - po 29 pkt;
12/ Krosno - 28 pkt;
13/ Arka - 26 pkt;
14/ Bałtyk - 25 pkt;
15/ Calisia - 22 pkt;
16/ Olimpia - 20 pkt;
17/ Polonia - 19 pkt;
18/ Lublinianka - 17 pkt.

CIEKAWOSTKI:
Mecz Unii i Lublinianki pozostał w cieniu wielkiego wydarzenia w "czarnym sporcie".
Właśnie zakończył się sezon zasadniczy i rozpoczęły się baraże. Mistrzem kraju w 1961 r. została Stal Rzeszów, ekstraklasę opuszczała Wanda Nowa Huta.
Mistrzem II ligi została gorzowska Stal, która o 3 punkty wyprzedziła tarnowskie Jaskółki.
Naszym żużlowcom pozostały więc baraże z przedostatnim zespołem I ligi - Legią Gdańsk !.
Pierwszy baraż rozegrano w Tarnowie.
Na stadion przybyło 18 tysięcy widzów !.
Unia przegrała 33 /lub 34 - mam niewyraźnie odnotowane/ :44.
Wszyscy byli pod wrażeniem dwóch zwycięstw żużlowej gwiazdy Tarnowa - Zygmunta Pytko, nad byłym
Indywidualnym Mistrzem Polski, a w 1961 r. wicemistrzem kraju /przegrał tylko ze świetnym Florianem Kapałą ze Stali/ - Marianem Kaiserem, do którego miano zresztą pretensje o przekraczanie przepisów w walce z Pytko /nieprawidłowo go blokował/.
Zresztą M. Kaiser w 1961 r. nie jeden raz potwierdzał wielkie umiejętności, np. był trzeci  w "Złotym Kasku" / za Kapałą i Henrykiem Żyto z Leszna/.
Rewanż z Legią w Gdańsku
był formalnością, przegraliśmy 28:48. Jaskółki pozostały w żużlowej II lidze /czyli I lidze według zasad z 2011 r./.

MECZ TOWARZYSKI WISŁA KRAKÓW - UNIA TARNÓW.

W rozgrywkach II ligi nastąpiła dwutygodniowa przerwa, którą Jaskółki tradycyjnie spożytkowały na sparing z ekstraklasową Wisłą Kraków /który to już z rzędu ? - muszę kiedyś policzyć/.
Wszystkie wcześniejsze mecze przebiegały pod znakiem wyrównanej rywalizacji i nierzadko kończyły się naszymi zwycięstwami.
Tym razem było inaczej. Słabsza dyspozycja Jaskółek na finiszu ligowych rozgrywek znalazła swoje przełożenie i na przebieg meczu towarzyskiego.
Wisła dominowała dosyć wyraźnie, mimo że wystąpiła bez kilku zawodników powołanych na zgrupowanie kadry.
Nie zobaczyliśmy m.in. Kawuli, Budki i Sykty. Z drugiej strony trener Bielecki wystawił następujący skład: Sienkiewicz, Kuciewicz, Mazurek, Tyliszczak, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek, a więc było to ustawienie ligowe.
Wisła dzieliła i rządziła na boisku, a i nie oszczędzała nas pod względem zdobytych bramek. Uniści aż pięciokrotnie musieli zaczynać spotkanie od środka boiska po utraconych golach. Sam tylko Miceusz zdobył 3 bramki, z tym że jedną z nich osobiście zapisałbym na konto Mazurka, jako bramkę samobójczą. Kolejnego gola dorzucił z rzutu wolnego Kmiecik.
O zagubieniu Jaskółek mógł także świadczyć fakt, że i piąty gol był samobramką, strzeloną przez Guzego / po uderzeniu Zbigniewa Lacha/.
Na pociechę pozostała nam bramka zdobyta w wyniku jednej z ostatnich akcji tego meczu. Współwinnym  utraty gola był tym razem bramkarz Wisły Karczewski. Wybronienie słabego strzału Dubiela zapewne było w zasięgu jego możliwości, ale golkiper Wisły nawet nie pokusił się o interwencję i w takich okolicznościach mecz zakończył się wysoką wygraną Krakowian 5:1.

Sezon 1961 r. - II LIGA - 32 KOLEJKA;
OLIMPIA POZNAŃ - UNIA TARNÓW.


Problem piłkarskiej impotencji, dającej się łatwo zaobserwować podczas ostatnich meczów Unii z Lublinianką i Wisłą postanowiono rozwiązać metodami śmiałymi i ocierającymi się o medycynę ludowo - alternatywną.
Klubowy lekarz przygotował miksurę z czosnku, korzenia żeń - szeń i kwarty wódki. Ten ostatni specyfik, był to ukłon w kierunku ludowej medycyny rosyjskiej, która zaczynając leczenie od kwarty, nawet sugerowała jednoczesne zrezygnowanie z korzenia i czosnku, jako zbyt obciążających organizm chorych.
Ku pewnemu rozczarowaniu miksturę jedynie wcierano w członki /nogi/, co z kolei wynikało ze wskazań medycyny ludowej Szerpów.
Zawodnicy zostali uświadomieni, że utrzymanie się stanu impotencji podczas meczu z Olimpią, skutkować będzie oddaniem ich w pełni w ręce  medycyny rosyjskiej.
By piłkarze nie nabrali ochoty na tamten kierunek, mimochodem wspomniano o tak typowych sposobach tamtejszego lecznictwa, jak np. przyklejanie pijawek do hemoroidów, czy nakładanie czosnku na puls przy bólu zęba, co stosowali sekciarze mołokanowie na Syberii.

Pod szatnią Unii kłębił się tłum ciekawskich. Po Poznaniu rozeszła się plotka, że Unia oprócz medycyny ludowej, przywiozła znanego seksuologa wraz z asystentkami. "Będą pokazy ?" dopytywała się młódź, "będą, będą" odpowiadała starszyzna, udając wprowadzonych w temat.

Medycyna ludowa ruszyła od pierwszego gwizdka sędziego do ataku.
Jaskółki przeważały od pierwszych sekund i dosyć szybko stworzyły niebezpieczne sytuacje pod bramką Karasińskiego.
Mocnym strzałem z dystansu popisał się Witek, piłka mknęła po murawie, ale bramkarz przeciął jej lot precyzyjną interwencją. Po chwili Kotwa próbował przelobować bramkarza, ale ten, mimo że nieco za bardzo wyszedł z bramki i piłki nie dosięgnął, zachował czyste konto. Piłka przemknęła ponad poprzeczką.
W 9 minucie kolejna mocna centra na przedpole bramkowe daje nam szansę na bramkowe podsumowanie osiągniętej przewagi.
Rusinek walczy bark w bark z obrońcą Olimpii, ale ma nieco ułatwione zadanie, gdyż piłka opada bliżej jego głowy. Rusinek
mocno uderza głową w piłkę i ... zdobywa gola !!!!.
1:0 dla Unii na stadionie w Poznaniu !!!.
Po zdobyciu bramki Unia nie cofa się !.
Wręcz odnosi się wrażenie, że nasza przewaga wzrasta !.
W Instytutach w Leningradzie i Moskwie otwierane są przewody doktorskie. Medycyna ludowa święci triumf w Poznaniu, droga na zachód dla rosyjskich szamanów staje otworem.
W 24 minucie meczu  sędzia przyznaje Unii rzut wolny. Dobrze dotychczas broniący Karasiński ma problem z obserwacją przedpola. Tuż przed nim przemieszczają się zarówno Uniści, jak i kryjący ich gospodarze. 
Zapewne przez ułamki sekund traci z oczu piłkę. Zapewne nie widzi jak mocno uderza w nią Gosek. Zapewne nie ma sposobności obserwować jej lotu. Wszystko to zapewne, bo Karasiński  nigdzie nie spisał swoich wspomnień z tego meczu.
Ale teraz będzie już "napewno". Napewno strzał Goska był silny. Napewno zmierzał on w niemal środek bramki Karasińskiego. Napewno bramkarz zobaczył piłkę zbyt późno, ale na tyle wcześnie, by wykonać ruch obronny ręką. Napewno się spóźnił !. I wreszcie napewno piłka uderzyła go w twarz, a po odbiciu od niej, siłą uderzenia kontynuowała swój lot !.
Lot w kierunku bramki Olimpii. Zaskoczony i zapewne lekko zamroczony Karasiński nie był już w stanie wybronić tego strzału !. Goool dla Unii !. Prowadzimy w Poznaniu 2:0.

W tym momencie Wania, Kola i ich ekipa pakują w sakwojaże pijawki, czosnek i wiadra wódki. Właśnie otrzymali zaproszenia na sympozja naukowe do Nowego Jorku i Brukseli. Wiadomość o odzyskaniu potencji przez Unię obiegła koła medyczne.
Kiedy opuszczali już stadion i kiedy miły dla ucha pluskot zawartości konwi i wiader oddalał się w czasie i przestrzeni, Uniści poczuli, że wszystko im, że tak powiem trywialnie, ale zgodnie z prawdą - opada.
Opadł zapał, opadł pomysł na kolejne błyskotliwe akcje, opadła inicjatywa. Olimpia, widząc, że za Unią nie stoi już ludowa medycyna, przeszła do kontrofensywy.
Sprytni działacze Olimpii wiedzą już jaką moc mają zioła i zabiegi ludowe. Wynoszą na zewnątrz wiadra i konwie, oczywiście puste, ale piłkarze z Poznania o tym nie wiedzą. Podbudowana Olimpia podnosi się z klęczek. Ich wysiłek nie idzie na marne. Po kolejnym ataku, nasi obrońcy ratują się z opresji wybiciem piłki na róg.
Bardzo mocno uderzona piłka wpada w sam środek wulkanu, gdzie kłębi się od głów i rozpychających się rąk. Najlepiej w tej walce wręcz czuje się Maślanka i to on głową zdobywa kontaktowego gola !. 
Jest 2:1 dla Jaskółek.
Działacze Unii próbują zawrócić z drogi uzdrowicieli ludowych, ale ci już od sporej chwili mają głowy w konwiach i nawoływań napewno nie usłyszą. Tymczasem ambitna Olimpia nadal nie odpuszcza !.

Stan zdrowia Unii już w tym meczu się nie poprawił. Pierwszą połowę kończymy satysfakcjonującym wynikiem 2:1, ale druga połowa nie przynosi odmiany.
Olimpia przeważa, Uniści nasłuchują, czy z oddali nie dobiegnie dźwięk powracających konwi. Nie dobiegł !.
Tymczasem zryw Olimpii przynosi jej gola i wyrównanie stanu całego pojedynku !.
Ponownie zabłysnął strzelecką dyspozycją Maślanka, który w 74 minucie meczu w zamieszaniu podbramkowym znalazł dla piłki drogę do naszej bramki. Jest 2:2 !.
Spotkanie jest żwawe, prowadzone w dobrym tempie, ale nadal utrzymująca się przewaga Poznaniaków budzić musi obawy o końcowy rezultat. Olimpia  z beznadziejnej, a przynajmniej trudnej sytuacji, potrafiła po mistrzowsku wybrnąć i teraz była w niewątpliwie lepszej kondycji psychicznej, aniżeli Jaskółki.
Kolejnym zagrożeniem dla Unii była mokra murawa, która co prawda ułatwiała naszym zawodnikom wślizgi, ale z drugiej strony sprawiała, że piłka strzelona w kierunku naszej bramki dostawała znacznego poślizgu i mogła sprawić niemałe kłopoty bramkarzowi.
W 82 minucie spotkania Unia mogła już zapomnieć o wygraniu tego meczu i o tym, że nie tak dawno prowadziła 2:0 !.
Marcinkowski zdobył 3 gola dla Olimpii !. Przegrywaliśmy 2:3 !. Próby wyrównania stanu meczu spełzły na niczym. Mimo znakomitego początku, cały mecz przegraliśmy 2:3 !.

Pozostałe wyniki 32 kolejki:
Arka - Garbarnia 7:1, Polonia - Stal 2:2, Calisia - Arkonia 0:1, Krosno - Naprzód 0:2, Pogoń - Unia Racibórz 2:1, Wawel - Piast 3:1, Bałtyk - Gwardia 0:1, Lublinianka - Śląsk 4:0.

TABELA II LIGI PO 32 KOLEJKACH:

1/ Gwardia - 51 pkt;
2/ Arkonia - 43 pkt;
3/ Pogoń - 42 pkt;
4/ Naprzód - 40 pkt;
5-6/ Unia Racibórz i Wawel - 37 pkt;
7/ UNIA TARNÓW - 35 pkt;
8/ Śląsk - 34 pkt;
9/ Garbarnia - 32 pkt;
10/ Piast - 31 pkt;
11/ Stal - 30 pkt;
12-13/ Krosno i Arka po  28 pkt;
14/ Bałtyk - 25 pkt;
15-16/ Calisia i Olimpia po 22 pkt;
17/ Polonia - 20 pkt;
18/ Lublinianka - 19 pkt.

Zbliżał się 5 listopada 1961r., a z nim zbliżała się do Tarnowa gdyńska Arka, opromieniona nokautem nad solidną przecież Garbarnią Kraków.

Sezon 1961 r. - II LIGA - 33 KOLEJKA;
UNIA TARNÓW - ARKA GDYNIA.


5 listopada 1961 r.,
czyli dokładnie 18.204 dni temu /wpis jest z dnia 8 września 2011 r./ Jaskółki w przedostatniej rundzie rozgrywek podejmowały Żółto - Niebieskich z Gdyni.
Obliczenie jest precyzyjne, bo takie być musi - dzisiaj będzie bowiem rzecz o lotach międzyplanetarnych. Nikt dotychczas nie pisał o wkładzie Unii w rozwój światowej astronautyki i w tym temacie będę również pionierem.
Ale po kolei. Unia zagrała w składzie: Janusz, Kuciewicz, Mazurek, Tyliszczak, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa,Rusinek, Dubiel, Gosek /Spodzieja/.
5 listopada 1961 r. aura nas nie rozpieszczała. Wielokrotnie patrzyliśmy w niebo, wypatrując prześwitów słońca. Nadaremno. Było zimno i mokro. Nie sprzyjało to zarówno oglądaniu meczu, jak i samej grze.
Ale na boisku nie było wcale aż tak ponuro. Oba zespoły prowadziły ciekawą grę, było wiele płynnych akcji, a sam poziom widowiska oceniłbym jako co najmniej dobry. Drużyna przyjezdych nie blokowała bramki, grała futbol otwarty, w ślad za czym szły wypracowane okazje podbramkowe, tak że emocji nie brakowało. Podobnie Unia, która we wszystkich liniach pokazała się z dobrej strony.
A teraz będzie o wkładzie Jaskółek w rozwój lotów kosmicznych.
Zaraz na początku spotkania Guzy wykorzystał poślizgnięcie się piłkarza gości, odebrał mu piłkę, kolejnego gracza rywali minął zakładając mu efektowną "siatkę" pomiędzy nogami, po czym posłał długie podanie do Witka, ten po krótkim zwodzie wyswobodził się spod opieki Arkowca, zagrał między dwóch obrońców do wychodzącego na pozycję Rusinka, a ten piekielnie mocno uderzył !.
Kapitalny refleks bramkarza Arki, który wyciągnął się do granic możliwości, uchronił gości przed utratą gola. Końcówki palców bramkarza sięgnęły półgórnie uderzonej piłki i wypchnęły ją na rzut rożny !!!.
Dokładnie w tym samym momencie, kiedy Rusinek walił w piłkę, w dalekim Bar Harbor
w stanie Maine w USA, usłyszano pierwszy krzyk nowonarodzonego Charlesa Owena Hobaugha, późniejszego astronauty. Uczestniczył w 3 lotach kosmicznych, w tym raz jako dowódca misji. Czytałem wywiady z Charlesem, ale nigdzie nie wspominał o Rusinku, tak wygląda wdzięczność w amerykańskim wydaniu.
Charles - jak będziesz to czytał, to wiedz, że po swoim kapitalnym strzale Rusinek, mimo że nie zdobył gola, wykonał charakterystyczny, a znany na światowych boiskach ruch "kołyski". Właśnie dla Ciebie !. Mam nadzieję, że mimo, iż należysz do korpusu piechoty morskiej, po otrzymaniu tej wiadomości ukradkiem otrzesz łzę wzruszenia !.
W tej samej połowie Mazurek wślizgiem wbija się w nogi rywala, na szczęście ułamek sekundy wcześniej trąca w piłkę, ta odbija się, leci nieco w bok, pod nogi kolejnego, rozpędzonego gracza Arki, ale to żadna przeszkoda dla Mazurka !. Szybko podrywa się z murawy, kolejne ostre i skuteczne wejście w przeciwnika, piłka jest już w posiadaniu naszego stopera, który szybko podaje ją do najbliższego partnera. Ten wybija ją celnie do przodu, pod nogi Kotwy, szybkie obrócenie się z piłką w kierunku bramki Arki, dogranie futbolówki na główkę do Dubiela, zgranie piłki do Goska, a ten w pełnym biegu uderza pod poprzeczkę. Ale i tym razem nie ma gola !. Bramkarz wybija piłkę ponad poprzeczką !!!.
Nie muszę chyba już dodawać, że kiedy Gosek oddawał potężne uderzenie, w dalekiej Kalifornii, dokładniej w Pasadenie, korpulentny akuszer /akuszerki akurat strajkowały/ walił w pupę nowonarodzonego Alana Goodwina Poindextera. Walnięcie musiało być potężne, bo wymiotło Alana dwukrotnie na orbitę okołoziemską. Alan też udaje, że nie wie czemu i komu zawdzięcza przyjście na świat i o Gosku oraz jego strzale do dzisiaj nawet ani słowa nie wydusił z siebie !.

Unia musiała pójść po rozum do głowy. Trzeba było zagrać coś nie dla Alana, czy Charlesa, ale dla własnych kibiców. I zagrali !. W 42 minucie wystrzeliliśmy Arkowców na orbitę !. Gol Rusinka, prawie że do szatni, stanowił idealne zwieńczenie dobrej postawy Jaskółek !.
Z tego co kojarzę, to 5 listopada 1961 r. urodził się także chrześniak Pana Janka, ale nie mieścił się w przyjętych na ten mecz kryteriach - choć dosyć często wchodził na orbitę, to nie była to orbita okołoziemska.
Pierwsza połowa zakończyła się obiecującym prowadzeniem Unii 1:0.
Arka po przerwie niewiele musiała zmieniać w swoim sposobie gry. Już wcześniej prezentowała w miarę otwarty futbol, teraz doszło do tego może większe zaangażowanie w finalizowaniu akcji. Los uśmiechnął się do gości już w 50 minucie meczu !. Arka wyrównała wtedy stan meczu na 1:1 !. Trzeba obiektywnie dodać, że wynik ten nie krzywdził żadnej z drużyn.
Spotkanie nie straciło nic ze swego dotychczasowego charakteru, obie drużyny miały jeszcze kolejne sytuacje na zmianę wyniku, ale ostatecznie ta rozgrywka nie została rozsztrzygnięta. Wynik 1:1 oddawał przebieg zdarzeń.
Unia żegnała się ze swoimi kibicami w sezonie 1961 r. - kolejne mecze /jeden ligowy, dwa pucharowe i jeden towarzyski/ przyszło nam rozgrywać już na wyjazdach.

Pozostałe wyniki 33 /przedostatniej/ kolejki:

Przebój Wolbrom - Unia Tarnów 0:0
/no nie, żartuję - uwagi po tym meczu IV klasy rozgrywkowej znajdziecie w "aktualiach" z dnia 10 września 2011 r. - przepraszam za żart smakoszy II klasy rozgrywkowej/,
Gwardia - Calisia 3:2, Racibórz - Piast 4:1, Arkonia - Krosno 4:2, Stal - Pogoń 2:0, Naprzód - Lublinianka 7:2, Bałtyk - Wawel 5:0, Garbarnia - Polonia 4:0, Śląsk - Olimpia 0:2.

TABELA II LIGI PO 33 KOLEJKACH:

1/ Gwardia - 53 pkt;
2/ Arkonia - 45 pkt;

3-4/ Pogoń i Naprzód - po 42 pkt;
5/ Unia Racibórz - 39 pkt;
6/ Wawel - 37 pkt;
7/ UNIA TARNÓW - 36 pkt;
8-9/ Śląsk i Garbarnia po - 34 pkt;
10/ Stal - 32 pkt;
11/ Piast - 31 pkt;
12/ Arka - 29 pkt;
13/ Krosno - 28 pkt;
14/ Bałtyk - 27 pkt;
15/ Olimpia - 24 pkt;
16/ Calisia - 22 pkt;

17/ Polonia - 20 pkt;
18/ Lublinianka - 19 pkt.


Sezon 1961 r. - II LIGA - 34, OSTATNIA KOLEJKA;
POLONIA WARSZAWA - UNIA TARNÓW.

Ostatni mecz sezonu 1961 r. rozegrano 12 listopada. Na ten mecz nie pojechałem !. Co gorsze - nie mam żadnego usprawiedliwienia, ani L- 4 na ten haniebny postępek. Po prostu mnie tam nie było. Byli Praszczur i Pan Janek. Po latach nawet nie mogę sobie przypomnieć co też sprawiło, że wyjazd do Warszawy mnie ominął.
Być może pisałem jedną ze swych pierwszych powieści kryminalnych. Tak, tak, pewnie tak się działo, moja ambicja nie pozwalała bowiem na to, by tylko Pan Janek zmonopolizował lokalny rynek wydawniczy.
I tak, jak kiedyś były "Kroniki młodego Indiana Jonesa", tak dzisiaj będzie jedna z pierwszych nowel - kryminałów młodego Jaskóły /wtedy jeszcze z Tarnowa - to tak na wszelki wypadek dodałem, gdyby kiedyś chciano mi wybudować pomnik w tym mieście/.

Nowela - kryminał, napisana w zamierzchłych czasach przez Jaskółkę z Krakowa /oczywiście ze skrótami/:

"Mark słaniał się na nogach ze zmęczenia, ale jakież to było upojne i słodkie uczucie. Na tę chwilę czekał 40 lat !!!. Tyle czasu zajęła mu praca nad prototypem maszyny, której nazwy nawet nie starał się wymyślić. To ludzkość powinna nazwać jego wielkopomne dzieło !. Kiedy świat zobaczy jego wynalazek, ozłoci go dziesiątkami Nobli - po nim już nigdy tej nagrody nikomu się nie przyzna. Świat będzie u jego stóp !. Ta głupia blondyna z naprzeciwka dopiero zobaczy, co straciła. 
Pogłaskał chropowatą powierzchnię urządzenia. Wyczuł nieprzyjemny ziąb, otrząsnął się z zamyślenia.
Stworzył robota do bilokacji, przenoszenia się w czasie i przestrzeni, bycia zarazem tu i gdzieś "tam" !. Wystarczyło tylko porzekręcić skrzydełkową nakrętkę, co powinno zająć nie więcej, niż kilka sekund, a maszyna przenosiła podłączoną do niej osobę w pobliże wybranego miejsca, czyniąc obserwatora cały czas niewidzialnym.
I oto nadszedł długo oczekiwany dzień próby. Słyszał swój przyspieszony oddech, czuł pierwsze krople potu spływające po rozgrzanym czole, drżącymi rękoma wprowadził na specjalną, zakodowaną taśmę nazwisko osoby, do której miejsca pobytu chciał się przenieść.
Nigdy nie miał wątpliwości, jakie nazwisko pojawi się jako pierwsze na taśmie.
"Jim Starling", jego były szef, niemota, głupek, imbecyl, taaaak, to ten sam Jim Starling, który 40 lat temu wylał jego - Wielkiego Marka z roboty za rzekome wrodzone otępienie. Ja ci dam otępienie - pomyślał z satysfakcją i przekręcił nakrętkę.
Poczuł omdlenie, utratę zmysłów, przeszywający ból w klatce piersiowej, a potem ... a potem płynął wśród wrzosowych wzgórz, perlistych wodospadów, mijał klucze dzikich kaczek, zamieniał się w krople wody, barwy tęczy, smak chmur.
Nagle wszystko zniknęło i Mark znalazł się obok Jimi Starlinga !!!. Widział go wyraźnie, na wyciągnięcie dłoni, czuł jego nieświeży oddech /zawsze miał taki, pomyślał z nieukrywanym zadowoleniem/. Ale po chwili przyszło rozczarowanie.
Miał nadzieję, że zobaczy Starlinga grzebiącego w śmietnikach, w najlepszym razie jako chłopca do zmywania naczyń w podrzędnej tancbudzie, a tu, proszę !. Siedzi jak panisko na stylizowanej szkockiej skrzyni, ściskając w białych zębach /pewnie sztuczne, pomyślał z nadzieją/  fajkę Bent Albert.
W kącikach ust Starlinga błąkał się ten sam ironiczny uśmiech, jak w dniu kiedy wywalał go z roboty. Przed Starlingiem leżał na drogim, puszystym dywanie wymuskany, kudłaty owczarek staroanglosaski bobtail.
Mark skrzywił się z niesmakiem - Starlingowi najwyraźniej świetnie się wiodło...

Postanowił opuścić go. Szybko wrócił do swojej pracowni. Gdzie by teraz, gdzie by teraz ?!, gorączkowo rozmyślał. No tak !, jak mógł o niej zapomnieć !. Ruda Lu, kiedyś się w niej podkochiwał. Zobaczyć co z Lu, teraz już mu nie da kosza, to pewne !.
Przekręcił nakrętkę !. Ułamki sekund oczekiwania, ale co to, co się dzieje ?!. Poczuł jakieś jarzmo na szyi, żelazna obręcz zaciskała mu krtań, tracił oddech, próbował ostatkiem sił przekręcić skrzydełkową nakrętkę, ale to mu się już nie udało.
Dusił się, brakowało mu powietrza. W ostatnim przebłysku świadomości wszystko pojął.
Lu musiała umrzeć i by mógł się znaleźć przy niej, musiał też zostać uśmiercony przez swój wynalazek !.
Po chwili padł na podłogę bez czucia - przybyły po tygodniu lekarz stwierdził zgon przez uduszenie. Sprawców nie znaleziono.   
Tedd, spadkobierca Marka, sprawił wujkowi piękny, choć skromny pogrzeb. Potem zabrał się do sprzątania jego pracowni. Jako pierwszy na śmietnik powędrował zestaw durszlaków, miednic, połączonych czerwonymi kabelkami ze skrzydełkową nakrętką ... KONIEC.

Na meczu w Warszawie nie byłem, ale o nim myślałem. W pewnym momencie poczułem jakieś jarzmo na szyi, żelazna obręcz zaciskała mi krtań, traciłem oddech, próbowałem ostatkiem sił wezwać pomocy, ale nie miałem już na to sił.
Na szczęście w pobliżu byli inni domownicy.

Po powrocie ze stolicy, Praszczur i Pan Janek opowiadali, że Polonia Warszawa przez cały czas trzymała Jaskółki za gardło i podduszała, podduszała ... Ale o tym, jak opisali mecz, dowiecie się z kolejnego odcinka tej najbardziej zwariowanej ze zwariowanych Historii Unii Tarnów, widzianej oczami Jaskółki z Krakowa.

Murawa boiska Polonii była śliska. Dla Unii jakby bardziej śliska. Od początku gra nam się za bardzo nie kleiła. W zasadzie tylko Gosek swoimi szybkimi wypadami sygnalizował większą ochotę do gry. Ale pech Unii polegał w tym dniu na tym, że nie zmieniono regulaminu i w piłkę nożną nadal grać miało aż 11 graczy, więc jeden wyróźniający się, to było o 10 za mało. Pan Janek twierdził więc, że Unia przegrała przez regulamin /ten PZPN to zawsze był taki jakiś/.
Napisać, że w tym meczu "grali" tacy, a tacy piłkarze, to zdaniem Praszczura i Pana Janka byłoby przesadą, więc do zeszytu wpisano: "wystąpili".
A więc wystąpili:
Sienkiewicz, Kuciewicz, Mazurek, Tyliszczak, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, a nadto zagrał Gosek.

Z drugiej strony boiska wykazywano zdecydowanie więcej zainteresowania grą i końcowym wynikiem.
Było to o tyle dziwne, że Polonia nie miała już szans na utrzymanie się na zapleczu ekstraklasy. Sytuację szybko wyjaśnili naszym emisariuszom miejscowi kibice.
Zniesmaczone postawą Czarnych Koszul kierownictwo klubu, radykalnie odmłodziło kadrę  zespołu. Na boisku pojawili się piłkarze młodzi, pełni wiary we własne umiejętności, którzy rozpoczęli walkę o miejsce w składzie "nowej" Polonii.
Odmłodzona Polonia nie potrafiła jednak swego zapału przekuć w pierwszej połowie na wyraźne prowadzenie. Nie potrafiła także zdobyć gola z tzw. gry. Jednak doświadczenie Unii i jej wieksze umiejętności przyczyniły się do tego, że prowadzenie gospodarzy nie było druzgocące.
Bo Polonia po pierwszej połowie prowadziła tylko 1:0 po strzale znanego nam już Kuleszy w 18 minucie z rzutu karnego.

Worek z golami rozwiązał się po przerwie.
Wtedy rozpoczęły się dwa festiwale: bramkowy po stronie gospodarzy, który szybko przemienił się w radosną fiestę i drugi, z błędami obrony po stronie Unii.
Niewątpliwy wpływ na przebieg meczu miały szybko stracone kolejne bramki, które odebrały nam jakąkolwiek nadzieję na przyzwoity wynik.
W 50 minucie, po strzale Kopra było już 2:0 dla Polonii.
Kolejne niepewne interwencje naszych obrońców przypadają na 58 minutę i Koper po raz kolejny daje nam klapsa w kuper. 3:0 dla Polonii.
Żeby odebrać nam zupełnie ochotę do gry w 60 minucie Paczkowski podwyższa rezultat na 4:0.
Jest jeszcze zryw Goska, którego ambicja pozwala na zmniejszenie rozmiarów porażki w 65 minucie na 1:4.
Potem Polonia daje nam nieco odetchnąć, ale w końcówce znowu zaczyna podduszać lekko traktujące to spotkanie Jaskółki.
Czara goryczy wypełnia się w 86 minucie. Koper żegna Unię piątą bramką. Przegrywamy z Czarnymi Koszulami 1:5.
Mimo tej dotkliwej porażki, żaden z kibiców Unii nie zamieniłby swej drużyny na Polonię. Zespół z Warszawy był już trzecioligowcem, Jaskółki - mimo odpuszczenia, zwłaszcza końcówki rozgrywek, kończyły ciężki drugoligowy maraton na bardzo wysokim miejscu. I jak w poprzednich sezonach nikt nie miał wątpliwości, że umiejętności Unii lokowały ją na jeszcze bardziej eksponowanej pozycji, ale to już zupełnie inna historia.

Rezultaty 34 kolejki:
Krosno - Gwardia 0:0, Lublinianka - Arkonia 1:1, Arka - Śląsk 2:2, Pogoń - Garbarnia 4:1, Calisia - Bałtyk 2:1, Olimpia - Naprzód 0:1, Piast - Stal 1:2, Wawel - Unia Racibórz 5:2.

KOŃCOWA TABELA SEZONU 1961 r. - II LIGA.

1/ Gwardia Warszawa - 54 pkt;
2/ Arkonia Szczecin - 46 pkt;


3/ Naprzód Lipiny - 44 pkt;
4/ Pogoń Szczecin - 44 pkt; 
5/ Unia Racibórz - 39 pkt;
6/ Wawel Kraków - 39 pkt; 
7/ UNIA TARNÓW - 36 pkt;
8/ Śląsk Wrocław - 35 pkt;
9/ Stal Rzeszów -  34 pkt;
10/ Garbarnia Kraków - 34 pkt; 
11/ Piast Gliwice - 31 pkt;
12/ Arka Gdynia - 30 pkt;
13/ MZKS Krosno - 29 pkt;
14/ Bałtyk Gdynia - 27 pkt;

15/ Olimpia Poznań  -  24 pkt;
16/ Calisia Kalisz - 24 pkt;
17/ Polonia Warszawa- 22 pkt;
18/ Lublinianka Lublin - 20 pkt.


Awans do I ligi przypadł więc Gwardii i Arkonii, II ligę opuszczały: Olimpia, Calisia, Polonia i Lublinianka.

W 1961 r.
Mistrzem Polski został zdecydowanie Górnik Zabrze, który zgromadził 43 punkty i wyprzedził bytomską Polonię /35 pkt/ oraz warszawską Legię /32 pkt/.
Wisła Kraków zajęła 4 miejsce i ustępowała Legii tylko gorszym stosunkiem bramkowym. Co ciekawe, w bezpośrednich meczach tych drużyn przeważała Wisła, która wygrała z Legią w Warszawie 1:0 i zremisowała u siebie 0:0. W całych rozgrywkach Legia zdobyła jednak o 9 goli więcej.

Ekstraklasę, zwaną wówczas I ligą, opuszczały 2 zespoły z Bydgoszczy: Polonia /19 pkt/ i Zawisza /10 pkt/.

STATYSTYKI - SEZON 1961 r. - II LIGA.

Unia w tych rozgrywkach 12 razy schodziła z boiska jako zwycięzca, zanotowała 12 remisów i 10 porażek. Pod względem ilości remisów byliśmy rekordzistami wraz z Unią Racibórz. 

Stosunek bramek: 55 - 46.
Średnia na mecz zdobytych goli to:1,61764706. Tu ustępowaliśmy wyraźnie Gwardii, która strzeliła 85 bramek, a jej średnia wynosiła ok. 2,50 bramki na mecz.
Średnio na spotkanie traciliśmy 1,35294118 gola.
Najmniej bramek straciła Gwardia /26, średnia ok 0,7/, najwięcej Lublinianka /77, średnia ok. 2,3/.

Najwyższe zwycięstwa Jaskółek, to wygrane z Calisią 7:0, Lublinianką 6:0 i Stalą Rzeszów 4:0.
Dotkliwe porażki, to przegrane w rundzie rewanżowej z Gwardią 1:6 i Polonią 1:5.

W meczach z zespołami, które awansowały do I ligi, wiodło nam się różnie. Bardzo dobrze z Arkonią, która nie potrafiła wykazać wyższości nad Jaskółkami /dwa remisy/, źle z Gwardią, z którą dwukrotnie przegraliśmy, w tym w Tarnowie minimalnie 2:3.

Dokonując tego rodzaju podsumowań należy pamiętać, że Jaskółki borykały się, z mającymi różne źródła, problemami kadrowymi.
Dotkliwie dotknęły one zwłaszcza linię obrony: prawie przez cały sezon nie występował w niej Leon Palemba, przez wiele spotkań Unia grała bez filaru defensywy - Czesława Mazurka. Na kilka kolejek wypadł ze składu Zbigniew Tyliszczak.
W przednich formacjach było pod tym względem lepiej, ale zauważalny był brak w podstawowym składzie i to przez prawie pół sezonu Ryszarda Spodzieji, który rozpoczął rozgrywki kilkoma zdobytymi golami.

 
ZDOBYWCY BRAMEK DLA UNII - SEZON 1961 r. - II LIGA.

Gole dla Unii zdobywało 6 piłkarzy. Wszystkich zdystansował jeden z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych strzelców ówczesnej II ligi, czyli Wiesław Rusinek.

1/ Wiesław RUSINEK - 17 bramek;
2/ Alojzy WITEK -
11 bramek;
3 - 4/ Rufin DUBIEL i Antoni KOTWA - po 8 bramek;
5/ Władysław GOSEK - 6 bramek;
6/ Ryszard SPODZIEJA - 5 bramek.

Mecz Polonii z Unią nie stanowił jeszcze okazji do podsumowania sezonu 1961 r. Przed Jaskółkami otwierała się jeszcze perspektywa sięgnięcia po sukces w rozgrywkach Pucharu Polski.

MECZ TOWARZYSKI METAL TARNÓW - UNIA.

By podtrzymać formę meczową Unia rozegrała sparing z tarnowskim Metalem. Przebieg meczu nie był porywający i zamazał się on gdzieś wśród setek tego typu spotkań. Do przerwy żadna z drużyn nie wybijała się ponad przeciętność. Wynik do przerwy /1:1/ mógł być uznany za niespodziankę, ale obserwatorzy meczu byli zgodni w opiniach, że Unia nie przemęczała się i traktowała rywali ulgowo.
Po przerwie wystarczyły krótkie zrywy Jaskółek, by zaznaczyć swoją przewagę w wyszkoleniu i w efekcie w końcowym rezultacie.
Unia wygrała 2:1 /1:1/, po golach niezawodnego Rusinka i Dubiela. Bramkę dla gospodarzy zdobył wyróżniający się napastnik Metalu - Derlaga. Z perspektywy czasu można żartobliwie  powiedzieć, że Unia wygrała ten mecz 3:0, gdyż Derlaga w przyszłości stał się zawodnikiem naszego klubu.

ROZGRYWKI A - KLASY.
 
A - klasa grała innym systemem, niż II liga i poniższa notka dotyczy 8,9 i 10 kolejki tego szczebla rozgrywek.
Od razu dodajmy - kolejek, które radości nam nie przyniosły.
Najpierw Unia przegrała w Krakowie z tamtejszym Zwierzynieckim 1:2 /0:0/, później w takim samym stosunku bramkowym z Bocheńskim w Bochni. Ciekawostką tego meczu była bramka dla Unii, którą zdobył ...  Czekanowski, akurat w tym spotkaniu występujący w roli lewoskrzydłowego !. Wreszcie w 10 kolejce pokonała nas w Wieliczce Wieliczanka 1:0. Można się było zastanawiać, czy rezerwy Unii traktują te mecze jako kolejki rozgrywek, czy jako kolejki przy barze - kibice żartowali bowiem, że Uniści postawili rywalom aż trzykrotnie "kolejkę". Żarty żartami, ale wiele wskazywało na to, że rezerwy Unii nie grzeszą bogactwem talentów.

PUCHAR POLSKI W SEZONIE 1961 - 1962.

Rok 1961 miał się zakończyć mocnymi akcentami. Jak widać nie straszne były wówczas śnieżyce i mrozy, ani brak podgrzewanych muraw.
Na dzień 3 i 10 grudnia 1961 r. wyznaczono bowiem dwie kolejne rundy rozgrywek o Puchar Polski już z udziałem zespołów z II ligi.
Według ówczesnych zasad, każda z rozlosowywanych na w sumie początkowym szczeblu rozgrywek drużyn, mogła trafić na zespół z drugiego krańca kraju z dowolnej niższej klasy.
Przykładowo, Garbarnia Kraków pojechała aż do Pucka, na mecz z tamtejszą Zatoką. Żartowano, że i tak miała szczęście, mogła wylosować rywala z nieodległej Szwecji, albo z drugiej strony z takiej Kenii na ten przykład. Garbarnia wlokła się przez całą Polskę, by rozgromić Zatokę 7:1. 
Ta zasada miała jednak jeden niezaprzeczalny walor: małe ośrodki miały realną szansę zobaczyć u siebie naprawdę dobre drużyny, z którymi przy innych zasadach, nigdy by się nie zmierzyły.
Inne przykładowe, ciekawe pary: 
- Olimpia Elbląg - Szombierki Bytom /0:8/;
- Gwardia Białystok - Piast Gliwice /1:4/;
- Avia Świdnik - Olimpia Poznań /2:0/;
- Karkonosze Jelenia Góra - Polonia Warszawa
/3:0/;
- rezerwy Pogoni Szczecin - Unia Racibórz /0:1 - po dogrywce/;
- Tarnovia - Stal Rzeszów 1:1 /dogrywka, dodatkowy mecz 0:7/.

Jaskółki pojawiły się w losowaniu II rundy, a los wyznaczył nam jako przeciwnika Górnika Wilchwy.

MECZ O PUCHAR POLSKI: GÓRNIK WILCHWY - UNIA.

Górnik Wilchwy po latach przeobraził się w Odrę Wodzisław Śląski, po drodze łączył się z innym zespołami, które po latach fuzji znowu odzyskiwały swoją autonomię i teraz grają w niższych klasach.
3 grudnia 1961 r. Górnik był zespołem A-klasowym z okręgu rybnickiego.
Oczywiście Jaskółki były faworytem tej potyczki.
Trener Bielecki zabrał ze sobą wielu graczy z podstawowego, ligowego składu, co w zasadzie przesądzało wynik rywalizacji. 
Miejscowi nie mieli jednak okazji zobaczyć Rusinka, czy Tyliszczaka.
Ponieważ w składzie nie było także Spodzieji, trener musiał sięgnąć w linii ataku po nową twarz. I faktycznie tak zrobił - na boisku pojawił się kolejny, wielce utalentowany wychowanek Jaskółek - Józef Kulpa, warto zapamiętać i to nazwisko, będzie nam towarzyszyło przez wiele lat. 
Unia zagrała w składzie: Sienkiewicz, Kuciewicz, Mazurek, Żywiec, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Kulpa, Dubiel, Gosek.
Dla Górnika i jego kibiców przyjazd Unii to było wielkie święto.
Miejscowi piłkarze dali temu wyraz poprzez nadzwyczaj ambitną postawę na murawie. Umiejętności były jednak po stronie Jaskółek, które spokojnie dawały się wyszaleć rywalowi i spokojnie kontrolowały przebieg zdarzeń. Różnica umiejętności była aż nadto widoczna.
Strzałem w dziesiątkę było posłanie na boisko Kulpy. Szybko okazało się, że to może być jego dzień. Umiejętnie wyzwalał się spod opieki obrońców, prowadzenie piłki nie sprawiało mu kłopotów i jak na "młokosa" grał pewnie i odważnie.
W I połowie poczuł smak gola zdobytego w podstawowym składzie Unii !!!. Dzięki celnemu trafieniu właśnie Kulpy w 20 minucie, Jaskółki objęły prowadzenie 1:0.
Takim też rezultatem zakończyła się pierwsza połowa meczu.

W II połowie gospodarze stopniowo tracili i siły i wiarę w sprawienie niespodzianki. Z drugiej strony Jaskółki nadal punktowały przeciwnika. W 57 minucie Kulpa strzela swojego kolejnego gola i już nie ma wątpliwości, że ten mecz zapamięta na długo. Napewno świetnie wykorzystał daną mu przez trenera szansę.
Żeby nie było, że spotkanie wygraliśmy tylko dzięki młodzieżowcom, również i "starszyzna" postanowiła dorzucić swoje 3 grosze. W 83 minucie gry bramkę zdobył Witek !!!.
Wynik meczu: 0:3 dla Jaskółek.

W innych meczach tej rundy uzyskano przykładowo następujące rezultaty:
Farmacja Kraków - Garbarnia 0:8, GKS Katowice - Wawel Kraków 3:4, BKS Bielsko - Biała - Polonia Bydgoszcz 0:1, Wyzwolenie Chorzów - Bałtyk Gdynia 3:1.

Szybko przeprowadzono losowanie par w kolejnej III rundzie rozgrywek. Los sprawił, że Jaskółki w dniu 10 grudnia 1961 r. miały pojechać do znakomicie nam znanej, rzeszowskiej Stali !.

III RUNDA PUCHARU POLSKI; STAL RZESZÓW - UNIA TARNÓW.

To, co przydarzyło się w Rzeszowie, nie ma swojego odpowiednika w całej historii Unii. Takie rzeczy mogą zdarzyć się tylko raz, albo w ogóle !. Tymbardziej warto je przywołać we wspomnieniach.
Najpierw jęknął Pan Janek. Po chwili najwyższe zdziwienie wyraził Praszczur. To był wystarczający powód, bym dokładniej przypatrzył się temu, co też takiego nadzwyczajnego dzieje się przed Pucharowym meczem Jaskółek w Rzeszowie.

Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie.
Właśnie nad stadionem przelatywał klucz umęczonych długą drogą Aniołów, miały wolną przestrzeń powietrzną, jako że zakończyły się już przeloty ptaków z lęgowisk na zimowiska, na bieżni z miernym wynikiem zachęcano kibiców do darmowego poczęstunku tartinkami z kawiorem z jesiotra zachodniego /nawaliła dostawa tego lepszego, z bieługi/, kibice woleli swojską kaszankę, na szczycie stadionu śpiewał z playbacku Jan Kiepura, który z Ameryki zabrał się z kluczem.
Ot, szara rzeczywistość 1961 r.

Ale kiedy dokładniej przyglądnąłem się rozgrzewającym piłkarzom, wtedy poczułem mrowienie po plecach i mroczki przed oczami.
To, co zobaczyłem, było faktycznie pierwszym nieziemskim zjawiskiem, jakie dostrzegłem.

Oto w koszulkach Unii Tarnów rozgrzewało się jedenastu nieznanych mi piłkarzy !!!.
Pierwsza myśl - pomyliliśmy stadiony i mecze, pewnikiem gazety mylnie podały nazwę rywala Unii. My sobie spokojnie siedzimy w Rzeszowie, a nasze Jaskółki rozgrzewają się gdzieś tam w Stali Mielec, może Stali Stalowa Wola, a może Stali Kraśnik ?!.

Drugi rzut oka sytuację rozjaśnił, ale zawirowań nie usunął, a nawet jakby je wzmógł. Wśród piłkarzy rozpoznałem bramkarza Edwarda Janusza i jednego z bohaterów poprzedniego meczu - Józefa Kulpę.
Po ogłoszeniu składów wszystko stało się jasne. Unia wystawiła przeciwko Stali Rzeszów jedenastu ... juniorów !!!!!!.
Tymczasem z drugiej strony boiska rozgrzewał się podstawowy skład Rzeszowian, z Poświatem na czele. Nigdy - ani wcześniej, ani później - nie widziałem, by zawodnicy Stali, przed meczem z Unią, byli tak rozluźnieni, a nawet rozbawieni.

Unia miała przystąpić do meczu z rutynowanym przeciwnikiem w składzie: Janusz, Noga, Brożek, Rylski, Burda, Lazarowicz, Kędryna, Poręba, Kulpa, Dudziak, Klatka.
Wśród piłkarzy uwijał się, wyglądający na ich tle, jak pradziadek - trener Karol Bielecki. Miał najwyraźniej w świecie kłopoty z zapamiętaniem imion nowych graczy i pozycji, na których mieli grać. Chyba nawet przez chwilę tłumaczył Januszowi, jak ma centrować ze skrzydła.
Generalnie to wyglądał tak, jakby miał za chwilę dołączyć do klucza.

Także i kibiców Unii można było łatwo rozpoznać, zwłaszcza po prezentacji składu. Z błędnym wzrokiem  dali się bowiem, jako nieliczni, skusić na tartinki z kawiorem i to z jesiotra, a nie bieługi !!!. Praszczur zachował pozory spokoju - ostentacyjnie słuchał Kiepury z playbacku, Pan Janek liczył białe myszki, a ja notowałem wszystko w pamięci, by Wam to po 50 latach przekazać.

W tej sytuacji wynik meczu był z góry przesądzony. Konfrontacja od początku przemieniła się w grę jednostronną, a wszystko sprowadzało się do pytania, ile bramek strzeli Stal.
Na naszej połowie brakowało tylko bramkarza gospodarzy, reszta zespołu prześcigała się w akcjach ofensywnych.
Narybek Unii starał sie wybijać piłkę jak najdalej, byle choć na moment zażegnać niebezpieczeństwo.
Na więcej naszych piłkarzy nie było już stać. 
Rozluźnieni Stalowcy strzelali z każdej nadarzającej się okazji, co nie zawsze szło w parze z celnością uderzenia. Ponieważ każdy chciał poprawić swój współczynnik zdobytych bramek, niejednokrotnie gospodarze nawzajem przeszkadzali sobie w oddaniu strzału. 
Goli jednak nie zabrakło. Już do przerwy Stal prowadziła 3:0, po przerwie miejscowi dorzucili kolejne 3 gole. Na listę strzelców wpisali się: Poświat i Kruk - po 2 bramki oraz Stawarz i Kuźma. W ambitnie grającej Unii wyróżnili się Janusz i Kulpa, a więc zawodnicy, którzy mieli już za sobą występy w pierwszej drużynie.
Stal - Unia 6:0 i był to i tak niski wymiar kary.

Zaraz po meczu poznaliśmy kulisy niecodziennego występu Jaskółek.
Oto w 1961 r., a więc zaledwie 16 lat od czasu zakończenia II wojny światowej, macierzyste zakłady pracy i poszczególne kluby wysyłały swoich zawodników do sanatoriów, kurortów itp., aby tam po sezonie wyleczyli urazy i nabierali sił przed kolejnymi zmaganiami.

Piłkarze z podstawowej jedenastki Un
17 część - HISTORIA SEKCJI PIŁKI NOŻNEJ ZKS UNIA TARNÓW widziana oczami JASKÓŁKI Z KRAKOWA 2011-08-10
SEZON 1961 r., II LIGA, 17 strona.

Inne wyniki 25 kolejki:

Garbarnia - Arkonia 1:2, Pogoń - Krosno 2:1, Arka - Olimpia 4:3, Polonia - Lublinianka 1:0, Stal - Gwardia 1:1, Śląsk - Wawel 0:0, Unia Racibórz - Bałtyk 0:0, Piast - Calisia 3:2.

TABELA II LIGI PO 25 KOLEJKACH:
1/ Gwardia - 39 pkt;
2/ Arkonia - 35 pkt;
3-4-5/ Naprzód, Śląsk i Pogoń - po - 32 pkt;
6/ UNIA TARNÓW - 29 pkt;
7/ Unia Racibórz - 27 pkt;
8-9/ Stal i Wawel - po 25 pkt;
10-11-12/ Krosno, Piast i Garbarnia po - 23 pkt;
13/ Arka - 20 pkt; 
14-15/  Bałtyk i Calisia - po19 pkt;
16/  Polonia - po 18 pkt;
17/ Olimpia - 16 pkt;
18/ Lublinianka - 13 pkt.

Liga nabierała tempa. Już w środę, tj. 13 września 1961 r. Unia podejmowała wicelidera tabeli - Arkonię Szczecin !!!.

Po takich sytuacjach, jak z opisanym, niewykorzystanym karnym, Pan Janek miał dni wypełnione koszmarami. Koszmary nie były nazbyt urozmaicone i dosyć łatwe do zdefiniowania. Ale tym razem zostaliśmy zaskoczeni !. Pan Janek pod wpływem niewymownego bólu z powodu nie wykorzystania karnego stał się ... twórcą, ludowym, bo ludowym, ale zawsze ci to twórcą. Zaczął ... pisać. Podług niego literaturę piękną, podług mnie horrory.
To miara prawdziwego cierpienia zawiedzionego Kibica przez duże "K". Nie od dziś wiadomo, że największe dzieła powstawały w wyniku cierpień i namiętności.

Próbka twórczości Pana Janka, po meczu Unia - Naprzód, ze znacznymi skrótami /wyrzuciłem z 10 kartek/, niezbędnymi poprawkami, będąca odą do jego wielkiej miłości / niestety, ale nie była to żona Pana Janka/:
"...Jan gładził jej lśniące ciało, zlizywał poranną rosę z jedwabnego, delikatnego wzgórka. Kochał ją, ale i nienawidził równocześnie. Kochał za to, że była przy nim w chwilach jutrzenki, nienawidził za rany i niespełnienia...
I tak było i tego poranka po nieprzespanej nocy. Tulił ją w ramionach, wyciskał ostatnie ślady nocnych spazmów, musiała być sucha i lśniąca, musiała być mu wierna, otwarta i czuła na każdy ruch jego ręki. Na każdy ruch jego ciała, bo właśnie dziś dzikość serca brała górę nad czułością... 
Odszedł od niej na odległość myśli, marzeń i pragnień. Powrócił w szale, w nieustannym biegu, w oddechu piersi. Kopnął ją !. Ją, ukochaną, stojącą w niemym bezruchu i zamyśleniu, zdaną w zupełności na jego łaskę. Kopnął ją ! - nie tak jak myślał, jak ogier, jak burza, jak szaleństwo. Kopnął za lekko, za słabo ...
Kopnął ją, jedyną, najdroższą ukochaną - kopnął ją - futbolówkę z meczu Unia - Naprzód, kopnął tak anemicznie, że Staroń przechwycił powiew wiatru, przechwycił ukochaną  i przycisnął do swojej piersi. Piersi zwycięzcy !.Rywal tryumfował, ona należała już do niego, zdawała się w niego wrastać, była nim !. Utracił ją, na zawsze - karny nie został wykorzystany !!!."

Oj Guzy - żebyś Ty, wtedy - przed tym karnym, wiedział, co narobisz w głowie Pana Janka, tobyś tę piłkę na rękach zaniósł do siatki !!!.
Szansa na ekstraklasę i zrobienie porządku w głowie Pana Janka odeszły w dal. Niestety, ale na zawsze.
Pan Janek tak cierpiał po meczu z Naprzodem, że nie był w stanie przyjść na mecz z Arkonią, co mu się wręcz nie zdarzało !!!. Ot, prawdziwy twórca !.

Unia zagrała w składzie:
Sienkiewicz, Żywiec, Nowak, Tyliszczak, Guzy, Dubiel, Witek, Kotwa, Rusinek, Spodzieja, Gosek. 

Od początku uzyskujemy lekką przewagę. Wiele piłek trafia do zawodników z ataku, ale ten nie jest w tym dniu ostry jak żyleta. Spodzieja w polu karnym zbyt długo przygląda się piłce, którą ma przy nodze /czyżby czytał w drugim obiegu dzieło Pana Janka ?/ i kiedy zamierza wreszcie uderzyć, nie ma za bardzo w co !. Sekundę wcześniej piłkę sprzatnęli mu sprzed nosa bardziej zdecydowani defensorzy Arkonii.
Po chwili ładnym podaniem z głębi pola uruchomiony zostaje jeden z naszych skrzydłowych. Przejmuje piłkę, już pędzi z nią wzdłuż linii autowej, obrońca zostaje z tyłu, ale i ta akcja nie przyniesie nam sytuacji podbramkowej. Gra zostaje przerwana, w którymś momencie piłka przekroczyła boczną linię swoim obwodem.
Ale i w linii ataku mamy zawodnika, któremu nie brakuje zdecydowania i łutu szczęścia. To Witek. W 10 minucie meczu nie bawi się w zawiłe kombinacje, nie zwleka z oddaniem strzału, ale wypatrzywszy lukę pomiędzy kryjącymi go obrońcami, natychmiast uderza w piłkę. Po tym właśnie strzale Unia zdobywa gola !!!. Jest 1:0 dla Jaskółek !!!.

Wicelider jest wyraźnie zdeprymowany. Mnożą się nieczyste zagrania, Arkonia nie wygląda zbyt dobrze.
Ale zupełnie nieoczekiwanie ta dziwna nerwowość, brak spokoju w poczynaniach, udzielają się i Unii. Trudno to racjonalnie wytłumaczyć. Szybko zdobyta bramka, wiele znanych atutów po naszej stronie, a jednak Unia jest niespokojna.
Może częściowo paraliżuje piłkarzy świadomość, że Arkonia lada moment odpowie zdecydowanymi akcjami, a może chęć szybkiego zdobycia kolejnego gola nie wpływają pozytywnie na obraz gry.
W polu jeszcze to nieźle wygląda, ale atak nie potrafi nadal przekonać do siebie szybkimi i zdecydowanymi akcjami.
Pomimo tego Jaskółki nadal wypracowują sobie niezłe sytuacje.
Mam odnotowane niektóre z nich.
Niezbyt celna wrzutka Kotwy na pole karne, ale piłkarz Arkonii nie najlepiej podbija piłkę do góry, daje Spodzieji szansę i czas na dopadnięcie futbolówki tuż przed linią końcową boiska, sytuacja jest jednak wielce niewygodna, Spodzieja składa się  do strzału, ale w efekcie tylko jakby przedłuża lot piłki poza boisko.

Za moment
Rusinek wyłuskuje piłkę spod nóg obrońcy, chwila nietypowego dla niego zawahania niweczy dobrą okazję. Przez moment miał odsłoniętą część bramki, gdyż golkiper Arkonii nie zdążył się podnieść z murawy po markowanym strzale jednego z naszych graczy - źle odczytał jego intencje, strzału nie było, interwencja była przedwczesna i niepotrzebna.
Kiedy Rusinek decyduje się na ostry strzał, sytuacja diametralnie się zmienia, bramkarz jest już na posterunku i pewnie łapie piłkę !.

Kiedy prowadzi się z wiceliderem 1:0, kiedy gra się ofiarnie i bojowo, a tak grała Unia, wówczas nie zwraca się uwagi na wspomniane przeze mnie mankamenty. Brak zdecydowania, brak ikry w ataku, rezygnowanie ze strzałów w dobrych sytuacjach, to w pełni widać dopiero, gdy podsumowuje się cały mecz.
Kibice nie liczą więc sytuacji, po których bardziej skoncentrowany atak mógłby podwyższyć rezultat. 
Najważniejsze jest coś innego - w Tarnowie kroi się kolejna sensacja - kandydat do ekstraklasy przegrywa z Jaskółkami po I połowie 0:1 !!!.

Z szatni Unii dochodzą odgłosy chrupania. Drużyna zajada się marchewkami, bo nie zdążono wycisnąć z nich soku. Obok Guzego leżą marchwie z natką. Też je wcina.
Tymczasem spostrzeżenia z pierwszej połowy meczu nakazywałyby raczej naparzenie ziółek na uspokojenie.
Druga połowa pozornie nie różni się niczym od pierwszej. Nie ma huraganowych ataków ze strony przegrywającej Arkonii, jest natomiast w poczynaniach gości więcej taktycznej dyscypliny i konsekwencji.
Unia nadal nie przekonuje w ataku. Dobrze natomiast spisuje się obrona. Ale i nasza linia defensywna w 52 minucie meczu nie zapobiega utracie gola !. Arkonia - po strzale Jerominka, wyrównuje stan meczu !. Dosyć szybko robi się 1:1 !.
I wtedy wychodzi szydło z worka. Okazuje się, że Arkonii odpowiada ten wynik i wywiezienie 1 punktu z gorącego boiska Unii jak najbardziej wicelidera tabeli satysfakcjonuje.
Wskazuje na to taktyka gości, którzy wykorzystują każdą okazję na zwolnienie tempa meczu. Piłkarze Arkonii robią to inteligentnie, nawet nie ma nazbyt wielu symulowanych urazów po wejściach piłkarzy Jaskółek, jest natomiast sporo gry piłką, cofania jej do zawodników ustawionych w pobliżu własnej bramki, czy wręcz do bramkarza. Uniści muszą się nieźle napracować, by odebrać konsekwentnie grającym Szczecinianom piłkę. Wychodzi na wierzch dojrzałość i zaawansowanie techniczne gości. Taka gra napewno nie podoba się kibicom i dostawcom marchwi, ale jest skuteczna i z każdą upływającą minutą przybliża Arkonię do celu.
A Unia ?. Unia gra nadzwyczaj ofiarnie, napewno nie odpuszcza, ale to nie wystarczająca odpowiedź na sposób gry Arkonii.
Gdzieś w cień  schował się bardzo aktywny w pierwszej połowie Gosek, atak nadal nie ma pomysłu na szybką i skuteczną akcję.
Kiedy sędzia kończy mecz, goście wyglądają na ukontentowanych. 1:1 - ten wynik im "pasuje". Nam pozostaje przekonanie, że "wizualnie" Unia prezentowała się lepiej i gdyby nie zbędna nerwowość w przedniej formacji, niewątpliwie postawiłaby Arkonii zdecydowanie wyżej poprzeczkę.
No cóż, drużynie ze Szczecina można było życzyć wejścia do ekstraklasy, natomiast nadzieje Jaskółek na ten historyczny awans trzeba było  po tym meczu definitywnie odłożyć na półkę.

Inne wyniki 26 kolejki:
Gwardia - Garbarnia 0:0, Naprzód - Śląsk 5:2, Wawel - Arka 2:1, Krosno - Piast 0:0, Olimpia - Polonia 0:0, Calisia - Unia Racibórz 1:4, Bałtyk - Stal 1:0, Pogoń - Lublinianka 2:1.

TABELA II LIGI PO 26 KOLEJKACH:
1/ Gwardia - 40 pkt;
2/ Arkonia - 36 pkt;
3-4/ Naprzód i Pogoń - po - 34 pkt;
5/ Śląsk - 32 pkt;
6/ UNIA TARNÓW - 30 pkt;
7/ Unia Racibórz - 29 pkt;
8/ Wawel - 27 pkt;
9/ Stal - 25 pkt;
10 -11-12/ Krosno, Piast i Garbarnia po - 24 pkt;
13/ Bałtyk - 21 pkt;
14/ Arka - 20 pkt;
15 -16/ Calisia i Polonia po19 pkt;
17/ Olimpia - 17 pkt;
18/ Lublinianka - 13 pkt.

Po meczu z Arkonią
doszło do przepychanek pomiędzy dostawcami marchwi, a dostawcami środków na uspokojenie.
Ci pierwsi twierdzili, że Unię nadal należy chronić przed anemicznymi strzałami, zwłaszcza z rzutów karnych, a na to najlepszy jest sok z marchwi. Dobrze, że o anemii niektórych piłkarzy Jaskółek, nie zwiedzieli się dostawcy surowej wątroby, dopiero by się działo !.
Ci drudzy wskazywali na nerwowość poczynań ataku w meczu z Arkonią.
Zwyciężyła opcja druga.
Kolejnym rywalem Unii był bezapelacyjny lider rozgrywek - Gwardia Warszawa, więc środki na uspokojenie wydawały się jak najbardziej wskazane.
W efekcie tego, w torbach podróżnych zabrakło miejsca na dresy i piłki.
Tak wiele miejsca zajęły herbatki z dziurawca, melisy i mięty pieprzowej oraz książki o jodze autorstwa B.K.S. Iyengara.
Co bardziej zapobiegliwi taszczyli ze sobą banany z domieszką owsa, ponoć najlepszy sposób na uspokojenie nerwów koni.

Koszmary zapadają w pamięć na całe życie. Jeśli chodzi o wyjazdowy mecz Unii do Gwardii Warszawa, to nie muszę nawet sięgać do zapisków Praszczura. Ten koszmar pamiętam sam do dzisiaj. Niestety, ale nie mieliśmy owsa, więc i wspomnienia nie zostały niczym stępione.
Dobrze Wam radzę - przed przeczytaniem tych wspomnień, idźcie po banany i do stajni, innej możliwości nie widzę. Melisa jest na to, co nas czeka, zdecydowanie za słaba. Albo bioprądy, też podobno dobre. Albo miesięczna głodówka, albo środek najpewniejszy - nie czytajcie tego.

SEZON 1961 r., II LIGA - 27 kolejka;
GWARDIA WARSZAWA - UNIA TARNÓW.


Mecz rozegrano 17 września 1961 r. Konstelacja gwiazd nie była za dobra. Imieniny obchodzili Dziebor, Hildegarda i Dezyderiusz.
Jakby było tego za mało, 17 września 1939 r. sowieci napadli na Polskę.

Unia wybiegła na murawę w składzie: Sienkiewicz, Żywiec, Kuciewicz, Tyliszczak, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek.
To, że w prawie takim samym składzie kończyła mecz, przypisuję załamaniu trenera, któremu pewnie było już wszystko jedno, kto przyłoży rękę do sromoty.
Z
aczęło się nawet obiecująco: 6 - krotny reprezentant Polski - Zbigniew Szarzyński zgubił piłkę tuż przed naszym polem karnym, nie będąc zresztą przez nikogo atakowanym. Po chwili ponownie Szarzyński oddał strzał, po którym nie udało się już odnaleźć piłki. Przebieg meczu potwierdził, że Szarzyński, którego akcji przed meczem najzwyczajniej w świecie obawiano się, nie ma swojego dnia. Wiadomo - Dziebor, Hildegarda i sowieci na dokładkę,  mogli zadziałać deprymująco na obie strony.
Są takie spotkania, po których mówi się, że to nie dany zespół wygrał, ale że to jego rywal przegrał. Dosyć to skomplkowane, ale sens tej wypowiedzi pojąłem w Warszawie.
Gwardia wcale nie zagrała wielkiego meczu, ale to Unia poprzez postawę swojej obrony, a przede wszystkim bramkarza, pomogła Gwardzistom w odniesieniu wysokiego zwycięstwa.
Na dobrą sprawę, to z zapisków Praszczura i strzępków mojej pamięci wynika, że w Gwardii nie zawiódł jedynie 16 - krotny reprezentant Polski, olimpijczyk z Rzymu /1960 r./ Stanisław Hachorek.
Zresztą w całym sezonie 1961 r. pokazał się z jak najlepszej strony i został nawet królem strzelców zaplecza ekstraklasy, zdobywając łącznie 25 bramek.
Gwardia, jako całość, zagrała słaby mecz i bardziej zrozumiałą stała się jej wpadka w 26 kolejce /zaledwie remis u siebie z Garbarnią/.


Zapiski z tego meczu są nader skromne - nastrój przygnębienia nie służył pisaninie /na dodatek według naszych ówczesnych przekonań - pisaninie do tzw. szuflady/, ale widzę, że już na początku meczu Hachorek ładnie przedryblował obronę Unii, po czym strzelił obok słupka.
Mam także odnotowane piekielnie mocne uderzenie spoza lini pola karnego tego samego zawodnika, po którym kozłująca piłka przeszła tuż obok lewego słupka bramki Sienkiewicza.
Niestety, ale to właśnie Sienkiewicz stał się ojcem zwycięstwa Gwardii. Ten grający zazwyczaj na dobrym poziomie bramkarz, tym razem zawiódł na całej linii.
Rozumiem, że napad, że Sowieci, że Dziebor, ale żeby w jednym meczu z tego powodu zawinić aż 3 gole, to lekka przesada !.
Tego nie wytrzymał też trener Bielecki, zdejmując Sienkiewicza z bramki. Zastąpił go Czekanowski, który zrobił wszystko, by zastępstwo było "godne".
Jedna z kolejnych utraconych bramek, to była niezwykłej urody "szmata". Czekanowski po niezbyt mocnym strzale rywali, już trzymał piłkę w rękawicach - jakim cudem znalazła się ona w siatce, tego nawet Praszczur nie był w stanie opisać.
Jakby utraconych goli było za mało, ich liczbę postanowił podnieść nasz Nowak.
Przez chwilę nie był nasz, ale Gwardii, albowiem strzelił, jak to wtedy mówiono gola "samobójczego". Bramka była przedniej urody, co nieco osłabiało gorycz klęski.
Na wyjeździe, z tego co pamiętam, było nas niemało, ale tak to już jest - piłkarze tracili bramki w tempie szybszym, niż przebiega światło i dźwięk, ale konsekwencje tego ponoszą i kibice. Do dzisiaj pamiętam docinki i upokarzające zachowania wobec nas ze strony "Warsziawiaków". Nie było to miłe.
Liczba straconych bramek z jakichś powodów nie pasowała też sędziemu zawodów -Garbajowi z Zielonej Góry.
Podyktował przeciwko Unii rzut karny - naszym zdaniem absolutnie niesłusznie. I z niego też padła bramka.
W minimalnym stopniu honor Unii ratował Kotwa, który przy stanie 4:0 dla gospodarzy, zdobył honorowego gola. Pan Antoni nawet nie wie, jak byliśmy mu wdzięczni za tą jedną, jedyną bramkę.
Unia przegrała w Warszawie 1:6 /0:4/ !!!.
Bramki dla zwycięzców zdobyli: Lewandowski, Woźniak /z karnego/, Hachorek, Gawroński, Nowak /samobójcza - to tylko utrwaliło nasz wisielczy nastrój/ oraz Kowalewski.
Powrót z Warszawy był smutny, że hej !. Stan frustracji pogłębił Pan Janek, który spożył cały zapas owsa, w tym i niewielką, bo niewielką, ale jednak i pewną część, przeznaczoną dla Praszczura. Przez ten owies nie odzywali się do siebie. Ciche dni trwały oczywiście tylko do następnego meczu - do 24 września 1961 r. Wtedy to Jaskółki podejmowały Bałtyk Gdynia.
Imieniny obchodzili: Amata, Pafnucy i Twardomir, a 24 września 1928 r. z małżeńskiej przysięgi usunięto najważniejszy passus o pełnym posłuszeństwie i uległości kobiety wobec męża. Gdy się o tym dowiedziałem, przeszedłem na islam, ale to wątek na inny blog.

SEZON 1961 r., II LIGA - 28 kolejka;
UNIA TARNÓW - BAŁTYK GDYNIA.


Twardomir i okrojona przysięga małżeńska, czyż to było za mało, by spokojnie przyjeżdżać do Tarnowa?. Działacze Bałtyku uznali, że za mało.
Tuż przed meczem Kierownik drużyny gości krzątał się wokół naszych działaczy. A to zagadał, a to pomógł w przepierce meczowych spodenek, z których nie chciały zejść plamy, jakie dali Uniści w Warszawie.
Wreszcie konfidencjonalnie wyszeptał w ucho jednego z działaczy Unii: jesteśmy po wielkim Święcie: DDFF !. O kurcze, usłyszał w odpowiedzi. Tak, tak ! - byliśmy na wszystkich rautach, wernisażach i spotkaniach. Było bosko i dziko. Wszędzie wpuszczali nas na ulgowe bilety, pokazałbym, gdyby nie to, że gdzieś się zapodziały. Ho,ho,ho, - no,no !.

Po chwili już wszyscy Uniści wiedzieli, że goście mają bilety ulgowe, więc zgodnie z niepisanym regulaminem, należy potraktować ich ulgowo.
Święto było 19 września, mecz 24, ale fakt, że goście nadal nim żyli, nadawał mu tylko jeszcze większej rangi i splendoru.

Wszystkich ciekawiła obsada naszej bramki, ale wbrew przewidywaniom, nie stanął w niej żaden z działaczy Unii. Trener zaufał ponownie Sienkiewiczowi; widać magiczna sztuczka Czekanowskiego, po raz pierwszy zaprezentowana w Warszawie, a zatytułowana "jest piłeczka w ręce - hokus - pokus, nie ma piłeczki w rączce, ale za to już jest w siateczce" zrobiła na Karolu Bieleckim takie wrażenie, że postanowił dać naszemu do niedawna etatowemu golkiperowi, czas na jej udoskonalenie.

Na murawę wybiegli również i wszyscy pozostali "bohaterowie" meczu Gwardia - Unia.
W polu Jaskółki zagrały w składzie: Żywiec, Kuciewicz,Tyliszczak, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek, którego zamienił Pieprzyk. Dla tego ostatniego, był to ostatni występ w barwach Unii.

Kibice, którzy byli w Warszawie i na własnej skórze doświadczyli efektów pogromu, dosyć chłodno przywitali naszych graczy, ale generalnie cztero - tysięczna widownia nie skąpiła braw.
Do czasu.
Szybko okazało się, że gra nie układa się po naszej myśli. Komunikacja z kibicami nie była wówczas tak sprawna, jak obecnie i na trybuny nie zdążono przekazać, że Bałtyk jest po Święcie, ma ulgowe bilety i musi być traktowany ulgowo.
Obrońcy Unii grali, jakby przed meczem nogi zakuto im w dyby - ociężale, ospale i wolno.
Jak tylko któryś przyspieszył od razu słyszał szept kolegi" "nie zapominaj: DDFF !!!". Kiedy nasi zapomnieli o przypomnieniu, czynił to usłużny gracz gości.
Brakowało zwrotności w poczynaniach obrony, a była ona niezbędna, gdyż Bałtyk, mimo że niczym nie zachwycał, to jednak organizował akcje zaczepne.
Szczególnie groźnie wyglądały one w wykonaniu skrzydłowego Załęskiego i Białowca. Zwłaszcza centry tego pierwszego dodawały blasku temu spotkaniu. Miał urozmaicony repertuar wrzutek - lekkie, mierzone, przeplatał ostrymi, niebezpiecznie tnącymi nasze przedpole bramkowe. A tam nasi obrońcy: człap, człap, w najlepszym wypadku człapu, człapu.
Nie lepiej było z naszym atakiem. 
Głównym grzechem napastników był brak szybkich, zdecydowanych wymian piłek, zwlekanie z oddaniem strzału. Zresztą tych pozycji do oddania celnego strzału nasze przednie linie nie wypracowały sobie nazbyt wiele. Poza tym nasi gracze mieli kłopot z przejściem dobrze ustawiającego się stopera Olszewskiego.
Grał spokojnie, a poza tym doskonale przewidywał rozwój naszych akcji i zdecydowanie w nie wkraczał.

Generalnie jednak większość piłkarzy Bałtyku dostosowała się do poczynań Jaskółek, ale gości tłumaczyło, przynajmniej w pewnym stopniu, uczestnictwo w niedawnych obchodach DDFF.

Na reakcję trybun nie trzeba było długo czekać. Doniosłe gwizdy towarzyszyły najczęściej nieudolnym zagraniom obu jedenastek.
Szybko też mecz zaczął przybierać dla Unii nadzwyczaj niekorzystny obrót. Słaby Bałtyk okazał się przynajmniej drużyną skuteczną.

Już w 19 minucie
gry goście objęli prowadzenie po strzale Brauna !. Było 0:1 !!!.
Utrata gola niezbyt zmobilizowała Jaskółki.
Za to goście w 35 minucie podwyższyli rezultat !!!. Tym razem Załęski zdecydował się na samotne sfinalizowanie swojej akcji i przy niemrawej postawie defensorów Unii, nie dał żadnych szans Sienkiewiczowi !!!. Zrobiło się więc 0:2 i takiego wyniku na miejscowym stadionie najstarsi kibice nie mogli sobie przypomnieć.
Gromkim gwizdom nie było już końca. Pan Janek i kilku jego rosłych znajomych, już wisiało na płocie i najwyraźniej w świecie zamierzało uczestniczyć w boiskowym święcie. Myślę, że zostało to zauważone przez naszych piłkarzy i człap, człap zastąpiło człapu, człapu - jakby na to nie patrzeć, szło to w nieco lepszym kierunku.
Przy miernym Bałtyku, już tylko nieco żwawsza i bardziej kombinacyjna gra Unii zaczęła natychmiast przynosić sytuacje podbramkowe, a w ślad za nimi dała nam kontaktowego gola !.
Zdobył go w 37 minucie meczu Dubiel !. Riposta Jaskółek była więc błyskawiczna !.
W tej połowie Unistów nie było jednak stać na więcej, tak że Pan Janek - na wszelki wypadek - i podczas przerwy nie schodził z płotu.

Druga połowa zaczęła się pod znakiem bardziej zdecydowanych poczynań Jaskółek.
Przebieg tej fazy spotkania potwierdził jedynie, że tylko nieco lepiej grający gospodarzy są nie do zatrzymania przez Bałtyk.
Stosunkowo też szybko odrobiliśmy straty !.
W 57 minucie spotkania Rusinek wyrównuje stan meczu !!!. Jest 2:2 !!!.
W oka mnieniu kibice zapominają Jaskółkom niewyraźne poczynania w tym meczu.
Wszyscy sposobią się do walki o pełną pulę.
Tymczasem na murawie wszystko wraca ... do normy, albo by rzec bardziej precyzyjnie, do wcześniejszego scenariusza !.
Człap, człap, rzadziej człapu, człapu.
Rywalizacja kończy się wśród ogólnego poruszenia i gwizdów wynikiem 2:2.

Walczący o utrzymanie Bałtyk mógł być zadowolony - wywiózł z jaskini lwa, który okazał się przyjaznym mu kociakiem - bezcenny jeden punkt.
Unia, po sromotnej klęsce w Warszawie, swoją beznadziejną grą potwierdziła tylko, że mentalnie była już poza rozgrywkami.

Opuszczających stadion piłkarzy Bałtyku dogonił jeszcze zdyszany działacz Jaskółek. "Panowie, a w ogóle co znaczy to DDFF ?!."
"Jak to co ?!" - goście w zadziwieniu pokiwali głowami. "To oczywiście Dzień Dzikiej Fauny i Flory".
"I co, i co ci powiedzieli ?!", dopytywali się zaintrygowani koledzy i równie zaciekawiony trener Bielecki". "
Wiecie, nie dosłyszałem", zgodnie z prawdą odpowiedział działacz. "Ale to było święto jakichś dzikich, to napewno mówili". "O kurcze, jak święto dzikich, to dobrze że nie wygraliśmy, mówię Wam - z dzikimi to nigdy nic nie wiadomo !" - roztropnie podsumował całą rozmowę jeden z piłkarzy Unii.
I tak oto zadowolone towarzystwo spiesznie opuściło stadion, omijając lekkim łukiem wiszącego cały czas na płocie Pana Janka.


Zaległe wyniki 27 kolejki:

Wawel Kraków - Naprzód Lipiny 2:1 /z tym meczem jeszcze się "spotkamy" w "ciekawostkach",  Stal - Calisia 2:0, Polonia -Arka  3:4, Arkonia - Śląsk 3:1, Bałtyk -  
Garbarnia Kraków 0:2, Unia Racibórz -
MZKS Krosno 2:1, Olimpia - Pogoń 1:2,  Lublinianka  - Piast Gliwice 0:0.

WYNIKI 28 KOLEJKI:


Polonia - Wawel 0:1, MZKS Krosno - Stal 0:0, Arka  - Pogoń 0:1, Arkonia  - Naprzód 5:5, Garbarnia - Calisia 2:1, Śląsk - Gwardia 0:1,  Unia Racibórz - Lublinianka
5:0, Piast - Olimpia Poznań 2:1. 

TABELA II LIGI PO 28 KOLEJKACH:

1/ Gwardia - 44 pkt;
2/ Arkonia - 39 pkt;
3/ Pogoń  - 38 pkt;
4/ Naprzód - 35 pkt; 
5/ Unia Racibórz - 33 pkt;
6/ Śląsk - 32 pkt;
7-8/ UNIA TARNÓW i  Wawel -  po 31 pkt;
9-10/ Stal i  Garbarnia - po 28 pkt;
11 Piast - 27 pkt;
12/ Krosno 25 pkt,
13-14/ Arka i Bałtyk - po 22 pkt;
15-16/ Calisia i Polonia po 19 pkt;
17/ Olimpia - 17 pkt;
18/ Lublinianka - 14 pkt.

CIEKAWOSTKI.

Dostawy lwów do Lipin szły pełną parą, podobnie jak i doprowadzanie prądu do fosy, odgradzającej widzów od murawy.
Wydawało się, że nadchodzi czas nudy, sennego spokoju i o zgrozo ! - sportowych zachowań.
Wydawało się ... Do czasu meczu 27 kolejki pomiędzy Wawelem, a Naprzodem.
Mecz ten wywołał wojnę prasową pomiędzy gazetami sportowymi ze Śląska i Krakowa.
Jeśli ktoś twierdzi, że w tamtych latach gazety mówiły jednym głosem, to oto otrzyma dowód na nieprawdziwość tej tezy.
Śląska prasa waliła niczym w bęben w sędziów spotkania, prasa krakowska podnosiła ich zalety pod niebiosa, łając za to działaczy, piłkarzy i trenera  przyjezdnych, czyli Naprzodu Lipiny.
A wszystko zaczęło się, gdy na boiskowym zegarze widniał wynik meczu 1:1.
I w tym momencie pojawia się nierozstrzygnięta rozbieżność, której ja nie pokuszę się rozstrzygnąć, jako że na meczu nie byłem. 

Naprzód twierdzi, że sędzia prowadził mecz tendencyjnie i na siłę podyktował karnego. Krakusy uznały, że sędzia spotkania - Krawczyk ze Szczecina - powinien już dawno być sędzią międzynarodowym /a już napewno po tym meczu/ z uwagi na wykazane umiejętności i sokoli wzrok, który pozwolił mu wypatrzeć faul na Czarneckim.
Prasa o tym nie donosiła, ale mogę się domyślać, że przed podyktowaniem karnego, sędzia na wszelki wypadek jeszcze raz dopytał asystentów, czy przypadkiem nie są w Lipinach. Nie byli, więc karnego podyktował.
Po podyktowaniu rzutu karnego pewnie zwątpił w prawdziwość zapewnień asystentów i własny stan wiedzy na temat miejsca rozgrywania meczu.
Przede wszystkim nie mógł się doliczyć piłkarzy Naprzodu. Co policzył, to wychodziło mu coraz więcej.
Tymczasem biedaczyna nie miał kłopotów z liczeniem, czego zapewne się obawiał.
Sprawa była o wiele mniej skomplikowana. Oto na murawie pojawił sie trener Sitko i co poniektórzy działacze z Lipin. 
Już po chwili ogłupiały sędzia stwierdził, że Lipinian jest z kolei ... za mało, by nie rzec, że w ogóle ich nie ma !.
Piłkarze Naprzodu postanowili bowiem opuścić boisko i udać się do domu, być może po posiłki, tego nie wiem.
Tym razem doszło do zamieszania przy ławce rezerwowych Naprzodu. Przenoszący się w czasie i przestrzeni Trener oraz kierownik przyjezdnych uprosili piłkarzy, by ci powrócili na boisko. Pewnie wierzyli, że sprawiedliwości stanie się zadość.
Wykonawca rzutu karnego Krzyżanowski bierze rozpęd, dopada piłki i ... nie trafia do bramki !!!.
Szał radości w obozie Naprzodu. Przedwczesny.
Sędzia, pewnie już gdzieś z okolic szatni dla arbitrów, nakazuje powtórzenie karnego, gdyż w polu karnym przebywał gracz gości !.
Krzyżanowski błyskawicznie ustawia piłkę, bierze rozbieg i ... nie trafia w bramkę. No nie, taki happy end to mógł być tylko w filmach z Hollywood. 
W rzeczywistości Krzyżanowski zdobył z powtórzonego karnego gola i Wawel wygrał 2:1 !.
Sędzia 2 sekundy później zakończył mecz i zapewne tyle go widziano.
Kiedy sędzia pakował się do pociągu relacji Kraków - Szczecin, na boisku trwała regularna kopanina. Bynajmniej nie piłki. Któryś z gości przyłożył porządkowemu, inny nakopał ... własnemu kierownikowi, co w Lipinach nie było czymś nadzwyczajnym.
Jedna z gazet krakowskich wymieniła też nazwisko Piechniczka, który miał pomylić piłkę z porządkowym Władysławem Kempą. Szczerze mówiąc nie pasuje mi to do wizerunku późniejszego, eleganckiego i szarmanckiego trenera reprezentacji Polski.
W kilku Ministerstwach postanowiono: lwy i ich treserzy muszą dostawać delegacje na wyjazdy Naprzodu, innej rady nie ma.
Oczywiście nie muszę dodawać, że po tej porażce Naprzód stracił nadzieje na awans do ekstraklasy, ale za to my nie straciliśmy jakże  atrakcyjnego wyjazdu do Lipin w sezonie
1962 r. i to się przynajmniej wśród tych najbardziej zapalonych i zdecydowanych na wszystko kibiców, liczyło najbardziej.

SEZON 1961 r., II LIGA - 29 kolejka;
CALISIA KALISZ - UNIA TARNÓW.

"Bardziej sprężyście !. Jak nie możesz tradycyjnie, to bierz go saltem". To Pan Janek instruował Praszczura, jak szybko frunąć nad płotem, jako że zakładał, iż w Kaliszu ta forma dopingu Jaskółek będzie nieodzowna.
Zakrzywienie czasoprzestrzeni i procesy grawitacyjne u Praszczura przebiegały jednak inaczej, niż u Pana Janka i po drugiej strony płotu nieodmiennie lądowała tylko jedna osoba.
Po tygodniu prób zrezygnowany Pan Janek, znowu samotnie leżący z drugiej strony, w geście rezygnacji orzekł: "Dobra, będziesz od spraw odwrotu. Opracujesz plan ewakuacji z boiska". Patrząc na wzrok Praszczura byłem jednego pewien - odwrót nie nastąpi przez płot.

Jedziemy więc do tego Kalisza i dziś po latach wspominam ten wyjazd z sentymentem, jako że wówczas rodziła się moja samoświadomość. Samoświadomość przybrała początkowo formę pytania: co ja tutaj robię ?.
Byłem wleczony przez Praszczura, to pewne, ale czemu to akceptowałem ?.
Jechać za wygrywającą drużyną to przyjemność, ale jechać za zespołem, który da nam najpewniej powtórkę doznań z Warszawy, bądź mizerię z Bałtyku, to nie mieściło się w kategoriach hedonizmu.
To było nieco wampiryczne, ale ten wariant odrzucałem - już wówczas wiedziałem, że wampirem zostaje tylko kąśnięty przez innego wampira, nieślubne dziecko, mający dwa rzędy zębów, czy mający zeza przy pełni księżyca. 
A przecież ja nawet przy pełni miałem prosty wzrok.
I wtedy pojąłem, że należę do kategorii sportowych wariatów.
I z czasem to zaakceptowałem. Pomógł mi w tym przedstawiciel realizmu magicznego, García Márquez, który w książce "Memoria de mis putas tristes" /brzmi lepiej, niż polski przekład: "Rzecz o mych smutnych dziwkach"/, orzekł, że "nieszkodliwi wariaci wyprzedzają przyszłość".
Moja pasja nigdy przy tym nie przyjęła postaci rodem z życiorysu Pana Janka, który kiedyś w jakiejś ankiecie, w rubryce "wyznanie", wpisał z rozpędu "kibic Unii Tarnów". Skończyło się pałowaniem, takie to były nietolerancyjne czasy.
Mam nadzieję, że w jakimś sensie tłumaczy to moją podróż do Kalisza.

A w Kaliszu sensacja: Unia wystawiła w bramce młodego Edwarda Janusza !. Dla doświadczonych: Sienkiewicza i Czekanowskiego był to nieomylny znak, że pora wziąć się do roboty !.
Druga sensacja, jakże dla nas miła: Unia w Kaliszu od początku pokazała ładną grę. Widać było, że grają na luzie, ale to był futbol, który mógł się podobać. Zapowiadało to emocje, jako że gospodarze walczyli nadal o utrzymanie w II lidze !!!.
Z ówczesnej prasy wynika, że Unia zagrała w składzie: Janusz /Sienkiewicz/, Żywiec, Kuciewicz, Tyliszczak, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Spodzieja.
Z "archiwum domowego" wyłania się natomiast nazwisko Goska i to jako piłkarza, który wyróżnił sie swą grą w Kaliszu. W 1961 r. nikt tej rozbieżności nie wyłowił, więc i ja dzisiaj nie jestem w stanie odtworzyć, czy Gosek zagrał w tym spotkaniu.
Kalisz częściej przesiadywał na przedpolu Unii, ale każdy obiektywny obserwator musiał przyznać, że to wypady Jaskółek niosły ze sobą większe zagrożenie.
Kalisz przeważał, ale to wcale nie oznaczało, że rozgrywał jakąś nadzwyczajną partię. Forma i umiejętności gospodarzy były przeciętne, chociaż niewątpliwie poparte dużą wolą walki. 
"Takie sobie"  możliwości ataku Calisi sprawiły, że obrona Unii jawiła się jako solidna i pewna formacja. W każdym razie piłkarze Calisi nie stanowili dla niej nazbyt wymagającego przeciwnika. Akcje Kaliszan były kasowane bez zarzutu, a jeśli już naszym defensorom przytrafił się słabszy okres gry, to wówczas pewnie uzupełniał ich Janusz, a w późniejszym okresie zastępujący go Sienkiewicz. Wprowadzenie Janusza do podstawowego składu okazało się strzałem w dziesiątkę.
Unia walczyła już "tylko" o jak najlepszą pozycję w tabeli, od dawna nie groził jej spadek, a i awans był już poza naszym zasięgiem. 
W tej sytuacji próba ogrania Janusza była więc udana. Janusz może i nie miał za dużo soczystych strzałów, ale bez zarzutu zachowywyał się przy dośrodkowaniach, nadspodziewanie dobrze też, jak na swój wiek, próbował dyrygować kolegami z obrony.
Ładnie obronił niezbyt mocny, ale celny strzał głową jednego z zawodników gospodarzy, oddany z odległości około 7 metrów.

Generalnie Jego występ mógł się podobać.
Poddany okresowej kwarantannie Sienkiewicz, dla którego musiało stać się jasnym, że Unia ma alternatywne rozwiązania na pozycji bramkarza, także zagrał pewnie i solidnie.

Mająca za plecami spokojnie interweniujących obrońców linia ataku, także sprawiała dobre wrażenie. Było w niej dużo ruchu, szybkich zagrań, które dezorganizowały obronę Kalisza.
Unia miała szanse na gole.
Po ostrym dośrodkowaniu piłki, obrońca Calisi nie trafił w nią czysto, futbolówka zaplątała  się mu pod nogami, ładnym wślizgiem wyłuskał  ją Rusinek, piłka trafiła do stojącego nieopodal Witka, ale nazbyt blisko jego nogi. Stojący nieco w rozkroku Witek, nie miał szans na wzięcie większego zamachu,a ponieważ nie mógł pozwolić sobie na skuteczny drybling, gdyż wyrośli przed nim kolejni dwaj piłkarze Calisi, oddał strzał. Uderzenie było jednak słabe i mimo, że piłka poleciała w kierunku bramki, to i tak stała się łatwym łupem bramkarza.
W 25 minucie meczu dobrą okazję strzelecką miał i Rusinek, ale wykazał się brakiem precyzji i piłka nie "zagościła" w bramce.

Calisia miała duże kłopoty z naszymi centrami. Mocno bita piłka, na dodatek uderzana w urozmaicony sposób, raz górą, innym razem po ziemi, niejeden raz okazywała się nazbyt trudna dla defensywy gospodarzy.
Często ułamki sekund decydowały o tym, że rozpędzeni Uniści nie dochodzili do mocnych dośrodkowań i bezpańskich piłek.
To spotkanie nie przyniosło goli. Mecz zakończył się wynikiem 0:0, ale Unia pokazała, że wraz z końcem sezonu nie zapomniała, jak gra się w piłkę.
Powrót do Tarnowa przebiegał więc w dobrej atmosferze.

Inne wyniki 29 kolejki:

MZKS Krosno - Garbarnia Kraków 6:0, Śląsk -  Bałtyk  1:1, Lublinianka -  Stal  
2:1, Wawel - Arkonia 5:0 /Arkonia spadła na 3 miejsce !/, Naprzód - Gwardia
1:1, Olimpia -  Unia Racibórz 4:3, Pogoń -Polonia 4:1, Arka -  Piast 1:0.

TABELA II LIGI PO 29 KOLEJKACH:

1/ Gwardia - 45 pkt;
2/ Pogoń - 40 pkt;
3/ Arkonia - 39 pkt;
4/ Naprzód - 36 pkt;
5-6-7/ Unia Racibórz, Wawel i  Śląsk - po 33
8/ UNIA TARNÓW  -  32 pkt;
9-10/ Stal i Garbarnia - po 28 pkt;
11- 12/ Piast i Krosno - po 27 pkt;
13/ Arka -  24 pkt; 
14/ Bałtyk - 23 pkt; 
15/ Calisia - 20 pkt;
16 - 17/  Polonia i Olimpia - po 19 pkt; 
18/ Lublinianka - 16 pkt.

Filozof Husserl skłaniał się ku twierdzeniu, że rzecz trzeba widzieć taką, jaką jest. Musimy więc dokonać redukcji fenomenologicznej, wyrzucając z pamięci poznający podmiot i zbędne założenia. Świat to nie skażone zjawisko. W tym momencie już tylko minuty dzieliły nas od "analizy eidetycznej", zbliżało się sedno i "świetlista pewność". Za nami pozostawały hipotetyczne byty, które pozbawione zostały poświadczenia i słały przebytą przez nas drogę, niczym zwiędłe róże. Zamiast nich towarzyszyła nam transcedencja poznawcza. Istnienie brało się pod rękę z poznawalnością.
I tylko od czasu do czasu wyzierała w naszym kierunku Edyta Stein, niektórym bardziej znana jako św. Teresa Benedykta od Krzyża, która odwołując się, a jakże !, do intencjonalności świadomości swego nauczyciela Husserla, zaczęła poszukiwać swoją eidos - Prawdę.

Tak przygotowywał mnie do meczu Praszczur w dniu 8 października 1961 r., podczas drogi na stadion Unii, gdzie podejmowaliśmy MZKS Krosno.

Dzisiaj wiem, że całą rzecz mógł mi wyłuszczyć nieco prościej - chyba też bym go zrozumiał, gdyby wyraził to następująco: idziemy na mecz, odrzucamy uprzedzenia, patrzymy na mecz takim, jakim będzie, jesteśmy w II lidze i wygramy z Krosnem. Myślę, że Husserl by się do tego nie przyczepił.
Piłka nożna to jednak prosta gra, jak mawiał trener Kazimierz Górski: piłka jest jedna, a bramki dwie, a wygrywa ten, kto strzeli o jedną bramkę więcej.
Miejmy nadzieję, że Uniści tego nie skomplikują, bo w przeciwnym razie czeka Was pogranicze transcedentalnego idealizmu z realizmem ontologicznym.

SEZON 1961 r., II LIGA - 30 kolejka;
UNIA TARNÓW - MZKS KROSNO.


Macie szczęście. Unia nie filozofowała, ale grała !. Możemy więc skupić się wyłącznie na grze.
Była wietrzna pogoda, ale nikt nie narzekał. Wiatr przywiał nam znakomitą i od dawna oczekiwaną wiadomość. Do składu Jaskółek powrócił wreszcie Czesław Mazurek !!!.
Jaskółki zagrały w składzie: Janusz, Kuciewicz, Mazurek, Tyliszczak, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek.
Ze składu wypadli więc obrońca Żywiec i Spodzieja, który tylko sporadycznie łapał się do podstawowej jedenastki.
Mocny wiatr wspomagał nas również w pierwszej połowie, wiejąc w plecy naszych zawodników i zachęcając ich tym samym do ofensywnych poczynań.
Szybko też Jaskółki uzyskały wyraźną przewagę, której do końca pierwszej połowy nie zamierzały oddać.
MZKS Krosno zmodyfikowało swoją dotychczasową nazwę poprzez dodanie członu "MZKS", ale na piłkarzach Unii nie robiło to żadnego wrażenia. Gdyby goście przyjechali do nas jako Real lub Barcelona Krosno, to może pod niektórymi graczami Jaskółek lekko /ale tylko lekko/ ugięłyby się nogi, ale cóż mogło odmienić los gości dodanie wspomnianego "MZKS" ?.
Los Krosna wydawał się od pierwszych minut spotkania dosyć jasny i nie trzeba było udawać się do wróżki, by wieszczyć przyjezdnym nienajlepszą przyszłość.
Przewaga Unii rosła  bowiem w arytmetycznym tempie, a nieliczne wypady przyjezdnych były likwidowane przez przebudowaną linię obrony Unii, z rozgrywającym świetną partię Mazurkiem na czele. Po naszym piłkarzu nie było widać ani śladu długiej absencji.
W zapiskach odnotowano sporo akcji Jaskółek.
Oto Witek, odwrócony tyłem do bramki Kilara, przyjmuje podanie z głębi pola, mimo naciskających go obrońców gości, odwraca się z futbolówką, strzela spoza linii pola karnego, ale piłka leci wprost w środek bramki i stojącego tam bramkarza.
Po chwili z dystansu uderza Kotwa, niesiona wiatrem piłka odbija się jeszcze od głowy jednego z naszych zawodników, zmienia kierunek, myli Kilara, ale ostatecznie wychodzi obok bramki poza pole gry.
Kolejnym ładnym strzałem z dystansu popisuje się tym razem Nowak, piłka mknie po murawie w kierunku środka bramki, wydaje się że nie sprawi kłopotów golkiperowi, ale wiatr zaczyna wyczyniać z nią niestworzone rzeczy i w efekcie futbolówka wymyka się z rąk Kilara !.
Król pola karnego - Rusinek,  wyskakuje zza pleców obrońców, ale tym razem "poprawka" Kilara jest błyskawiczna, zdecydowana i skuteczna - swoim ciałem przykrywa umykającą mu piłkę.
W 18 minucie spotkania na mocną wrzutkę decyduje się Witek. Tym razem to nie tylko wiatr, ale i autor podania nadają piłce mocną rotację. Na przedpole bramki Kilara mknie podkręcony pocisk !.
Dwaj obrońcy Krosna źle obliczają lot piłki, zderzają się ze sobą w powietrzu i nawzajem sobie przeszkadzając, futbolówki nie sięgają !. 
Ostatnia nadzieja Krośnian, czyli bramkarz Kilar przez ułamek sekundy waha się z wyjściem z bramki, opóźnia swoją interwencję i dla wszystkich staje się jasne, że największe szanse na przejęcie górnego podania mają prący do przodu, niczym tarany, zawodnicy Unii. 
Lot piłki próbują przeciąć Dubiel i Rusinek, temu pierwszemu brakuje centymetrów do piłki, ten drugi ma więcej farta, a może po prostu dzięki swojej strzeleckiej intuicji i piłkarskim umiejętnościom lepiej się ustawił i teraz zbiera tego owoce. 
Ostry zamach głową, Rusinek czysto, idealnie trafia w piłkę i ta ląduje w bramce Krosna !!!.
Po pięknej centrze Witka piękna bramka Rusinka !.
Jaskółki prowadzą z MZKS Krosno 1:0 !!!. 
Zaraz po wznowieniu gry przekonujemy się, że Uniści nie pasują, lecz z dużym animuszem dążą do zdobycia kolejnej bramki !.

Wiatr w żaglach ! - to stwierdzenie świetnie ilustruje postawę Jaskółek po zdobyciu pierwszego gola. I okręt, którego żagle wypełniono wiatrem, szybko dociera do kolejnego portu !.
W 22 minucie gry Unia podwyższa wynik na 2:0 !!!.
Tym razem triumfuje zdecydowana postawa Kotwy, który wykorzystuje chwilę zastanowienia po stronie bramkarza Kilara. Nasz zawodnik wyprzedza interweniującego z opóźnieniem bramkarza i z najbliższej odległości pakuje piłkę do siatki !.
Do końca pierwszej połowy nie oddajemy rywalom inicjatywy, ale też nie podwyższamy rezultatu.
"Połówka" kończy się wynikiem 2:0 !.

Druga połowa rozpoczyna się od śmielszych poczynań gości. Ich sprzymierzeńcem staje się nadal mocno wiejący wiatr, który tym razem dmie w nasze oczy.
Jego siłę znakomicie wykorzystuje w 49 minucie gry rutynowany Skowronek. Perfekcyjnie uderzona z rzutu wolnego piłka, dostaje dodatkową moc od niosącego ją w kierunku naszej bramki wiatru. Goście nieoczekiwanie zmniejszają naszą przewagę !.
Jest już tylko 2:1 !.
Czy armada z Krosna, której żagle wypełnia teraz wiatr /ten prawdziwy i ten wypływający z euforii po zdobyciu gola/ zdobędzie się na kolejny zryw i wyrówna stan meczu ?.

Pierwsze minuty po zdobyciu kontaktowego gola zdają się potwierdzać taką możliwość. Krosno posiada cały czas inicjatywę, atakuje, a do przodu pcha je już nie tylko wiatr, ale głośny doping kibiców i to w ładnej liczbie około 1 tysiąca !.
Ataki te jednak nie wyrządzają nam krzywdy. Wysoką dyspozycję potwierdza Mazurek. Unia nabiera oddechu, tylko czy bedzie w stanie odpowiedzieć gościom bardziej ofensywną grą ?!.
Odpowiedzieli !. Jaskółki stopniowo zaczynają opanowywać sytuację, jeszcze mocują się z Krosnem w srodku pola, jeszcze pracowity Nowak musi przebiec dodatkowe kilometry, jeszcze Rusinek musi kilka razy zakręcić  obroną przeciwnika, by Krosno pogodziło się z nowym podziałem ról.
Teraz to Unia będzie dyktować warunki, a Krośnianie będą  z utęsknieniem patrzyć w kierunku bramki Janusza, od której tarnowska drużyna będzie odpychać ich coraz dalej, coraz dalej.
Młody Janusz może wreszcie odetchnąć, goście już mu poważniej nie zagrożą.
Tymczasem Jaskółki przeważają i stwarzają kolejne dobre sytuacje do zdobycia trzeciego gola.
Po technicznej wrzutce w pole karne, któryś z naszych nadbiegających piłkarzy nie "gasi" półgórnej piłki, ale podbija ją nieco wyżej, przedłużając w ten sposób podanie i czyniąc całą akcje jeszcze bardziej nieprzewidywalną dla obrony. I faktycznie podbita piłka trafia na wprost Kilara, ten wybiega do niej i to ratuje gości przed utratą bramki. Wbiegający Rusinek w bardzo niewygodnym ułożeniu, lekko pochylony, jednak trafia głową w piłkę, ale ma już przed sobą rękawice bramkarza. Uderzona piłka prawie natychmiast trafia w rozpaczliwie wyciągnięte do przodu ręce Kilara i niczym wybita z katapulty mknie ponad poprzeczką.

Chwilę później Nowak uderza z kilkunastu metrów, piłka odbija się od obrońcy, wędruje do kolejnego defensora, ten wybija ją ... wprost pod nogi Nowaka. Poprawka, celniejsza, ale bez należytej siły. Piłka leci w światło bramki, ale Kilar przerzuca futbolówkę ponad poprzeczką.
Trzeszczą wręgi okrętu z Krosna, dno zdaje się trzeć o mieliznę, chwieją się maszty, ale łopocząca na nich flaga MZKS, ma nadal ślady tylko po dwóch kulach Jaskółek.
W 81 minucie kolejne piękne dośrodkowanie, wręcz wymarzone dla Rusinka. Mocna, podkręcona piłka, spadająca wprost na jego głowę.
Tym razem Rusinek nie widzi przed sobą rękawic bramkarza, widzi otwarte morze, szeroką, bezkresną przestrzeń, widzi wyraźnie trzecią dziurę w fladze Krośnian. I nie jest to fatamorgana !. Rusinek pokonuje pewną główką Kilara - jest 3:1 !!!.
Flagowy okręt Krosna z podziurawioną trzema trafieniami burtą tonie, 1 tysiąc Krośnian nabiera w usta coraz więcej wody, cichną, pokornieją, odchodzą w otmęty II ligowej tabeli.
Po chwili wzburzona toń staje się łagodna, spokojna, najmniejsze drgnienie powierzchni wody nie zdradza niedawnej obecności MZKS.
Nie ma Krosna, jest za to Unia i jej zasłużone zwycięstwo 3:1.
Więcej bramek Unia nie zdobyła, ale też i nie mogła zdobyć, skoro Krosna już nie było.
Ostatnie 9 minut spotkania upłynęły w radosnej atmosferze.
Teraz czekały nas dwa wyjazdy: Do Lublina i Poznania.

Pozostałe wyniki 30 kolejki:

Gwardia - Arkonia 1:0, Calisia - Śląsk 1:0, Garbarnia - Lublinianka 7:1, Racibórz - Arka 6:4, Stal - Olimpia 1:1, Bałtyk - Naprzód 2:0, Piast - Polonia 3:2, Pogoń - Wawel 3:4.

TABELA II LIGI PO 30 KOLEJKACH:

1/ Gwardia - 47 pkt;
2/ Pogoń - 40 pkt;
3/ Arkonia - 39 pkt;
4/ Naprzód - 36 pkt;
5-6/ Unia Racibórz i Wawel po 35 pkt;
7/ UNIA TARNÓW - 34 pkt;
8/ Śląsk - 33 pkt; 
9/ Garbarnia -  30 pkt;
10 - 11/ Piast i Stal - po 29 pkt;
12/ Krosno - 27 pkt;
13/ Bałtyk - 25 pkt;
14/ Arka - 24 pkt;
15/ Calisia - 22 pkt;
16/ Olimpia - 20 pkt;
17/ Polonia - 19 pkt; 
18/ Lublinianka - 16 pkt.

SEZON 1961 r., II LIGA - 31 kolejka;
LUBLINIANKA LUBLIN - UNIA TARNÓW.

15 października 1961 r. Unia rozegrała mecz z mającą już tylko iluzoryczne szanse na pozostanie w II lidze Lublinianką.
Jaskółki zagrały w składzie: Sienkiewicz, Kuciewicz, Mazurek, Tyliszczak, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek.
Lubelska publiczność, która zakładała na przyszłość dłuższy rozbrat z II - go ligową piłką, tłumnie stawiła się na stadionie. Aż 5 tysięcy widzów postanowiło oglądnąć ten mecz !.

W początkowej fazie meczu Jaskółki zachowywały się tak, jak pan młody obserwujący swoją oblubienicę. Panna młoda szybko zorientowała się, że może sobie pozwolić na więcej, niż podczas wcześniejszych II ligowych randek. Poczynała sobie coraz śmielej, a druga strona jakby przyjmowała to ze zrozumieniem.
Było to o tyle dziwne, że  panna nie była zbyt zasobna, a i pamięć jakby ją zawodziła, jako że w dniu 18 czerwca 1961 r. oblubieniec mocno naruszył jej nietykalność cielesną, by nie rzec - dziewictwo. Unia wygrała bowiem w pierwszym meczu tych drużyn 6:0.
 Lublinianka grała tak, jak jej Unia pozwalała, a pozwalała na niemało.

Już w 1 minucie
Jaskółki mogły być sprowadzone na ziemię, kiedy to dopuściły do bardzo dobrej pozycji strzeleckiej lewego łącznika Zielińskiego.
Tylko gapiostwu i braku zdecydowania Zielińskiego, zawdzięczamy uniknięcie gorącej sytuacji. Zieliński zastanawiał się nazbyt długo, w który róg bramki posłać piłkę i w efekcie została mu ona zdjęta z buta.
Zawodnik Lublinianki wyciągnął wnioski z tej lekcji i okazał się najbardziej groźnym graczem miejscowych, przynajmniej jesli chodzi o liczbę oddanych strzałów.
Pomimo wykazywanej dużej ochoty do gry ze strony Zielińskiego, Uniści nie kwapili się do tego, by ograniczać jego ruchy i bardziej zdecydowanie hamować jego strzeleckie zapędy.
W ciągu kolejnych zaledwie kilku minut Zieliński skorzystał z danej mu przez rywali swobody i oddał 3 strzały, które mogły od razu ustawić ten mecz.
Po pierwszym uderzeniu, z linii pola karnego, piłka przeszła ponad poprzeczką.
Po drugim strzale, trzeba było jej wypatrywać jeszcze wyżej.
A po trzecim ciosie Zielińskiego,
16 część - HISTORIA SEKCJI PIŁKI NOŻNEJ ZKS UNIA TARNÓW widziana oczami JASKÓŁKI Z KRAKOWA 2011-07-17
SEZON 1961 r., II LIGA, 16 strona.


SEZON 1961 r., II LIGA - 21 kolejka;
STAL RZESZÓW - UNIA TARNÓW.


Jesteśmy w szatni Jaskółek przed meczem ze Stalą w Rzeszowie. Trener Bielecki prowadzi przedmeczową odprawę.
Jak dla mnie niczym nie odbiega ona od tysiąca podobnych odpraw, prowadzonych przez trenerów pod każdą szerokością geograficzną.

Biały ekran, rzutnik, wskaźnik. Monotonny głos trenera pokrywa się z przesuwającymi się obrazami na ekranie.
"Nic się nie może zmarnować. Ot, widzicie teraz butelki - gdzie je należy wrzucać ?" - "do pojemników na szkło", chórem odpowiadają piłkarze. " Taa, dobrze, bardzo dobrze, teraz widzicie zużyte baterie". "Zużyte baterie ... !!!", z naciskiem powtarza trener  Bielecki ,przywołując tym samym do porządku asystenta, który nie wiedzieć czemu pokazuje rzutnikiem na ekranie duży garniec.
"O - są i zużyte baterie. Te zanosimy do punktów zbiórki, adresy ma Kotwa".
Zaś obierki, fusy, wędrują do kompostownika,
powtórzcie" ... piłkarze karnie powtarzają.

Przechodzący pod szatnią działacz Stali aż zatarł z radości ręce. Oj, będzie o czym opowiadać chłopakom, przyspieszył kroku i już niemal biegiem wpadł do szatni Stali.
"Słuchajcie, wiem co mówią u Unii" !!!, radośnie zakrzyknął. Już, już otwierał usta, by przekazać treść podsłuchanej odprawy Jaskółek, gdy usłyszał monotonny głos trenera Stali.
"I jeszcze na jedno musicie zwrócić szczególną uwagę - liście i fusy składować należy w kompostowniku. Nic nie może się zmarnować !". Działaczowi zrzedła mina: "nie, ja tak tylko ..." niepewnie wyjąkał i cicho wycofał się z szatni.

Odprawy się skończyły, zespoły wyszły na boisko i już początek spotkania pokazał, że gracze obu drużyn niewiele robili sobie z przedmeczowych przykazań trenerów.

Marnowali sytuację za sytuacją. Takiego marnotrawstwa już dawno nie widziano. Ten mecz był meczem zmarnowanych okazji, a każda ze stron miała w tym względzie niemało na sumieniu !.
Wymieniać wszystkie zmarnowane okazje, to by było ... marnotrawstwo czasu, ale niektóre niewątpliwie przypomnę.
Unia zagrała w składzie:
Sienkiewicz, Żywiec, Nowak, Tyliszczak, Guzy, Florek /Pieprzyk/,Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek.


Na trybunach zasiadło grubo ponad 8 tysięcy widzów, wielu z Tarnowa i wielu harcerzy, których zastępowi przyprowadzili, by praktycznie zobaczyli, jak niczego się nie marnuje. Tych ostatnich oburzeni zastępowi wyprowadzali dosyć szybko ze stadionu, jako że szybko do głosu doszło marnotrawstwo.
A że to Stal miała przewagę w polu, to i głównie jej zawodnikom przypadł w udziale antywychowawczy pokaz. Już zaraz na początku meczu jeden z piłkarzy Stali przymierzył, jak to mówią: "Panu Bogu w okno". Michał i Gabryel ledwo co uchronili swoje aureole przed deformacją.
"Wstrzeliwują się" szepnęło 8 tysięcy rzeszowskich gardeł.

Po chwili na 11 metrze Kruk oddał nie wiedzieć czemu prawie pionowy strzał, po którym piłka poszybowała w górę niczym startująca rakieta.
Potem dało się słyszeć metaliczny brzdęk i po chwili na murawę spadła zdeformowana aureola.
"Wstrzeliwują się" - szepnęło siedem tysięcy rzeszowskich gardeł.
Za chwilę Świerk, dosięga mocno bitą z narożnika boiska piłkę i z około 7 metrów, z woleja, posyła ją tuż nad poprzeczką.
"Wstrzeliwują się" - szepnęło sześć tysięcy rzeszowskich gardeł.
Janiak ładnie mija w polu karnym naszych środkowych obrońców, ale przed strzałem jakby zawadza butem o kępę murawy - taki strzał to łatwy łup dla Sienkiewicza.
"Wstrzeliwują się" szepnęło pięć tysięcy rzeszowskich gardeł.
Stawarz knoci kolejną idealną szansę na zdobycie gola.
"Wstrzeliwują się" - jęknęło 4 tysiące rzeszowskich gardeł.
W jego ślady idzie Matysiak, zaprzepaszczając kolejną okazję na uzyskanie prowadzenia.
"Wychodzimy" - zakrzyknęli zastępowi.


Jeśli piłkarze Unii łudzą się, że zeszyt nie pomieścił ich nazwisk, to są w grubym błędzie.
W 31 minucie Witek, a w 33 minucie Florek - po dobrych kontrach zespołu - zrobili wszystko, by nie trafić do bramki.
W obydwu przypadkach Kotwa nerwowo zaglądnął do notatnika przekazanego Mu przez trenera. Po chwili wszystko było już jasne. Zarówno Witek, jak i Florek nie pobrali adresów punktów odbioru makulatury.

W tym spotkaniu Stal oprócz braku precyzji miała jeszcze wyjątkowego pecha. Aż dwukrotnie poprzeczka ratowała Unistów od utraty gola !!!.
Trzeba obiektywnie przyznać, że Stal przy nieco lepiej nastawionych celownikach i nieco większej dozie szczęścia, dopisałaby po tym meczu kolejne punkty.
Ale tak się nie stało - spotkanie zakończyło się wynikiem nierozstrzygniętym 0:0 i to Uniści mogli traktować końcowy rezultat, jako swój sukces. Zresztą, mając w pamięci wcześniejsze potyczki ze Stalą, obiektywnie rzecz ujmując, ten wynik był rzeczywiście naszym sukcesem.
Końcowy gwizdek ze szczególną ulgą przyjęto w niebie.
PS. Imiona aniołów zostały zmienione.

Inne wyniki:
W derbach stolicy
Polonia - Gwardia 1:5, w derbach Szczecina Pogoń - Arkonia 0:0, w derbach Krakowa Garbarnia - Wawel 2:2, w derbach Gdyni Arka - Bałtyk 1:1,Unia Racibórz - Śląsk 0:3, Lublinianka - Krosno 1:0, Piast - Naprzód 0:1, Olimpia - Calisia 3:2.

TABELA II LIGI PO 21 KOLEJKACH:
1/ Gwardia - 33 pkt;
2/-3/ Arkonia i Naprzód - 28 pkt;
4/ Śląsk - 27 pkt;
5/ Pogoń - 26 pkt;
6/ Unia Racibórz - 25 pkt;
7/ UNIA TARNÓW - 24 pkt;
8/ Stal Rzeszów - 22 pkt;
9-10/ Krosno i Wawel - 21 pkt;
11-12/ Piast i Garbarnia - 20 pkt;
13/ Calisia - 18 pkt;
14/ Bałtyk - 16 pkt;
15-16/ Arka i Olimpia - po 14 pkt;
17/ Polonia - 11 pkt;
18/ Lublinianka - 10 pkt.

SEZON 1961 r., II LIGA - 22 kolejka;
UNIA TARNÓW - GARBARNIA KRAKÓW.


Przed meczem, jak to przed meczem. Najstarsi kibice - w moim obecnym wieku - starali sobie przypomnieć, z różnym skutkiem zresztą, po co przyszli na stadion. Co bardziej zapobiegliwe rodziny powkładały im w butonierki notki ze stosownym przypomnieniem.
Młodsi kibice dziwili się, po cóż dziadki jeszcze na mecze chodzą.
Najmłodsi również zastanawiali się, co robią na stadionie, skoro tyle pięknych rzeczy dzieje się poza nim. Wszak był środek lata - 23 sierpień 1961 r.
Ale wśród 7 tysięcy widzów przybyłych na ten mecz byli i kibice pogrupowani w rozliczne kółka zainteresowań.
Dosyć oblegane było kółko "karciane". Na betonowych obrzeżach, zarówno przed meczem, jak i w przerwie, niekiedy z rozpędu i w czasie meczu, rżnięto w karty, że hej !.
Z tego co pamiętam, nie był to chyba brydż. Nazwy gry nie pamiętam, ale
musiała być dosyć popularna i zacna, skoro opisano ją nawet w książce i to podobno wydanej w licznym nakładzie, z licznymi wznowieniami.
O ile dobrze pamiętam tytuł książki, to był to "Kodeks wykroczeń", czy coś takiego.

Przed meczem z Garbarnią do kółka zainteresowań przyjmowano nowe
zapisy. Od razu też młodych wprowadzano w arkana gry. "Teraz go pikiem", "Pika daj", "Karo daj" "Kier daj" !!!" nawoływał starszy świetlicowy, taki kulturalno - oświatowy,
jak w kultowym filmie "Rejs".
Wychodzący z szatni bramkarz Garbarni, aż podniósł brwi ze zdziwienia !. Ależ mnie tu lubią i szanują, pomyślał. Bramkarz zwał się Kierdaj.
Powtarzane przez echo okrzyki "Kier daj " niosły się nad murawą i wyraźnie zdekoncentrowały i rozluźniły golkipera "Brązowych". 
Dało się to zauważyć i podczas samego spotkania, kiedy to bramkarz gości już na początku meczu popełnił kilka prostych błędów, na szczęście dla niego i jego drużyny, bez ujemnych konsekwencji. 
Gry w karty nie przerwał nawet początek meczu, a więc i skandowanie "Kier daj", nie miało swego końca.

Mecz nie stoi na wysokim poziomie, nie jest zbyt interesujący, a oba zespoły nie zawiązują nazbyt wielu składnych akcji. Gra jest w miarę wyrównana i gdyby nie potknięcia bramkarza gości, nie byłoby za bardzo co opisywać.
Kierdaj jednak najwyraźniej "rozkręca się".
Efekt tego widzimy w 23 minucie spotkania. Znajdujący się w tym momencie na skrzydle Kotwa, centruje piłkę na przedpole bramki. Centrze brak precyzji i piłka zdaje się lądować w rękawicach bramkarza. Zdaje się, ponieważ futbolówka po chwili znowu oswabadza się z rąk golkipera i spada w gąszcz nóg. Kierdaj wypuścił piłkę !!!.
7 tysięcy par oczu natychmiast wypatruje Rusinka, który zazwyczaj umiejętnie polował na takie okazje. Nie trzeba zbyt długo wysilać wzroku. Jest, jest Rusinek !!!. Pojawia się nagle przed piłką, natychmiastowy zamach nogi i ... gooool !!!. Unia prowadzi 1:0 i to się teraz liczy najbardziej !.

Wbrew oczekiwaniom, utrata gola nie przymusza gości do żwawszych poczynań. Mecz nadal ma wyrównany charakter, ale brakuje w nim płynnych akcji. Kibiców Unii nazbyt to nie martwi, wszak 2 punkty pozostają nadal przy Unii.
W tym dniu skupiamy się bardziej na grze w karty, aniżeli na wydarzeniach na boisku.
Mija minuta za minutą, a zeszyt jak pozostawał pusty, tak pustym pozostaje.
Dopiero w 45 minucie można w nim odnotować niesygnalizowany strzał Witka tuż spoza linii pola karnego. Kierdaj częściowo rehabilituje się za wcześniejszą wpadkę, jest dobrze ustawiony, wyczuwa intencje Witka i tuż przed oddaniem strzału nieznacznie przesuwa się w jeden z rogów swojej bramki. Witek właśnie tam posyła piłkę. Kierdaj musi wykazać się wyższym niż dotychczas poziomem i tym razem nie zawodzi, chociaż wydaje się, że przy tej skutecznej interwencji w sukurs przyszedł mu i słupek, na którym zatrzymała się piłka.
Pierwsza połowa meczu kończy się prowadzeniem Jaskółek 1:0.

Druga połowa jest bardziej żywa i ciekawa, głównie za sprawą Garbarni. Udana zmiana - za Grabowskiego wszedł Stroniarz II  - nadała tej drużynie nowe oblicze.
Teraz to Jaskółki muszą się mieć na baczności. Interwencje Sienkiewicza są jednak o niebo pewniejsze od poczynań Jego vis a vis.
Nadspodziewanie skutecznie poczyna sobie osłabiona obrona Unii. Ale i ona jest bezradna przy pięknym strzale Stroniarza II oddanym z woleja, spoza linii pola karnego. Piłka zatacza lekki łuk, wydaje się zmierzać pod poprzeczkę, ale Sienkiewicz pokazał, że powietrzne robinsonady nie są mu obce. Jego skuteczna obrona tego strzału przysparza mu wiele braw i okrzyków zachęty.
Świetnie sobie także radzi ze strzałem głową Bieńka, oddanym z odległości około 8 metrów, po którym piłka skozłowała przed naszym bramkarzem i poszybowała w okolice poprzeczki. Sienkiewicz właściwie ocenił tor lotu piłki i piąstkując ją ponad poprzeczkę, zażegnał i temu niebezpieczeństwu. Z czasem coraz pewniej poczynał sobie i Kuciewicz.
Z drugiej strony boiska najlepiej wypadali w tym meczu niezmordowani Kotwa i Rusinek.
W 84 minucie spotkania Kierdaj, który dzięki swoim niezbyt pewnym interwencjom, stał się ulubieńcem tarnowskiej publiczności, znowu robi wszystko, by zaskarbić sobie w Tarnowie jeszcze więcej sympatii.
W zupełnie niegroźnej sytuacji, przy przewadze liczebnej własnych obrońców nad Unistami, bramkarz Garbarnii niepotrzebnie wybiega z bramki. Mimo usilnych starań, nie udało mi się wówczas ustalić, czy Kierdaj wybiegł z bramki, by fraternizować się z piłkarzami Unii, czy też, by przyłączyć się do gry w karty i tym samym zwiększyć swe szanse na dostanie się do książki zwanej "Kodeks wykroczeń".

Nieopatrzne zachowanie Kierdaja z zimną krwią wykorzystują wysunięci piłkarze Unii. Piłka wędruje do Witka, przed którym opuszczona przez bramkarza bramka stoi otworem, niczym wrota stodoły po siankosach.
Witek nie zawodzi i technicznym uderzeniem posyła piłkę do bramki !. Gooool !. Jest 2:0, a gol ten ostatecznie przypieczętowuje naszą wiktorię.
Garbarnia nie była już w stanie odpowiedzieć nam skuteczną kontrą. Mecz kończy się zwycięstwem Jaskółek 2:0 !!!.

Pozostałe wyniki 22 kolejki:

Gwardia Warszawa - Pogoń Szczecin 1:1, Arkonia - Piast 1:0, Bałtyk - Polonia 1:1, Naprzód - Unia Racibórz 2:1, Calisia - Arka 0:1, Wawel - Lublinianka 1:1, Śląsk - Stal 2:1, Krosno - Olimpia 2:1.

TABELA II LIGI PO 22 KOLEJKACH:
1/ - Gwardia - 34 pkt;
2-3/- Arkonia i Naprzód - po 30 pkt;
4/ - Śląsk - 29 pkt;
5/ - Pogoń - 27 pkt;
6/ - UNIA TARNÓW - 26 pkt;
7/ - Unia Racibórz - 25 pkt;
8/ - Krosno - 23 pkt;
9-10/ - Wawel i Stal - po 22 pkt;
11-12/ Garbarnia i Piast - po 20 pkt;
13/ - Calisia - 18 pkt;
14/ - Bałtyk - 17 pkt;
15/ - Arka - 16 pkt;
16/ - Olimpia - 14 pkt;
17/ - Polonia - 12 pkt;
18/ - Lublinianka - 11 pkt.

SEZON 1961 r., II LIGA - 23 kolejka;
UNIA TARNÓW - WAWEL KRAKÓW.


W operetce "Księżniczka Czardasza" Imre Kalmana, jest taki miły dla ucha fragment, coś w rodzaju: "jest dopiero trzecia nad ranem, więc nie mogę wracać do domu".
Kibice Unii wychodzili z podobnego założenia, więc nie opuszczali stadionu, jako że było dopiero co po meczu z Garbarnią, ale z drugiej strony, tuż przed meczem z Wawelem.
Trzeba bowiem dodać, że kolejne spotkanie Jaskółki rozgrywały na własnym stadionie już za 4 dni, w dniu 27 sierpnia 1961 roku, więc powrót do domu i pracy nie miał logicznego uzasadnienia.
Pan Janek kierował się w życiu prawidłami logiki, więc z tego co pamiętam, wraz z innymi ścisłymi i kierującymi się logiką umysłami, zaległ  na te krótkie 4 dni na stadionie, bądź w najbliższych okolicach stadionu, a to po to, by zapewnić sobie pewną odmianę i by nie popaść w rutynę. Ciągłe życie na samym stadionie mogło bowiem przynieść monotonię.  Małżonka Pana Janka, z tego co pamiętam, nie kierowała się prawidłami logiki.

Dzięki logicznym umysłom, przez kolejne 4 dni niosło się więc po koronie stadionu i w jego okolicy "Kier daj !", co znowu wprawiło w upojny nastrój wyjeżdżającego z Tarnowa bramkarza Garbarnii.
To zresztą dobra okazja, by dodać, że Kierdaj tak nieudanych spotkań, jak na Unii, nie miał zbyt wiele w swojej karierze i po dzień dzisiejszy jest zaliczany do grona najlepszych piłkarzy w historii swojego klubu.

Garbarnia ze stadionu wyjeżdżała, natomiast powoli w jego kierunku zmierzał Wawel. Wiózł ze sobą piłkarzy, którzy mecze z Unią traktowali poważnie.
Unia wśród klubów krakowskich cieszyła się szczególną sympatią, była lubiana, zwłaszcza przez Cracovię, czy Hutnika, więc dosyć często krakowskie kluby przywoziły jej prezenty i oznaki szacunku.
Najbardziej ulubionym prezentem krakowskich klubów dla Unii, byli sędziowie z Krakowa, którzy zresztą też szczególnie polubili rozstrzyganie meczów Jaskółek z Krakusami.
Czy i tym razem Wawel wiózł  ulubiony prezent dla sympatycznej Unii, nie pamiętam, a moje notatki na ten temat milczą. Pewnie więc tym razem zapomniano o suwenirze, ktoś czegoś, gdzieś, nie dopatrzył.
Gorzką pigułę w postaci braku prezentu musieli przełknąć:
Sienkiewicz, Żywiec, Kuciewicz, Tyliszczak, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek. 
Nadal brakowało Mazurka.
Ciężar gry zdawał się spoczywać na liniach ofensywnych. To one miały za zadanie nie tylko absorbować obronę gości, ale jeszcze na dodatek baczyć, by i naszym obrońcom nie zabrakło wsparcia przy wypadach Wawelu. Obrona Jaskółek nie sprawiała wrażenia monolitu, więc tym bardziej dziękowano niebiosom za każdą upływającą minutę, spędzoną na połowie rywali.
Zgodnie z oczekiwaniami, mecz rozpoczął się od frontalnych ataków Unii.
Było kilka znakomitych okazji do zdobycia bramki. Najpierw ładnie uderzył z dystansu Kotwa, piłka po rykoszecie trafiła pod nogi Dubiela, ale ten nie przebrnął przez zasłonę, złożoną z dwóch wściekle atakujących go obrońców. Chwilę później, po serii zwodów, Rusinek oddaje jakby od niechcenia, nonszalancki strzał, ale to tylko złudzenie, piłka w istocie zostaje sprytnie podcięta i tuż nad poprzeczką obniża lot, by jednak finalnie wylądować na bramce.  
Jest jeszcze odważna szarża Goska, zakończona siarczystą centrą, po której jednak piłka przelatuje ponad głowami obrońców gości i napastników Unii. Niestety, ale nikt nie zamyka tej akcji.
Wawel tylko od czasu do czasu próbuje się przebić na naszą połowę, ale tutaj spotyka się ze stanowczą reakcją nie tylko naszych defensorów, ale i wspierających ich kolegów.
Te powroty zawodników z przednich formacji nie zawsze wychodzą nam na zdrowie.
W 11 minucie  meczu Rusinek wdaje się w drybling nieopodal naszej bramki. Zapomina, że utrata piłki w tej strefie boiska, może pociągnąć za sobą poważniejsze konsekwencje, aniżeli strata futbolówki pod bramką Wawelu.
Drybling jest tak zawiły, że w jego końcowej fazie i sam Rusinek zapomina, o co mu tak naprawdę chodziło. Goście odbierają piłkę Rusinkowi, posyłają ją do znakomitego pod względem umiejętności technicznych Zapalskiego, który wykorzystuje rozgardiasz w obronie Unii, wywołany zawiłymi esami - floresami, jakie kreślił jeszcze kilka chwil wcześniej nasz Rusinek. Jeśli akcja Rusinka miała zaskoczyć gości, to w rzeczywistości najbardziej  zaskoczyła naszą obronę.
Zapalski nie bawił się w dryblingi, przymierzył, strzelił obok Sienkiewicza i w takich oto okolicznościach Jaskółki utraciły gola !!!. Wawel wyszedł na prowadzenie 1: 0 !!!.
Od tego niefortunnego momentu, Rusinek trzymał się z dala, niczym od ognia, od naszej bramki, spełniając zresztą w ten sposób życzenie wszystkich kolegów z drużyny, a już obrońców w szczególności.

Od tego momentu inicjatywa przechodzi w ręce piłkarzy Wawelu. Sympatycy Jaskółek wzdychają: skoro Unia straciła gola przy przewadze w polu, może i nam się uda, przy przewadze gości, stworzyć "bramkową" okazję !.
Pragnienia się spełniają, a przynajmniej spełniały się na stadionie Unii  w 1961 r.
Jaskółki inicjują kontrę, ładna i mocna wrzutka piłki przez Goska wywołuje spore zamieszanie na przedpolu bramki Wawelu. Szybko okazuje się, że goście nie zdążyli "pokryć" ruchliwych zawodników Jaskółek.
W zaistniałej sytuacji najlepszym ustawieniem i refleksem wykazuje się młody Kotwa, który dopada piłki i mimo, że zawodnik Wawelu próbuje go odepchnąć barkiem, z najbliższej odległości posyła piłkę do bramki !!!. Goool dla Unii !!!. Po 20 minutach meczu mamy remis 1:1 !!!.
Upływa zaledwie 10 minut i Unia staje przed kapitalną szansą wyjścia na prowadzenie. Na 30 minutę meczu przypada bowiem świetne podanie piłki  z głębi pola przez Nowaka do idealnie wychodzącego na czystą pozycję Goska. Gosek ma przed sobą już tylko bramkarza, z tym że znajduje się w stosunku do bramki pod pewnym kątem. Koledzy Goska nie nadążają za akcją, tak że naszemu skrzydłowemu pozostaje tylko jedno: oddać strzał !. I Gosek uderza w piłkę, ale szybko okazuje się, że nie jest to strzał jego życia. Nasz zawodnik próbował przelobować rzucającego się mu pod nogi bramkarza gości, zrobił to jednak zbyt lekko i mało precyzyjnie - piłka odbija się od wyciągniętej ręki leżącego już na murawie golkipera i wychodzi na rzut rożny !. Znakomita okazja na drugą bramkę została zaprzepaszczona !.
Pierwsza połowa kończy się remisem 1:1 i trudno cokolwiek prognozować na drugą odsłonę - oba zespoły prowadziły wyrównany pojedynek, a o końcowym rezultacie mogła zadecydować jedna, niekoniecznie przemyślana akcja.
Po przerwie "optycznie" lepsze  wrażenie sprawiał Wawel. To jego zawodnicy zdawali się panować nad środkową strefą boiska, a w oczy rzucała się duża ambicja
Jagielczuka.
Ten mecz miał jednak swój stały scenariusz. Zespół, który uzyskiwał przewagę w polu, jednocześnie popełniał rażące błędy w obronie. Nie inaczej było i tym razem. Podczas kolejnej kontry Jaskółek, zupełnie pogubili się defensorzy gości. W liniach Wawelu powstała luka, co znakomicie wykorzystał Gosek. Znalazł się w doskonałej sytuacji strzeleckiej i jedynie przez ułamki sekund pozostawał nierozstrzygniętym dylemat, czy swoją kolejną szansę wykorzysta.
Po chwili wszystko było już jasne: Gosek uderzył jak z armaty i piłka wpadła do siatki !!!.
Goool !!!.
Unia wyszła na prowadzenie 2:1 !!!.
Na nic zdała się poprawna gra Wawelu po utracie drugiego gola. Unia skutecznie broniła korzystnego wyniku i mimo, że jej gra pozostawiała wiele do życzenia, to 2 punkty w tym meczu przypadły właśnie Jaskółkom. Unia wygrała z Wawelem 2:1 !!!.

R
adość z powodu zwycięstwa mąciła odnowiona kontuzja kolana
Kuciewicza.
Nie pociągnęło to za sobą ujemnych następstw w tym spotkaniu, gdyż Kuciewicz odniósł uraz już pod sam jego koniec, ale poważnie komplikowało to i tak już mocno skomplikowaną sprawę obsady linii obrony w kolejnych pojedynkach. I rzeczywiście, Kuciewicz nie był w stanie pomóc kolegom w kolejnym, arcytrudnym, wyjazdowym meczu ze Śląskiem Wrocław. Na szczęście uraz nie wyeliminował go z gry do końca sezonu i Kuciewicz w 1961 r. jeszcze pojawił się na boisku.

Wychodzących ze stadionu kibiców "obsiadły" firmy krawieckie, które każdemy chętnemu przekazywały wraz ze swoimi adresami, także wskazówki, typu: jaką koszulę należy założyć do smokingu. Były też wzory długich sukni wieczorowych dla Pań. To był widomy znak, że po zwycięstwie z Wawelem, Unia ponownie wkraczała na salony. Oczywiście na kolejnych meczach nie groził nam widok kibiców w smokingach i wieczorowych sukniach, gdyż jak dyskretnie informowano, smokingi z reguły nosi się po godzinie 19.00.
Ale już na taki powrót zatłoczonym pociągiem z Wrocławia, taki smoking wydawał się być w sam raz, przynajmniej tak informowano.

Wyniki 23 kolejki:
Garbarnia - Śląsk 5:3, Piast - Gwardia 0:4, Pogoń - Bałtyk 1:0, Unia Racibórz - Arkonia 0:0, Arka - Krosno 5:2, Polonia - Calisia 1:0, Olimpia - Lublinianka 4:2, Stal - Naprzód 3:0.


TABELA II LIGI PO 23 KOLEJKACH:
1/ Gwardia - 36 pkt;
2/ Arkonia - 31 pkt;
3/ Naprzód - 30 pkt;
4-5/ Śląsk i Pogoń - po 29 pkt;
6/ UNIA TARNÓW - 28 pkt;
7/ Unia Racibórz - 26 pkt;
8/ Stal - 24 pkt;
9/ Krosno - 23 pkt;
10-11/ Wawel i Garbarnia - po 22 pkt;
12/ Piast - 20 pkt;
13-14/ Arka i Calisia - po 18 pkt;
15/ Bałtyk - 17 pkt;
16/ Olimpia - 16 pkt;
17/ Polonia - 14 pkt;
18/ Lublinianka - 11 pkt.

W tym momencie Unia miała zaledwie 3 pkt straty do miejsca premiowanego awansem i 11 spotkań do rozegrania !.

SEZON 1961 r., II LIGA - 24 kolejka;
ŚLĄSK WROCŁAW - UNIA TARNÓW.

Czy dzisiaj jest 3 września 1961 r. ?. Jeśli tak, to oznacza, że meldujemy się we Wrocławiu. Kiedy na płycie boiska pojawiają się obie jedenastki w kilkudziesięciu różnych, rozrzuconych po stadionie miejscach, rozpoczyna się gorączkowe przepakowywanie plecaczków, podróżnych sakwojaży itp.
Czynność ta ma jedno wspólne imię: leżące na wierzchu smokingi upycha się na sam dół.
Kibice Jaskółek  ze zgrozą widzą, że w naszej obronie brakuje już nie tylko Mazurka, ale i Kuciewicza !. Przy żądłach, jakimi dysponuje Śląsk i deklaracjach tego klubu, że nadal, mimo bolesnej porażki na Garbanii, walczy o ekstraklasę, skład obrony Unii nie rokował najlepiej.
Podobno w kilku miejscach widziano nielicznych kibiców przywdzianych w smokingi, ale ci chyba tylko z wrażenia nie zmienili przyodzienia.
Unia zagrała w wymuszonym sytuacją ustawieniu:
Sienkiewicz, Żywiec, Nowak, Tyliszczak, Guzy, Pieprzyk, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek.
Już w 10 minucie meczu sprawdza się czarny scenariusz. Nerwowo grająca obrona Unii dopuszcza do strzału Łuczaka, po którym Sienkiewiczowi pozostaje tylko wyjęcie piłki z siatki !. Gol dla gospodarzy. Śląsk obejmuje szybko prowadzenie 1:0 i wszystko wskazuje na to, że Unia nieprędko  podniesie się po tej wpadce.
Paradujący w smokingach kibice Jaskółek smętnie rozstają się i ze smokingami i z marzeniami. Pozostali bieżą na pocztę, by wysłać do Tarnowa zbędny bagaż. 

Ach, niewierni Tomasze !!!.
Po upływie kolejnego kwadransa kibice Unii tłoczą się pod pobliską pocztą, by szybko wycofać dopiero co nadane paczki i nie dopuścić do ich ekspedycji.
Unia zaczyna szaleńczą pogoń za wynikiem !. Walczymy na całej długości i szerokości boiska. Serce rośnie, włosy się podnoszą, pierś wypina, krew tryska z napiętych aort, gdy widzi się jedenastkę Unii podejmującą heroiczną walkę ze Śląskiem. Brawo Jaskółki !!!.
Mnożą się dobre sytuacje pod bramką Śląska, ale golkiper miejscowych broni bezbłędnie.
W 18 minucie Witek , nie bacząc na zasłaniających mu bramkę obrońców, silnie strzela, ale mocno uderzona piłka przechodzi około 1 metra obok lewego słupka.
Chwilę później wrzutka piłki z głębi pola, obrońca Śląska, który próbuje ją z pierwszego uderzenia wyekspediować na dalszą odległość, nie trafia w futbolówkę, dobiega do niej Kotwa, sprytnie głową odgrywa piłkę do tyłu,skąd nadbiegający Witek oddaje soczysty strzał.
Z wysokości trybun wydaje się, że kozłująca piłka może sprawić bramkarzowi duże trudności i tak się w istocie dzieje !. Król próbuje wyłapać piłkę na raty, przeszkadza mu w tym Rusinek, ale sędzia dopatruje się w poczynaniach naszego napastnika gry faul i akcję przerywa.
W 37 minucie Król traci koronę, a Śląsk bramkę !!!. Szybka, zdecydowana akcja Jaskółek, przynosi nam gola po strzale Witka !!!.
10 tysięcy kibiców Śląska oniemiało !. Liczyli na łatwą i wysoką wygraną, a tutaj taki pasztet !. Miejscowa prasa donosiła przed meczem, że powinien być on formalnością, jako że Uniści przyjadą wyraźnie osłabieni.
Kibice Unii dzwonią do hurtowni po kolejne smokingi dla siebie i po waciaki z walonkami dla miejscowych.
Ale to jeszcze nie koniec meczu !.
Akcje Unii w pierwszej połowie napędziły jeszcze niemało strachu miejcowym. Unia grała szybką, piękną technicznie piłkę, której towarzyszyła zaciętość i nieustępliwość.
Na boisku zaczęły się pojawiać dołki, jamy, gdzieniegdzie nawet małe kratery, a z ust graczy Śląska zwisały spore kępy trawy.
A wszystko brało się z tego, że piłkarze Śląska pojęli, iż wygrać w tym dniu z Unią będzie można nie inaczej, jak tylko gryząc trawę i wydzierając pazurami zwycięstwo.
Więc i oni gryżli trawę i niczym pieski stepowe, nutrie, czy inne 443 gatunki futerkowców, które podobno ryją nory, pazurami wydzierali darń z boiska, w ciężkim boju pazurami wydzierali zwycięstwo.
/Mam nadzieję, że przynajmniej częściowo oddałem obraz walki na boisku Śląska/.

Na trybunach też się działo ! - miejscowi omijali nas szerokim łukiem, bo tryskająca z napiętych do granic możliwości aort krew, siekła wokół, niczym kartacze na polu walki.
Zapatrzony w boisko Pan Janek bezwiednie pazurami nóg kopał nory wokół siebie; to wtedy powstały pierwsze plany zbudowania nowego stadionu Śląska, ze względów finansowych zrealizowane dopiero teraz.
/Tu z kolei mam nadzieję, że przynajmniej po części oddałem to, co działo się w duszach nielicznych kibiców z Tarnowa./

Tymczasem tam, w dole, na murawie pozbawianej kępek trawy, pięknie uderza z dystansu Witek, ale bramkarz broni strzał lekko, jakby nie sprawiał mu trudności, a przecież ta piłka leciała w róg jego bramki !.
Ładnie zwodzi rywali Rusinek, ale brakuje mu precyzji i po jego uderzeniu piłka wychodzi w aut bramkowy.
Śląsk też ma okazje, ale nie widać ich spoza zwałów ziemi, którą tworzą wokół nas pazury Pana Janka.
Pierwsza połowa kończy się wynikiem 1:1 !!!.

Po przerwie Śląsk uzyskuje przewagę, ale Unia niezmiennie zbiera brawa za swoją postawę. 10 tysięcy kibiców potrafi docenić postawę hardych i dobrze wyszkolonych rywali !.
Płyną minuty, jedna za drugą, boisko przypomina księżyc z jego kraterami.
Nadchodzi 58 minuta meczu.
Droździok postanawia oddać strzał z daleka, to jedyny sposób na ominięcie walczących z pasją obrońców Unii.
Piłkarzowi Śląska wychodzi strzał, co się patrzy !!!. Sienkiewicz, który nie
zwykł odpuszczać żadnych sytuacji, tym razem stoi, jak wrośnięty w ziemię. Niestety, ale nie ma najmniejszych szans na obronę tego uderzenia. Piłka wpada do naszej bramki, gol dla Śląska !. Śląsk - Unia 2:1 !!!. Rozpacz, nawet krew przestaje buchać z naszych aort, ba !!! - o czym ja mówię - buchać, ona przestaje w ogóle płynąć. Tyle walki, tyle poświęcenia naszych chłopców, a na tablicy wyników, 2:1 dla gospodarzy !.
Jedyna pociecha, że Pan Janek zdarł pazury i nowe zwały ziemi nie będą nam już przesłaniały widoku /radość była przedwczesna, okazało się, że równie emocjonalnie reagującemu Praszczurowi zostało jeszcze trochę nie startych i wystających "nożnych" pazurów/.

Jaskółki do końca spotkania szukały sposobów na pokonanie Króla. Koncówka meczu należała do nadzwyczaj emocjonujących !. Nagle też okazało się, że i miejscowi reagują identycznie, jak przyjezdni - wokół kibiców Śląska zaczęły lawinowo narastać kopczyki ziemi.
Ale też i kibice z Wrocławia mieli powody do zdenerwowania.
W ostatnich minutach spotkania Unia wypracowała sobie 2 znakomite okazje do zdobycia goli !.
Dwukrotnie jednak Król zachował się pierwszorzędnie w swojej bramce, wykazując duże opanowanie i odwagę. Kiedy bowiem zawiedli obrońcy Śląska, to właśnie ich bramkarz, rzucając się pod nogi najpierw Dubiela, a potem Kotwy, nie pozwolił tarnowskim zawodnikom na oddanie celnego strzału do bramki.
Szczęście było więc bardzo blisko, można powiedzieć, że na wyciągnięcie ręki bramkarza Króla.
Niestety, ale godna uznania postawa Jaskółek, nie przyniosła w tym meczu zmiany wyniku - przegraliśmy 1:2.
Osłabiona kadrowo Unia podbiła jednak swoją grą i postawą Wrocław i to także należy w naszej historii odnotować !.

Wyniki 24 kolejki:
Gwardia - Unia Racibórz 5:1, Arkonia - Stal 2 :1, Bałtyk - Piast 2:2,  Lublinianka - Arka 2:0, Calisia - Pogoń 1:1, Krosno - Polonia 0:2, Wawel - Olimpia 3:1.
Warto zapamiętać wynik meczu Naprzód - Garbarnia 1:1.

TABELA II LIGI PO 24 KOLEJKACH:
1/ Gwardia - 38 pkt;
2/ Arkonia - 33 pkt;
3-4/ Naprzód i Śląsk po - 31 pkt;
5/ Pogoń - 30 pkt;
6/ UNIA TARNÓW - 28 pkt;
7/ Unia Racibórz - 26 pkt;
8-9/ Stal i Wawel - po 24 pkt;
10-11/ Krosno i Garbarnia  po - 23 pkt;
12/ Piast - 21 pkt;
13/ Calisia - 19 pkt;
14 -15/ / Arka i Bałtyk - po 18 pkt;
16 -17/ Olimpia i Polonia - po 16 pkt;
18/ Lublinianka - 13 pkt.

CIEKAWOSTKI:
Teraz podam przepis na mieszankę wybuchową.
Potrzeba 3 składników: Lipin, meczu i odpustu. Z tymi składnikami, to jak z zaćmieniem słońca - muszą nałożyć się na siebie różne czynniki w tym samym czasie.
W 24 kolejce nałożyły się idealnie. Było wszystko, co potrzeba. Były więc Lipiny, był odpust w Lipinach i był mecz, niestety także w Lipinach.
Ach, zapomniałbym o bardzo istotnym składniku - nadrabiam więc zaległość - był też sędzia - chwilowo jeszcze nie pobity. Pragnę wszystkich uspokoić - tylko chwilowo - mieszanka na 100 % zadziała ! - cdn, gdyż mieszankę należy wstrząsnąć i na jakiś czas odstawić na półkę - tak na około 83 minuty.

Sędzia tego spotkania - rodem z Łodzi, popełnił serię fatalnych błędów.
Oto one w skrócie:
1/ zgodził się poprowadzić mecz w Lipinach;
2/ mimo prowadzenia 1:0 dla Naprzodu Lipiny, zdecydował się prowadzić mecz do 90 minuty, a nie przerwał go tuż po wyjściu gospodarzy na prowadzenie;
3/ w 83 minucie spotkania podjął fatalną decyzję o przyznaniu rzutu wolnego pośredniego dla gości;
4/ wykazał brak wyobraźni, ponieważ nie przewidział, że Garbarnia zamieni ten rzut wolny na bramkę i doprowadzi do remisu;
5/ wykazał po raz kolejny brak wyobraźni, zakładając, że kibice Naprzodu, przy okazji odpustu, kupują tylko święte obrazki, cukrową watę i koguciki na druciku;
6/ wykazał i inny brak wyobraźni - otóż wyobraził sobie, że po stracie gola przez miejscowych, nie zostanie przykładnie stłuczony.
Jak na jeden mecz sędzia popełnił więc sporo poważnych błędów.

Przy takich błędach, efekt mógł być tylko jeden: sędzia został pobity przez kibiców, którzy wdarli się na boisko.
Znajomy sympatyk Garbarni, który pojechał za swoją drużyną do Lipin, opowiadał nam, że cukrowa wata z Lipin musiała mieć sporo promili. Jednocześnie lekko pobladły zarzekał się, że do Lipin to on już nigdy nie pojedzie; nie pamiętam jakie powody podał, pewnie nie lubił cukrowej waty.

Ale to nie był koniec !!!. Kibice Naprzodu tym razem przeszli samych siebie i dopuścili się ponoć czynu, który zaliczyć należy do raczej rzadko spotykanych.
Nie wiem, czym go wytłumaczyć, bo sam fakt nadmiernego spożycia waty cukrowej wszystkiego nie wyjaśnia.
Na temat incydentu, o którym za chwilę, mam swoją teorię.
Osobiście uważam, że kibice Naprzodu w czasie meczu dowiedzieli się, że Ziemia nie jest płaska, albo co jeszcze gorsze, że to nie słońce wokół niej krąży, lecz od przynajmniej kilku lat, jest odwrotnie.
W każdym bądź razie musieli być w niemałym szoku. Bo jak wytłumaczyć to, że towarzystwo z Lipin, po pobiciu sędziego, wartko wzięło się do bicia ... własnych graczy !.
Konkretnie, podług relacji, krewcy kibice dobrali się do ... Piechniczka, późniejszego trenera Reprezentacji Polski, a wówczas gracza Naprzodu !!!.
Piechniczek wykazał się odwagą i prawdziwie koleżeńską postawą - po wtargnięciu kibiców na płytę, próbował uratować przed pobiciem sędziego i niedawnych rywali z Garbarni.
Pan Janek miał jeszcze inne  wytłumaczenie: "widzisz, sędzia był jeden, a chętnych do bicia wielu. Popyt przewyższał podaż, więc trzeba było nawsuwać i swoim piłkarzom, by każdego chętnego zadowolić".
Tak naprawdę mecz zakończył się wiele miesięcy później, w sali jednego ze Sądów w Chorzowie, w którym wyroki skazujące usłyszało 9 osób. Niektóre dostały chyba wystarczający okres do przemyśleń nad istotą obrotów Ziemi wokół Słońca i wpływu waty cukrowej na liczbę pobić w Lipinach. Najsurowsze wyroki opiewały bowiem na 2 lata "więźnia". I to by było na tyle, jeśli chodzi o relację z meczu 24 kolejki Naprzód - Garbarnia.
Myślę, że jasnym staje się, dlaczego to - o czym już kiedyś wspominałem - Pan Janek, przed każdym wyjazdem do Lipin spisywał testament. Ale trzeba nam oddać jedno - zawsze tam byliśmy, w chwilach euforii okazując przywiązanie do biało - niebieskich barw.  
I prawdzie muszę oddać sprawiedliwość - nigdy nas na poważniej nie zaczepiono, o drobnych incydentach, wynikających zapewne z różnicy pomiędzy popytem, a podażą, nie ma co wspominać... Chyba, że najdzie mnie ochota na blog o Historii kibiców Unii, oj będzie się wtedy działo /pozdrawiam wszystkich Kolegów z tamtych i późniejszych "Kowalowych" lat,  w tym również i tych na tzw. wysokich stanowiskach - drżyjcie ludkowie /ha, ha, ha - oczywiście żartowałem - śpijcie spokojnie/ !.

Dzisiejszy opis wyprzedza o dwa tygodnie nowy sezon 2011/2012. Mam nadzieję, że spełni on funkcje wychowawcze i edukacyjne - jest sporo czasu na to, by pogodzić się z tym, że Ziemia nie jest płaska i w sportowej atmosferze pooglądać rozgrywki, czego wszystkim życzę !!!.

SEZON 1961 r., II LIGA - 25 kolejka;
UNIA TARNÓW - Naprzód LIPINY.


Nie mam natręctw i białych myszek na punkcie
Naprzodu Lipiny, stąd też wymienienie tego zespołu, jako naszego kolejnego rywala, nie jest omyłką. Zaiste, w 25 kolejce przyszło nam pograć z klubem, posiadającym jurnych kibiców, chociaż - było nie było - uszczuplonych po Garbarnii,  o 9 najbardziej jurnych.
W dniu 10 września 1961 r. pozostawały do wypełnienia dwa zadania: jedno przed piłkarzami, drugie przed kibicami Unii.
Pilkarze mieli za zadanie ponowne nawiązanie kontaktu z czołówką, czemu służyć miała wygrana z Naprzodem.
Kibice postawili sobie jeszcze większe wyzwanie: postanowili pokazać gościom na czym polega kultura i to przez duże "K".
Akcji "ukulturalnienia" kibiców gości podjąć się mieli głównie ci, którzy w przeszłości doznali rzadkiej przyjemności /podobnie jak i sędziowie/ spontanicznego i radosnego opuszczania stadionu Naprzodu - najczęściej przed czasem, w podskokach i najkrótszą drogą przez boisko.
Brak kultury po jednej stronie, zazwyczaj wyzwala całe pokłady kultury po drugiej stronie i tak i tym razem się stało.
Staropolskim zwyczajem gości zamierzano przywitać na rogatkach miasta, ale Lipinianie na kulturze się nie znali i przeniknęli na stadion z pominięciem rogatek.
Tutaj też czekała na nich spora delegacja w sukmanach, krakowskich czapkach, dzierżąca w dłoniach chlebuś i sól, o ile dobrze dojrzałem.
Nie było widać za dobrze, bo delegaci, nie wiedzieć czemu, chowali bochny chlebusia i sól za pazuchą, w kieszeniach i nogawkach spodni.
Służby porządkowe, też nie wiedzieć czemu, chlebuś i sól, odbierały. Widać głodni byli.
Z tego, co przez mgłę pamiętam, poza stadionem doszło do  przypadków powitania chlebem i solą,  więc i w Lipinach dowiedzieli się, co to znaczy być gościnnym dla przyjezdnych.
Jaskółki zagrały w składzie:
Sienkiewicz, Żywiec, Kuciewicz / Spodzieja !!!/, Tyliszczak, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek.
Niech nikogo nie myli podanie nazwiska Spodzieji, jako zmiennika obrońcy Kuciewicza. Faktycznie Spodzieja, o którym trener Bielecki zdawał się zapominać przez wiele kolejek, wystąpił w linii ataku, natomiast pozycję Kuciewicza "objął" przesunięty do tyłu Nowak. Z kolei na jego miejscu wylądował Dubiel. Nie były to za dobre rozszady, albowiem Nowak ładnie w tym meczu /do czasu zamiany  miejsc/ rozdzielał piłki, strzelał z dystansu i jego brak w przednich formacjach był odczuwalny. Na szczęście nie zawiódł też i jako obrońca, co nikogo nie dziwiło - ten pracowity piłkarz był faktycznie wszechstronnie uzdolniony.

Podczas wychodzenia na płytę stadionu Unii, działacze Naprzodu pilnie rozglądali się wokół i coś notowali w swoich kalendarzach. Szybko okazało się, że ówczesne władze nakazały - po meczu Naprzód vs Garbarnia - przebudowę stadionu w Lipinach, tak by wreszcie zaczął spełniać on podstawowe wymogi bezpieczeństwa.
Na wszelki wypadek, by mi tu nikt nie siał taniej propagandy - Prezes Rady Ministrów, zwał się wówczas Józef Cyrankiewicz /rodem z Tarnowa/
i sprawami stadionów chyba się nie zajmował. Pisząc "władze" miałem na myśli ówczesne władze sportowe.

Naprzód był faworytem spotkania, chociaż fachowcy wróżyli mu bardzo trudną przeprawę z silną Unią Tarnów.
Jaskółki od razu pokazały swoje wysokie umiejętności. Już pierwsza akcja mogła zakończyć się golem !!!.
Do piłki doszedł Kotwa, pięknie uderzył, ale nie miał szczęścia !. Piłka z hukiem odbiła się od poprzeczki i nie wpadła do siatki !!!. Działo się to w 2 minucie meczu i od tego momentu działacze i trener przyjezdnych przestali opisywać wygląd stadionu, a zaczęli drżeć o końcowy wynik.
Drżeli przez kolejny kwadrans, podczas którego Naprzód nie istniał na naszym boisku. Unia zdominowała grę i wciąż zagrażała bramce kandydata do awansu !.
Było wiele siarki i ognia w naszych poczynaniach, ale też było i za wiele koronkowych akcji. Unia nie szukała najprostszych rozwiązań, lecz wikłała się w dosyć skomplikowane rozwiązania. To  początkowo chroniło Naprzód przed utratą gola. Piłkarze gości chwilami wyglądali dosyć nieporadnie na tle naszych asów i nie po raz pierwszy w tamtych latach należało zadać sobie pytanie, kto tu bardziej zasługuje na ekstraklasowe ostrogi.
W takich sytuacjach, gdy zespół bije na głowę rywali w pięknych zagraniach, najczęściej ci ostatni muszą częściej sięgać do arsenału fauli.
Nie inaczej było w tej fazie spotkania.
W 13 minucie meczu mamy kolejny rzut wolny pośredni. Do piłki podchodzi Kotwa, rozgląda się wokół i posyła piłkę do ... "nikąd". Tak się przynajmniej wydaje zawiedzionym kibicom. Ale to złudzenie !. Kotwa idealnie wyczuł intencje wyprzedzającego obrońców, rozpędzonego Rusinka, podał precyzyjnie piłkę na wolne pole, gdzie po ułamku sekundy znalazł się też i nasz supersnajper. Rusinkowi takich podań potrzeba było, niczym tlenu. Szybkie, prawie niewidoczne dla oka zgaszenie piłki i natychmiastowy strzał - tak grali Wielcy tamtej Wielkiej Unii !!!.
Bramkarz próbował paradą zażegnać niebezpieczeństwo, ale był bez szans - uderzenie było precyzyjne. Gooool po strzale Rusinka !!!.
Unia prowadzi z Naprzodem 1:0 !!!.


Po tym golu Jaskółki popełniają błąd. Miast nadal dążyć do podwyższenia rezultatu, spoczywają na laurach. Tempo meczu spada, co najwyraźniej odpowiada gościom. Oni też zaczynają przejmować inicjatywę.
Trener nie dostrzega nadciągającego niebezpieczeństwa i pomimo powtarzających się błędów naszej obrony, nie nakazuje powrotu do poprzedniego stylu gry.
Ponosimy tego konsekwencje w 32 minucie.
Goście, nacierający coraz większą liczbą zawodników, grający szeroko, przeprowadzający wiele akcji skrzydłami, wypracowują dobrą pozycję Kasprzykowi.
Sytuację może jeszcze uratować Sienkiewicz, ale nasz bramkarz wykazuje tym razem brak zdecydowania. Jego interwencja jest spóźniona, gdyby zareagował szybciej na akcję i strzał Kasprzyka, wówczas miałby realną szansę na jego obronę. Ospałość Sienkiewicza kosztuje nas drogo - Unia traci gola !. Jest 1:1 !.
Takim też wynikiem kończy się pierwsza połowa meczu.

"No i fosa", "z wodą ma się rozumieć". "pod prądem " "ma się rozumieć", "i miśka polarnego bym wpuścił", "popularnego ?", "nie, groźniejszego - polarnego", "acha, jak groźniejszy, to niech będzie" - takie i podobne rozmowy prowadzili schodzący na przerwę działacze Naprzodu, a wszystko po to, by poprawić bezpieczeństwo na własnym stadionie.

Trener Bielecki przeprowadza w przerwie zasygnalizowane już przeze mnie zmiany w składzie i ustawieniu zespołu. Niestety, ale tym razem nie są to dobre rozwiązania. Unia nie wyciąga wniosków z błędów popełnionych w pierwszej połowie. Naprzód nadal przeważa, wyraźnie zaczyna dominować w pomocy, w której zabrakło cofniętego Nowaka. Widać jak na dłoni, jak wiele zależało od jego pracowitości i zmysłu taktycznego.
W 68 minucie Gzel oddaje strzał, który Sienkiewicz, przy normalnej dyspozycji, powinien wybronić. Ale w tym dniu Sienkiewicz po raz drugi nie staje na wysokości zadania.
W sposób jak najbardziej zasłużony, Naprzód obejmuje prowadzenie 2:1 !.
To już ostatni dzwonek alarmowy dla Unii. I na szczęście ten dzwonek słychać nie tylko na trybunach, ale jego dźwięk dociera i na murawę.
Jaskółki wyraźnie mobilizują się, zaczynają grać agresywniej, lukę w pomocy wypełniają większym zaangażowaniem i szybszą grą. Zaczyna dziać się coś pozytywnego, wraca nadzieja.
Tymczasem uspokojeni działacze Naprzodu nie próżnują: "tylko skąd go ściągniemy ?", "jak skąd ? - z Syberii !, dziadek długo tam był /ta kwestia jakby podana nieco ściszonym głosem/, niedźwiedzi tam nie brakuje", "ja bym tam jeszcze krokodyla", "i prądem, rozumiecie, i prądem", "ma się rozumieć, krokodylem i prądem...".
Tymczasem na boisku karta się odwraca. Jaskółki zaczynają poważnie niepokoić bramkarza Naprzodu. W 74 minucie na strzał z dalszej odległości odważył się Witek. Piłka nie zmierzała w światło bramki, ale stojący na linii jej lotu obrońca gości nie był chyba tego do końca świadom. Zamiast uchylić się i przepuścić piłkę na aut bramkowy, odbił ją głową na rzut rożny.
Wzmaga się doping, kibice cały czas wierzą w możliwość wyrównania stanu meczu.
Mocno bita piłka wpada w kłębowisko ciał. Mija jednego z obrońców Naprzodu, przelatuje obok rozpaczliwie wyciągającego się Dubiela, by po chwili kontynuować lot obok wbiegającego Rusinka. Tego wyraźnie trzyma za koszulkę obrońca gości, ogranicza jego ruchy, wyhamowuje jego impet. Przez ułamki sekund odnosimy wrażenie, że Rusinek waha się, czy nie paść z krzykiem na murawę i wymusić na arbitrze rzut karny !.
Ale jednak nie !!!. Rusinek nie będąc w stanie wyswobodzić się z rąk przytrzymującego go rywala, jednak jakimś nadludzkim wysiłkiem sięga piłki, zmienia kierunek jej lotu i tym samym sprawia, że futbolówka ląduje w bramce !!!. Goool !!!. Unia - Naprzód 2:2 !!!.

Harmider na trybunach osiąga apogeum.
Cały stadion dopinguje Jaskółki, zmusza je do jeszcze większego wysiłku. Unia nie odpoczywa, zaraz po wznowieniu gry przystępuje do konstruowania kolejnych, szybkich i groźnych akcji !!!. 
Walczymy o wygraną !!!. Brawo chłopcy !!!.

Wypracowujemy kolejne sytuacje.
Ładnie strzela Kotwa, ale uderzona z dalszej odległości piłka pada łupem bramkarza. Lobem próbuje pokonać golkipera Spodzieja, ale piłka przelatuje nie tylko ponad jego głową, ale  i ponad bramką.
Jeden z ponad 30 milionów bogów Indii - Śiwa, w swoich kilku rękach trzyma a to bębenek
damaru, jako symbol tworzenia, a to trójząb do walki z niewiedzą, a to dotyka skóry tygrysa, jako oznaki zapanowania nad różnorakimi żądzami.
W rolę Śiwy w meczu Unia - Naprzód postanowił  wcielić się obrońca Więcek, z tą tylko różnicą, że w jednej z rąk potrzymał przez chwilę nie trójząb /akurat nie było dostawy trójzębów/, a piłkę.  Wymachiwanie rękami nie wprowadziło Więcka do panteonu bóstw, ale i tak zostało zauważone przez sędziego i kibiców !!!.
Rzut karny dla Jaskółek nie podlegał dyskusji !.
Jego egzekutorem miał być Guzy. Przed sobą miał już tylko zrezygnowanego i zdeprymowanego interwencją Więcka bramkarza Staronia. Była 87 minuta meczu !!!. Stadion oszalał z radości !!!.
Już stoją naprzeciwko siebie. Niby skoncentrowani, ale tysiące myśli kłębią się im w głowach, przesuwaja się niczym klatki filmu.
Staroń widzi gole Rusinka, jakieś krokodyle, co to ma znaczyć ?!.
Guzy nagle wspomina lata młodzieńcze - "Reinhold, pij tran, bo będziesz wątły i mizerny". Guzy tranu nie pił. Że też akurat w takim momencie musiał zobaczyć ten nieszczęsny tran. Podbiega do piłki, czuje jak odchodzą go siły, nietknięty tran leży schowany pod łóżkiem, uderza w piłkę, słabo, cherlawie, jakżesz mizernie !!!.
Za słabo, a przy tym nie na tyle precyzyjnie, by zbyt lekko uderzona piłka wpadła do bramki w miejscu będącym poza zasięgiem Staronia.
Nie wykorzystujemy karnego, na 3 minuty przed końcem meczu !!!.
Zwycięstwo wymyka się Unii z rąk !.
Ostatnie 3 minuty nie przyniosły już zmiany rezultatu.
Mecz kończy się remisem 2:2 i żadna z drużyn nie wydaje się być zadowolona z takiego finału. Naprzód, bo prowadził i walczył o ekstraklasę - Unia, bo zmarnowała doskonałą okazję na 2 punkty !.
Idący do szatni działacze obu drużyn zacięcie dyskutują. Po treści rozmów można zorientować się, z której są drużyny.
"Kup z beczkę tranu i z pół tony marchwi, zrobimy sok, wiesz łyk przed meczem i po sprawie", "a lew to by mógł być dmuchany, mogę go co tydzień dmuchać", "Wy Kowalski to macie łeb, dmuchany ! - że też o tym nie pomyślałem, no ale nie będzie ryczał !", "Panie Prezesie, ja dla Pana zaryczę, między dmuchaniem ma się rozumieć", "ach Kowalski - żebym ci ja miał więcej takich oddanych działaczy", "ooo, już ryczę Panie Prezesie - auuuu ! -to taki dżunglowy lew".
Ale życie pokazało, że nie wszystko da się przewidzieć /no, może poza brakiem awansu Unii przez 20 lat
15 część - HISTORIA SEKCJI PIŁKI NOŻNEJ ZKS UNIA TARNÓW widziana oczami JASKÓŁKI Z KRAKOWA 2011-06-30
SEZON 1961 r., II LIGA, 15 strona.

Dla wszystkich tych, którzy sami zauważyli zmianę tytułu tej strony, mam po dwie bezpłatne wejściówki na najbliższy mecz z POLONIĄ WARSZAWA, który odbędzie się 9 lipca 1961 r.
Liczba miejscówek ograniczona, sugerowałbym pośpiech w ich odbiorze.
Trzeba było 15 stron, bym wreszcie "wymłodził" tytuł strony, który jakoś tam konweniuje z moimi oczekiwaniami. Starość, nie radość. Prace nad dalszym doskonaleniem nagłówka trwają.
A może Wy macie jakieś propozycje ?.

A teraz do rzeczy !. Weź wielki garniec. Zanieś go do sąsiada.  Niech on, zamiast mnie, zastanawia się, co z nim dalej zrobić ...


Rozgrywki A - KLASY.

W końcówce rozgrywek, rezerwy Unii uratowały swój A - klasowy byt.
Wygraliśmy na Proszowiance 3:0 /1:0/, u siebie z Czarnochowicami 2:1 /1:1/, polegliśmy w Rabie 1:4 /1:2/, by odrobić straty u siebie z Bronowianką, którą rozgromiliśmy 5:0 /3:0/.
A - klasę opuszczały: Proszowianka, Unia Niedomice i zespół z Szarowa. Pa, pa ...
Rozgrywki wygrały rezerwy Cracovii /tutaj to nawet trzykrotne pa, pa, pa/, które wyprzedziły bardzo dobrze spisujący się Metal Tarnów. Jaskółki były na 7 miejscu.

Tymczasem w grającej innym systemem drugiej lidze, byliśmy na półmetku rozgrywek. 


SEZON 1961 r., II LIGA - 17 kolejka;
UNIA TARNÓW - POLONIA WARSZAWA.


Unia zagrała w składzie:
Sienkiewicz, Żywiec, Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek /Spodzieja/.

W drużynie gości wyróżniał się krępy pomocnik, który dobrze panował nad piłką i ciekawie inicjował akcje. Miał coś około "trzydziestki" i widać było, że doświadczenie boiskowe ma spore. Zresztą nabywał je nie tylko w barwach "Czarnych Koszul", jak popularnie zwie się Polonię Warszawa, ale również m.in. w warszawskiej Gwardii i Polonii Bydgoszcz. Wołali na Niego "Kulka".
Łamiąc chronologię zdarzeń dodam, że jak przynajmniej twierdzili wiele lat później kibice Unii,  po meczu "Kulka" długo czekał pod szatnią na naszego trenera
Bieleckiego i najlepszych graczy Jaskółek.
Zasypał ich masą pytań, a wszystkie krążyły wokół tematu taktyki rozgrywania meczów przez Unię, metod treningowych Jaskółek itd.
Był sympatyczny, uśmiechnięty, więc odpowiedzi otrzymał i skrupulatnie je w kajecie odnotował. Ponieważ rozmowa przeciągała się ponad miarę, miłego zawodnika poinformowano, że polska, jak polska, ale najlepsza to jest myśl szkoleniowa w Tunezji i Maroku i tam się po kolejne informacje udać powinien.
Poza tym rozmowę zagłuszały psiaki, które nie wiadomo skąd, pojawiły się na stadionie i obszczekiwały rozmówców.

I taki oto był wkład Jaskółek w sukcesy polskiej reprezentacji narodowej.
 "Kulka" zwał się bowiem
Ryszard Kulesza, i po Jacku Gmochu to właśnie On w 1978 r. objął stanowisko selekcjonera reprezentacji Polski !.
Był nim 2 lata, po czym prowadził zespoły w Tunezji i Maroku.
Zakończył pracę z naszą reprezentacją w głośnych onegdaj okolicznościach, kiedy to na Okęciu - przed wylotem na mecz reprezentacji -podjął /zmienioną później/ decyzję o odesłaniu do domu, z tzw. powodów wychowawczych, bramkarza Młynarczyka z Widzewa Łódź. To ponoć tam niektórzy piłkarze mieli udawać szczekanie psiaków na widok dziennikarzy, którzy przyłożyli rękę do ujawnienia "stanu" i wyglądu niektórych "Orłów", po sympatycznej nocy, spędzonej ponoć u /w/ Adrii. Bynajmniej nie chodziło o postać z filmu "Gwiezdne wrota", ale o miejscową knajpę.
Kulesza okazał się być pojętnym uczniem, z meczu z Unią wiele zapamiętał i poprowadził Polskę między innymi do wygranej w ramach eliminacji do Mistrzostw  Europy, z ówczesnym wicemistrzem świata, drużyną Holandii 2:0.
Byłem, widziałem i wszystkim opowiadałem o prawdziwych szkoleniowych początkach legendarnego już "Kulki".

Mecz z Polonią, za wolą obydwu zespołów, od razu został "ustawiony". Jeśli Kolega z Plant już dzwoni do Wrocławia, radzę chwilę odczekać. Mam bowiem na myśli jedynie to, że oba zespoły z góry uznały, że Unia będzie przeważać, a Polonia głównie się bronić. Goście uznali, że prowadzenie nazbyt otwartej gry z będącą "na fali" Unią może się szybko i źle zakończyć.
Taktyka gości przynosiła im profit w postaci utrzymywania wyniku bezbramkowego.
Zwłaszcza w pierwszej fazie meczu niemały w tym udział miał bramkarz Brom /tak mam zapisane, ale niektóre gazety podały w pomeczowych sprawozdaniach
Grom/.
Myślę, że zwłaszcza kibice Jaskółek wybaczą mi ewentualny błąd w nazwisku. To na szczęście nie jest wojsko, gdzie pomyłka między bromem, a gromem mogła mieć dalekosiężne skutki. Starsi kibice wiedzą, że ponoć dawniej w wojsku poborowym podawano do herbaty specyfik o nazwie "brom", który miał osłabiać popęd seksualny /na chwilę przerwę, by zgłosić do portalu pojawienie się treści erotycznych/, zaś Grom to ponoć wyborowa jednostka wojskowa.
Dla poborowych znaczenie miało to, czy w przydziale dostaną  "brom, czy też "Grom", dla nas chyba nie jest to już tak istotne.
Zaraz na początku meczu strzałem z dalszej odległości popisał się Nowak, kozłująca piłka wpadła jednak wprost w ręce
Broma.
Świetnym zwodem minął jednego z obrońców Rusinek - przyjął piłkę tyłem do bramki, nie odwracając się przerzucił ją nad sobą i znajdującym się za nim defensorem Polonii, wykorzystując moment zaskoczenia obrócił się szybciej od rywala, i mocnym uderzeniem posłał odbijającą się od murawy piłkę w stronę bramki. Brom z tym strzałem miał wiele kłopotów, ale po pięknej robinsonadzie wypiąstkował piłkę na rzut rożny.
Szybkim rajdem skrzydłem popisał się również Gosek, łatwo wyprzedził obrońcę gości, mocno zacentrował wprost pod nogę Dubiela, temu nie pozostało nic innego, jak oddać natychmiastowy strzał, ale prawie w tym samym momencie jego uderzenie zostało zablokowane przez świetnie ustawionego środkowego obrońcę Polonii. Impet uderzenia sprawił, że piłka poszybowała w kierunku bramki, pod poprzeczkę, ale ponieważ wytraciła już swoją szybkość, Brom nie miał kłopotów z jej przejęciem.
Odnotować jeszcze należy znakomity rajd
Rusinka, który postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, a mijał rywali niczym dobry narciarz mija tyczki. Minął 3 kolejnych Polonistów, a zapewniam Was, że nie ułatwiali mu zadania i nie przebierali w środkach. Przy tej akcji Rusinek miał podwójnego pecha.
Pierwszy pech zwał się: "czwarty mijany gracz Polonii", który faulując Rusinka, obalił go tuż przed polem karnym na murawę / z wolnego nic nie wyszło/.
Drugi pech był gorszy i o poważniejszych skutkach.
Oto wśród ogranych przez Rusinka piłkarzy był również i
Kulesza, tak że Rusinek miał z głowy karierę reprezentanta Polski. A tak na poważnie: nawet jeśli "Kulka" zapamiętał akcję i umiejętności Rusinka, to i tak nie mógł go powołać do Kadry - nasz piłkarz nie grał już w piłkę.
To był dobry okres gry naszej pomocy, która raz po raz zasilała atak mierzonymi podaniami. Jedynym mankamentem w grze Unii było zbytnie zagęszczenie pola gry, za mało graliśmy skrzydłami. Przy stałej przewadze Unii i stwarzaniu sobie sytuacji podbramkowych, ten brak nie był nazbyt widoczny, ale moim zdaniem to on właśnie przyczynił się do tego, że to Polonia, a nie Unia, osiągnęła swój cel po 45 minutach meczu.
Do przerwy był bowiem wynik 0:0 !.

Marzenia kibiców Unii były jasno sprecyzowane: kolejne punkty i kolejne gole !. Przebieg pierwszej połowy, mimo mało satysfakcjonującego rezultatu, pozwalał jednak na snucie takich marzeń. A może by tak w przerwie przynieść, zwłaszcza bramkarzowi Polonii Bromowi, herbatkę z odrobinką bromku sodu i potasu, snuli marzenia co poniektórzy. A teraz za tatusia, a następny łyczek za braciszka, no pij, pij, będziesz w tej bramce spokojniejszy.
Oczywiście nikt Bromowi nie przynosił herbatki nafaszerowanej bromem, ale faktem jest, że golkiper ten przeszedł zauważalną metamorfozę, o czym za chwilę. 

Druga połowa to już ustawiczne ataki Unistów. Ławą idziemy do przodu, a obrona gości aż trzeszczy w szwach. Szczególną rolę mogą odegrać zawodnicy strzelający z dalszej odległości, gdyż przed bramką Broma krąży wielu graczy i dosyć
ciężko jest się przebić przez zmasowaną obronę.
Chwilami wygląda to tak, jakby cały Nowy Świat, albo Marszałkowska, przeniosły się ze stolicy na stadion Unii, taki tam momentami tłum walił.
I rzeczywiście Jaskółki zaczęły sięgać do arsenału broni dalekiego zasięgu.

Około
60 minuty meczu Dubiel odpala irańskiego Shahaba 3 lub amerykański MGM - 31 Pershing, z trybun nie za dobrze widać który, ale jedno jest pewne - strzał był mocny i celny !.
Piłka leci w zasięgu rąk Broma, ale ten jakby spóźnia się z interwencją i nie wykazuje należytej pewności. Piłka nieszczęśliwie dla bramkarza wymyka mu się z rąk i spada przed wbiegajacego na przedpole bramkowe Rusinka.
Ten zachowuje zimną krew i pewną dobitką zdobywa gola !!!. 1:0 dla Jaskółek !!!. O to właśnie chodziło - o pierwszą bramkę, która otworzy worek z golami !. Niezawodny Rusinek mobilizuje kolegów do dalszych akcji !. Nie musi tego robić, Uniści czują sie mocni i z całych sił dążą do zdobycia kolejnych bramek !!!.
Polonia wygląda na mocno speszoną, utrata gola nie wyzwala w niej chęci rewanżu i gra nadal toczy się głównie na połowie gości.

Któryś z Unistów próbuje wymienić z Dubielem swoją klubową koszulkę za jego Shahaba 3 lub amerykański MGM - 31 Pershing /z trybun nadal niedokładnie widać/, ale wymiana 1 za 1 Dubielowi nie odpowiada.
Wkrótce po pierwszym golu, Rufin Dubiel, ech, dla kibiców teraz Rufi, Rufeczek, Rufcio, John /gdyby to był Pershing/ lub Abdullah, Hassan /gdyby to był ten z Iranu/, odpala kolejny pocisk.
To kolejne mocne, znakomite uderzenie. Scenariusz lubi się powtarzać !!!. Zdeprymowany utratą gola Brom znowu nie stanął na odpowiedniej wysokości /bez skojarzeń proszę/ i nie podołał zadaniu /jak wyżej/ !!!.
Wypuszcza piłkę z rąk, wprowadza tą fatalną interwencją zamieszanie wśród obrońców, które znakomicie wykorzystuje Kotwa !!!.
Nasz młody zawodnik znajduje się dokładnie tam, gdzie powinien czyhać na bezpańską piłkę.
Wbija ją do w zasadzie pustej już bramki. Goool !!!. Prowadzimy z Polonią 2:0 !!!. Brawo Dubiel, brawo Kotwa, brawo Jaskółki !!!.

Teraz nieco do głosu dochodzą "Czarne Koszule". Ich ataki są jednak anemiczne, nie mają takiej siły, jak nasze. W każdym razie gra się wyrównuje, Unia jakby nabierała sił przed koncówką. I tak jest w rzeczywistości. Kiedy zbliża się koniec meczu, Jaskółki znowu podrywają się do wysokich lotów. Unia znowu rządzi i dzieli, a połowa gości zamienia się ponownie w Nowy Świat i Marszałkowską.
Kiedy sędzia spogląda już na zegarek, w 88 minucie meczu przypomina o sobie
Witek.
Zachował wiele sił, zdobywa się na indywidualna akcję. Jego techniczny popis kończy się przed obliczem załamanego Broma.
Witek całkowicie panuje nad sytuacją, wyczekał na odpowiedni moment i posłał piłkę, technicznym i precyzyjnym uderzeniem obok bramkarza Polonii, wprost do bramki !!!.
3:0 dla Unii !!!, piękny akord na zakończenie meczu, który w całej rozciągłości potwierdził wysoką formę Jaskółek i przyniósł nam wszystkim wiele goli i wiele radości.
Będę kończył, właśnie teściowa przyniosła mi herbatkę, że co ?, że jeden łyczek za tatusia, a drugi za mamuśkę, niech będzie ! - do zobaczenia jutro !!! /czemu ona się tak dziwnie uśmiecha ?/, cdn, albo i nie.

Coś mi się przysypiało, stąd krótka przerwa w pisaniu, ech, pewnie ta pogoda...

WYNIKI 17 KOLEJKI:
Unia Racibórz - Wawel Kraków 1:1, Bałtyk - Calisia 2:2, Stal - Piast 0:0, Śląsk - Arka 1:0, Arkonia - Lublinianka 2:1, Garbarnia - Pogoń 1:2, Gwardia - Krosno 4:0, Naprzód - Olimpia 1:0.

TABELA II LIGI PO 17 KOLEJKACH:
1/ Gwardia Warszawa - 25 pkt;
2/ Arkonia Szczecin - 24 pkt;
3/ Unia Racibórz - 23 pkt;
4-5/ Naprzód i Śląsk - po 22 pkt;
6/ Pogoń - 21 pkt;
7/ UNIA TARNÓW - 20 pkt;
8-9/ Wawel i Stal - po 19 pkt;
10-11/ Piast i Krosno - po 16 pkt;
12/ Garbarnia - 15 pkt;
13-14/ Bałtyk i Calisia - po 14 pkt;
15/ Arka - 11 pkt;
16/ Polonia - 10 pkt;
17/ Olimpia - 9 pkt;
18/ Lublinianka - 6 pkt.

Karolku - posmaruj mi plecy. Najlepiej tym masłem kakaowym. Już, już Rufinku, już Ci smaruję. A Ty, Czesiu, to połóż się na drugi bok, bo słońce mocno przygrzewa...
Pewnie takie, bądź podobne rozmowy prowadzili zawodnicy i trener Unii po meczu z Polonią.
Zgodnie bowiem z harmonogramem rozgrywek, w tym momencie nastąpiła dłuższa przerwa - od 9 lipca do 2 sierpnia 1961 r.
Łyk herbatki i ja idę się zdrzemnąć, ech ta pogoda.

MECZ TOWARZYSKI:  UNIA TARNÓW - WISŁA KRAKÓW.

Lubiana i ciesząca się na Unii jak najlepszą opinią, ekstraklasowa Wisła i tym razem nie zawiodła. W jej składzie byli m.in. i Kawula i Studnicki i Kmiecik.
Sparing rozegrano pod koniec przerwy "wakacyjnej". Nie zachowały mi się z niego kompletne notatki, gdzieś w mrokach czasu utonęła lista strzelców.
Unia rozpoczęła mecz w składzie: Sienkiewicz, Żywiec, Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek.
Żywca zastąpił później, dawno nie oglądany Tyliszczak, zaś Witka Pieprzyk /Pietrzyk ?/.

Ten ostatni nie zapadł zbyt głęboko w mojej pamięci, ale też zaliczył w podstawowej jedenastce nie za dużo spotkań, a przy tym najczęściej grał tzw. "ogony". W każdym razie Pieprzyk zadebiutował w Jaskółkach właśnie w rzeczonym sparingu, a nie jak pisała krakowska prasa, w meczu 19 kolejki II ligi z Piastem Gliwice.

Zapewne to moja imaginacja, ale odniosłem wówczas wrażenie, że podczas rozgrzewki Alojzy Witek odciągnął Władysława Goska do linii bocznej boiska i przeprowadził z Nim koleżeńską rozmowę, mniej więcej w takiej tonacji:
- "Władziu, mam do Ciebie prośbę. Za dokładnie 50 lat niejaki Jaskółka z Krakowa będzie o Nas pisał na swoim blogu. O ile go znam, to nie zapomni Mi tej spartolonej sytuacji z wyjazdowego meczu na Cracovii. Będzie o tym pisał, a pisał. Może tak, żeby odwrócić jego uwagę, i Ty byś coś dzisiaj spartolił ?. To mecz towarzyski, włos Ci z głowy nie spadnie !.
Zresztą popatrz - Jaskóła jest na trybunach !"

- "Alojzy - czy to ten z oczami z małym zezem ?!".

-"Władziuchna
- nie, nie ten ! - gorzej, ten za nim, z oczami z obłędem, dużym !. Znajomy widział fragment jego wspomnień, zaczynały się od słów: weż duży garniec ! - sam widzisz, to nie przelewki !";
Gosek pokiwał posępnie głową. Ktoś, kto pisze "weź duży garniec", to faktycznie ...
Gosek przybił Witkowi piątkę - w porządku, spartolę tak, że zapomni o Cracovii, cóż się nie robi dla Kolegi !!!.

Sam mecz był znakomity !. Wisła, jak zwykle, wyzwoliła w Unii wszystkie pokłady posiadanych umiejętności. Nie po raz pierwszy te dwa zespoły zagrały na iście ekstraklasowym poziomie. Zawodnicy mieli stosunkowo dużo swobody, a więc mogli zagrać też i ładnie dla oka, popisując się swoimi umiejętnościami technicznymi. 
Takie mecze ogląda się i wspomina z najwyższą przyjemnością. Unia jeszcze raz pokazała, jak wielkie drzemią w niej możliwości.
W zasadzie cała drużyna pokazała się z jak najlepszej strony, chociaż niektórzy mieli rozchwiane w najwyższym stopniu celowniki, ale o tym poniżej. 
Ten mecz
wygrali drugoligowcy 3:2 /3:1/ !!!.
I tylko kolejny raz można napisać: brawo Unia !!!.
Dodajmy, że sezon 1961 r. Wisła zakończyła w ekstraklasie na 4 miejscu /na 14 zespołów/ !!!. Wyprzedziły ją tylko: Górnik Zabrze,Polonia Bytom i Legia Warszawa.
 
Co więcej - w meczu z Unią, goście mogli mówić o nieprawdopodobnym szczęściu, że nie zostali zmieceni z powierzchni boiska przez bardzo dobrze usposobione Jaskółki !!!. Ma to związek z przytoczoną rozmową, bo tylko ona jest w stanie wytłumaczyć to, co w tym sparingu zrobił Gosek !.
Czegoś takiego nie widziałem już więcej w całej historii naszego klubu.
Gosek był bowiem 6 razy /słownie: sześć razy/ w sytuacjach sam na sam z bramkarzem Wisełki i żadnej z nich nie zakończył zdobyciem bramki !!!!!.
6 razy sam na sam i zero goli !!!.

9:2, gdyby takim rezultatem zakończył się ten mecz, a mógł się tak zakończyć, to chyba Unia przez aklamację zostałaby awansowana do I ligi !.

Po meczu Witek podszedł do Goska i niepewnie wyszeptał: "Władek, dziękuję - ale chyba jednak trochę przesadziłeś", by w odpowiedzi usłyszeć: "Alojzy, pewnie i tak, ale jak sobie przypomniałem to: weź wielki garniec, to pomyślałem, że muszę zrobić coś ekstra, by odwrócić jego uwagę od  tej niestrzelonej bramki na Cracovii ".

ELIMINACJE DO II LIGI.
Rozpoczął sie horror i to w kilku odsłonach. Barażowe spotkania o wejście do II ligi. "Naszą" III ligę wygrała Unia Oświęcim. W 29 meczach zgromadzili 39 punktów, stosunek bramek 62 : 39. W pokonanym polu był Prokocim i Kabel Kraków. Dzielnie walczyła Tarnovia, ale jednak na finiszu zabrakło jej punktów do I miejsca.
Unia Oświęcim nie wytrzymała ciśnienia towarzyszącego pierwszej rundzie baraży. Już na  inaugurację IV grupy eliminacyjnej, doznała bolesnej porażki 0:4 w Stali Stalowa Wola. Nie lepiej wiodło się "Chemikom" w rywalizacji z Szombierkami Bytom. I tylko na osłodę pozostała im wygrana u siebie ze Stalową Wolą 7:0.
Unia Oświęcim okazała się za słaba, by rywalizować w kolejnej turze z innymi drużynami o wyśnioną dla wielu zespołów II ligę.

SEZON 1961 r., II LIGA - 18 kolejka;
UNIA TARNÓW - POGOŃ SZCZECIN.


Gdzież się zapodział Karol ?!. Wziął masło kakaowe, a tu słońce praży, że hej !. Czesiu, Ty to się przewróć na ten drugi bok, dobrze ci radzę.
O, leci Karol, jaki zdyszany, cóż on się tak spieszy.
Trenerowi Bieleckiemu rzeczywiście było spieszno. Jest 2 sierpnia 1961 r., za dwie godziny mecz, a drużyna jakby zapomniała o zakończeniu przerwy w rozgrywkach.
Szybko, szybko, dresy, korki, piłki, jazda, jazda. Trenerze wszystko w porządku, tylko gdzie jest to masełko kakaowe ?. Trener Bielecki popatrzył na podopiecznych zdumionym wzrokiem: o czym oni bredzą ?.
Unia zagrała z Pogonią  następującym składem: Sienkiewicz, Żywiec,Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek.

Szybko okazało się, że wybity z rytmu meczowego zespół Unii gra gorzej, niż przed przerwą w rozgrywkach. Jaskółki posiadały co prawda przewagę w polu, ale ich grze brakowało tego przysłowiowego błysku, który towarzyszył ich ostatnim występom. Poziom gry nie był zadowalający, ale przewaga w polu Biało - Niebieskich pozwalała mieć nadzieję na wygranie spotkania.
Sytuacje podbramkowe w pierwszej połowie zostały wypracowane głównie przez naszych piłkarzy.
Po ostrej centrze w pole karne piłkę próbował uderzyć Rusinek, ale nie miał na to szans, leciała ona na wysokości jego biodra, spróbował ją zgasić kolanem, z czego niespodziewanie narodził się strzał w kierunku bramki Pogoni. Bramkarz wirującą w powietrzu piłkę opanował z najwyższym trudem. Mogła paść bramka - kuriozum !.
Chwilę później w pole karne, tuż przy linii końcowej, wpada Gosek. Przed bramkarzem Pogonii przepychają się z obrońcami trzej nasi zawodnicy, ale Gosek źle ocenia sytuację i miast podawać do kolegów, decyduje się na strzał z bardzo ostrego kąta. Piłka trafia w siatkę, tyle że nikt nie jest tym faktem zachwycony, bo i siatka jest z boku bramki, a  i piłka wychodzi na aut bramkowy.

Spoza lini pola karnego uderza Dubiel, piłka odbija się od gracza gości, spada przed Rusinka, ale znowu los chce sprawdzić cyrkowe umiejętności naszego gracza. Nawet Rusinek nie wie, jak uderzyć tę piłkę: nogą, czy głową. Po analizie pozostaje mu tylko trzeci wariant: pcha piłkę w kierunku bramki ... ręką. Sędzia jakiś sztywny, nie zna się na żartach, wolny dla Pogoni.
W 25 minucie kolejna szybka akcja Goska. Za szybka dla obrońcy Leszczyńskiego, który fauluje naszego piłkarza w polu karnym !. Rzut karny dla Unii !!!. Jego wykonawcą będzie
Rusinek.
Koledzy Rusinka proszą o kilkuminutową przerwę techniczną w grze. Sędzia na to przystaje i po chwili żałuje swojej decyzji. Ze zdumieniem widzi, jak koledzy Rusinka przynoszą mu masełko kakaowe, wiadoma rzecz - najlepsze do opalania, koło ratunkowe w kształcie kaczuchy, żeby rozluźnił się i wspomniał miłe chwile z basenu oraz spłuczkę do toalety, chociaż tutaj zapisek w zeszycie może dotyczyć dokonanego w tamtym okresie zakupu do naszego domostwa, więc przy tej spłuczce to dodajcie znak zapytania.
Rusinek  rusza do piłki, trochę się ślizga, bo masło kakaowe zdążyło już spłynąć na korki butów, trochę uwiera go dmuchana kaczucha, którą naciągnął na siebie, by wspomnienia trwały dłużej, no i wreszcie ta nieszczęśna spłuczka, z którą nie wiedział za bardzo co zrobić.
Rusinek strzelił mocno, bramkarz rzucił się w lewą stronę bramki, ale od razu wiedział, że wybór bronionego rogu był błędny, Rusinek bowiem podniósł piłkę !.
Ta poszybowała do góry i trafiła ... w poprzeczkę !!!. Niezawodny Rusinek tym razem nie zdobył gola z karnego - jęk zawodu na trybunach i w szeregach Unistów !.
Na domiar złego wszyscy mieli wrażenie, że z Rusinka po tym pechu schodzi powietrze, ale na szczęście okazało się, że to tylko przebita kaczucha wyzbywa się ostatniego tchnienia, więdnie, więdnie coraz bardziej, aż w finale jej gumowa główka opadła na łono niefortunnego strzelca.
Wszyscy mieli nadzieję, że po pozbyciu się kaczuchy, piłkarze Unii zapomną o "wakacyjnej" przerwie.
Nie zapomnieli - pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 0:0.

W przerwie, w szatni, było ogniście. Trener próbował zmobilizować zespół i poprowadzić go do zwycięstwa.
Stosownie do polecenia Trenera, jeden z działaczy wygrywał na trąbce skoczne melodie wojskowe. Żeby wrażenie było większe, trębaczowi  zaordynowano zagranie czegoś z drugiej strony oceanu. Najlepiej melodię graną na pobudkę żołnierzom marines. Biedaczyna z emocji pomylił nuty i zadął w trąbę "Taps", grany w USA na capstrzyk, czyli zakończenie dnia. Z okien szatni buchnął dym, dało się słyszeć wystrzały, darń orana pociskami granatników latała pod sufitem, słychać było rżenie rannych koni, lamęt gwałconych kobiet - trener Bielecki kończył odprawę !.
Oj, jednym słowem, działo się ! - za chwilę z szatni wypadł trębacz, za nim jego trąbka, a później osmolony żołnierz Konfederatów z posiekaną kulami flagą, za nim generał porucznik Grant walczący o jedność kraju przeciw konfederatom , a na końcu podminowany trener  Bielecki.
Orszak zamykali ziejący spokojem i opanowaniem piłkarze, ze swoimi kaczuchami w dłoniach.

W drugiej połowie Unia nadal miała wiele okazji, ale brak skuteczności nie odstępował nas ani na krok. Gra stawała się z czasem coraz bardziej rwana i nerwowa.
W zasadzie to, co w tej połowie najważniejsze, rozegrało się na około 6 minut przed końcem meczu.
Pogoń od czasu do czasu próbowała swoich szans w kontratakach. Właśnie jeden z nich prowadziła w 84 minucie spotkania.

Przed bramką Sienkiewicza, w nieco większej od niej  odległości, nieco zakotłowało i zapatrzony w piłkę prowadzoną przez jednego z graczy gości
Mazurek, zapewne  nie zauważył rozpędzonego, wypadającego zza naszych obrońców Kielca. 
Piłkarze wpadli na siebie i zderzyli się. Mazurek stał mocno na nogach, więc i Kielec odbił się od niego, niczym piłka od ściany. Padający na murawę Kielec krzyknął tak, jakby dopadł go i zaczął siec szablą któryś z konfederatów, podczas gdy ten w tym czasie już ochłonął i spokojnie siedział na trybunach.
Interpretacja zdarzenia /czytaj zderzenia/, w wydaniu sędziego Kozulskiego z Łodzi była jednak zgoła odmienna od przedstawionej.
Uznał On, że Mazurek sfaulował rywala z premedytacją, a cały faul był nacechowany złośliwością. Mazurek został usunięty z boiska za złośliwy faul, a to oznaczało wykluczenie Go z kolejnych meczów o mistrzostwo II ligi !.
Unia była na tyle lepsza w tym dniu od Pogoni, że utrata Mazurka
na szczęście nie oznaczała utraty goli.
Ten niezbyt pasjonujący, chwilami wręcz drętwy mecz, zakończył się wynikiem 0:0. Unia była lepsza, więc piłkarze ze Szczecina byli zadowoleni z wyniku.
Piłkarze Unii nieco smętni opuszczali stadion, a każdy z nich ciągnął za sobą do domu gumową kaczuchę do dmuchania. Ciekawe, jak przyjęły to żony naszych zawodników.

INNE WYNIKI 18 KOLEJKI:
Z wakacji na dobre powróciła Gwardia Warszawa, która pokonała Lubliniankę 5:0, Śląsk Wrocław, który wygrał z Polonią Warszawa 4:2 oraz Naprzód Lipiny, który gładko rozprawił się z Arką 6:1.
Z innymi drużynami z czołówki różnie to wyglądało.
Unia Racibórz zremisowała w Rzeszowie 0:0, a Arkonia zaledwie zremisowała u siebie z Olimpią 4:4.
Poza tym: Wawel - Calisia 0:1, Garbarnia - Piast 1:1, Bałtyk - Krosno 1:1.

TABELA II LIGI PO 18 KOLEJKACH:

1/ GWARDIA - 27 pkt;
2/ Arkonia - 25 pkt;
3-5/ Unia Racibórz, Śląsk i Naprzód - po 24 pkt;
6/ Pogoń - 22 pkt;
7/ UNIA TARNÓW - 21 pkt;
8/ Stal Rzeszów - 20 pkt;
9/ Wawel - 19 pkt;
10-11/ Krosno I Piast - po 17 pkt;
12-13/ Garbarnia i Calisia - po 16 pkt;
14/ Bałtyk - 15 pkt;
15/ Arka - 11 pkt;
16-17/ Polonia i Olimpia - po 10 pkt;
18/ Lublinianka - 6 pkt.

W 19 kolejce Unię czekał wyjazd do Piasta Gliwice.

SEZON 1961 r., II LIGA - 19 kolejka;
PIAST GLIWICE - UNIA TARNÓW.


Przed wjazdem do Gliwic trener Bielecki postanowił pozbawić zawodników wszystkiego, co kojarzyłoby się z wakacyjną przerwą w rozgrywkach. To był bolesny zabieg, niczym wizyta u dentysty i to bez znieczulenia.  
Niejednemu łza z oczu popłynęła. Dawaj kaczuchę - ale ona taka słodka - dawaj, dawaj, nie ociągaj się.  A mogę zatrzymać miniaturkę ? - żadnych kaczuch, żadnych miniaturek !.
A Ty czemu nie dajesz kaczuchy ? - bo ja jestem Florek, Adam i kaczuchy mi nie przydzielili. Aaaa, to dobrze, to wobec tego wejdziesz po przerwie za Kotwę. I tak się też stało, młody Florek zastąpił po przerwie Kotwę.
A Ty, tam z tyłu, to kto ?. Jaaa ? - Pieprzyk. Trener  Bielecki podrapał się po głowie, nie mógł dać po sobie poznać, że nie rozpoznał własnego zawodnika. Hmm, noo taaak, właśnie miałem Ci powiedzieć, że zagrasz cały mecz - szkoleniowiec modelowo wybrnął z trudnej sytuacji. I Pieprzyk zagrał cały mecz.
Zespół był w istotny sposób osłabiony - zabrakło wykluczonego Mazurka i Witka, a to oznaczało zdecydowanie cięższą przeprawę z Piastem. Do linii obrony "wskoczył" Tyliszczak.

Tymczasem pozbawiona kaczuch i osłabiona drużyna zagrała lepiej, aniżeli w meczu z Pogonią !.
Jaskółki nie schowały się za podwójną gardą i nie tak wcale rzadko sprawdzały umiejętności defensywy Piasta. Ta jednak sprawowała się dobrze, a kiedy już zawodziła, to niestety i zawodziły celowniki naszych piłkarzy.
Zwolennicy Unii mogli jednak spokojnie oglądać mecz, ponieważ atak Piasta nie sprawiał wrażenia groźnego. Jedynie znany Krajczy próbował indywidualnie przedrzeć się przez naszą obronę, ale poza kilkoma siniakami i obronionymi przez Sienkiewicza strzałami niczym innym się nie wykazał.
A jednak ta sprzyjająca nam aura nie trwała wiecznie. W 18 minucie meczu Piast zdobył gola !!!. Zdobył go Stach !. Moim zdaniem
błąd w kryciu popełniła nasza obrona i po raz pierwszy przyszło nam wzdychnąć: "jaka szkoda, że nie ma Mazurka !!!".
Także przednie linie, pozbawione Witka, nie były w stanie odpowiedzieć golem na strzał Stacha.
Pierwsza połowa zakończyła się więc prowadzeniem "Piastunek" 1:0 !.
Schodzący na przerwę niektórzy gracze Unii mruczeli pod nosem: "gdyby nam Karol nie zabrał kaczuch, byłoby lepiej !".

Po przerwie to Unia miała więcej do powiedzenia. Piast skupił się na przeszkadzaniu Jaskółkom w uzyskaniu wyrównania. Kolejne ataki nie przynosiły rezultatu.
Znakomicie radził sobie ze strzałami naszych piłkarzy bramkarz Apostel.
W pamięć mogła zapaść jego robinsonada po lekkim, ale technicznym uderzeniu Dubiela z okolic pola karnego, czy też sparowanie piłki na korner po strzale z dużego kąta Rusinka.
Ładnym strzałem spoza linii pola karnego popisał się również Nowak, ale piłka - po rykoszecie - przeszła nad poprzeczką.
Piast nie miał już wielu okazji do podwyższenia wyniku, na co wpływ miała też bardziej uważna postawa naszych defensorów, wśród których pewnością interwencji wyróżniał się Żywiec.
Niestety, ale te ciepłe słowa pod adresem Unii nie przełożyły się na gole. Unia przegrała z Piastem 0:1 i na osłodę pozostała tylko świadomość, że bardziej sprawiedliwym wynikiem byłby remis oraz że w grze Jaskółek, zwłaszcza w drugiej połowie widać było symptomy zwyżkującej formy.

Inne wyniki 19 kolejki:
Pogoń - Śląsk 3:1, Arka - Arkonia 3:0, Racibórz - Garbarnia 1:1, Wawel - Stal 0:0, Olimpia - Gwardia 0:2, Krosno - Calisia 2:0, Lublinianka - Bałtyk 2:1, Polonia - Naprzód 2:2.

TABELA II LIGI PO 19 KOLEJKACH:
1/ Gwardia Warszawa - 29 pkt;
2-4/ Arkonia, Naprzód, Unia Racibórz - po 25 pkt;
5-6/ Pogoń, Śląsk - po 24 pkt;
7-8/ UNIA TARNÓW i Stal Rzeszów - po 21 pkt;
9/ Wawel - 20 pkt;
10 - 11/ Piast i Krosno - po 19 pkt;
12/ Garbarnia - 17 pkt;
13/ Calisia - 16 pkt;
14/ Bałtyk - 15 pkt;
15/ Arka - 13 pkt;
16/ Polonia - 11 pkt;
17/ Olimpia - 10 pkt;
18/ Lublinianka - 8 pkt.

SEZON 1961 r., II LIGA - 20 kolejka;
UNIA TARNÓW - UNIA RACIBÓRZ.

Ilekroć wracam wspomnieniami do tego meczu, to zawsze mój wzrok wędruje na półkę z dziełami wielkiego kibica Unii - Ernesta Hemigwaya.
Czas najwyższy na ujawnienie jednej z najbardziej pilnie strzeżonych tajemnic literackich świata. Naprawdę nazywał się Chemik, a "way" /po angielsku - droga/ dodano mu, bo po opuszczeniu Mościc czekała Go długa droga do "zielonej karty". Na szczęście zostawili mu europejskie imię Ernest.
Jego książki sławiły Jaskółki, ale ze względów komercyjnych zostały przerobione, cóż takie były wymogi Hollywood.
Mam je w wersjach orginalnych - i tak, były to: "Stary człowiek i może" /przerobiony nie wiedzieć czemu na "Stary człowiek i morze"/, rzecz o Rusinku, który i na stare lata mógł strzelać gole, "Zielone Wzgórza Tarnowa" /jankesi przerobili to na "Zielone wzgórza Afryki" - tu się posunęli już za daleko/ -  był to traktat o Górze św. Marcina, "Komu bije dzwon" - rzecz o derbach z Tarnovią, przerobiony na dramat wojenny /to w miarę słuszne posunięcie/.
Spisał też dzieje Tovii w utworze "Życie pod wulkanem", niby pod Unią, ale to w ogóle przypisali komu innemu.

Pan Janek znał Chemika, ale od czasu, kiedy ten ostatni miast rodzimych trunków zaczął sączyć kubańskie mojito, czy insze tamtejsze paskudztwa, przestał się przyznawać do znajomości z Ernstkiem i nic z niego na temat pozostałej twórczości  wielkiego rodaka o tarnowskiej Unii nie udało się już wydobyć.

Mecz z Unią Racibórz
Chemik - way opisał w "Pożegnaniu z bronią" - tytuł pierwotny: "Pożegnanie z kaczuchami".
Była to jednoaktówka, której fabuła snuła się w szatni Unii przed meczem z Raciborzanami.
Skruszeni piłkarze sami przynieśli trenerowi Bieleckiemu głęboko zakamuflowane kaczuchy, o których istnieniu nie miał on nawet pojęcia.
Zawodnicy wreszcie dojrzeli do tego, by pożegnać się z przerwą wakacyjną i takąż formą.
Jedna za drugą smętna kaczucha lądowała w klubowym magazynie i temat kaczuch został ostatecznie zamknięty, nie licząc książki Chemika, w której do tego tematu jednak powrócił.

Dramatyczny, a zarazem jakże ludzki w swej wymowie, rozdźwięk między przyjemnościami życia, hedonistycznym stosunkiem do świata, a piłkarskimi obowiązkami, poważnym stosunkiem do kibiców, nie mógł  umknąć uwadze wrażliwego, genialnego pisarza.

W takich oto okolicznościach kaczuchy zostały pożegnane. Efekty były nadzwyczajne !!!.
 
Unia zagrała z Raciborzem piękny mecz, który sycił oczy największych koneserów piłki w Tarnowie !.
Widzieliśmy kawał ładnego futbolu, wiele znakomitych akcji i to z obydwu stron !. I chociaż w parze z efektownym poziomem widowiska nie zawsze szła skuteczność, to przy stadionie w Mościcach raz po raz zrywały się gromkie brawa !!!.

A przecież trenerowi nie było łatwo ustawić skład drużyny. Nadal nie mógł grać Mazurek /pojawił się dopiero w 30 kolejce !!!/, zabrakło też chorego Kuciewicza. W trybie awaryjnym do zespołu ściągnięto Palembę, który postanowił zagrać z niewyleczoną kontuzją, co zakończyło się dla niego tragicznie.
Zestawienie obrony mogło więc przyprawić o ból głowy. W tym stanie rzeczy nieco cofnięty został Nowak. 
Ostatecznie barw Jaskółek bronili: Sienkiewicz, Żywiec, Nowak, Tyliszczak, Guzy, Palemba, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel /Spodzieja/, Gosek.
Przeciwności losu niekiedy mobilizują i tak było w tym przypadku.
Już na początku spotkania, niejako na "dzień dobry", Kotwa pokazuje rajd nie z tej ziemi, swobodnie mija kolejnych rywali, ale nie wieńczy akcji strzałem, chociaż miał i ku temu sposobność. Posyła niską, celną piłkę na przedpole bramki gości. Tam dopada jej wbiegający Gosek, któremu pozostaje jedynie przyłożyć nogę do piłki. Robi to znakomicie: precyzyjnie i w tempo !!!. Bramkarz Raciborzan jest bez szans - po 11 minutach gry Unia obejmuje prowadzenie 1:0 !!!.
Goście nie czekają z założonymi rękami, natychmiast przystępują do odrabiania strat. I tak będzie prawie przez cały mecz - akcja Jaskółek, szybka odpowiedź ze strony Raciborza.
Szkoda, że nasza eksperymentalnie zestawiona obrona nie zawsze jest monolitem i popełnia błędy.
Boleśnie odczuwamy to w 14 minucie gry, kiedy to Przybysz zdobywa gola i wylewa na Jaskółki kubeł zimnej wody !.
Jest 1:1 !.
Czyżby właśnie tak miał wyglądać cały mecz ? - piękna gra w przednich formacjach i nierozważne trwonienie dorobku przez kolegów z obrony ?.
Jednak nie, z czasem atuty z ataku zaczynają przeważać nad niedoróbkami defensywy. Ta ostatnia nie jest naszą kartą przetargową, ale szybko okazuje się, że goście, wśród których bryluje napastnik Michalski, nie potrafią do końca wykorzystać stwarzanych sytuacji.

N
a czym to zakończyłem ?. Już słyszę podpowiedzi, szczególnie ochocze ze strony Kolegi z Plant - na bramce dla Raciborza !.
Tak, tak - ale skoro była akcja gości, to należy się spodziewać niezwłocznej riposty ze strony naszych pupilów.
U artystów zmiana nastroju to rzecz normalna, Chemik - way z bezbrzeżnej radości wpada w otchłanie czarnej rozpaczy. Po chwili jednak zaciska zęby, podnosi opadłą głowę, wypina pierś, szkliste oczy nabierają ostrości /przesłona f = 1/ 2n sin 0, aparat Canon lustrzanka, co oznacza maksymalną jasność/, z tła dochodzi wibrujący głos "Tapsu" nieszczęsnego trębacza i wtedy Ernstek rylcem trzymanym w drżącej dłoni, na betonowym siedzisku, rzeźbi wielkopomne słowa: "Unię można zniszczyć, ale nie pokonać". Nie za bardzo wiadomo, o co mu chodzi, pewnie i z tego powodu, specjaliści od marketingu i to mu w przyszłości nieco zmienili.
Słowa te nabierają mocy, powtarzają je coraz to nowe, spieczone od emocji usta kibiców, ich echo zwielokrotnia wiatr, niesie je nad murawę, słyszą je piłkarze.
Docierają do uszu Witka. Ten, identycznie, jak Ernstek, zaciska zęby, podnosi opadłą głowę, wypina pierś, jego szkliste oczy nabierają ostrości /przesłona f = 1/ 2n sin 0, aparat Canon lustrzanka, co oznacza maksymalną jasność/, z tła słyszy wibrujący głos "Tapsu" nieszczęsnego trębacza i ... Witek rusza do boju !!!.
 
Jest 15 minuta meczu
 czas na ripostę !!!.
Witek, w charakterystyczny dla siebie sposób, decyduje się na indywidualną akcję. Przeciwnik jest jak wymarzony do realizacji takich pomysłów.
Gra dobrą, techniczną piłkę, pozbawioną złośliwości i nieprzyjemnych fauli.
Nie ma obaw, że lada moment naszego dryblującego zawodnika powali na ziemię nieprzepisowa interwencja gości. Starają się mu odebrać piłkę zgodnie z zasadami, ale Witek wytrawnie zasłania futbolówkę przed wślizgami i zakusami Raciborzan.
Ten bardzo dobry technik kończy swe dzieło po królewsku: mocnym strzałem, zdobywa gola !!!.
Jest 2: 1 dla Unii Tarnów !!!.
Piłkarze Unii tańczą ze szczęścia, uradowani odbudowaniem się zespołu kibice wpadają w euforię.
Chemik - way przeżywa kolejną chwilę  artystycznej ekstazy i na poczekaniu wymyśla niby - przyśpiewkę: "Tak się bawią, tak się bawią - Jas - kół - ki !!!". Po chwili rylcem rżnie na betonie kolejne wielkopomne słowa "I love you, Unia" /zamienili Mu potem na "I love you, Fidel"/.
Po latach ta bezcenna betonowa relikwia tarnowskiej Unii zostanie wywieziona pod osłoną nocy na wysypisko, by zrobić miejsce
dla występu szarpidrutów "Scorpions".
Tak zaginął ostatni dowód na to, że Ernest Hemigway był fanem Jaskółek. Na szczęście jeszcze mnie nie wywieźli i dlatego ciąg dalszy nastąpi ...
Ten mecz do samego końca nie zmienił swego oblicza. Obie Unie pokazały, że stać je na futbol wysokiej próby. Nie zapominajmy przy tym, że nasz rywal nadal liczył się w walce o ekstraklasę.
Było kilka momentów mrożących kibicom Jaskółek krew w żyłach.
Niepewna swych możliwości obrona sprokurowała nam karnego, za sprawą ręki Tyliszczaka. Na szczęście nadarzającej się okazji nie wykorzystał Klimaszka.
Takiego szczęścia nie miał już Palemba, któremu podczas ofiarnej interwencji, podjętej podczas akcji Michalskiego, odnowiła się kontuzja. Już do końca sezonu Palemby nie zobaczyliśmy w składzie pierwszej drużyny. To tylko komplikowało i tak już skomplikowaną sytuację kadrową.
Jednak sam mecz zakończył się zasłużoną wygraną Jaskółek 2:1 i to po pięknej grze !!!.
Po spotkaniu, niektórzy kibice Jaskółek ruszyli w pola, w poszukiwaniu mięty. Już wtedy, dzięki opowiadaniom Chemik - waya przeczuwano, że najbardziej skutecznym sposobem na  to, by społeczność światowa zrobiła z nas laureata Nobla jest picie mojito, przyrządzanego jak wiadomo na bazie tego ziela. Niestety, ale w okolicach stadionu zbyt wiele mięty nie rosło, więc i tych laureatów Nobla tak wielu z Tarnowa nie mamy. Na szczęście ten Jeden był spod jaskółczego herbu. No to kończę, idę napić się naparu z mięty, od czegoś trzeba zacząć.
Jak mówią: każda, nawet najdłuższa podróż, zaczyna się od jednego, małego kroku ...

Inne wyniki:
Prąca do ekstraklasy, niczym czołg - Gwardia Warszawa, rozniosła na strzępy Arkę 8:0 !.
Śląsk - Piast 1:1, Arkonia - Polonia 1:0, Naprzód - Pogoń 1:1, Calisia - Lublinianka 3:1, Garbarnia - Stal 1:0, Krosno - Wawel 2:1, Bałtyk - Olimpia 0:3.


TABELA II LIGI PO 20 KOLEJKACH:
1/ Gwardia - 31 pkt;
2/ Arkonia - 27 pkt;
3/ Naprzód - 26 pkt;
4-6/ Unia Racibórz, Pogoń i Śląsk - po 25 pkt;
7/ UNIA TARNÓW - 23 pkt;
8-9/ Stal i Krosno - po 21 pkt;
10 -11/ Piast i Wawel - po 20 pkt;
12/ Garbarnia - 19 pkt;
13/ Calisia - 18 pkt;
14/ Bałtyk - 15 pkt;
15/ Arka - 13 pkt;
16/ Olimpia - 12 pkt;
17/ Polonia -11 pkt;
18/ Lublinianka - 8 pkt.

PS
. Główne aktualia chwilowo usunąłem - musiałem zrobić miejsce na tej stronie na wspomnienia. Wkleję je w dotychczasowej postaci i będę kontynuował na stronie 16 - tej.
Teraz tylko krótko:


16 lipca:  Znalazłem kolejne usprawiedliwienie na wypadek braku awansu !. W Limanovii pojawił się 40 - letni Prokop !!!. Wiadomo, że starszym trzeba ustąpić miejsca, nawet gdy chodzi o miejsce w II lidze. A co dopiero, kiedy chodzi o kogoś w wieku przedemerytalnym !. Tutaj to już musowo nie może Unia awansować. Co prawda w wieku 40 lat i Maradona niewiele by już wymyślił, ale przecież Maradona to nie Prokop !. Świadczy o tym choćby i to, że w wieku 40 lat wielki Diego zajął się jedynie pisaniem książek i udziałem w "Tańcu z gwiazdami", trenerką, ale nie walką o awanse !!!.
Ale dla Unii to będzie w razie czego argument w sam raz. Bójmy się Prokopa !. I nie zapomnijmy się bać najlepszego strzelca z IV ligi z Maniowów, bo i jego Limanovia nabyła.
Z tej samej daty - podoba mi się Węgrzyn. Po 20 latach wreszcie ktoś zaczyna mówić coś sensownego i w obecnej sytuacji jedynego do wypowiedzenia. Koszulka Pana Pawła, którą kiedyś z autografami drużyny, dzięki niejakiemu DETO otrzymałem, powędrowała na jeszcze wyższą półkę, chociaż i tak już była pod powałą.

"Będziemy
walczyć o awans !".

Z tej wypowiedzi wprost /liczba mnoga/ wynika, że tak myślących i mówiących piłkarzy jest więcej, a Węgrzyn to jedynie ogłosił wszem i wobec !. Rzecznik Klubu - wbrew jasnej treści wypowiedzi, próbuje sprowadzić ją do jednostkowego przypadku. Węgrzyn raczej o sobie nie mówi w liczbie mnogiej "będziemy" i chyba sobie nie zmyślił, że inni też tak w kuluarach mówią. Ale mnie zaciekawiło coś zgoła innego  - dlaczego osoba związana z klubem, akurat na tę wypowiedź zwróciła uwagę, próbując ją na dodatek "ograniczyć" do jednego Węgrzyna. Czyżby Rzecznik dopuszczał myśl, że w obecnej idealnej do awansu sytuacji, są w klubie ludzie, którzy nie zakładają awansu ?!. Asekuracja, czy coś innego ? - kim oni są i co jeszcze w tym klubie robią ?!.
A może klub szykuje dla kibiców jakąś kolejną "miłą" niespodziankę i właśnie nam ją "delikatnie"  ogłoszono ?. 
Nie wykluczam też tego, że być może źle zrozumiałem intencje Rzecznika, bo przecież chłopina, jak rzadko kto, taszczył siebie i swoją kamerę po wszystkich tych wioskach i chyba też ma tego już serdecznie dość, pewnie w równym co i ja stopniu. Ale nie mówić dzisiaj o tym, że Unia byłaby super - frajerem w razie braku awansu, przy tylu sprzyjających  okolicznościach, które w co najmniej 50 % dał nam sam los, to - moim skromnym zdaniem - rzecz co najmniej dziwaczna !.
Jedno jest też ważne - by ludzie, którzy chcą coś dobrego zrobić dla klubu, byli w przewadze - mam nadzieję, że w Unii są tylko tacy - czas to pokaże !.
Panie Pawle - ma Pan u mnie bonus w postaci braku krytyki z mojej strony, po ewentualnie słabszym występie, a muszę powiedzieć, że ten blog cieszy się coraz większą popularnością i czytają Go naprawdę zacne osoby, które - korzystając z okazji - serdecznie pozdrawiam !.
PS. Bonus dotyczy jednego słabszego występu, to tak, żeby nie było wątpliwości /he,he,he/.
Panie Pawlepo ewentualnie jednym




14 część - Historia /subiektywna/ Unii Tarnów; Wspomnienia - Sekcja Piłki Nożnej. 2011-06-17
SEZON 1961 r., II LIGA - strona 14.

Weź wielki garniec. Zagotuj wodę, najlepiej z Wątoku. Dodaj ziela z boiska klubu zza miedzy. Uważaj przy dodawaniu ziela, może wybuchnąć. Posól. Przygotowałeś wywar ? - to dobrze, bardzo dobrze. Teraz wylej go za okno. Wywar nie będzie Ci już potrzebny. 13 strona już za nami, nie musisz odczyniać uroków, zagapiłeś się, jesteś już na stronie 14 !.

SEZON 1961 r., II LIGA - 14 kolejka;
UNIA TARNÓW - LUBLINIANKA LUBLIN.

Tak sobie myślę, że ten mecz stał się zaczynem starego filmu Romana Polańskiego, zatytułowanego "Nieustraszeni pogromcy wampirów". Fredzio /sam mistrz Polański/ i profesor Abronsius /w tę rolę wcielił się Jack Mac Spodzieja - nie jestem tego pewny do końca, ta filmowa charakteryzacja może zmylić/, szaleją za wampirami w Transylwanii, chociaż dosyć szybko okazuje się, że to jest złudzenie - po prawdzie, to wampiry szaleją za Alfredem i Abronsiusem.
"Przepraszam bardzo, ale pańskie zęby tkwią w mojej szyi" - jak widać film przepojony był elegancją i dobrymi manierami, co nie zmieniało faktu, że zęby nie do końca były na swoim miejscu.
Ostatnia scena: wiejący na saniach bohaterowie, odprężeni faktem kończenia się filmu, nie widzą, że za ich plecami wampir chłepce lekko zesztywniałego profesora.
Pierwotnie w roli chłepcących wystąpić mieli piłkarze Unii, ale producent był kibicem Chelsea i się nie zgodził. Chłeptana miała być Lublinianka, na co z kolei nie przystał asystent reżysera, rodem z podlubelskiej wsi.
Lublinianie, po pogromie Calisi, niepewnie rozglądali się dookoła, jakby za chwilę za winkla miała wypaść na nich spragniona goli Unia. Oczyma wyobraźni widzieli już plagi egipskie i wysoką przegraną. Po remisie Unii w Krośnie, Lublinianie rozluźnili się, niczym Fred i profesor na saniach. Hola, hola, mości Panowie - za wcześnie ! - będziecie chłeptani, aż miło będzie popatrzeć, Unia już czai się za winklem !.
Proponuję, abyśmy na ten mecz popatrzyli oczami praszczura, wielkiego melomana i znawcy muzyki poważnej.
Bo też historia, którą Wam opowiem, jest poważna, jak każda o wampirach.
Usiądźcie wygodnie w saniach, ubierzcie golfy, coby szyje pozakrywać i włączcie 6 symfonię Beethovena. To naprawdę nie jest nudziarstwo !.
VI symfonię zaczyna allegro ma non troppo, przy czym prawdopodobnie Beethovenowi nie chodziło  o portal allegro  "kup - sprzedaj", ale o "umiarkowanie szybko". Mam nadzieję, że młodsi kibice wybaczą mu tę odrobinę dziwactwa - niektórzy uważają Go za artystę, a wiecie, że z takimi różnie bywa.

Tak właśnie zaczęła Unia ten mecz: umiarkowanie szybko. Było szybko, ale nie za szybko. Jaskółki rozkręcały się stopniowo. Z początku Lublinianka starała się przekonać wszystkich, a najbardziej samą siebie, że nie jest wystraszona i że nie myśli o tym sławetnym 7:0.
Z czasem goście zaczęli zmieniać się w murarzy i przegrupowali się pod swoją bramkę. Przebicie się przez dobrze asekurujących się graczy gości nie było łatwe, zwłaszcza, że towarzyszyło temu wspomniane "umiarkowanie szybko".
U Beethovena pierwsza część to rodzenie się tkliwo - łechcących wrażeń tuż po przybyciu na wieś.
I tak samo Unia jakby ożywała na łonie przyrody, by nie rzec na łonie Lublinianki. Rodzenie się miłych uczuć trwało długo, bo prawie całą pierwszą połowę.
A to Rusinek uderzył obok słupka, a to Kotwa, po założeniu "siatki" obrońcy uderzył nad poprzeczką, a to Witek z bliska, mocno naciskany przez obrońców, kropnął wprost w wybiegającego bramkarza !.

Tak więc rodzenie się pogodnych uczuć trwało długo, myślę, że Beethoven byłby zadowolony.
Trwało dokładnie do 41 minuty i dopiero wtedy, za sprawą pięknie grającego w tym meczu Spodzieji pogodne uczucia obudziły się !!!.
Spodzieja oddał bardzo mocny, choć sygnalizowany strzał. Na przedpolu bramki Skrzypca zakotłowało i nie wszystko było dosyć dokładnie widoczne. Odnieśliśmy wrażenie, że obrońca Lublinianki jakby próbował wybić tę piłkę lub ją przejąć, ale uczynił to tak nieudolnie, że ta - po rykoszecie - wpadła do bramki Lublinian !!!. Skrzypiec był zupełnie zaskoczony !!!.
Jaskółki objęły prowadzenie 1:0, na które z przebiegu meczu jak najbardziej zasłużyły !.
Kibice cieszyli się, że mecz nabierze rumieńców, goście pójdą do przodu, a wówczas posypią się kolejne gole.
U Beethovena w pierwszej części najbardziej panoszy się obój, a jest już Wam znany mój stosunek do tego instrumentu /jeszcze raz szczególne podziękowania dla Sienkiewicza/, który wydaje według umuzykalnionych osób dźwięk podobny do pasterskiej fujary.
Nie dziwcie się więc, że na tym zakończę opis pierwszej połowy, jako że oprócz gola Spodzieji i głosu podobnego do fujary, nie przyniosła ona dalszych plonów.
W przerwie trener Bielecki postanowił porozmawiać z podopiecznymi o tym "umiarkowanie szybko" - i słusznie, rywal nie wydawał się być z najwyższej półki !.

Druga połowa rozpoczęta. W symfonii druga część została nazwana "Scena nad strumieniem". Tylko niestety postępującej głuchocie mistrza zawdzięczamy, że słyszał on plusk strumienia, a nie odgłos rwącej rzeki. Może dobrą słyszalność zakłócił też doping kibiców ?. W każdym bądź razie akcje Unii przypominały po przerwie bardziej rwącą rzekę, aniżeli strumień.
Wchodzimy coraz częściej w szyki obronne Lublinianki, gramy szybciej i bardziej pomysłowo. Niczym rzeka raz po raz przerywamy tamy obronne gości. Lublinianka jeszcze ofiarnie się broni, ale przewaga Jaskółek jest coraz bardziej zauważalna.

W 56 minucie
Witek technicznym zagraniem oszukuje Potockiego, który jest wyraźnie spięty i zdenerwowany; nie ma się co dziwić - "maczał" palce przy pierwszej utraconej bramce. Witek ma już Potockiego za swoimi plecami, z impetem wpada w pole karne i kiedy składa się do strzału, zostaje bezpardonowo ścięty. Nie ma cienia wątpliwości: faul w polu karnym !!!. Rzut karny.
Do piłki podchodzi niezawodny Rusinek, teraz on podcina, ale piłkę, która wpada do bramki Lublinianki. Goool !!!. 2:0 dla Jaskółek !!!.
Drugą część symfonii kończą trele ptaków z wyraźnie przebijającym się głosem kukułki. Niestety cieszący się kibice nie usłyszeli, ile bramek kukułka wykukała jeszcze Unii. Ale kukała zdrowo i nie tak krótko !.

Trener Bielecki zrywa się z ławki, zerka do partytury, gdzież ta trzecia część symfonii, aaa jest tutaj, czyta i wrzeszczy do zawodników Unii: allegro, allegro !!!. Piłkarze kiwają głowami, są po kursach i wiedzą, że "allegro" to żwawo, szybko i radośnie. Mają też wykute, że trzecia część zwie się z woli mistrza: "Wesoła zabawa wieśniaków". Trochę się przeciwko temu w szatni  buntowali, ale kontakt z Beethovenem był utrudniony /nie było komórek, łączności i tak dalej, a zwłaszcza tego "i tak dalej"/ i nie dało się nic zaradzić - tytuł pozostał. Po prawdzie to Lublin był większy od Tarnowa, ale żeby tak od razu od "wieśniaków"; pisałem już - z tymi artystami nigdy nic nie wiadomo.
Ale co tam - fochy na bok, jak zabawa, to zabawa.
Bawimy się z rozmachem i to całą drużyną. Lublinianka jakby straciła ochotę do igraszek, nie przegrywa wysoko, ale do głosu dochodzi wspominana już przeze mnie  psychika. Przestali wierzyć, że ta zabawa wyjdzie im na dobre. Goście popełniaja błędy w ustawieniu, niecelnie i na oślep wybijają piłki, nie potrafią się zorganizować.
Szczególną ochotę do zabawy przejawiają Rusinek i Spodzieja. Popisują się piękną, dwójkową akcją, po której Spodzieja zdobywa trzeciego gola !!!.
Unia - Lublinianka 3:0 !!!.

Trener Bielecki ze strzępami partytury drze się jak opętany: dalej "allegro" !!!. Co poniektórzy z piłkarzy Unii zastanawiają się nad władzami umysłowymi artysty, toć to już 60 minuta meczu, był ubaw, były trzy gole, a on nadal "żwawo i wesoło". Ale co tam, jak zabawa to zabawa. Tyle tylko, że czwarta część symfonii zwie się "Burza" !.
Dochodzi do niej w 70 minucie meczu. Tym razem świetnym zgraniem popisują się Dubiel i Witek, a ten ostatni wykładaną piłkę zamienia na czwartego gola. Jest już 4:0 dla Jaskółek !!!.
Przy tej akcji coś trzasło niczym piorun przy burzy. Ale to nie był piorun, tylko uraz ręki bramkarza Skrzypca, próbującego z brawurą i olbrzymim poświęceniem zagrodzić drogę do bramki naszym zawodnikom. Skrzypiec przepłacił swoją odważną interwencję kontuzją ręki. Sytuacja staje się dramatyczna. Na jaw wychodzi, że goście nie mają rezerwowego bramkarza !. Po "burzliwej" debacie zapada decyzja, którą można było przewidzieć: do bramki wchodzi gracz z pola. Okazuje się nim wcześniejszy pechowiec: Potocki. Widać sztab szkoleniowców Lublinianki uznał, że Potocki i tak już prochu nie wymyśli w grze defensywnej i będzie stanowił mniejsze zagrożenie dla swoich, stojąc w bramce.  
Skrzypiec przekazuje Potockiemu swoje bramkarskie rękawice, ten zaś w zamian daje  mu część swojego pecha. Ładna mi  zamiana !.
Skrzypiec - na swoją prośbę, pozostaje na murawie ... jako obrońca !!!.  W tej nowej roli wykazuje identyczną brawurę i odwagę, jak Skrzypiec, jako bramkarz.
Walczy niczym lew, rzuca sie pod nogi rozpędzonych Unistów, próbuje wślizgów, próbuje poderwać do walki załamanych kolegów. Zapomina tylko o jednym: o wianie, jakie przekazał mu
Potocki.
Burza trwa, znowu coś błyska, coś trzaska niczym piorun. To ... noga Skrzypca !!!!. Ambitny zawodnik odnosi ... poważną kontuzję nogi. Musi opuścić boisko, a Lublinianka kontynuuje grę w "10" - tkę !!!.
Burza się kończy, nad horyzontem przewalają się ostatnie odgłosy piorunów, nad Unią zaczyna świecić słoneczko - jak tu nie strzelić, "przy takich okolicznościach przyrody", kolejnych goli ?!!.
Trener Bielecki wyrasta niczym spod ziemi przy bocznej linii. Krzyczy: "allegretto", "allegretto". Dubiel, jakby zapomniał, pyta Rusinka, co to znaczy ?!. "W dość szybkim tempie" odpowiada Rusinek, ten Beethoven to był niezły zawodnik, jest 4:0, końcówka meczu, a on jeszcze chce w "dość szybkim tempie" !!!. Na szczęście to jednak nieco wolniej, niż allegro.
No i ta nazwa części piątej: "Pieśń pastuszka /on znowu swoje, z tymi wieśniakami, pastuszkami, mógłby już sobie darować/ - radosne i dziękczynne uczucia po burzy".
 Unia rusza na Lubliniankę i jej obrońcę, w roli bramkarza, w dość szybkim tempie. Wszystko ładnie się zazębia, kukułka kuka, pastuszek jest radosny, będzie dobrze !!!.
I tylko biedny Skrzypiec,  z urazami ręki i nogi smętnie patrzy na boisko - ciemno to wszystko widzi, ale akurat jemu nie ma się co dziwić.

Pieśn pastuszka słyszymy w 83 minucie meczu. To cudowna bramka !. Jej zdobywcą Witek !!!. Jest 5:0 dla Unii.
Dziennikarze proszą redakcje o dodatkowe miejsca na tytułowych stronach. Unia zbliża się do rekordowego wyniku z Calisią.
Szkoda tylko, że szósta Beethovena ma tylko 5 części i na pianiu pastuszka wszystko się kończy !.
Ale co to ?! - trener Bielecki podbiega do boiska i znowu coś przekazuje zawodnikom. Najbliżej przebiega Gosek /zamienił Kotwę/, który przekazuje kolegom instrukcje. Beethoven zakończył na trelach pastuszka, ale trener Bielecki jest innego zdania - skoro symfonia jest szósta, to nie liczą się części - ma być sześć goli !.
Jaskółki nabierają powietrza w płuca i suną na bramkę ... no nie, nie wymienię nazwiska bramkarza, żeby jego pech nie przeszedł na mnie.
Niewiele czasu mija od kapitanego strzału z dystansu Witka i kibice znowu zostają wprowadzeni w stan ekstazy. Szóstą bramkę
zdobywa Dubiel w 86 minucie !.
Ależ my mamy drużynę !.
Potocki leży załamany na murawie, szczęśliwy strzelec Dubiel, pociesza go, nie martw się stary, szósta symfonia dobiegła końca !!!. Oj Rufin, Rufin, coś Ty narobił, dotknąłeś pecha !.
Nie mija chwila, a Dubiel ... schodzi z boiska ze ... skurczem mięśni !!!.
Unia wygrywa z Lublinianką 6:0 !!!. Jaskółki pod względem strzeleckim zagrały jak z nut !.

Lublinianka pogrąża się w ligowej tabeli i nie przypomina zespołu, który jeszcze nie tak dawno /na przełomie lat 40 i 50 -tych/ występował w II lidze i był o krok od ekstraklasy /dwukrotnie zajęli 2 miejsce/. Co powiedzą wierni kibice Lublinianki, których na zwycięski mecz barażowy o II ligę w 1960 r. przyszło na stadion aż 20 tysięcy ?. Na usprawiedliwienie można tylko dodać, że Unia była w tej fazie rozgrywek "w gazie", a i Lublinianka przed sezonem doznała osłabień składu.
Na pocieszenie fanów tego klubu dodajmy: za kilka lat do Lublina przyszedł na stanowisko trenera legendarny Kazimierz Górski i zespół zaczął piąć się w górę.
Tymczasem w Tarnowie wiwatom nie było końca !

Inne wyniki:
Czołówka nie zawodziła, chociaż kibice Arkonii, która zremisowała na Bałtyku 0:0, czuli niedosyt. Pozostali wygrywali: Śląsk w Krośnie 2:0, Gwardia na Wawelu 1:0, Unia Racibórz z Polonią 1:0, Pogoń z Piastem 1:0.
Poza tym: Calisia - Naprzód 0:0, Stal - Arka 5:1.Na uwagę zasługiwało wysokie zwycięstwo Olimpii Poznań nad dobrą Garbarnią 5:1. Olimpia miała być naszym najbliższym rywalem.
Do 14 kolejki zwycięstwa Unii nad Calisią i Lublinianką były najwyższymi, a mógł z nimi jedynie konkurować wynik meczu z 4 kolejki Naprzód - Piast /7:0/.

Tabela po 14 kolejkach:

1/
Gwardia - 21 pkt;
2 -3/ Arkonia, Unia Racibórz - 20 pkt;
4-5/ Pogoń, Śląsk - 18 pkt;
6-7/ Naprzód, Wawel - 16 pkt;
8/ Stal Rzeszów - 15 pkt;
9-10/ UNIA TARNÓW, MZKS Krosno - po14 pkt;
11-12/ Bałtyk, Garbarnia - 13 pkt;
13 - 15/ Arka,Calisia,Piast - po 11 pkt;
16/ Polonia - 8 pkt;
17/ Olimpia - 7 pkt;
18/ Lublinianka - 6 pkt.

SEZON 1961 r., II LIGA - 15 kolejka;
UNIA TARNÓW - OLIMPIA POZNAŃ.


24 czerwca 1961 r. przyszło Jaskółkom powalczyć o kolejne ligowe punkty, ponownie w Tarnowie.
Byliśmy murowanymi faworytami tej potyczki i wszystko wskazywało na to, że goście tym razem przeżyją "Straszny Dwór",   wspólnej kompozycji Stanisława Moniuszki i trenera Karola Bieleckiego, albo raczej - by być bliżej prawdy - Bieleckiego i Moniuszki.
Co do występowania wątków operowych na Unii warto w tym miejscu dodać, że jedną z popularniejszych przyśpiewek z okresu legendarnego już, najlepiej w historii Unii zorganizowanego Klubu Kibica, działającego w pewnym sensie pod auspicjami prof. Stefana Kowala,   była piosneczka oparta na żwawej, rytmicznej melodii "Marsza Tryumfalnego" z II części opery G. Verdiego "Aida". Słowa były proste" La, laaa, la, la,la,la,la ....." i "Heja Jaskółki, Jaskółki, Jaskóółkiiii..." /czarnym zaznaczyłem akcent/. Kto choć raz posłucha tego fragmentu opery, ten bez problemu podłoży właściwe słowa w odpowiednie miejsce.
Oczywiście większość kibiców Unii wiedziała, skąd się wzięła linia melodyczna, pozostałym - w zależności od preferencji - mówiono, że przyśpiewkę stworzył bądź towarzysz Verdi, bądź ksiądz proboszcz Verdi, bądź że pochodzi ona z repertuaru Lady GaGa. W efekcie śpiewali wszyscy, a doping był wówczas i bardziej żywy i bardziej urozmaicony od tego w 2011 roku.

Mecz Unia - Olimpia wywołał panikę u bookmacherów w Londynie, którzy w ostatniej chwili wycofali z zakładów rezultat tego meczu. Wiadomym było i to nie tylko na Wyspach, że wygra Unia i to wysoko.
Gospodarzami "Strasznego Dworu" mieli być:
Sienkiewicz, Żywiec, Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel,  Gosek /Spodzieja/.

Po ważnych meczach dochodzi do wymiany koszulek. W przypadku tego spotkania, z niewyjaśnionych powodów, drużyny zamieniły się koszulkami już przed meczem. Co gorsze - zespoły zamieniły się też formą i pozycją w tabeli oraz rolą gospodarza w "Strasznym Dworze". Nagle okazało się, że straszyć w nim będzie nie Unia, a Olimpia.

Olimpia zaczęła spotkanie z dużą werwą, która nie słabła z umykającym czasem. Przemieniona Unia nie stwarzała aż tak groźnych sytuacji, jak mogli tego oczekiwać jej kibice.
Swojego dnia nie mieli obrońcy Unii, którzy prześcigali się w niepewnych interwencjach. Przegrane pojedynki z Poznaniakami obciążały przede wszystkim Żywca i Kuciewicza.
Na szczęście ostatnia zapora w osobie Sienkiewicza  nie zawodziła.

Kilka Jego interwencji trafiło do zeszytu. 
Skutecznie interweniował po ostro bitym rzucie rożnym, kiedy to bezbłędnie wypiąstkował piłkę przed samym nosem rozpędzonego napastnika gości, z dużym spokojem wyłapał piłkę po strzale z ostrego kąta, wreszcie szczęśliwie nogami wybronił  w zamieszaniu podbramkowym uderzenie jednego z graczy Olimpii.
W 15 minucie obrońcy Unii popełniają kolejny błąd, po którym Sienkiewicz ma okazję wykazać się świetnym refleksem. Niestety, ale tym razem się nie wykazał i piłka po uderzeniu Gajewskiego, ze stosunkowo niedużej odległości, wpada do siatki !.
W Tarnowie, po kwadransie, szykuje się supersensacja.
Straszny Dwór zaczyna straszyć gospodarzy.
Unia - Olimpia 0:1 !!!.
Zdenerwowany trener nawołuje, by piłkarze odebrali gościom swoje stroje i w ten sposób odzyskali utracony teren. Nadaremnie - Olimpia jest szybsza, bardziej zdecydowana i Uniści nie mają sposobności ogołocić Poznaniaków z odzienia. Nadal gramy w strojach gości i nie wygląda to najlepiej.
W zeszycie jakby ktoś wymazał nazwiska naszych piłkarzy i pozostawił tylko to jedno: Sienkiewicz.
Bramkarz Unii dwoi się i troi i rozgrywa bardzo dobre spotkanie.
Olimpia skupia się na wypadach, które finalizuje licznymi dośrodkowaniami, ale ich efekt jest niezmiennie ten sam: piłka staje się łupem świetnie grającego na przedpolu Sienkiewicza. Na szczęście z czasem doznaje on coraz mocniejszego wsparcia od rozkręcającego się Mazurka.
Kibice, którzy przybyli na stadion z liczydłami, by odhaczać na nich kolejne gole w siatce Olimpii, nie mogą doczekać się pierwszej bramki.
5 tysięcy liczydeł rdzewieje - Unii nie udało się przełamać odważnie poczynających sobie gości, którzy prostymi sposobami nękali naszego Sienkiewicza i pierwsza połowa zakończyła się prowadzeniem Olimpii 1:0 !!!.
Niejedna żona na stadionie miała pretensje do małżonka, po cóż to po raz pierwszy przytargał ją na mecz - miało być goli, niczym skarpetek do cerowania, a tymczasem była jedna wielka i do tego lipna "skarpeta".

Kiedy w szatni zawodnicy Olimpii zdjęli przepocone koszulki, przez okno do wnętrza przeniknęła sękata, włochata ręka. Dał się też słyszeć cichy szept, "wyżej, mówię ci wyżej, nie ściągaj im spodenek". To wysłannicy Unii przyszli po klubowe koszulki, by Unia mogła w nich wyjść na drugą połówkę. 
Czy ta heroiczna postawa działaczy Unii cokolwiek zmieniła, dowiecie się z kolejnych wspomnień, cdn ...
/"szybko wracaj z powrotem, przywlokłeś 5 par majtek, mówiłem ci wyżej, wyżej - łamago jedna !. Dobra, dobra, już idę, chociaż te z falbankami są całkiem niezłe"/. 

Druga połowa.
Słyszycie ten  zgrzyt, ten metaliczny dźwięk. To ruszają do pracy liczydła.
Od pierwszych sekund widać, że na boisku pojawiła się inna Unia. Manewr z koszulkami powiódł się !.
Szczególną zmianę jakościową przyniósł wprowadzony po przerwie Spodzieja.
Od razu swoją obecność podkreślił soczystym strzałem z dalszej odległości, po którym bramkarz gości "półkładąc się" na murawę, piłkę wypiąstkował. Unia podjęła rytm narzucony przez Spodzieję.
Jest nas coraz więcej w okolicach pola karnego rywali, szukamy nowych i zaskakujących rozwiązań.
Wszystko rozstrzyga się pomiędzy 57 a 61 minutą meczu.
Rufin Dubiel "tańczy" z piłką, ma na karku obrońców Olimpii, o jednego za dużo, gdyż swobodę uzyskuje Kotwa. Dubiel to dostrzega, dziękuje rywalom za współuczestnictwo w tanecznym pas i posyła piłkę pomiędzy obrońcami do znakomicie wychodzącego na dobrą pozycję Kotwy. Obrońcy dopiero teraz orientują się, że uczestniczyli w tańcu z gwiazdami, ale dla nich jest już za późno na wyrównanie tanecznego kroku.
Siódmy zmysł gna Kotwę do wrzuconej piłki, nasz gracz przejmuje ją i nieomal od razu oddaje celny strzał !!!. Pada goooool !!!. Liczydła przerzucają pierwszy koralik !. 1:1 /.  
Pan Janek z radości drze się na całe gardło: 1:1 dla Unii !!!.
Olimpia zaczyna pojmować, w jaki to sposób Unia gromiła ostatnich przeciwników.
"Pojmowanie" trwa, gdy tymczasem Unia płynnie rozwija kolejne akcje.
Olimpia zagęściła przedpole bramki, ale zostawiła nam więcej swobody w dalszej odległości od niej. 
Wykorzystuje to Dubiel, /w zeszycie mam obok nazwisko Kotwy, ale to chyba chodziło o Dubiela/, który przymierza z daleka, oddaje mocny strzał, bramkarz próbuje zatrzymać piłkę, ale nie udaje mu się to !!!. Piłka ląduje w siatce - wychodzimy na prowadzenie 2:1 !. To mocne uderzenie przywraca równowagę na boisku, wreszcie teoretycznie lepszy zespół dokumentuje to golami.
Bookmacherzy w Londynie, którzy po pierwszej połowie wprowadzili na powrót Unię do zakładów, teraz cichcem ją znowu usuwają. Wprowadzają w zamian jakieś tam spotkanie, bodajże Arsenal Londyn - Tottenham Hotspur.
Tymczasem "Kanonierzy" z Mościc nie próżnują !.
Wszystko wskazuje na to, że pierwsza połowa to była zabawa kotka z myszką. "Uciekaj myszko do dziury, bo Cię dopadnie kot bury" !.
Myszka nie zdążyła uciec do dziury.
Dopadł ją w chwilę po drugiej bramce Dubiel - zdobywca trzeciego gola !!!.
Unia - Olimpia 3:1.

Z Wall Street przychodzi depesza: "zmiana - stop - wypadacie z zakładów - stop - mecz z 2 lipca 1961 r. Arka - Unia wykasowany z zakładów - stop - nie tak to miało być". Depeszę kontrasygnował miejscowy Gubernator.

Ale co tam - najważniejsze, że Unia prowadziła 3:1, a poza tym umocniła się złotówka !.
Jaskółki przeważały już do końca meczu. Olimpii pozostały złośliwości i ostra gra, która nie spotykała się z odpowiednią reakcją arbitra.
Wiecej goli Unia nie zdobyła, po części z tego powodu, że jednak nie cały zespół solidarnie parł do ich uzyskania.
UNIA - Olimpia 3:1 !!!.
Kibice byli szczęśliwi, Unia dzięki utrzymywanej wysokiej formie, odwróciła niekorzystny bieg meczu, zaaplikowała Olimpii niemało goli i w drugiej odsłonie pokazała ładny futbol !!!.
Czego potrzeba było więcej ?! - niczego !!!. I tylko z szatni Unii słychać było przytłumiony głos: "tych z falbankami, to mogłem nie oddawać".

Wyniki 15 kolejki:
we wszystkich spotkaniach górą byli gospodarze !. Naprzód pozazdrościł Unii i wygrał 7:0 z Krosnem.
Gwardia -Bałtyk 2:1, Śląsk - Lublinianka 4:1, Stal - Polonia 3:1, Arkonia - Calisia 1:0, Piast - Wawel 2:0, Racibórz - Pogoń 3:0, Garbarnia - Arka 2:1.


Tabela po 15 kolejkach:
1/ Gwardia - 23 pkt;
2-3/ Unia Racibórz i Arkonia po 22 pkt;
4/ Śląsk - 20 pkt;
5-6/ Naprzód i Pogoń po 18 pkt;
7/ Stal - 17 pkt;
8- 9/ UNIA TARNÓW i Wawel po 16 pkt;
10/ Garbarnia - 15 pkt;
11/ MZKS Krosno - 14 pkt;
12-13/ Bałtyk i Piast po 13 pkt;
14-15/ Arka i Calisia - 11 pkt;
16/ Polonia - 8 pkt;
17/ Olimpia - 7 pkt;
18/ Lublinianka - 6 pkt.

CIEKAWOSTKI.

25 czerwca 1961 r. zasiadłem w "Kotle Czarownic". Jeśli ktoś kojarzy na zasadzie: "Pigmej, kanibalizm, grill i kocioł z wrzątkiem dla obgotowania białego człowieka", to musi się przestroić na inne fale. "Kocioł Czarownic" to nieoficjalna nazwa stadionu w Chorzowie. Kto nie był w tamtych latach na meczu w Kotle, ten niech sto razy zastanowi się, zanim dziś powie, że wie, jak wygląda prawdziwy doping.
Byłem małą cząstką stu - dziesięcio tysięcznego tłumu /110 000 kibiców/, wyobrażacie to sobie ?!. Ryk, wrzawa, a przy intonowaniu Hymnu przez 100 tysięcy nie zmęczonych jeszcze /no, po prawdzie, to prawie nie zmęczonych/ gardeł, to emocje sięgały niebios. Szkoda, że Pani Górniak z Nami tam nie było.
POLSKA - Jugosławia, eliminacje do Mistrzostw Świata w Chile. W pierwszym meczu przegraliśmy na wyjeździe tylko 1:2.
Warto przypomnieć skład z Chorzowa: Szymkowiak, Szczepański, Oślizło, Woźniak - Kowalski, Zientara - Jankowski, Brychczy, Szmidt, Liberda, Lentner. Niestety, ale kontuzja wyeliminowała ze składu rewelacyjnego Ernesta Pola /Pohla/. Zaczęło się fatalnie - już na początku meczu świetny Galić zdobył gola dla Jugosławii, potem wyrównał Szmidt. Mecz zakończył się remisem 1:1 /1:1/.
Potem Jugosławia wygrała jeszcze dwukrotnie z Koreą Południową i pojechała do Chile.
W eliminacjach przegrała z ZSRR 0:2, ale wygrała z Urugwajem 3:1 /jedna bramka Galić/, i Kolumbią 5:0 /2 gole Galića/.
W ćwierćfinale wygrali z NRF 1:0, a więc mieliśmy rywala z najwyższej półki !. Dopiero w półfinale pokonali ich Czesi 3:1. O III miejsce Jugosławia przegrała z gospodarzami turnieju - Chile 0:1.

Do Chile więc nie pojechaliśmy, chociaż Pan Janek sposobił się już do drogi. Szło mu to nawet sprawnie, ale pewien wpływ na płynność i łatwość przygotowań do wyjazdu mógł mieć i ten fakt, że mapa Pana Janka kończyła się na granicy z Niemiecką Republiką Demokratyczną, a Chile miało być "trochę dalej".
Pojechaliśmy za to do Gdyni, gdzie w 16 kolejce czekała na nas ARKA !.

SEZON 1961 r., II LIGA - 16 kolejka;
ARKA GDYNIA - UNIA TARNÓW.


Arka została założona w 1929 r.. W 1953 r. weszła do III ligi /czyli przekładając to na 2011r., do obecnej II ligi/ i od tego czasu nigdy nie zaznała gry na niższym poziomie !!!.

Konfrontacja z Arką była zarazem dla Pana Janka konfrontacją z nieprawdziwymi opiniami i wyobrażeniami.
Wchodząc na stadion wyobrażał sobie, że zastanie tam, niczym w Arce Noego, a to parę żyraf, a to kruka, czy gołębicę, oczywiście na tle tęczy. Nie było nawet wędzonego węgorza, że o innych wyobrażeniach nie wspomnę !.

Nie było też monety, dzięki której w barażach o II ligę Arka wyprzedziła Hutnika, a przecież na Arce coś takiego być powinno.

Nie było też nieprzyjaźnie nastawionych kibiców, przed którymi nas uprzedzano. Miejscowi okazali się sympatycznymi kibicami swojego klubu, choć o Unii nie przekazali nam budujących opinii. Wielu z nich było na meczu Bałtyk Gdynia - Unia /2:2/ i twierdzili oni, że Unia nie zagrała tam wielkiego meczu. Generalnie byli nieco rozczarowani postawą Jaskółek, chociaż umieli docenić, że mający słabszy dzień zespół potrafił i tak wywieźć z Gdyni jeden punkt.

Kolejne zderzenie z rzeczywistością tyczyło przejazdu nad morze i naszych ubiorów.
Pomni nienajlepszych doświadczeń z wypraw do Szczecina, tym razem zaokrętowaliśmy na miejscach leżących z daleka od WC.
Dosyć szybko zaczęliśmy się zastanawiać, co lepsze: towarzystwo WC, czy też towarzystwo przedziału z konduktorami pociągu, od których dzieliła nas cienka ścianka działowa. Jeden z nich - Pan Henio - obchodził właśnie kilka podniosłych świąt, a z toastów wynikało, że były to:
- 20 rocznica pracy na kolei;
- 15 rocznica ślubu;
- niewysoka wygrana w totka;
- ślub bratanka;
- pogrzeb ciotki;
- odnalezienie zagubionego 10 lat temu kota.

Wracaliśmy w kierunku Tarnowa w tym samym składzie i toasty tegoż samego jubilata Pana Henia tyczyły:
- 25 rocznicy pracy na kolei;
- 10 rocznicy rozwodu;
- wysokiej wygranej w totka;
- pogrzebu bratanka;
- ślubu ciotki;
- zagubienia kota.
Pojawiła się nowa nuta: zdrowie Pana Janka, którego Henio pokochał całą swoją duszą.
Toasty wznoszono oranżadą.

Aaa, żebym z wrażenia nie zapomniał - była też konfrontacja ubiorów z rzeczywistością. Zwłaszcza praszczur pojechał jak na ówczesną modłę, przybrany wręcz modelowo: buty ze szpicem, zwężane spodnie, marynareczka z wąskimi klapeczkami. Wchodzimy na stadion, a tam wszyscy w czepkach, kąpielówkach i płetwach na nogach, że o mokrych od wody głowach, nie wspomnę.
Była jeszcze konfrontacja z prasą krakowską, ale o tym na końcu.

Miejscowi kibice musieli szybko zapomnieć o Unii ze stadionu Bałtyku. Jaskółki od pierwszych minut spotkania pokazały się z jak najlepszej strony. Szybkie, zwarte akcje wskazywały na to, że Unia przyjechała po 2 punkty !. Tych akcji było rzeczywiscie wiele !!!.
Uniści prowadzili je w szybkim tempie, a że byli lepiej zaawansowani technicznie, to siłą rzeczy zmuszali Gdynian do zwiększonego wysiłku. Gospodarze musieli swoje braki w wyszkoleniu nadrabiać choćby większą liczbą przebiegniętych metrów. Nie zawsze jednak nadążali za sprawnie rozwijającymi się akcjami gości.
Właśnie Kotwa, przepuszcza piłkę między nogami do lepiej ustawionego partnera, którym okazuje się Witek. Ten zgrywa ją do nadciągającego Goska, to idealna piłka do uderzenia z dalszej odległości. Gosek uderza mocno w piłkę, która leci idealnie w róg bramki, ale kapitalnym ustawieniem i refleksem popisuje się bramkarz Kromiszewski. Świetnie broni ten groźny strzał !!!.
Chwilę później Rusinek wprawia w zaskoczenie kibiców swoimi zwodami, wykłada piłkę na 5 metr do wbiegającego w pole bramkowe Dubiela, który nie ma możliwości przyjęcia piłki, ale jednak zmienia jej bieg. Finałowi tej akcji brak jednak precyzji - muśnięta przez Dubiela piłka wychodzi obok słupka na aut bramkowy. Zabrakło milimetrów !. Unia rządzi w Gdyni !!!.
Mimo, że w ataku Jaskółek brak Spodzieji, jesteśmy dla Arki coraz bardziej wymagającym przeciwnikiem.
Ważne też, że trzymamy gospodarzy najczęściej z dala od naszej bramki, a więc ryzyko utraty gola nie jest duże. W zasadzie tylko po lewej flance Przybylski stwarza nam nieco kłopotu, ale siła złego na jednego !.
Kolejna akcja Unii, tym razem po zastopowaniu Przybylskiego, obrońcy wyprowadzają piłkę długim, celnym wykopem do Witka, ten cofa ją natychmiast do Nowaka, kolejne natychmiastowe posłanie piłki do Goska, piłka jest wysoka, Gosek odgrywa ją głową ponad przeszkadzającym mu "Arkowcem", znowu celnie i precyzyjnie. Piłka siada na but Rusinka, który wali w nią z linii pola karnego. Futbolówka przechodzi obok spojenia słupka z poprzeczką !.
W 33 minucie stało się to, co musiało się stać. Unia zdobywa gola i nikt na stadionie nie może mówić o pechu. Ten gol Dubiela należy się Unii jak najbardziej !!!. Jest 1:0 dla Unii i takim wynikiem kończymy pierwszą połowę.

I tu nadchodzi czas na konfrontację z prestiżowymi gazetami sportowymi. Wiele spośród nich podało w swoich serwisach, że do przerwy Unia prowadziła w Gdyni 3:0 !.
Nie miałbym nic przeciwko temu, ale i pamięć i przede wszystkim nasze zapiski, świadczą o innym przebiegu meczu.
Pan Janek miał i na to wytłumaczenie: "pieruny jechały naszym składem z Panem Heniem".

Druga połowa: zaczyna procentować sposób prowadzenia meczu przez Unię. Arka zaczyna wykazywać braki kondycyjne, nie jest możliwym ciągłe nadrabianie niedoskonałości technicznych, dodatkowo przemierzonymi odległościami. Brak tchu u niektórych miejscowych graczy jeszcze wyraźniej kształtuje sytuację na murawie. Atak Arki już nie istnieje, nasi obrońcy szybko odbierają piłkę rywalom i niezwłocznie inicjują kolejne akcje. Defensywa Arki nie ma czasu na nabranie oddechu i ustawienie wciąż mielonych szyków.
Wolno, wolno, ale jednak zauważalnie, Arka idzie na dno. Unii to nie satysfakcjonuje, szukamy kolejnych szans na kolejne gole !!!.

I znajdujemy je !!!. Trzeba uczciwie przyznać, że w poszukiwaniach pomogli nam obrońcy Arki, którzy nie nadążali za naszymi graczami i
swoimi błędami ułatwiali nam zadanie.
52,57, 86 - to nie są szczęśliwe numery w totolotka. To minuty, w których rozpędzone Jaskółki zatopiły Arkę kolejnymi, celnymi trafieniami !!!. Gole zdobyli kolejno: Witek, Gosek i Kotwa !.
Arce nie udało się zdobyć bramki z tzw. "gry". Swojego honorowego gola zdobyli z rzutu karnego, który bezbłędnie wykonał Kędzia.
Ostateczny rezultat meczu 4:1 dla Unii !!!.
Jaskółki potwierdziły swoją znakomitą formę !.

Inne wyniki 16 kolejki:

Sensacja w Kaliszu !!!.
Lider rozgrywek - Gwardia Warszawa przegrywa z Calisią 0:2 !!!.
Sensacja w Krośnie !!!. Wicelider Arkonia przegrywa z tamtejszym MZKS 1:3 !.
Sensacja w Gliwicach !!!. Kolejny wicelider - Unia Racibórz przegrywa z Piastem 1:5 !.
Sensacja w Poznaniu !!!. Kolejny zespół z czołówki - Śląsk Wrocław przegrywa z Olimpią 0:4 !.
Poza tym: Wawel - Bałtyk 4:2, Lublinianka - Naprzód 1:4, Pogoń - Stal Rzeszów 1:1, Polonia - Garbarnia 4:2.

Tabela po 16 kolejkach:

1/ Gwardia Warszawa - 23 pkt;
2-3/ Arkonia i Unia Racibórz - po 22 pkt;
4-5/ Śląsk i  Naprzód - po 20 pkt;
6/ Pogoń - 19 pkt;
7-8-9-/ UNIA TARNÓW, Stal, Wawel - po 18 pkt;
10/ MZKS Krosno - 16 pkt;
11-12/ Piast i Garbarnia - po 15 pkt;
13-14/ Bałtyk i Calisia - po 13 pkt;
15/ Arka - 11 pkt;
16/ Polonia - 10 pkt;
17/ Olimpia -9 pkt;
18/ Lublinianka 6 pkt.

Jaskółki "łapały" punktowy kontakt z szeroką czołówką zaplecza ekstraklasy. A tymczasem w następnej kolejce nadarzała się kolejna okazja na powiększenie zdobyczy - do Tarnowa zjeżdżały "Czarne Koszule", czyli Polonia Warszawa !!!, cdn ...

13 CZĘŚĆ - HISTORIA UNII TARNÓW; WSPOMNIENIA - SEKCJA PIŁKI NOŻNEJ. 2011-05-28
SEZON 1961 r., II LIGA - strona 13.

Weź wielki garniec. Zagotuj wodę, najlepiej z Wątoku. Dodaj ziela z boiska klubu zza miedzy. Uważaj przy dodawaniu ziela, może wybuchnąć. Posól. Wylej na komputer. Tak odczynisz uroki i trzynasta strona nie okaże się pechowa. Osobiście kontynuuję wspomnienia z innego komputera - poprzedni okazał się słabowity i wywaru nie przetrzymał. Widać dodałem za dużo ziela.

SEZON 1961 r., II LIGA - 10 kolejka;
UNIA TARNÓW - GWARDIA WARSZAWA.


Kibice lubili Gwardię Warszawa, tak jak lubiano większość klubów milicyjnych. Przydomek Gwardzistów - "Harpagony", także dawał niemało możliwości do upustu nadmiaru energii u kibiców. Ludzie nie byli tak światli, jak dzisiaj, więc niektórzy mylili nazwę "Harpagoni" z "Harpaganami", a to już zmieniało postać rzeczy w sposób istotny, znacząco zresztą poszerzając pole do upustu wspomnianej energii.
"Harpagon" to sknera, chciwiec /może po "warszawsku" znaczy to coś innego ?/, "Harpagan" to już nawet grubianin, ordynus, a więc istotna różnica. Pan Janek i wielu innych, byli święcie przekonani, że Gwardia to "Harpagany" i z najwyższą radością dawali temu upust. Wszak nikt nie mógł się do nich przyczepić, czy też poczuć dotkniętym, za wołanie pod adresem piłkarzy gości, powszechnie uznanym przydomkiem.
Tak więc niosło się w ognistych momentach po stadionie: "Ty Harpaganie".
Nie wiem skąd się wziął właściwy przydomek, czyli "Harpagony", ale ponoć najgłośniej skandowali go podczas meczów z Gwardią kibice z Krakowa, co uznaję za zabawne, jako że skandującymi byli, jak by na to nie patrzeć, "centusie z Krakowa".

Jaskółki przystąpiły do meczu z Gwardią w składzie: Sienkiewicz, Tyliszczak, Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Gosek, Rusinek, Dubiel, Spodzieja.
Skład bez niespodzianek, chociaż przydałby się jeszcze Kotwa, ale i on miał niedługo powrócić na boisko.
Skład nie zaskakiwał, ale też i nie mógł zaskakiwać - jak już napisałem, wtedy ludzie nie byli tak światli jak dzisiaj i np. pożyczyć na tydzień, to można było co najwyżej cukier sąsiadce, a nie zawodnika z podstawowego składu zespołu o coś jeszcze walczącego, innej drużynie. Tak, ze światłością to było wtedy naprawdę nienajlepiej. Zresztą i zmieniły
się przepisy transferowe w tym zakresie; dzisiaj od tej strony wszystko jest w porządku.

"Gwardia" powstała w 1948 r. i był to zespół z najwyższej półki o pięknej, godnej przypomnienia historii. Byli spadkowiczem z ekstraklasy, w której grali nieprzerwanie od 1953 r.
Przez pierwsze 3 sezony plasowali się na 4 miejscu w kraju !. Gorzej było w 1956 r., kiedy to zakończyli rozgrywki na 12 miejscu. Była to przysłowiowa cisza przed burzą.
W 1957 r. Gwardia zostaje wicemistrzem Polski /za Górnikiem Zabrze/ !. Bliscy powtórzenia tego sukcesu byli w 1959 r., zajmując ostatecznie 3 miejsce /za Górnikiem Zabrze i Polonią Bytom/.
W połowie lat 50 - tych zdobyli Puchar Polski, by póżniej grać nawet w europejskich rozgrywkach i to przez 2 sezony pod rząd !.

W 1960 r. w Gwardii odbyło się walne zgromadzenie klubu, przynajmniej tak twierdził 
Pan Janek. Podsumowano działalność sekcji.
Wypadło znakomicie, były sukcesy i splendor. Ale był też nieskrywany niedosyt i była niezałatwiona sprawa, która rzucała się głębokim cieniem na dokonaniach klubu. Oto Gwardia nie mogła pochwalić się rozegraniem meczu  z Unią Tarnów !. Ponieważ Unia nie garnęła się do I ligii, tę wstydliwą kwestię postanowiono rozwiązać po męsku. Gwardziści postanowili spaść do II ligii i tam rozegrać mecze z Jaskółkami. Taka jest w największym skrócie otoczka tego meczu !.

Kibice z Tarnowa z napięciem wypatrywali graczy Gwardii - kogóż tam nie było - plejada reprezentantów Polski !, cdn ... idę po cukier do sąsiadki.
Wypatrywali i ... wąchali, nastawiając nozdrza na wiatr.
Gdyby bowiem wierzyć anonsom prasy krakowskiej, to do Tarnowa mieli przyjechać piłkarze starzy, jak ich określano "nadgryzieni zębem czasu".
Ci, którzy uwierzyli takim zapowiedziom, starali się wyłapać węchem zapach naftaliny /środek przeciwko molom, jak wiadomo legnącym się w starociach/. Zapachu naftaliny nie było w powietrzu, więc "znawcy" głosili, że lada moment zobaczymy na murawie stada moli, potem pojawią się laseczki /drewniane, to nie jest program erotyczny/, a za nimi staruszkowie, podpierający się tymi laseczkami. Tak miała zaprezentować się ekipa Gwardii.
Tymczasem nie było ani moli, ani laseczek, ani zramolałych piłkarzy. Owszem, w ekipie gości byli zaawansowani wiekiem gracze, ale przecież ta "geriatria" przegrała w tych rozgrywkach tylko jeden mecz /na Pogoni/ !!!. Stara "Gwardia" zmierzała najwyraźniej nie w kierunku zaświatów, ale w stronę ekstraklasy !. 
Już się rozgrzewają !. Tomasz Stefaniszyn -  32 - letni bramkarz,  dwukrotny olimpijczyk, 12 - krotny reprezentant Polski, ostatni jego występ w kadrze przypadał na 1960 r. Przegrał rywalizację z rewelacyjnym Edwardem Szymkowiakiem, który np. w 1960 r. grając w Górniku Zabrze obronił w jednym meczu 3 karne !. Szymkowiak grał w kadrze 13 lat !.

Wróćmy do Stefaniszyna - nieraz stawał - jako egzekutor - do karnych. Stefaniszyn wyszedł na boisko Unii o 3 godziny wcześniej, niż Jego koledzy. Nikt tego nie widział, ale tak mówiono na trybunach. Dlaczego ? - bo chciał się szczególnie dobrze rozgrzać przed meczem z Unią. Stefaniszyn występował bowiem tuż po II wojnie światowej w ... barwach Tarnovii !. Jakby o tym w tym klubie zapomniano, ja takich rzeczy nie zapominam.

Słowa podziwu i uznania witają na murawie 34 - letniego napastnika Stanisława Hachorka, 16 - to krotnego reprezentanta Polski, dla której zdobył 8 goli. To również olimpijczyk z Rzymu. Grając z Gwardią w ekstraklasie strzelił w latach 1953 - 1960 aż 86 goli !. W 1955 r. został królem strzelców /16 bramek/. Uprzedzając fakty - w sezonie 1961 r. był najlepszym strzelcem w "naszej " II lidze /25 goli !!!/. Ładny mi staruszek, najwyraźniej wolał łowić gole, a nie mole !.

Rozgrzewa się też i kolejny reprezentant Polski - napastnik Jan Gawroński /28 lat/. W kadrze zagrał 3 razy.

Tych reprezentantów kraju Gwardia miałaby więcej, ale znakomita kariera Krzysztofa Baszkiewicza - 20 - to krotnego reprezentanta Polski, została przerwana kontuzją odniesioną przed Olimpiadą w Rzymie w 1960 r. Jeśli ktoś zrobi Wam guiz i zapyta, który z polskich  piłkarzy zdobył gola, jako pierwszy w historii występów naszych klubowych zespołów w europejskich rozgrywkach, to możecie odpowiedzieć - był to właśnie Baszkiewicz /ze szwedzkim Djurgardens IF w 1955 r./.

Już w czasie rozgrzewki częściowo opadły nam szczęki. Gwardziści bombardowali bramkę Stefaniszyna, a ten bronił jak w transie. Popisywali się ładnymi, technicznymi zagraniami. Powiało wielkim światem.

Znajduje to przełożenie na mecz. Z Gwardii wychodzi międzynarodowe obycie niektórych jej graczy, goście grają chwilami bardziej nowoczesną piłkę, niż nasze "Jaskółki" !. Może nie biegają tak wiele, jak Uniści, ale za to jest w ich grze wiele długich przerzutów, celnych, mierzonych podań, czy też zmian rytmu gry. Są znakomicie zgrani, wiele podań idzie w "ciemno", a po chwili okazuje się, że przy piłce znajduje się kolega podającego. Umiejętnie wrzucają piłkę na wolne pole. Lata gry w ekstraklasie procentują.
Unia przeciwstawia gościom nieprawdopodobną ambicję. Nie mamy kłopotów technicznych z prowadzeniem piłki, ustępujemy jednak pod względem umiejętności taktycznych, gramy zbyt "po krakowsku", za dużo w naszych poczynaniach tzw. "małej gry".
Gwardia gra ostro, naszym zdaniem przekracza niejednokrotnie przepisy, ale sędzia albo nie dostrzegał fauli, albo interpretuje je jako męską grę. Po prawdzie to powinien częściej przerywać grę wolnymi dla Unii.

Ale to "Jaskółki" jako pierwsze stają przed szansą objęcia prowadzenia.
Już w 1 minucie przez szeregi obrony przedziera się odważnie Dubiel, podkręca piłkę i ta ... minimalnie mija słupek !.
Gwardia gra szybko, nie czeka na kolejny cios ze strony Jaskółek, błyskawiczne podania i goście są już pod naszą bramką. Piłkę przejmuje Gawroński, sprytnie ściąga na siebie obrońców, zwodzi ich i zamiast strzelać, posyła piłkę do nieobstawionego
Troczyńskiego !. Ta akcja Gawrońskiego, który bezlitośnie wykorzystał błąd w ustawieniu naszych obrońców, pokazuje że nie był on na wyrost powoływany do kadry.
Troczyński wyrastał u boku Hachorka i Baszkiewicza i pewne zachowania ma wręcz zakodowane. Z zimną krwią obserwuje zachowanie Sienkiewicza w
bramce i spokojnie wykorzystuje swoją szansę - posyła piłkę do bramki !. Gol dla Gwardii !. Goście prowadzą od 2 minuty spotkania 1:0 !.
Oczami wyobraźni widzę już nie stada moli, ale watahy goli !.

Jaskółki nie załamują się, grają z jeszcze większą zaciętością. Próbuje przedrzeć się Gosek, mija obrońcę, już ma wrzucić piłkę na pole karne, kiedy pada ścięty od tyłu !. Sędzia Hanek twierdzi, że był to atak na piłkę, pozwala grać dalej !.

Chwilę później strzela Witek, ale piłka przechodzi obok słupka. Nadzieje odżywają po uderzeniu z dystansu Dubiela, ale piłka odbija sie od nóg obrońców i wychodzi na róg. Jest 15 minuta meczu.
Piłkę pieczołowicie ustawia Rusinek. Uniści sygnalizują mu swoje pozycje, pokazują gdzie powinien zrobić wrzutkę. Rusinek bacznie obserwuje sytuację na przedpolu bramki, rusza, kopie piłkę !.
Ta zatacza łuk, Stefaniszyna umiejętnie blokuje Spodzieja, piłka zdaje się wpadać do bramki. Gol z rogu ?!!!. Jednak nie !!!. Futbolówka minimalnie przechodzi obok słupka, mogliśmy wyrównać po pięknym, technicznym uderzeniu Rusinka bezpośrednio z rzutu rożnego !!!.
Chwilę później rozpaczliwie walczący w polu karnym o górną piłkę Rusinek jest brutalnie wypychany, ale sędzia nie dostrzega zagrania obrońców.
Pierwsza połowa kończy się prowadzeniem gości 1:0.

Po przerwie Gwardia nadal pokazuje dojrzały futbol, ale ani na moment nie może odetchnąć. Unia nie pasuje !.
W 53 minucie wola walki Unii zostaje nagrodzona. Zdobywamy gola !!!. Wyrównującą bramkę strzela Witek !!!. Jest 1:1, mecz rozpoczyna się jakby od początku !. Gwardia wygląda na zaskoczoną. Nie ona pierwsza na tym stadionie.

Gościom trzeba jednak oddać, że nie znają oni słowa "zbieranie się po bramce". Znają swoją wartość, od razu przystępują do walki o kolejne gole.
5 minut później znowu zawodzi nasza obrona. Kolejne złe ustawienie, zbyt wolny start obrońców do wrzucanej piłki i Troczyński ma znowu okazję pokazać swoje możliwości. Pokazuje je w pełni - strzela gola !!!. Jest 2:1 dla Gwardii !.

Scenariusz się powtarza - Unia podejmuje rękawicę, prze do przodu, walczy ambitnie. Ale za dużo krótkich podań, za dużo koronkowych akcji, brakuje strzałów z dystansu.

W 72 minucie
zdenerwowany biciem głową o mur Rusinek idzie na przebój, znajduje się sam na sam ze Stefaniszynem /dałbym sobie głowę uciąć, że przed oddaniem strzału zdążył Go zapytać  - "Grałeś w Tarnovii ?- Stefaniszyn popełnia błąd - potwierdza i to go będzie drogo kosztować/, Rusinek wyprowadza w pole reprezentacyjnego golkipera i ładuje piłkę do bramki !!!. Jest 2:2 !!!. Kilka tysięcy ludzi szaleje z radości. Po raz kolejny w Tarnowie kosa trafiła na kamień !!!. Tutaj żaden lider nie miał łatwo !!!.
Wynik tej konfrontacji jest sprawą otwartą aż do samego końca. Na około 5 minut przed zakończeniem spotkania pada decydująca o losach meczu bramka !.
Zdobywa ją zespół bardziej dojrzały i lepiej ułożony taktycznie, czyli Gwardia !.
Hachorka nie powinno się pozostawiać bez czujnej opieki. Przez cały czas jego pobytu na boisku tę praktyczną uwagę powtarzali w kółko nasi obrońcy. W 85 minucie zapomnieli ją powtórzyć po raz kolejny. Celne dośrodkowanie w nasze pole karne powinno zakończyć się, bądź przejęciem piłki, bądź ostrym wejściem w Hachorka. Zabrakło jednego i drugiego. Ta odrobina swobody, jaką otrzymał Hachorek wystarczyła mu na oddanie celnego strzału głową !. Gwardia objęła prowadzenie 3:2 i dowiozła ten wynik do końcowego gwizdka sędziego. Cóż znaczy 5 minut ?. Zazwyczaj niewiele, ale w meczu z kandydatem do ekstraklasy te 5 minut oznaczało pożegnanie się z dwoma punktami, które  pojechały do Warszawy. W Tarnowie pozostały opowiastki o molach, laseczkach i staruszkach, którym nieprędko było do nieba.
Unia dostała brawa za ambicję i nieustępliwość w dążeniu do sprawienia niespodzianki, ale dostała też sporo materiału do przemyśleń. Świat piłkarski nie stał w miejscu, należało go dogonić !.

Jestem winien zaległą informację o wynikach 9 KOLEJKI:
Śląsk - Naprzód 2:1, Racibórz - Calisia 2:1, Piast - Krosno 3:2, Arka - Wawel 4:5, Polonia - Olimpia 1:1, Stal Rzeszów - Bałtyk 5:0, Lublinianka - Pogoń 2:2. Garbarnia - Gwardia, walkower 0:3.

WYNIKI 10 KOLEJKI:
Arka - Polonia 0:0, Krosno - Unia Racibórz 0:4, Pogoń - Olimpia 2:1, Garbarnia - Bałtyk 2:1, Naprzód - Wawel 4:0, Calisia - Stal 2:3, Śląsk - Arkonia 1:0, Piast - Lublinianka 2:1.

TABELA PO 10 KOLEJKACH:
1/ Śląsk Wrocław - 16 pkt;
2-3/ Gwardia i Arkonia - po 15 pkt;
4/ Naprzód -13 pkt;
5-7/ Unia Racibórz, Pogoń i MZKS Krosno - po 12 pkt;
8/ Wawel - 11 pkt;
9-10/ Arka i Stal Rzeszów - po 10 pkt;
11/ Bałtyk - 9 pkt;
12-13/ UNIA TARNÓW i Calisia - po 8 pkt;
14 -15/ Polonia Warszawa i Garbarnia - po 7 pkt;
16-17/ Piast i Lublinianka - po 6 pkt;
18/ Olimpia Poznań - 3 pkt.

W 12 kolejce Unia miała wyjazd do Bałtyku Gdynia. Ważny mecz dla zespołów, które były sąsiadami w tabeli. Atut własnego boiska wskazywał na to, że Bałtyk ma szanse na oderwanie się od depczącej mu po piętach Unii.
Tymczasem w Tarnowie doszło do BUNTU !!!. Zbuntowały się Panie Domu !.I to równocześnie
u praszczura i u Pana Janka !. U obu zniknęły pieniążki, co do grosika, nie było za co jechać do Gdyni !!!.
Żale Pana Janka były niewysłowione: "Wyobraźcie sobie, zniknęły nawet pod pościelą w szafie". Oooo, to już była nikczemność !. Nawet początkujący włamywacze wiedzieli, że w każdym szanującym się domu, zawsze coś się znalazło w szafie, pod pościelą, na górnej półce !!!.
Sprawy zaszły więc daleko. Pożyczka nie wchodziła w grę, albowiem zbuntowane Panie szczodrze podzieliły się z wszystkimi sąsiadami informacjami o niewypłacalności praszczura i Pana Janka. Lamenty o wskazanie miejsc przechowywania pieniążków na nic się nie zdały - Panie były nieugięte.
W największej tajemnicy pod młotek poszła moja gipsowa, różowa świnka - skarbonka, ale za jej zawartość to mogliśmy pojechać do Rzędzina, ale nie do Gdyni.
Na mecz nie pojechaliśmy, trwoniąc czas na lody u Kudelskiego, western w kinie i weekendowy wypad do Paryża /a może odwrotnie, tj. Paryż w kinie, western na weekendzie, już nie pamiętam/. Jednym słowem: nudy, jak cholera !.
Panie poszły za ciosem i ponoć wysłały pisemny protest do PZPN. A tam panika. PZPN, chcąc uratować przed całkowitym wytrzebieniem inne polskie gipsowe, różowe świnki - skarbonki , publicznie zobowiązał się do reorganizacji rozgrywek w II lidze w sezonie 1962 r., poprzez ograniczenie liczebne drużyn, jak i poprzez zadbanie o to, by rywali nie dzieliły duże odległości.
To przerwało bunt w Tarnowie i zapaliło nam zielone światło przed kolejnymi wyjazdami.
Taki oto miałem Dzień Dziecka anno domini 1961 r., jako że mecz rozegrano akurat w dniu 1 czerwca. Mam skromną nadzieję, że wytłumaczy mnie to, przynajmniej w małym stopniu, przed Kolegą Kibicem z Plant, który ostatnio napisał mi, że "tak na jego rozum, to jestem nieźle pokręcony". Kolego - nie dziw się, przy takim dzieciństwie ... !.

Ale dość już użalania się: nasłuchujmy wraz z posklejanymi,  różowymi świnkami, wieści znad morza /starałem się, żeby przynajmniej to ostatnie zdanie nie było "pokręcone" i tak sobie myślę, że mi się to udało/.

SEZON 1961 r., II LIGA - 11 kolejka;
BAŁTYK GDYNIA - UNIA TARNÓW.


Pomimo opisanego powyżej buntu, mecz rozegrano. Unia pokazała hart ducha i na Wybrzeżu zremisowała 2:2 /1:1/.
Bramki dla gospodarzy zdobyli Wiśniewski I i Wiśniewski II /na szczęście nie mieli w składzie wiecej Wiśniewskich/. Gole dla Jaskółek: Rusinek i Gosek /niestety, ale mieliśmy tylko jednego Rusinka i jednego Goska/.
W Tarnowie ten wynik przyjęto z zadowoleniem.

Pozostałe wyniki 11 kolejki:
Gwardia - Śląsk 3:2, Naprzód - Arkonia 1:2, Lublinianka - Unia Racibórz 1:2, Olimpia - Piast 2:3, Stal Rzeszów - Krosno 0:0, Pogoń - Arka 1:0, Calisia - Garbarnia 1:4, Wawel - Polonia 2:0.

TABELA II LIGI, SEZON 1961 - 11 KOLEJKA:
1-2/ -ARKONIA SZCZECIN i GWARDIA   WARSZAWA po 17 pkt;
3/ Śląsk Wrocław- 16 pkt;
4-5/ Pogoń i Unia Racibórz - po 14 pkt;
6 -7 - 8/ Krosno, Wawel i Naprzód po 13 pkt;
9/ Stal - 11 pkt;
10-11/ Bałtyk i Arka po 10 pkt;
12-13/ UNIA TARNÓW i Garbarnia po 9 pkt;
14-15/ Piast i Calisia - po 8 pkt;
16/ Polonia - 7 pkt;
17/ Lublinianka - 6 pkt;
18/ Olimpia - 3 pkt.

MISTRZOSTWA OKRĘGU JUNIORÓW - FINAŁ.

Juniorzy Unii dotarli do finału mistrzostw okręgu, cudownie. Do tego samego finału dotarli również juniorzy Wisły Kraków, niestety. Mecz trzeba było rozegrać, także niestety. Wisła była w formie, po trzykroć niestety. Przegraliśmy tylko 0:7, na szczęście.
Nie mogę znaleźć zapisków o rewanżu, pewnie też na szczęście.
Gdyby ktoś prowadził blog o juniorach Stali Dębica, to służę uprzejmie informacją o wyniku meczu z Wisłą, w dalszej rundzie rozgrywek. Wisła Kraków - Stal 11:1 /7:0/, uff, właśnie podałem wszem i wobec sposób na odreagowanie stresowych sytuacji - nie ma to, jak znaleźć wtedy innych w równie kłopotliwym położeniu.
A więc pozdrowienia i podziękowania dla Dębicy, podajcie dalej, Wisła gromiła i kolejnych rywali ...

SEZON 1961 r., II LIGA - 12 kolejka;
UNIA TARNÓW - Calisia Kalisz.

Brak jodu spowodowany brakiem wyjazdu nad morze, musiał przynieść efekty uboczne. Wśród kibiców lęgły się, niczym króliczki, pomysły na pokonanie Kaliszan.
Pozbawiony w szczególny sposób jodu Pan Janek, dzielił się swoimi pomysłami ze znajomym działaczem Jaskółek.
A może by im tak w szatni pozostawić np. pierwsze próby poetyckie "młodego", ruch głowy nie pozostawiał wątpliwości, że chodziło o mnie. Ich poziom złamie największych twardzieli - tu się nie mylił !.
Albo ... pomysłów było wiele, ale do bajek należy włożyć plotkę, że w szatni gości pojawiała się na przedmeczowej odprawie sprzątaczka ze szczotą w sękatych, owłosionych łapach, której wystająca zza kraciatej chusty twarz, przypominała jednego z działaczy Unii.

W każdym razie, w oczach kibiców, piłkarze wymagali wsparcia, gdyż mecz rozegrano zaledwie 3 dni po męczącym wyjeździe do Bałtyku.
Nie wiem czy goście coś znaleźli w szatni, ale jeśli tak, to była to przypowieść o plagach egipskich. Było ich dziesięć, ale przez litość pozostawiono opis siedmiu.
Plagi mieli sprowadzić na gości: Sienkiewicz, młody Żywiec, który zastąpił Tyliszczaka,Mazurek, Kuciewicz,Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel /Spodzieja /, Gosek.

Najpierw na głowy gości spadł grad i to już w 1 minucie meczu. Kuciewicz odebrał niemrawo poczynającemu sobie zawodnikowi Calisi piłkę i kilkudziesięcio - metrowym podaniem uruchomił Dubiela. Krótki szpurt, strzał i goool !!!. 1:0 dla Unii. Kaliszanie są w szoku, wszystkie przedmeczowe założenia idą do kąta, a raczej do szatni, w której podłogę dalej zamiata sprzątaczka z sękatymi, włochatymi, dalej już wiecie ...

Unia z pasją atakuje, mnożą się okazje podbramkowe, obrońcy gości gubią się i przy ich zaskakująco nieporadnej postawie nie ma wątpliwości, że zgubią i kolejne gole.

Kolejna plaga, niczym komary, spada na pogubioną drużynę Calisi w 27 minucie meczu !. Rusinek zawiązuje nogi bocznego obrońcy Wróblewskiego na węzeł zwany "bosmanką trzykrotną", dla pewności podwiązuje jeszcze "ósemkę", pozostawia za sobą ośmieszonego świetną serią zwodów rywala i oddaje celny strzał !!! - goool, jest 2:0 dla Unii !!!.

Calisia zastanawia się, co będzie teraz - szarańcza, czy żaby. Był Witek. I była 28 minuta meczu. Calisi nie pozostawiono więc dużo czasu na metafizyczne rozważania. Witek pozazdrościł dryblingu Rusinkowi. Pokazał kolejnemu obrońcy przyjezdnych kolejne marynarskie węzły i gdy po błyskotliwych zwodach i jego pozostawił za sobą ze spętanymi kończynami, uderzył precyzyjnie do bramki !!!. 3:0 dla Unii !!!. Kilka tysięcy kibiców patrzy w niebo i wypatruje kolejnych plag !.
Niebiosa były równie zadziwione, jak i Calisia i do przerwy już ich nie zesłały, ale od czego jest druga połowa ?!.

Spodzieja, który zastąpił Dubiela dwoi się i troi, to on spełni proroctwo.
Ale nie sam. W 47 minucie meczu, kiedy to Wątok zmienił się w posokę, Spodzieja w asyście komarów, które nie zdążyły opuścić stadionu, dokładnie podaje do Kotwy, a ten celnym uderzeniem wpisuje się na listę strzelców !. Jest 4:0 !!!.
Unia ma cały czas przewagę, wśród gości jedynie prawoskrzydłowy Kruk próbuje odwrócić bieg zdarzeń, ale jego ambitne ataki nie przynoszą efektu bramkowego.

Jaskółki jakby nabierają oddechu przed końcówką, nieco zwalniają tempo akcji, ale cały czas trzymają rękę na pulsie.

Hasło do kolejnych akcji daje szalejący na boisku Spodzieja. To była ze wszech miar udana zmiana!. Spodzieja drybluje, a potem ... piękne podanie do Rusinka, a ten głową pakuje piłkę do siatki zrozpaczonego rywala. To już prawdziwy pomór. Jest 5:0 dla Unii !!!. 

Do linii autowej podbiega Karol Bielecki i coś krzyczy do swoich piłkarzy. Pewnie przekazuje im: "nie patrzcie w ich oczy" !. Bo w oczach piłkarzy Calisi jest błaganie o litość. Uniści nie patrzą w oczy.
W 73 minucie bodajże ponownie Spodzieja popisuje się mierzonym podaniem. Piłka ląduje na głowie Kotwy i ten pokazuje, że jest już piłkarzem pełną gębą. Strzał głową i goool !!!. Szósta plaga staje się faktem - Unia - Calisia 6:0 !!!. 
Nie patrzcie w oczy - nie patrzą !!!.
W 88 minucie fenomenalny Rusinek popisuje się hat - trickiem, strzela siódmą bramkę dla swojej drużyny. 7 plag - wyrocznia stała się faktem.
Mecz kończy się pogromem Calisi 7:0 !!!!!!.

W tym jednostronnym widowisku Unia mogła sprowadzić na przeciwnika nawet i 10 plag, sytuacji bowiem mieliśmy jeszcze wiele. Tak słabo dysponowanej drużyny już dawno na Unii nie widziano /sąsiad zza miedzy grał wszak w innej lidze/.
Brawo Unia, kibice byli rozanieleni i dziwili się, że Calisia nie jest czerwoną latarnią rozgrywek.

Piłkarze z Kalisza jadąc do domu pewnie rozpamiętywali 7 plag egipskich w Tarnowie, ale też jeden z nich z nieukrywaną satysfakcją zauważył: "Panowie, ale dziewczyn to oni nie mają ładnych - ta ich sprzątaczka to przypominała chłopa, a łapy miała sękate i włochate", zresztą dalej już wiecie.

Zwycięstwo Unii było jednym z najwyższych, jakie odnotowane zostało w całym sezonie 1961 r. !!!.
Wyższy rezultat padł jedynie w spotkaniu rozegranym w 20 kolejce, kiedy to Gwardia Warszawa pokonała Arkę Gdynia 8:0 !!!.
Było to zarazem jedno z najwyższych zwycięstw Jaskółek w całej historii klubu !. 

Inne wyniki /raczej "wyniczki"/:
Sensacje w Szczecinie, gdzie Arkonia przegrała z Wawelem 1:3 i w Gdyni, gdzie Bałtyk pokonał Śląsk Wrocław 3:2.
Poza tym - Gwardia - Naprzód 2:0, Unia Racibórz - Olimpia 4:0, Polonia - Pogoń 0:0, Stal Rzeszów - Lublinianka 3:1, Garbarnia - Krosno 2:1, Piast - Arka 1:1.

TABELA II LIGI, SEZON 1961 - 12 KOLEJKA:
1/ Gwardia Warszawa - 19 pkt;
2/ Arkonia 17 pkt;
3/-4/ Śląsk i Unia Racibórz - 16 pkt;
5/ - 6/ Wawel i Pogoń - po 15 pkt;
7/-8/-9/ Krosno, Stal i Naprzód - po 13 pkt;
10/ Bałtyk - 12 pkt;
 11/- 12/- 13/ UNIA TARNÓW, Garbarnia i Arka Gdynia - po 11 pkt;
14/ Piast - 9 pkt;
15/-16/ Calisia i Polonia - po 8 pkt;
17/ - Lublinianka - 6 pkt;
18/ Olimpia - 3 pkt.

CIEKAWOSTKI:
Rywal Unii w drugoligowych rozgrywkach - Garbarnia Kraków, doznała istotnego osłabienia. Z zespołem pożegnał się bramkarz Henryk Stroniarz, który pojawił się w barwach pierwszoligowca Cracovii.
W tym czasie miał już na swoim koncie wcześniejsze występy w Legii Warszawa, nie był to więc żółtodziób w ekstraklasowym towarzystwie.
W sumie dosyć płynnie zmieniał zespoły, które w mniemaniu kibiców dzieliło wszystko, a prawdopodobnie i nawet więcej. Po Cracovii zaliczył bowiem całkiem udany okres gry w Wiśle Kraków. Gdzieś tak w latach 70 - tych bronił z kolei barw Tarnovii. Byłem na jakimś meczu Tovii /przypadkowo/ i słyszałem, jak niektórzy mówili o nim "Henry",  ponieważ w Tovii znalazł się po latach występów w polonijnych zespołach w USA.

Zapamiętałem Go jako bardzo dobrego golkipera i jako człowieka, który miał w swoim życiu co najmniej dwa razy nadzwyczajnego pecha.
Raz - kiedy spotkał na swojej drodze Włochów. Wstawiono go wtedy /połowa lat 60 - tych/, do reprezentacji Polski na mecz eliminacyjny do Mistrzostw Świata z Włochami, chyba tylko na pożarcie. Włosi nawet nie zauważyli, że pomiędzy  wchłonięciem spaghetti, a bruschetty i sycylijskich cannelloni wchłonęli także i Stroniarza z jego kolegami /Włochy wygrały wówczas  6:1/;
Dwa - kiedy już po przejściu do "Pasów" na jego drodze w Krakowie stanęli młodzi piłkarze Garbarnii. Ci później ponoć też twierdzili, że nie zauważyli kiedy i jak poważnie poturbowali swojego byłego klubowego kolegę, ponoć między innymi  za to, że był już "byłym". Sprawa o/d/biła  się głośnym echem w kraju, chyba były jakieś skazujące wyroki sądowe za pobicie.
Mam nadzieję, że sympatyczny Kolega Kibic z Plant zauważył, że jako trzeciego pecha w życiu Stroniarza nie wymieniłem tego, że na jego drodze sportowej stanęła też Tovia. No cóż, człowiek się jednak starzeje /mam na myśli siebie, nie Stroniarza/.

KADRA KRAKOWSKIEGO OKRĘGOWEGO 
ZWIĄZKU PIŁKI NOŻNEJ W KATEGORII 
JUNIORÓW I MŁODZIEŻOWCÓW. 


Udane występy Antoniego Kotwy nie umknęły uwadze przedstawicielom KOZPN. Został on dookoptowany do składu kadry młodzieżowców przed turniejem piłkarskim na Śląsku.
W tej samej kadrze występował bramkarz Cygan z Tarnovii, chwalony już przeze mnie Jagielczuk /Wawel, ale wcześniej Tovia/ oraz nasz były zawodnik - Hausner.
W kadrze juniorów znalazło się miejsce dla 3 Unistów, a mianowicie: Brożka, Florka i Lazarowicza.

SEZON 1961 r., II LIGA - 13 kolejka;
MZKS KROSNO - UNIA TARNÓW.

Pogrom Calisi zrobił wrażenie. Również na najbliższym przeciwniku Unii, czyli zespole Krosna.
Na jeden dzień przed datą spotkania, czyli 10 czerwca 1961 r., przed budynki klubowe MZKS Krosno zajechał wysłużony furgon, z którego wyniesiono opasłe paki.
Zwiad kibiców Unii był świadkiem następującej rozmowy:
"A coście tam przywieźli ?!", "Aaa, leki na uspokojenie i depresję, bez recepty, validol, nervosal, takie tam ...".
"Ooo, to dla naszych piłkarzy", smutno pokiwał głową staruszek portier. Złóżcie je tam, przed szatnią naszych chłopaków".
W tym dniu dostarczono jeszcze leki na receptę.
Sensację wywołała przesyłka z Peru, z grzybkami halucynogennymi. Tę wtaszczono do szatni zespołu gości.
Na czas dotarł też jogin z Pendżabu; na ćwiczenie asan było już za późno, ale na przyswojenie pranajamy, czyli technik właściwego oddechu, jeszcze czas pozwalał. W noc poprzedzajacą mecz z boiska niosło się głośne "Muuu..." i "Om mani padme hum". Jogin nie czekał na efekt sesji i na wszelki wypadek wyjechał jeszcze przed meczem.
Tyle zamieszania sprawiły swoją victorią tarnowskie Jaskółki.
Tymczasem "łowcy skalpów", czyli: Sienkiewicz, Żywiec, który przebojem wdarł się do podstawowego składu, Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa /w czasie meczu zastąpił go Spodzieja/, Rusinek, Dubiel i Gosek, świadomi swej wartości, spali spokojnym snem.
Do Krosna jechaliśmy po co najmniej jeden punkt.

Psychika. Przez nią przegrywali nawet najlepiej fizycznie przygotowani do zawodów. Były trener reprezentacji Polski - Jacek Gmoch, w psychice upatrywał bodajże aż ok. 70 % końcowego sukcesu. Meczu nie można wygrać przed meczem, chyba że ma się znajomości w pobliskim zakładzie fryzjerskim. Ale w szatni można mecz przegrać. Nie wierzący w siebie zespół przegra. No chyba, że trafi na jeszcze bardziej niewierzących rywali, by nie rzec na sportowych ateistów.
W Tarnowie liczono, że Krosno wypali się pod wpływem wyniku z Calisią.
Zastanawiano się, ile i jakie plagi przygotowali Uniści na to spotkanie.
Przygotowali napewno jedną: deszcz. Zwłaszcza przed meczem przeszła nawałnica, boisko było śliskie.
Unia dobrze czuła się na takiej nawierzchni. Od początku nasi napastnicy dali sygnał do ataku. Uzyskaliśmy przewagę w polu.
Już w 5 minucie poderwaliśmy się z siedzeń. Atakowany przez obrońców Dubiel oddaje ostry strzał, piłka mknie po mokrej murawie, bramkarz Kilar nie próbuje jej nawet zatrzymać, natomiast udaje mu się ją wyekspediować na róg !. Gdyby padła bramka, prawdopodobnie nikt nie miałby do niego pretensji.  Rzut rożny zostaje wykonany perfekcyjnie, drogi piłki i wyskakującego w powietrze Rusinka przecinają się, nasz napastnik wykonuje charakterystyczny ruch głową, idealnie trafia w piłkę, ale i tym razem intencje strzelającego wyczuwa Kilar, który fantastycznie broni ten groźny, oddany z niewielkiej odległości strzał !!!. Kilar jeszcze nie raz będzie wychodził obronną ręką z najgorszych opresji !.
To już nie spekulacje, ale boiskowa rzeczywistość - Krosno ma jakby blokadę psychiczną, skupia się głównie na paraliżowaniu naszych poczynań. Chyba jak ognia boją się szybkiej utraty gola. Z drugiej strony Unia nie boi się atakować, mamy więc przewagę.
Po ładnych zwodach mocnym dośrodkowaniem popisuje się Witek, ale piłka dostaje przyspieszenia na mokrej murawie i wyciągnięty Rusinek nie może jej dosięgnąć. Po chwili na strzał decyduje się Dubiel, robi to z pierwszego uderzenia, bez uprzedniego przyjęcia piłki posłanej mu przez Nowaka. Wydaje się, że uderzenie nie jest czyste, piłka lekko schodzi z buta, ale jednak leci w światło bramki !!!. Kilar na raty, ale jednak dopada piłki, przykrywa ją ciałem i nadbiegający Rusinek nie ma już tam czego szukać.
Są więc akcje, ale na horyzoncie nie pojawia się ani chmara komarów, ani zapowiadany grad, ani żaby, czy inne plagi. Krosno nabiera odwagi i gdzieś tak po upływie kwadransa wychyla nos poza swoją połówkę. 
Od razu pokazuje swój potencjał, piłkę uderza w pełnym biegu znany nam już z wcześniejszych konfrontacji tych drużyn Skowronek, ale piłka mknie minimalnie obok słupka na aut bramkowy. Krośnianie zacierają ręce, Skowronek zaczął się "wstrzeliwać" w bramkę, więc może nie będzie źle.
W 29 minucie Skowronek pędzi z piłką na naszą bramkę, ale gdzieś ją gubi po drodze, piłkę przejmuje biegnący za nim Nowosielski, nie odgrywa futbolówki do partnera, który już jest gotowy do kontynuowania akcji. Nowosielski sam podejmuje ryzyko, atakuje bramkę Unii, ta akcja przez zmianę rytmu, przez nagłe pojawienie się Nowosielskiego nieco zaskakuje naszą obronę. Faulujemy Nowosielskiego i to niestety w polu karnym !!!.
Rzut karny !!!. Po chwili radość wśród miejscowych - Kloc okazuje się być pewnym egzekutorem !. 1:0 dla Krosna - Tarnów odczarowany, nawet gdyby na nieboskłonie pojawił się anioł z gorejącym mieczem, w tym momencie nikt by już w niego nie uwierzył. Psychika. Czar prysł. 7:0 to już historia !.
Jaskółki nie mogą już wierzyć w magię, ale na szczęście cały czas wierzą w siebie.
Nie załamujemy rąk, piłkarze przystępują do odrabiania strat.
W 43 minucie Kotwa bierze na swoje barki odpowiedzialność za wynik meczu. Decyduje się na mocny strzał, mokra piłka nie słucha Kilara, jego pogoń za odbitą przez niego piłką nie kończy się sukcesem, szybszy jest zawodnik Unii, to on jako pierwszy dostawia nogę do futbolówki, podnosi ją /piłkę, nie nogę/, do góry mocnym podbiciem, ale Kilar wykazuje się fenomenalnym refleksem, odbija piłkę nad poprzeczkę !. Kilar okazuje się killerem dla akcji Unistów. Pierwsza połowa kończy się prowadzeniem Krosna 1:0. Kierownik MZKS Krosno szybko biegnie do telefonu: "Hallo, apteka ? - zabierajcie te swoje leki, dzisiaj nie będą potrzebne !". Do pobliskiej restauracji o charakterystycznej dla tamtych czasów nazwie "Stylowa", "Swojska" czy też "Czar Krosna" nie może się dodzwonić, no cóż, stoliki zamówi później.
Jak pokonać Kilara  ?- to dylemat Unii !. Tymczasem z głośników, ustawionych pod szatnią Jaskółek, gospodarze puszczają utwory kompozytora Wojciecha Kilara: "Sonata na róg i fortepian", jako nawiązanie do rzutów rożnych, Symfonię nr 1 /pierwszy gol/ i nr 2 /kolejne bramki/. Pewnie by też puścili "Victorię" na chór mieszany, orkiestrę i barytony piłkarzy MZKS Krosno /chyba coś pokręciłem w nazwie, zdaje się, że w oryginale nie ma chóru mieszanego/, ale to melodia przyszłości, ten utwór powstał znacznie później. Wiadomo -wojna psychologiczna trwa !.

Druga połowa: Trener Karol Bielecki wiedział co robić. Z uszu zawodników wystają waciki /nie było stopperów/, a wszystko po to, by drużyna, niczym Odys nie słyszący śpiewu wabiących go w otchłanie syren, pozostała głucha na drugą Symfonię Kilara. Nie będzie straty drugiego gola, drużyna swoją postawą pokazuje, że jest tego pewna !.
Zespół został znakomicie zmotywowany. Unia przystąpiła do ataku, ale co ważniejsze, zaczęła sążniście ostrzeliwać  Kilara /tego od bronienia, nie od symfonii/. 
Różnie kończyły się się te próby. Uderza Rusinek, piłka leci nad okienkiem. Przymierza główką Witek, piłka odbija się od głowy obrońcy, wychodzi na rzut rożny. Strzela z dystansu Gosek, prosto w ręce Kilara.
W 51 minucie do bezpańskiej piłki dochodzi Spodzieja. Decyduje się na natychmiastowy strzał, nie daje Kilarowi czasu na koncentrację. Ten widzi poczynania naszego gracza i zdaje się śledzić lot piłki. Uderzenie, aczkolwiek celne, to jednak nie wygląda na "zabójcze". Czasem tak bywa, że jak bramkarz nie ma zbyt wiele czasu na myślenie i broni instynktownie, to wychodzi obronną ręką z najcięższych opresji, a gdy ma przynajmniej ułamki sekund na podjęcie decyzji, to zaczyna kombinować. I tak było moim zdaniem w tej sytuacji. Najpierw Kilar, widząc piłkę bez "właściciela" rozluźnił się, potem zaczął kombinować jak wyłapać piłkę. Pogubił się dokumentnie, zamiast partytury i dyrygenckiego smyczka, chwycił siedzącą obok niego wiolonczelistkę, zamiast zacząć symfonię, zaczął requiem d -moll /KV 626/ Mozarta, które jak wiadomo nie zostało dokończone.
I taka była obrona Kilara - pełna pomyłek i niedokończona !. Kilar prawdopodobnie mógł skutecznie obronić strzał rękami, ale "zakombinował" i postanowił wybronić go nogami !. Piłka wpadła do siatki ! Goool !!!.
Unia doprowadza do remisu 1:1 !!!.

Obraz gry nie ulega zmianie, Unia przeważa, dużo strzela.
Krosno nie stać na odwrócenie biegu zdarzeń. Ale i oni stwarzają niespodziewanie dogodną, strzelecką sytuację. 
W 69 minucie gospodarze wykonują rzut wolny. Jego egzekutorem jest Matelowski. I ta piłka nie wygląda na "zabójczą", ale Sienkiewiczowi wypadł wacik z lewego ucha, słyszy II Symfonię i z kolei on zamiast smyczka łapie ręką za gardło oboistę, który omal nie zachłystuje się podwójnym trzcinowym stroikiem. Myślę, że oddałem to, co wówczas czułem, widząc jak piłka wymyka się z rąk Sienkiewicza i jak nie nadąża on z jej wyłapaniem !. Dosłownie czułem, jak coś chwyciło mnie za gardło. Oto dlaczego nigdy nie zostałem oboistą - winnym zubożenia  orkiestry symfonicznej jest Sienkiewicz !. Naprawdę - ile razy brałem do ust obój, to widziałem Sienkiewicza bezskutecznie goniącego w Krośnie wypuszczoną piłkę !.
Obok piłki wypuszczonej przez Sienkiewicza znajduje się napastnik Krosna, ale ustawiony nieco bokiem, na szczęście nie jest w stanie jej zagarnąć. I gdy wydaje się, że za chwilę wszystko może się zawalić,  do piłki dopada Kuciewicz, znakomite zachowanie, wreszcie jest ktoś, kto się nie myli, dalekie, oswabadzające wybicie futbolówki na boczny aut. Jesteśmy uratowani !.
Unia nie zmienia sposobu rozgrywania meczu. Nadal dużo strzelamy. Po ciekawym dryblingu Spodzieja wrzuca piłkę na wolne pole do Rusinka, ten rusza w odpowiednim momencie, nie zostaje złapany na spalonym, ale kiedy składa się do strzału, ryzykanckim wślizgiem  od tyłu, obrońca Krosna pozbawia go szansy na gola.
Chwilę potem z dystansu ostro strzela Witek, ale tym razem Kilar jest bezbłędny - pewnie łapie piłkę.
Niewiele czasu mija, a jesteśmy świadkami płynnej, kombinacyjnej akcji, zakończonej strzałem z linii pola karnego, oddanym przez Dubiela. Piłka nie jest może zbyt mocno uderzona, ale zmierza pod poprzeczkę !. Sytuację wyjaśnia jednak równie piękna robinsonada Kilara. Gdyby MZKS Krosno miało w bramce innego, tylko nieco gorzej dysponowanego golkipera, to wówczas Unia wywiozłaby z Krosna i dwa punkty i więcej niż jedną strzeloną bramkę.
Ale Kilar był i do końca meczu nie popełnił już błędu. Nie popełniła go również i obrona Unii z wyróżniającym się Mazurkiem na czele i spotkanie zakończyło się remisem 1:1 /0:1/ !.
Krosno stało wyżej w tabeli, więc końcowy wynik był więcej, niż przyzwoity - no cóż, nie codzień strzela się rywalom po 7 goli !. I wszystko by "grało", gdyby nie moja złamana kariera symfonika.

Wyniki:
Sensacja we Wrocławiu. Walczący o ekstraklasę Śląsk został pokonany na własnym boisku przez sponiewieraną przez Unię Calisię 1:2 !. Jedyne wytłumaczenie: 13 kolejka !.
Inne rezultaty: Olimpia - Stal 2:0, Arkonia - Gwardia 2:1, Polonia - Piast 0:3, Lublinianka - Garbarnia 0:2, Wawel - Pogoń 0:0, Arka - Racibórz 2:3, Naprzód - Bałtyk 1:0.

TABELA II LIGI, SEZON 1961 - 13 KOLEJKA:

1/ - 2/ Arkonia i Gwardia po 19 pkt;
3/ Unia Racibórz - 18 pkt;
4-6/ Pogoń, Śląsk i Wawel po 16 pkt;
7/ Naprzód - 15 pkt;
8/ MZKS Krosno - 14 pkt;
9 - 10/ Garbarnia i Stal - po 13 pkt;
11-12/ UNIA TARNÓW i Bałtyk - po 12 pkt;
13-14/ Arka i Piast - po 11 pkt;
15/ Calisia - 10 pkt;
16/ Polonia Warszawa - 8 pkt;
17/ Lublinianka - 6 pkt;
18/ Olimpia - 5 pkt.
 
Wracający do Tarnowa piłkarze byli zapewne zadowoleni z osiagniętego w Krośnie wyniku.
Ponad gwar przebił sie głos jednego z nich: "Ale ładnych dziewczyn to oni nie mają. Widzieliście te sprzątaczkę, która przyszła ze ścierą w przerwie ? Toż ona chłopa przypominała, te sękate i owłosione ręce !...." Piłkarze pokiwali głowami ze współczuciem nad dolą kolegów z Krosna.
Ale po chwili, niczym poseł, powrócił dobry nastrój. Wszyscy byli ciekawi, jak smakować będą pozostawione w szatni przez życzliwych gospodarzy dorodne grzybki. Dorodne, bo jak zapewniała sprzątaczka, prosto z bieszczadzkich połonin. Zbierane przez nią i jej kolegów, eee, to znaczy koleżanki. Szkoda, że nie popróbowali ich przed meczem, a przecież wszystko było - i kocioł i i zapałki przyniesione przez usłużną sprzątaczkę. Ładna to może i nie była, ale za to jaka chętna do pomocy !.

Kolejnym rywalem Unii miała być Lublinianka, która od 9 kolejki nie zdobyła nawet 1 punktu. I jak tu nie być w dobrym nastroju ?!.

Rozgrywki w A - klasie.
Tutaj nie było podstaw do dobrego samopoczucia. Nie pomogłyby nawet grzybki z połonin. W 21 kolejce Jaskółki przegrały w Bocheńskim 1:3 /1:1/.
Unia zamykała ligową tabelę wraz ze Szarowem.

KADRA ORLĄT KRAKOWA - REPREZENTACJA KRAKOWSKIEJ LIGII OKRĘGOWEJ.

W tym stojącym na dobrym poziomie sparingu padł remis 2:2 /1:0/, a interesuje nas on z tego względu, że z dobrej strony zaprezentował się w nim A. Kotwa z Unii.
W składzie wypatrzyć można było również Hausnera.
Ale to nie Oni zdobyli gole. Te uzyskali znany nam już Kowalik z Cracovii i Kmiecik z Wisły. Oczywiście nie był to legendarny Kazimierz Kmiecik, jego czas miał dopiero nadejść, cdn ...



12 CZĘŚĆ - HISTORIA UNII TARNÓW; WSPOMNIENIA - SEKCJA PIŁKI NOŻNEJ. 2011-05-17
SEZON 1961 r., II LIGA - 5 kolejka;
GARBARNIA KRAKÓW - UNIA TARNÓW.

Unia zagrała w składzie: Sienkiewicz - Tyliszczak, Mazurek, Kuciewicz - Guzy, Nowak - Witek, Eugeniusz Żywiec /Stós/, Rusinek, Kotwa, Spodzieja, czyli systemem 3-2-5, lub bardziej precyzyjnie 3-2-2-3.
W przełożeniu na wydarzenia boiskowe nie oznaczało to przewagi Unii. Najbardziej zapracowanym piłkarzem Jaskółek dosyć szybko okazał się bowiem nasz bramkarz.
Z kolei nalepszym piłkarzem na murawie był wszędobylski i bardzo dobrze dysponowany Browarski z Garbarnii. Chwilami miało się wrażenie, że oto mamy pojedynek Sienkiewicz - Browarski.
Już w 8 minucie spotkania Browarski wykonując rzut wolny z odległości ok. 25 m pokazał, że i Garbarnia ma swojego Mazurka. Strzał był bardzo mocny i rozpaczliwa robinsonada Sienkiewicza na nic by się nie zdała, gdyby w sukurs nie przyszła mu poprzeczka !. Piłka po odbiciu od poprzeczki na szczęście nie wylądowała przed graczami Garbarnii, bo nasze szyki obronne w tym momencie nie były spójne i zablokowanie uderzenia z najbliższej odległości mogło sprawić im kłopot.
Ale to było tylko interludium, niewielka wstawka, jako że Browarski dopiero się rozgrzewał do pełnego pokazu swoich możliwości.
W 13 minucie Browarski w naszym polu karnym wykazuje się świetnym przeglądem sytuacji i sprytnym, technicznym uderzeniem posyła piłkę do Karpiela. Ten jest chyba w stanie kontemplowania pięknego zagrania swojego kolegi, a ze stanu zadumy i zauroczenia wyrywa go dopiero gwizd kibiców - jak on mógł przestrzelić w tak dogodnej sytuacji ?!. Piłka uderzona z kilku metrów, również o kilka metrów mija słupek bramki !.
Browarski kiwa głową z wyraźną dezaprobatą, pewnie już nikomu nie będzie podawał piłki w tym meczu. Niestety, ale to było mylne wrażenie, Browarski podawał piłkę do partnerów, a jeden raz to ją tak podał, że pamiętam o tym podaniu do dziś.
W 17 minucie kolejną świetną okazję dla Garbarnii marnuje Jasiówka. I on także posyła piłkę obok słupka bramki !. Mamy szczęście, dużo szczęścia.
W 22 minucie dochodzi do nieporozumienia pomiędzy Mazurkiem, a Kuciewiczem i bramkarzem, w wyniku którego piłka wędruje do nóg Karpiela. Na szczęście dla nas, Karpiel jest w tym dniu w stanie permanentnej kontemplacji
i w tym stanie po raz kolejny, jakby o ułamek sekundy spóźnia się z oddaniem strzału do opuszczonej również i przez Sienkiewicza bramki. Jednak widząc, jak piłka nieuchronnie zmierza do pustej bramki, Karpiel już witał się z gąską, gdy tymczasem przyszło mu się przywitać z ... Mazurkiem. Mazurek w roli gąski wypadł znakomicie !. Zdążył się sprawnie pozbierać po niefortunnym zagraniu i dosłownie w ostatnim ułamku sekundy wybił piłkę, gdy ta już stykała się z linią bramkową !!!.
W kolejnej minucie meczu Mazurek przedzierzgnął się z gąski w postać rozjuszonego byka z hiszpańskiej corridy. Wziął na rogi jednego z graczy gospodarzy, bodajże kontemplującego Karpiela , ręką przejechał po matadorze /czytaj piłce/ i głośne " O le !!!" poniosło po Ludwinowie.
"Ole !!!" ile sił w płucach zakrzyknął też sędzia Śliwa z Wrocławia i wskazał na jedenasty metr przed bramką Unii. Rzut karny !!!. Kibice Jaskółek szybko wrócili z gorącej Hiszpanii na stadion Garbarnii.
Któż w tym dniu mógł wykonywać rzut karny ?! - wiadomo, tylko Browarski, zresztą tego dopominała się krakowska publiczność.
Jest 23 minuta meczu. Browarski staje naprzeciw Sienkiewicza. Zadziwiająco krótki rozbieg, lekkie uderzenie piłki, jakie tam uderzenie, ledwie jej pacnięcie !!!. szok na trybunach !!!. Ta piłka nie tylko że nie doleci do Sienkiewicza, nie ma na to żadnych szans, ale za chwilę stanie po przetoczeniu się przez odcinek kilku metrów !. Co się stało ? - zasłabł, zaraził się od Karpiela i popadł w melancholię, źle trafił w piłkę, machnął się ?!!!!. Nieważne, kolonia kibiców Unii szaleje. Jeden z nich wali się na mnie całym ciężarem swego ciała, coś wrzeszczy, cieszy się, zasłania widok, tak że tylko jednym okiem widzę co się dzieje dalej.
A dzieje się i to dużo. Zaskoczeni piłkarze Unii stoją jak wryci, a tymczasem w pole karne płynnie wpada Jasiówka dobiega do futbolówki i z najbliższej odległości pakuje ją do siatki bramki obok równie zaskoczonego Sienkiewicza. W ułamku sekundy staje się jasnym /przynajmniej dla niektórych/, że wszystko było ukartowane i dokładnie zaplanowane. Staliśmy się świadkami rzutu karnego wykonanego na "raty", jak najbardziej dozwolonego przez przepisy !
 Browarski i Jasiówka, wspaniali wykonawcy tego rzadkiego sposobu egzekwowania rzutu karnego nie posiadają się ze szczęścia. Nawet kibice Garbarnii nie byli pewni, czy sędzia zaliczy bramkę !. Oczywiście zaliczył i Garbarnia w tak niecodziennych okolicznościach objęła
prowadzenie 1:0.
Trzeba uczciwie przyznać się, że nie wszyscy fani Jaskółek wiedzieli, że i w taki sposób można wykonywać rzut karny !. W obozie kibiców Unii nastąpił rozłam - jedni mówili, że wszystko jest w porządku, nawet niektórzy przypominali sobie, że tak gola zdobył m.in. znakomity technicznie piłkarz Polonii Bytom - Jasiu Liberda, inni wyli, że sędzia nas "wymiśkował". Jeden z fanów Jaskółek, człek wyglądający na poważnego i nobliwego, tak dalece się zagolopował, że wyrzucił na murawę swoje okulary, dla sędziego, żeby lepiej widział w jaki sposób "Brązowi" strzelają bramki. Okulary już nie wróciły do właściciela; musiał nosić niemało dioptrii, bo do końca meczu musiano mu bez przerwy komentować, niczym w relacji radiowej, co się dzieje na boisku.
Zauważalne zmiany zaszły też i u Pana Janka. Po meczu przez wiele miesięcy studiował broszurę z przepisami piłki nożnej, by obalić decyzję arbitra. Było to wielkie poświęcenie z Jego strony, jako że na codzień miał inne hobby, niż czytanie książek. Ale czegóż nie robiło się dla Unii !.
I tak przenosząc się nieco w czasie - kiedy siedziałem kilkadziesiąt lat później na stadionie Jezioraka w Iławie podczas pamiętnego barażu o II ligę, tak sobie myślałem - czemuż to nikt z ławki trenerskiej nie podsunie naszym graczom pomysłu na wykonanie rzutu karnego na "raty" - toż by to było zaskoczenie dla rywali i może przerwałoby pasmo nieudolności naszych graczy w ich egzekwowaniu. A jaka byłaby to zagwozdka dla "mądrych w piśmie"; wszak przepisy nie wykluczają karnych "na raty" po dogrywce, ale z drugiej strony mają je wtedy wykonywać tylko wyznaczeni gracze. Przydałby się tu Pan Janek, znawca tematu, który tak z pół roku po meczu z Garbarnią, z obolałą miną, cicho i w wąskim gronie świadków, zrezygnowany stwierdził: "Śliwa miał rację, był gol !".
W tym momencie PZPN mógł spokojnie zaliczyć gola.
Tymczasem na Garbarnii trwał festiwal Browarskiego.
W 41 minucie, w okolicach pola karnego otrzymał celne podanie od Cholewy, przymierzył z 18 metrów i posłuszna mu piłka wpadła w sam róg naszej bramki !. Browarski podwyższył rezultat na 2:0 dla Garbarnii !. Częściową winę za tego gola ponoszą nasi piłkarze, którzy widząc świetną dyspozycję  Browarskiego, nie wyciągnęli z tego wniosków i pozostawili mu nazbyt dużo swobody.
W drugiej połowie Garbarnii było trudniej rozwijać ataki, grała bowiem pod wiatr. Unia wykorzystała panujące warunki i lepiej prezentowała się, niż do przerwy.
Poczuwający się do utraty gola Mazurek, w 51 minucie oddał piekielnie mocny strzał na bramkę gospodarzy, ale bramkarz umiejętnie sparował piłkę w bok boiska, zażegnując niebezpieczeństwo.
W 54 minucie niesygnalizowanym strzałem popisał się Spodzieja, zasłonięty bramkarz nawet nie interweniował, ale nie pociągnęło to za sobą negatywnych następstw - piłka przemknęła obok słupka.
Do końca spotkania to głównie Spodzieja przypominał gospodarzom, że mecz się jeszcze nie zakończył. W 76 minucie gry popisał się celnym strzałem z woleja, ale i tym razem piłka nie poszła w światło bramki, lecz minimalnie nad poprzeczką.
Jeszcze w samej końcówce bramkarz Kierdaj, po ostrym strzale Spodzieji z narożnika pola karnego musiał się napracować, by odbić piłkę w pole, ale w tym meczu Garbarnii już nikt nie zrobił krzywdy.
"Brązowi" wygrali w sumie zasłużenie 2:0, a ich karny przeszedł do legendy tego klubu i przy okazji do historii tarnowskiej Unii.

Wyniki 5 kolejki:
Nadal zadziwiało Krosno, które wygrało w Poznaniu z Olimpią 2:1 i wartości zwycięstwu nie odbierał fakt słabej postawy Olimpii w tych rozgrywkach. Świetną dyspozycję potwierdziła Arkonia wygrywając w Piaście 2:1. Stal Rzeszów postawiła się Śląskowi i zremisowała z nim 0:0. Od dna odbijały się: Arka, która pokonała Calisię 2:0 i Polonia Warszawa, która wygrała z Bałtykiem 1:0. Poza tym Lublinianka wygrała z Wawelem 1:0, Unia Racibórz z Naprzodem 3:1, a Pogoń Szczecin z Gwardią Warszawa 2:0.

TABELA II LIGI, SEZON 1961 r, 5 KOLEJKA:
1/ Arkonia Szczecin - 10 pkt;
2/ - 3/ MZKS Krosno i Śląsk Wrocław - po 9 pkt;
4/- 7/ Unia Racibórz, Gwardia, Naprzód i Pogoń - po 6 pkt;
8/ - 10/ Stal, Lublinianka i Wawel - po 5 pkt;
11/-13/ UNIA TARNÓW, Garbarnia i Calisia - po 4 pkt;
14/ -16/ Arka, Bałtyk i Polonia Warszawa - po 3 pkt;
17/ Piast - 2 pkt;
18/ Olimpia - 0 pkt.
Krystalizowała sie czołówka, na dole był ścisk nie do opisania.
Sytuacja Jaskółek stawała sie trudna, tym bardziej że czekał nas kolejny wyjazdowy mecz do Wawelu Kraków !.
W 1961r. do ekstraklasy awansowały 2 zespoły, ale aż 4 spadały do III ligi !. Cel był więc jasny: Unia musiała powalczyć w Krakowie przynajmniej o 1 punkt !.

MISTRZOSTWA EUROPY JUNIORÓW 
W PORTUGALII.

Mecz z Wawelem chwilowo zszedł na plan dalszy, ponieważ piękne chwile przeżywała polska piłka nożna w wydaniu juniorów.
Jej startem w odpowiedniku dzisiejszych Mistrzostw Europy interesowano się także i w Tarnowie, i to z oczywistego powodu. W Biało - Czerwonych barwach występował bowiem grający nie tak dawno w Unii - Krzysztof Hausner.
W grupie eliminacyjnej Polakom nie dawano nazbyt wielu szans, a tu miła niespodzianka. Polska pozostawiła w pokonanym polu Francję i Grecję, przy czym Francuzi legli w tym polu na dłużej - Polska wygrała z nimi 4:1 !. Podobno po meczu oszołomieni "Trójkolorowi" coś majaczyli o jakimś Waterloo, dokładnie nie wiem o co chodziło.
Hausner został wyróżniony jako prawy pomocnik.
W półfinale współczuto Polakom i gratulowano już awansu do finału naszym rywalom, a byli nimi młodzi piłkarze z Republiki Federalnej Niemiec. Nadzwyczajna mobilizacja i umiejętności naszych juniorów poniosły ich do kolejnej wygranej 2:1 !!!.
Niemcy częściowo powetowali sobie przegraną zdobyciem brązowego medalu, po zwycięstwie nad Hiszpanią 2:1.
W wielkim finale gospodarze imprezy, prezentując znakomitą technikę, nie dali naszym szans i wygrali 4:0 /2:0/.
W finale zagrał Hausner !. Srebrny medal był wielkim osiągnięciem ówczesnej polskiej piłki nożnej i zdawał się zapowiadać tłuste lata dla naszego futbolu.
Obok Hausnera grali tacy piłkarze, jak choćby znany nam już z meczów z Unią, napastnik Janusz Kowalik z Cracovii, również gracz "Pasów" /obrońca/ Rewilak, czy znakomity napastnik z Legii Warszawa Janusz Żmijewski. Trenerem zespołu był Władysław Stiasny.
Wielu kibiców Jaskółek czuło się tak, jakby to im zawieszono na piersi srebrny krążek.

A tu tymczasem należało zastanawiać się, czy w najbliższym meczu Unii, nasz kolejny rywal, czyli  Wawel Kraków, nie powiesi nam na szyi kamienia młyńskiego, który pociągnie nas w otmęty III ligi.

I tak z typowymi dla mojego wieku wahaniami nastroju - od euforii po Portugalii i z dołującymi prognozami przed Wawelem, udajmy się do Krakowa. Wcześniej jednak coś zażyję na "optymizm", bo "czarno" to widzę.

SEZON 1961; II LIGA, 6 KOLEJKA.
WAWEL KRAKÓW - UNIA TARNÓW.


Zapowiadał się mecz o podwójną stawkę. W szatni Wawelu wrzało. Kto przechodził obok niej przed meczem, ten musiał stanąć z
wrażenia. Niczym u Tolkiena padały komendy:
 "Nie okazujcie im łaski, bo i oni Wam jej nie okażą", czy też :" Jeńców nie bierzemy !". Wawel gotował się na piłkarski bój !.
 Sędzia Alberski z Radomia nie wykazał jednak pełnej wyrozumiałości dla wojskowego klubu. Przy okazji sprawdzania korków w butach piłkarzy Wawelu zarekwirował zawodnikom: 1 bazooki, 4 działa samobieżne, 2 miotacze ognia i 3 mapy sztabowe. Przeliczyłem to po latach jeszcze raz i wyszło mi "10", czyli jednak jednemu z graczy Wawelu udało się coś przemycić na płytę boiska. Pozbawiona broni jedenastka Wawelu nie wyglądała jednak na załamaną, ale też i jej siła nie tkwiła w tym orężu, lecz we własnych umiejętnościach !. To był solidny zespół, w którego składzie był i reprezentant Polski w kategorii młodzieżowców - Krzyżanowski i bardzo dobry technicznie Zapalski i utalentowany Jagielczuk, rodem z Tarnovii, któremu przed meczem z Unią jakby tego talentu przyrosło i Kwiatkowski, który godnie zastąpił Pajora w bramce, po jego odejściu do Hutnika i dobry Czarnecki, z którego prasa krakowska zrobiła Czerneckiego i długo jeszcze wymieniać. 
Ale i Jaskółki to nie były ułomki, chociaż z żalem przyjmowano nieobecność w składzie Dubiela, czy też Goska. Pogodzono się już natomiast z nieobecnością Palemby, którego starał się jak nalepiej zastępować Kuciewicz.
Pierwsza połowa rozpoczęła się pod znakiem większej aktywności Unistów. Z czasem okazało się, że nie był to tylko chwilowy zryw, ale stała tendencja.
Unia uzyskała przewagę w polu, stwarzała też groźne sytuacje podbramkowe. 
Pięknym uderzeniem z narożnika pola karnego popisał się Witek; piłka znalazła lukę pomiędzy obrońcami, ale kiedy pojawiła się przed zasłoniętym i z tej racji nieco zaskoczonym bramkarzem Kwiatkowskim, ten pokazał swój refleks i pewnie piłkę sparował w miejsce, gdzie nie było już napastników Unii.
We znaki obrońcom Wawelu dawał się też Rusinek, który nękał ich raz po raz udanymi akcjami. Swobodnie rozprowadzał piłkę, a i sam posłał spoza pola karnego "kozłującą" futbolówkę, którą jednak z maestrią wyłapał Kwiatkowski.
W 26 minucie, odważnie i solidnie grający Kotwa,Kwywołał  prawdziwą panikę wśród obrońców Wawelu.
Sprytnie odebrał futbolówkę jednemu z graczy gospodarzy, podciągnął  kilka metrów i w "podręcznikowy" sposób odegrał ją w uliczkę do Witka. Ten zachował zimną krew i znakomitym zwodem pozbył się asysty obrońcy Kołodziejczyka, wyczekał aż bramkarz Kwiatkowski padnie na murawę, minął go i nie zawiódł  też w finale tej filmowej akcji !!!. Celne uderzenie i piłka ląduje, po odbiciu się jeszcze od słupka,  w siatce bramki Wawelu !. Unia prowadzi 1: 0 !!!. To prowadzenie zostało wypracowane przez cały zespół i oddawało przebieg wydarzeń na boisku. Jedna z gazet krakowskich jako strzelca gola podała Nowaka, ale to była pomyłka, widać i dziennikarzowi zabrano przed meczem wojskową lornetę.
W 38 minucie jesteśmy świadkami kolejnego zdarzenia, które mogło wywrzeć wpływ na przebieg meczu. Znakomicie  spisujący się we wcześniejszej fazie spotkania, stanowiący siłę napędową Wawelu - Gryboś, odnosi kontuzję, która uniemożliwia mu kontynuowanie gry.
Zastępujący go Danielewski nie jest już tak groźny.
Pierwsza połowa kończy się naszym zasłużonym  prowadzeniem 1:0 !.
Po przerwie, nie mający już nic do stracenia Wawel, rusza do bardziej zdecydowanych ataków. Okazuje się w nich piekielnie niebezpieczny. Jaskółki próbują wybić gospodarzy z rytmu, zwalniają grę, grają przy tym bardzo ofiarnie i ambitnie.
Teraz to obrona Unii musi wykazać się wysoką formą. I wykazuje się !. Znakomicie broni Sienkiewicz, ale uczciwie należy dodać, że ta dzielna postawa całego zespołu, na nic by się nie zdała, gdyby Unia nie miała w tej części gry wyjątkowego szczęścia. 
Po pięknym uderzeniu piłki z linii pola karnego przez bodajże Szmatlocha, ta odbija się od poprzeczki. Szczęścia nie ma też Czarnecki, chociaż w tym wypadku przezornością i doświadczeniem wykazał się Mazurek. Oto w dużym zamieszaniu podbramkowym Jagielczuk oddaje mocny strzał, piłka omal co nie nokautuje Słysza, ale ten w ostatniej chwili schodzi z linii strzału, na nasze szczęście futbolówkę odbija Sienkiewicz !. Nie jest to jednak koniec akcji, albowiem piłkę przejmuje Czarnecki, który bez zastanowienia wali w nią z całej mocy, ta mija nasz blok obronny i ... trafia w głowę kapitalnie asekurującego bramkę stopera Unii. Za Mazurkiem była już tylko siatka naszej bramki !.
Obolały po zderzeniu z jednym z naszych graczy Czarnecki, który zresztą z tego powodu przez dłuższą chwilę musiał przychodzić do siebie poza linią autową, jeszcze ze dwa razy solidnie przymierzył w kierunku bramki Sienkiewicza, ale każdorazowo piłka przechodziła ponad poprzeczką, raz ją nawet lekko muskając.
Kiedy sędzia Alberski odgwizdywał koniec meczu, na tablicy wyników widniał pięknie się prezentujący wynik 1:0 dla gości !!!.
Wszyscy się cieszyli, łącznie ze Spodzieją, który po tym spotkaniu "zarobił" karę chyba 7 dni w zawieszeniu na pół roku za niebezpieczną grę.
6 tysięcy widzów było po meczu świadkami jeszcze jednego zdarzenia. Porządkowi znosili z bieżni nie tylko bazooki i działka samobieżne, ale i solidny kamień młyński, który piłkarze Unii sprytnie podrzucili Wawelowi.


WYNIKI 6 KOLEJKI:

Sypnęło niespodziankami. MZKS Krosno przegrało u siebie z Arką Gdynia 0:1 !. Arkonia zaledwie zremisowała z Unią Racibórz 0:0. I tylko Śląsk Wrocław nie zawiódł, wygrywając po wyrównanym meczu z Garbarnią 3:2. Najwyższe zwycięstwo odniosła Gwardia Warszawa nad Piastem, bo 3:0. Poza tym padły następujące wyniki:
Lublinianka - Olimpia 2:3, Bałtyk - Pogoń 2:0, Calisia - Polonia 1:0 i Naprzód - Stal 1:0.

TABELA PO 6 KOLEJKACH:
1-2/ ŚLĄSK Wrocław i ARKONIA Szczecin - po 11 pkt;
3/ Krosno - 9 pkt;
4/-5/ Gwardia i Naprzód - po 8 pkt;
6/ Unia Racibórz - 7 pkt;
7- 8 - 9/ UNIA TARNÓW, Pogoń i Calisia - po 6 pkt;
10 - 14/ Arka, Wawel, Lublinianka, Bałtyk i Stal - po 5 pkt;
15/ Garbarnia - 4 pkt;
16/ Polonia - 3 pkt;
17 - 18/ Piast i Olimpia - po 2 pkt.

Dla Jaskółek 7 kolejka zapowiadała się hitowo. Do Tarnowa zjeżdżała ekipa lidera rozgrywek, Śląska Wrocław !!!.

WYNIKI A - KLASY.
W cieniu II ligi nasze rezerwy ciułały punkty w A klasie. W kolejnych meczach odnotowano wyniki: Czarnochowice - Unia Tarnów I b 1:1 /0:0/, Unia - Raba 3:3 /1:1/, Bronowianka - Unia 4:1, gola zdobył Gosek, Unia Niedomice - Unia Tarnów I b 2:3 /0:2/ gole zdobyli Zachariasz, ponownie Gosek i ... Czekanowski, który najwyraźniej w związku z dobrą formą Sienkiewicza, postanowił kuchennymi drzwiami przebić się do podstawowego składu, jako łowca goli. Sztuka się nie udała i Pan Władysław pozostał w naszej pamięci jedynie jako bramkarz. W małych derbach Tarnowa Unia - Metal 1:1 /1:0/. Ponownie na listę strzelców wpisał się Gosek i jego pukanie do podstawowego składu zostało zauważone. Już wkrótce Gosek miał wrócić na dłużej do pierwszej jedenastki.

SEZON 1961; II LIGA, 7 KOLEJKA.
UNIA TARNÓW - ŚLĄSK WROCŁAW.



Unia przy Śląsku prezentowała się niczym staruszka. Goście zawiązali się bowiem pod nazwą Śląska dopiero w 1947 r.
Śląsk mógł się jednak pochwalić kibicami w Przemyślu, Krakowie i ... pewnie w Riazaniu /ZSRR/.
W Riazaniu zawiązała się bowiem Oficerska Szkoła Piechoty, którą później przeniesiono do Krakowa, a następnie do Wrocławia i jej adepci powołali do życia klub sportowy "Podchorążak".
Z kolei w Przemyślu zorganizowano Oficerską Szkołę Saperów, która także postawiła na rozwój sportu w klubie, którego nazwy pewnie trudno będzie się Wam domyślić. Klub nazywał się "Saper".
"Sapera" wraz ze szkołą też przeniesiono do Wrocławia.
Tam doszło do zaślubin. "Podchorążak" i "Saper" mieli się bowiem ku sobie i zapałali wzajemną miłością. Jak widać, obaj byli rodzaju męskiego, więc i ich związek był pewnie trzymany w tajemnicy, na tyle dużej, że do dnia dzisiejszego fani Śląska nie znają dokładnej daty połączenia się "Podchorążaka" i "Sapera". Ze związku tego zrodził się także w nieznanej dacie "Śląsk" Riazań - Przemyśl - Kraków, dla uproszczenia zwany Śląskiem Wrocław.
Już zamierzałem pisać o babkach i dziadkach z drzewa genealogicznego Śląska, ale nie zdążę się z tym uporać, gdyż na płycie stadionu Unii pojawiają się pierwsze Jaskółki. Niech mi to bedzie wybaczone, zainteresowanych zapraszam na priva.

Unia zagrała w składzie: Sienkiewicz, Tyliszczak, Mazurek,Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel i Spodzieja.

Oba zespoły darzyły się szacunkiem i to było widać od pierwszych minut meczu. Oba czuły przed sobą coś w rodzaju respektu. Jako pierwsi pozbyli się go Uniści. Nie mieli zresztą wyjścia, jako że byli pchani do przodu przez dopingujących ich kibiców, w liczbie 6 tysięcy i ... mocny  wiatr, który był naszym sprzymierzeńcem w pierwszej połowie.
Jego siłę próbował już na początku meczu wykorzystać Nowak, który przymierzył z odległości ok. 30 m, ale piłkę poniosło tuż nad poprzeczką.
W ogóle Unia miała jakby tendencję wzrostową w tym meczu, z tym że nie tyczyła ona formy, ale poziomu rozgrywania piłki. Jaskółki grały dużo półwysokimi i wysokimi podaniami, co przy wspomnianym wietrze, rozsądnym pomysłem nie było. Uprzedzając pytanie Kolegi Kibica z plant, ile wynosi według mnie "półwysokie podanie", uprzejmie informuję, że według moich pomiarów na Unii wynosi ono 55,3 cm, a na Tovii 2 metry i 59 cm.
Także szacunek dla rywali nie pozwalał Jaskółkom na pełne rozwinięcie skrzydeł, gra była bowiem forsowana głównie środkiem boiska.
W akcjach Unii brakowało również elementu zaskoczenia, więc i siarczystych sytuacji podbramkowych nie było za wiele. Kibice jednak nie narzekali, Jaskółki kontrolowały sytuację na boisku i miały przewagę.
Z ciekawszych sytuacji zapamiętałem podanie Kotwy w uliczkę /czyżby się w tym specjalizował ?/, mocny wiatr nadał piłce przypieszenia i Witek do niej nie zdążył, ale jak spod ziemi wyrósł Rusinek, zakręcił obroną w polu karnym, mocno uderzył, ale bramkarz Janek przeniósł piłkę ponad poprzeczką.
Ładną główką popisał się Guzy, ale i tym razem bramkarz Śląska był na posterunku, od razu było widać, że wywodził się z wojskowego klubu.
Także płaski strzał Kotwy nie wyrządził Śląskowi krzywdy, piłka przeszła minimalnie obok słupka.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 0:0, co przy lepszej postawie Unistów i fakcie, że mierzyli się oni z liderem rozgrywek zostało pozytywnie odebrane przez fanów.
Tak naprawdę Śląsk po raz pierwszy pokazał sie jako groźny i godny miana lidera zespół dopiero w 58 minucie gry.
Kapitalnym strzałem z linii pola karnego popisał się Czok. Wspierający teraz gości wiatr nadał piłce jeszcze większą moc, lecz na nasze szczęście nie nadał strzałowi wystarczającej precyzji. Piłka odbiła się "od skraja" poprzeczki, blisko jej wewnętrznej części i ... wyszła w pole. Sędzia nie dopatrzył się gola i pewnie go nie było, chociaż milimetry zadecydowały o utrzymaniu wyniku remisowego.
Kontra Unii była natychmiastowa !. Wreszcie szybsza akcja, piłka błyskawicznie, zaledwie dwoma - trzema podaniami, została przerzucona na przedpole gości i niespodziewanie zakotłowało pod bramką Śląska !,
Chyba Guzy idealnie obsłużył Rusinka, ten miał przed sobą już tylko bramkarza i bez chwili zwłoki, wewnętrznym podbiciem,  posłał piłkę obok niego do siatki !.
1:0 dla Unii ! - to była recepta na Śląsk, szkoda, że trener Jaskółek nie wypisał w tym dniu większej ilości takich recept.
Sędzia odgwizdał gola i w tym momencie zaczęło się kotłować z kolei przy linii autowej, na wysokości bramki Śląska. Złośliwi twierdzili, że dopiero wtedy dotarł tam spóźniony sędzia liniowy, który nagle postanowił przypomnieć o swoim istnieniu. Zaczął rozpaczliwie machać chorągiewką i przywoływać głównego arbitra. Tylko ogrodzenie i opanowanie kibiców Unii sprawiło, że na jego ręce nie zawisło z tuzin fanów Jaskółek, którzy najchętniej oblepili by w tym momencie rękę sędziego, by tylko ściągnąć ją w dół. Sędzia  najwyraźniej nie przejawiał dobrych zamiarów wobec piłkarzy Unii. Burzliwa konsultacja sędziego głównego z bocznym, kończy się ... anulowaniem poprzedniej decyzji o uznaniu gola !. Sędzia nie wskazuje już na środek boiska, lecz przyznaje Śląskowi rzut wolny - Rusinek zdaniem bocznego był na spalonym !!!. Jest nadal 0:0 !!!. Wielka szkoda, bo wielka sensacja wisiała w powietrzu, a Unia jak najbardziej z przebiegu gry zasłużyła przynajmniej na tak skromne prowadzenie !.
Czy był spalony ?. Już wtedy byłem takim fanem Unii, że oczywiście uważałem, że zawodnicy Jaskółek nigdy nie bywają na spalonych, ale poważnie rzecz ujmując, spotkałem się po meczu z głosami, że jeśli był spalony to był minimalny. Czyli mówiąc wprost: pewnie i spalony był.
Śląsk, który nie wykazał na boisku przepaści, jaka miała dzielić lidera od zespołu z niższych miejsc, zaczął grać po tej sytuacji ostro, a chwilami wręcz brutalnie.Ofiarą poczynań gości padł między innymi wyróżniający się Kotwa, który nabawił się drobnego urazu.
Na koncówkę meczu więcej sił zachował lider, ale nasza obrona grała bez zarzutu, a jej filarami w tym dniu byli zwłaszcza Sienkiewicz, Mazurek i Kuciewicz.
Generalnie Śląsk, który przyjechał do Tarnowa po 1 punkt, swój plan minimum zrealizował. Spotkanie zakończyło się remisem 0:0. Kibice Unii też nie mogli narzekać - przed meczem taki wynik z będącym na fali rywalem, przyjęliby z pocałowaniem ręki !!!.

Po meczu w domowym zaciszu u praszczura i pana Janka zaczęła się inwentaryzacja. Szczególnie zainteresował mnie inwentarz sąsiada. Motocykl Pana Janka, w razie czego, miał przypaść mnie po osiągnięciu pełnoletności  !!!. Obraz z jeleniami na rykowisku i makatki z pięknymi, ręcznymi dzierganiami w stylu "Dobra gospodyni aż w kuchni dymi" oraz "Najlepsza warza, co w gębę parza", miały pójść do chrzestnej Pana  Janka - Barbary.
To oznaczało tylko jedno: w następnej kolejce jechaliśmy do Lipin !, ciąg dalszy nastąpi, czyli nie było tak źle.

WYNIKI 7 KOLEJKI:
To była kolejka, w której gospodarze z rzadka tylko wygrywali. Sztuka ta udała się jedynie Arce /wygrana z Lublinianką 3:2/ i Pogoni /wygrana z Calisią 3:1/.
Oprócz meczu Unii, padły jeszcze 2 wyniki 0:0 /spotkania: Stal - Arkonia i Garbarnia - Naprzód/. Unia Racibórz zremisowała z Gwardią 2:2. W pozostałych meczach wygrali goście:
Wawel w Poznaniu 4:2, Krosno na Polonii 1:0 i Bałtyk w Piaście również 1:0.

TABELA PO 7 KOLEJKACH:

1 - 2/ Arkonia i Śląsk - po 12 pkt;
3/ Krosno - 11 pkt;
4 - 5/ Gwardia i Naprzód - 9 pkt;
6 - 7/ Pogoń i Unia Racibórz - po 8 pkt;
8 - 11/ UNIA TARNÓW, Wawel, Bałtyk i Arka - po 7 pkt;
12 - 13/ Calisia i Stal Rzeszów - po 6 pkt;
14 - 15/ Garbarnia i Lublinianka - po 5 pkt;
16/ Polonia Warszawa - 3 pkt;
17 - 18/ Piast i Olimpia - po 2 pkt.

MECZ TOWARZYSKI: REPREZENTACJA 
TARNOWA /UNIA/ -  REPREZENTACJA NOWEGO SĄCZA
/DUNAJEC/.


Przed meczem z Naprzodem, z okazji Święta 1 maja 1961 r., doszło do towarzyskiego meczu reprezentacji Tarnowa i Nowego Sącza. Faktycznie była to głównie Unia Tarnów, a z drugiej strony A - klasowy Dunajec.
II - ligowcy - o czym już wielokrotnie pisałem, do meczu i kolejnych rywali w sparingach, choćby najsłabszych, zawsze podchodzili poważnie i profesjonalnie. Nie inaczej było i tym razem. Unia pokazała, czym się różni II liga od klas niższych.
Końcowy wynik, aż 8:0 /4:0/ mówi wszystko i o przebiegu spotkania i o podejściu piłkarzy Unii do ich sportowych obowiązków i do własnych kibiców.

MECZ TOWARZYSKI JUNIORÓW UNIA - TARNOVIA.
O to, żeby majowe święto było prawdziwym świętem musieli jeszcze zadbać juniorzy Jaskółek w meczu z sąsiadem zza miedzy. Mam tu na myśli sąsiedztwo w sensie terytorialnym, a nie w poziomie prezentowanym przez oba kluby. Unia pokazała, że wszystko jest na swoim miejscu i wygrała z juniorką Tovii 5:0 /3:0/.
Teraz można już było pójść ze spokojną głową na kiermasze książkowe i festyny, czy też liczne inne imprezy.

SEZON 1961; II LIGA, 8 KOLEJKA.
NAPRZÓD LIPINY - UNIA TARNÓW.


W Lipinach zaskoczenie. Na trybunach Wersal i kultura. W powietrzu latały tylko jakieś butelki, a wyszczerbiona szklanka przeleciała na murawę. 
Nad głowami nie fruwały żadne większe gabaryty, czyli mówiąc inaczej, nie latali ani sędziowie, ani kibice drużyny przyjezdnej. Jednym słowem: nuda.
Kilkakrotnie sprawdzaliśmy, czy jesteśmy na właściwym stadionie, ale pomyłki nie było - to był stadion Naprzodu Lipiny !.
Unia zagrała w składzie: Sienkiewicz, Tyliszczak, Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel i Spodzieja.

W składzie gospodarzy też duże nazwiska, jak choćby Józefa Kasprzyka - najlepszego strzelca II ligii w poprzednim /1960r./ sezonie !. Był też Antoni Piechniczek, którego najlepsze lata dopiero miały nadejść. W dniu meczu z Unią liczył on sobie zaledwie 19 lat i dopiero zdobywał piłkarskie doświadczenia. Także gra w solidnych Lipinach napewno mu pomogła w jego karierze. Zresztą już wkrótce miał przywdziać koszulkę Legii Warszawa, a później Ruchu Chorzów. Oczywiście nie wypada nie wspomnieć, że trzykrotnie przywdział też /w latach 1967 - 1969/ koszulkę reprezentanta Polski. Oczywiście, był też trenerem kadry narodowej, a o jego największym sukcesie, czyli 3 miejscu na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii w 1982 r. zapewne wszyscy pamiętają. Doprowadził też Polskę do 1/8 finału MŚ w Meksyku /1986 r./, który to wynik uznano wówczas za nie do końca satysfakcjonujący !.

Na boisku w Lipinach wywiązała się wyrównana walka. Szybko jednak okazało się, że siła rażenia Jaskółek w tym dniu jest dosyć wątpliwa. Napastnicy grali zbyt miękko, dosyć szybko odpuszczali zdecydowanie interweniującym obrońcom, oddawali zbyt mało strzałów. Na tym tle pozytywnie wyróżniał się jedynie Spodzieja, który raz po raz przynajmniej starał się przebić przez obronę Naprzodu.
Przy takiej mizerii w ataku nie dziwi więc, że najbardziej niebezpieczne strzały oddane w kierunku bramki  Szczęsnego, nie były strzałami nominalnych napastników. Posłał je dwukrotnie Nowak, ale na oszukaniu linii obrony gospodarzy się zakończyło. Szczęsny ani raz nie dał się oszukać naszemu zawodnikowi i utrzymywał czyste konto.
Z drugiej strony boiska napastnicy z Lipin natrafiali z kolei na dobrze dysponowanego Mazurka, który nie po raz pierwszy wyróżniał się swoją postawą.
Do 30 minuty meczu wszystko wskazywało na to, że może zakończyć się on wynikiem remisowym. W tej minucie pechowej kontuzji doznaje Piechniczek. Gdyby Jaskółki przewidziały, co nastąpi później, zapewne zrobiłyby wszystko, by Piechniczka przywrócić do pełnej sprawności, ot choćby nawet podtrzymując go przez kolejne 60 minut pod ręce; gdyby postawili go na nogi i przesuwali po płycie boiska, to taka determinacja byłaby opłacalna.
Otóż kontuzjowanego Piechniczka zastąpił doświadczony Spyra i od razu stał się on  motorem i inicjatorem wielu akcji gospodarzy.  Wyraźnie ożywił grę Naprzodu i nadał jej jakby lepszego poloru /i polotu, jakby ktoś chciał sobie trochę porymować/.
W 44 minucie to chyba właśnie Spyra wypatrzył w gąszczu nóg znajome mu nogi, do których posłał piłkę. Nie wiem po czym poznał te nogi, bo zamieszanie i ścisk był niemały, ale fakt pozostaje faktem: nogi okazały się należeć do Kasprzyka, a że napastnik miejscowych był niedaleko naszej bramki zdecydował się na strzał. Teraz z kolei okazało się, że Kasprzyk nic nie stracił na wartości w porównaniu z poprzednim sezonem i ... umieścił piłkę w naszej bramce !!!. Dostaliśmy gola do "szatni" i po 45 minutach
Naprzód prowadził z Unią 1:0 !!!.
Po przerwie Lipiny w jakiś szczególny sposób nie bombardowały bramki Sienkiewicza, ale wystarczyły dwa poważniejsze zamieszania pod naszą "świątynią", by zamienić te sytuacje na kolejne dwa gole !!!. Największą przytomnością umysłu wykazał się w tych sytuacjach Gzel i to on w 78 i 88 minucie przypieczętował zwycięstwo swojej drużyny !.
Naprzód wygrał z Unią 3:0 !.

Któryś ze skrupulatnych dziennikarzy wyliczył, że Naprzód oddał w tym meczu 5 groźnych strzałów i przyniosły one 3 gole. Unia odpowiedziała zbliżoną liczbą dobrych uderzeń, ale gola nie zdobyła !!!.
Potwierdzam - tak zaiste było, ale nie stanowiło to żadnej osłody na nasze znękane dusze.
Znękane też były i ciała, jako że z tego co sobie kojarzę, to w Lipinach nie było dworca kolejowego, więc jakąś okazją przemieszczaliśmy się poza okręg obecnych Świętochłowic i dopiero z innego miasta podążaliśmy w kierunku Tarnowa. A że Pan Janek pozostawił przez nieuwagę powierzony jego pieczy chlebaczek z kanapkami na koronie stadionu, to w drodze powrotnej za jedyną strawę wystarczyć nam musiało powolne przeżuwanie trzech straconych goli - akurat na każdego po jednym. I to już dobrze pamiętam. Zresztą w zasadzie straciłem już nadzieję na odzyskanie chlebaka i kanapek, podobnie jak i pewnie trzeba będzie pogodzić się ze stratą kartofli i gęsi, o czym już kiedyś nieśmiało napomknąłem.
Jak sobie podjem, wybierzemy się na kolejny mecz - znowu do Szczecina, tym razem na pojedynek z liderem Arkonią !!!.
Mając w pamięci Lipiny, zabraliśmy tam ze sobą 2 chlebaki, a Pan Janek oglądał je z bezpiecznej odległości.

WYNIKI 8 KOLEJKI:
Padły dwa rezultaty 6:2 !. W takim stosunku Gwardia Warszawa wygrała ze Stalą Rzeszów /u siebie/ i Arka Gdynia z Olimpią Poznań /wyjazd/.
Na uwagę zasługiwała sensacyjna wygrana - i to w jakich rozmiarach ! - Wawelu nad Śląskiem Wrocław /3:0/.
Poza tym padły następujące rozstrzygnięcia: Calisia - Piast 2:0, Lublinianka - Polonia Warszawa 0:1, Krosno - Pogoń Szczecin 0:1, Bałtyk Gdynia - Unia Racibórz 1:0.
Mecz Arkonia - Garbarnia zakończył się walkowerem dla Szczecinian 3:0, który przyznano gospodarzom za ponad miesiąc od daty spotkania, z powodów, które podam w "ciekawostkach". Uprzedzając fakty dodam, że i w kolejnej rundzie w meczu Garbarnia - Gwardia gościom również przyznano walkower 3:0. To był bolesny cios dla "Brązowych", bo na boisku odnieśli dwa sensacyjne zwycięstwa. Odebranie im 4 punktów mogło mieć fatalne konsekwencje dla tego zespołu i ostatecznego układu tabeli, a więc i dla Unii, dlatego warto poświęcić temu zdarzeniu kilka zdań !.

TABELA - 8 KOLEJKA /UWZGLĘDNIAJĄCA WALKOWER W MECZU ARKONIA -
GARBARNIA/:
1/ ARKONIA - 14 pkt;
2/ - 3/ Krosno i Śląsk - po 12 pkt;
4/- 5/ Gwardia i Naprzód po 11 pkt;
6/ - 9/ Wawel, Bałtyk, Arka i Pogoń - po 9 pkt;
10/ - 11/ Calisia i Unia Racibórz - po 8 pkt;
12/ UNIA TARNÓW - 7 pkt;
13/ Stal Rzeszów - 6 pkt;
14/ - 16/ Garbarnia, Lublinianka i Polonia - po 5 pkt;
17-18/ Piast i Olimpia - po 2 pkt.

CIEKAWOSTKI:

Zgodnie z zapowiedzią powróćmy na chwilę do Garbarnii i jej nieszczęsnych dwóch walkowerów. Po ogłoszeniu werdyktu przez PZPN, w Garbarnii zapewne wprowadzono obowiązkowe lekcje języka niemieckiego dla piłkarzy, trenera i działaczy.
Oficjalnym powodem wpadki Garbarnii była bowiem ... nieznajomość tego języka.
Wykorzystując przerwę w rozgrywkach Garbarnia, zamiast jak inne porządne kluby, np. łoić skórę juniorów Tarnovii, zapragnęła wojaży po Niemieckiej Republice Demokratycznej. Konkretnie postanowili zagrać z SC Fortschritt Wei&enfels.
Mecz z Niemcami przebiegał, jak to mecz z Niemcami - było twardo i ostro.
Wersja Garbarnii: w pewnym momencie spotkania dochodzi do męskiego starcia Browarskiego /to ten od rzutu karnego "na raty"/ z zawodnikiem gospodarzy. Obaj zwijają się z bólu na murawie. Sędzia pochyla się nad graczami i z ojcowską troską coś mówi do naszego piłkarza. Arbiter jest jakiś niekumaty, bo mówi do Polaka po niemiecku. Browarski leży i jęczy /po polsku/, bo starcie z rywalem dało mu się mocno we znaki. Nie może wstać o własnych siłach. Widząc to sędzia gwałtownymi ruchami rąk pokazuje, by biednego Browarskiego znieść z boiska. Machanie rękami przynosi skutek, Browarski opuszcza boisko, drużyna z Krakowa jest wdzięczna sędziemu za wykazaną troskę i opiekuńczość.
Był kiedyś taki film Akira Kurosawy pod tytułem "Rashomon". Mord, gwałt, widziane oczami kilku osób. Ich relacje tak różnią się od siebie, że w końcu nie wiadomo kto kogo zgwałcił, czy trup żyje, czy jest w zaświatach i jak to w ogóle przebiegało. Film powstał w 1950 r. i dzisiaj nie mam wątpliwości, że i "Brązowi" i ich rywale z Fortschritt, byli fanami tego filmu.
Oto bowiem wersja strony niemieckiej:
Mecz z polską drużyną, jak to mecz z polską drużyną: było twardo i ostro. 
W pewnym momencie spotkania dochodzi do męskiego starcia naszego Helmuta z Browarskim /to taki facet, co lubi wykonywać rzuty karne "na raty", zwłaszcza z drużyną Unii Tarnów/. Nasz Helmut i ten od karnych zwijają się z bólu na murawie. Sędzia pochyla się nad graczami i spokojnym, ojcowskim głosem informuje polskiego gracza w międzynarodowym, niemieckim języku, żeby był uprzejmy i opuścił na zawsze boisko, ponieważ sfaulował rywala  i zostaje wykluczony z dalszej gry. Następnie sędzia wyraźnie machał rękami przed nosem tego od karnych, żeby się pospieszył, boisko opuścił i nie blokował gry. Browarski nie był chętny do opuszczenia murawy, więc pomogli mu w tym działacze Garbarnii i jego koledzy, pomagając tym samym sędziemu w wyegzekwowaniu jego decyzji. Z pozdrowieniami dla działaczy i kolegów Browarskiego - podpisano: Niemiecki Związek Piłki Nożnej. Oczywiście pisma strony niemieckiej nie widziałem, ale myślę, że to właśnie tak było,a wersje te przedstawiły polskie publikatory.
Usunięty z boiska Browarski nie mógł zgodnie z naszymi przepisami wystąpić w kolejnych meczach polskiej ligi.
PZPN nie dał wiary twierdzeniom Garbarnii, iż zachowanie sędziego można było interpretować na nasz sposób, a nadto, że sędzia popełnił błąd, nie informując o swoim stanowisku kapitana zespołu i drużynę ukarał wspomnianymi walkowerami. W ten sposób Garbarnia, która nie wiedziała, że w sparingu wykluczono jej gracza i to w  obecności innych piłkarzy, działaczy i trenerów, znalazła się w tabeli za "Jaskółkami" !. A ja myślałem, że takie cuda mogą się zdarzać tylko na boisku ........, no nie, jednak nie napiszę gdzie.

SEZON 1961; II LIGA, 9 KOLEJKA.
ARKONIA SZCZECIN - UNIA TARNÓW.

Promenadujemy po tym Szczecinie, wielgachne miasto, Wały Chrobrego, aleje. Przy jednej z nich wiele lat później będę jadł pyszne krokieciki z barszczykiem - cymes.
W okolicach stadionu widzimy nagle kilkunastu wysportowanych facetów w czepkach na głowach, slipkach /na swoim miejscu, nie na głowach/, mokrzy, jakby wyszli spod wodospadu. Rozprawiają /nieco lekceważąco/ o Unii, najwyraźniej idą na mecz. Co kraj, to obyczaj. Widać na Arkonii tak mają ...No to nie ma rady. Łubu - dubu, kupujemy po czepku i slipkach, włazimy pod hydrant z wodą i mokrusieńcy wkraczamy dumnie na stadion, na trybuny. A co, niech i w szczecińskiej metropolii  zobaczą, że i w małym Tarnowie wiedzą, jak wielki świat wygląda na meczach i że na prowincji też nadążają za sportową modą.
A tu sensacja. Wokół wszyscy poubierani, ani jednego  w czepku, nie licząc nas trzech, a wszyscy suchusieńcy, jakby dopiero co wyszli spod suszary !.
Sprawa okazała sie prosta, albo trafiliśmy na zwolenników kąpieli w Świteziance, albo byli to waterpoliści, bo potem, w połowie lat 60 - tych Arkonia przodowała w piłce wodnej, albo byli to inni kibice z Tarnowa. Lub zjawy - rzecz normalna po długiej podróży.
A tak na serio - rzeczywiście weszliśmy przemoczeni do suchej nitki. Pan Janek uruchomił wcześniej hydrant, żeby się napoić, poszła woda, jak z siklawicy, staliśmy obok i efekt był łatwy do przewidzenia. Hydrantu chyba do dzisiaj nie zamknęli.
Na stadionie mrowie ludzi, podobno 15 tysięcy widzów !. Wszyscy pewni wysokiej wygranej.
W Unii nie ma Kotwy, jest Gosek, ale szybko okazuje się, że jesteśmy nastawieni wybitnie defensywnie. W przodzie operuje maksymalnie ze dwóch naszych zawodników, reszta stara się ograniczać akcje rywali.
Arkonia uzyskuje przewagę w polu i w zasadzie to pod jej dyktando przebiega cały mecz.
Nie znamy zawodników gospodarzy, ale praszczur odnotował akcje:
- skrzydłowego Ciechanowskiego, który po ładnym dryblingu ostro strzelił nieomal z linii końcowej boiska, ale dobrze ustawiony Sienkiewicz pewnie wyłapał piłkę;
- ponownie Ciechanowskiego, który po rajdzie skrzydłem niebezpiecznie zacentrował, ale piłka przeszła wzdłuż naszej bramki, pomiędzy graczami obu drużyn i nikt nie zmienił jej lotu;
- groźny strzał Pudłowskiego z dystansu, który znowu pewnie wybronił Sienkiewicz;
- wreszcie sytuację spod naszej bramki, kiedy to zawodnik gospodarzy nie trafił do siatki, mając odsłoniętą całą bramkę !.
Unia próbowała odgryzać się liderowi, ale w tym dniu nie miała naostrzonych ząbków i Arkonii nie nadgryzła. Za mało było nas w ataku, dobrze u gospodarzy grał w obronie Więcław, więc i efektów bramkowych nie było.
Strzał Spodzieji w środek bramki, uderzenie Rusinka, po ładnym dryblingu, pewnie wybronione przez bramkarza, czy techniczny strzał Dubiela, po którym bramkarz wybił piłkę na rzut rożny, to było za mało, by zmienić obraz gry. Generalnie osłabiony liczebnie atak Unii zawodził.
Tymczasem z drugiej strony, zachwyt miejscowych kibiców swoim zespołem, z minuty na minutę gasł. Gdzie te zapowiadane przed meczem bramki ?!. Mijały minuty, a fotel lidera jakby wymykał się z winy Jaskółek !.
Grająca ładnie w polu Arkonia zawodziła przed naszą bramką !. I to się już nie zmieniło do końca spotkania !!!.
Unia odniosła bezsprzecznie sukces na boisku zespołu zmierzającego do ekstraklasy, remisując 0:0 !. Kolejny lider, kolejny dobrze ułożony zespół przekonał się, jaki potencjał drzemie w drużynie z Tarnowa. Czasem 1 punkt przynosi więcej radości, aniżeli cała zdobycz. I tak było po meczu z mocną w 1961 r. Arkonią Szczecin !!!, cdn, wcześniej muszę wyschnąć.

CIEKAWOSTKI.

Dawniej to była wielka miłość między Cracovią, a Wisłą. Jedni nie wyobrażali sobie życia bez drugich. Na ten przykład lekkoatletki Wisły ... włamały się na stadion Cracovii. Wiślaczki trenowały na tym stadionie i nie straszna stała się im kłódka wisząca na bramie. Cracovia poinformowała, że kłódka znalazła się tam nieprzypadkowo, bo Wisła ... zalegała z opłatami za wynajęcie stadionu. Chyba więc jednak nie było tam aż takiej miłości, jak początkowo myślałem. Ale warto też zwrócić uwagę, jaki to wtedy był pęd do podnoszenia umiejętności. Sympatycznym wiślaczkom z 1961 r. dedykuję przyśpiewkę: " Nie zdobędziesz medalu, jak nie zrobisz włamu !".

WYNIKI A - KLASY.

W 16 kolejce rezerwy Unii padły bez tchu w Okocimskim, przegrywając tam 0:8 /5 goli strzelił Dulęba/; chyba nie doszli do siebie szybko, bo w 17 kolejce kolejna wysoka przegrana na Cracovii 1:6 /0:2/. 18 kolejki nie mam, w 19 przytrafiła się przegrana w Bieżanowiance 1:4, wreszcie w 20 - tej wygrana z Podłężem 5:1/3:0/. Generalnie więc nienajlepiej, widać że zbliża się pechowa 13 strona wspomnień o Unii z dawnych lat, cdn.
11 CZĘŚĆ - HISTORIA UNII TARNÓW,- WSPOMNIENIA, SEKCJA PIŁKI NOŻNEJ 2011-05-06
CZĘŚĆ 11.

SEZON  1961 r.

II LIGA - OKRES PRZYGOTOWAŃ.

Sezon 1961 r. różnił się diametralnie od poprzedniego cyklu II - go ligowych rozgrywek. Zaplecze ekstraklasy miało bowiem liczyć 18 zespołów zgrupowanych w jednej grupie !!!.
Nad budynkiem PZPN biły pioruny, wicher zrywał dachy i obalał stuletnie drzewa. Generalnie było "straszno" i apokaliptycznie. I wtedy, wśród kolejnych błyskawic, ktoś rzucił:  jest powiedziane - liczba Bestii jest 666. A drugoligowcy mają być niczym te bestie: zgłodniałe sukcesów i świetnych wyników !. Tak to tam mówiono podczas oberwania chmury, a wypowiedzi dyskutantów przerywały przeloty czarownic na miotłach i opary siary. Jednak stworzyć ligę złożoną z 666 zespołów nie było łatwo. Prościej było zsumować magiczną liczbę 6+6+6 =18. I tak powstała osiemnastoosobowa II liga. Przynajmniej ja sobie to tak tłumaczę. Jeśli ktoś zna inne motywy powołania takiej II ligi, chętnie wysłucham podpowiedzi i przekażę w blogu stosowne sugestie.

Unia była zadowolona z kształtu nowej II ligi. Przekazała to ustami kierownika drużyny Lucjana Wilka  /kibice Unii byli bardzo zadowoleni z nazwiska kierownika, w aspekcie walki w poszerzonej i stawiającej wysoko poprzeczkę lidze/, według którego spore koszty dalekich wyjazdów miały zrekompensować wpływy z biletów - liczono, że nowe zespoły przyciągną na stadion większą liczbę zaciekawionych kibiców.

Jaskółki do sezonu przygotowywały się na obozie w Jeleniej Górze. Trener
Bielecki miał do dyspozycji: Sienkiewicza, Pawełka, Mazurka, Palembę, Tyliszczaka, Guzego, Nowaka, Witka, Rusinka, Dubiela, Goska i Kalembę.
Kadrę uzupełniali, młodzi, dobrze rokujący piłkarze: 
Stós, Burkat, Żywiec, Zachariasz, Buba, Krakowski.
W Tarnowie pozostali, z różnych powodów, jeszcze inni piłkarze brani pod uwagę przez trenera, a mianowicie: 
Czekanowski, Edward Janusz, Spodzieja, Kotwa, Kuciewicz, Białas.
Kibice z pewną rezerwą przeglądali stan posiadania Unii przed czekającym ją maratonem w doborowym i wymagającym towarzystwie.
Z dużą nadzieją przyjmowano zaciąg młodych wychowanków Jaskółek, cieszono się, że w klubie pozostali świetni piłkarze nieco starszego pokolenia, ale ... No właśnie, było to przysłowiowe "ale", zauważano bowiem, że jednak dwóch zawodników pożegnało Unię, a pełnowartościowych transferów z zewnątrz nie było widać. Jednak liczono na to, że przy zmienionym składzie II ligi, skład Jaskółek zostanie poszerzony o doświadczonych graczy. Tak się nie stało. 
Czesław Fudalej, po okresie rekonwalescencji w Ciechocinku, postanowił zmienić barwy klubowe i opuścił Unię, obierając kurs na swoje rodzinne miasto, czyli Łódź. W kolejnych sezonach grał w Starcie Łódź, by następnie bronić barw m.in. Stali Kutno i Górnika Konin.
O odejściu do Cracovii wielce utalentowanego Krzysztofa Hausnera była już mowa.

Inne zespoły zbroiły się przed tym sezonem. Wawel Kraków pozyskał utalentowanego Jagielczuka z Tarnovii. Tak przy okazji - Tarnovia straciła jeszcze kilku innych zawodników, m.in. Pijanowski przeszedł do II - go ligowej
Lublinianki, dwóch graczy zasiliło Bieszczady Rzeszów, odszedł też Gut. Szeregi Tovii miał wzmocnić jedynie Gołąb z Cracovii.
Do Wawelu Kraków zmierzali jeszcze Kalicki z Polonii Warszawa, Szmatloch ze Stali Dębica i Warmus z Dąbskiego Kraków.
Pewnym osłabieniem wojskowych z Krakowa było odejście
Szola i Janiaka.
Z kolei Garbarnia Kraków witała w swoich szeregach stopera Wiktora Tynora z Arki Gdynia oraz prawego pomocnika Włodzimierza Barucha, który był zresztą wychowankiem "Brązowych" i powracał na stare śmieci, bodajże także z Arki.
Zresztą Garbarnia i Wawel postanowiły przed rozgrywkami zewrzeć szeregi i wspólnie przygotowywały się do sezonu w Muszynie pod wodzą trenerów, odpowiednio M.Jezierskiego i A. Woźniaka.
Zbroił się też nadal trzecioligowy Hutnik Nowa Huta, który pod wodzą trenera Jabłońskiego, pozyskał m.in. Rudolfa Kurta ze Stali Ozimek i bardzo dobrego bramkarza Wiesława Pajora z Wawelu, o którym też miałem okazję nie raz pisać. Zresztą Hutnik, oprócz sympatycznego regulaminu rozgrywek o awans do II ligi, czy też słynnej już reszki z 1 - złotówki, otrzymał jeszcze jeden dowód sympatii. Prasa krakowska donosiła, że wpływy z meczu Arka - Hutnik, miały być podzielone pomiędzy zainteresowane kluby i PZPN. Tymczasem rzekomo cała pula trafiła wyłącznie do PZPN, jako organizatora zawodów.

MECZ TOWARZYSKI: BKS BOLESŁAWIEC - UNIA TARNÓW.
Gdzież on jest. Kto ?, nie kto, ale co. No ten komunikat o przygotowaniach do sezonu. Dzwoni dziennikarz, ciekaw, jak idą nam przygotowania do rozgrywek. Nie wiem, gdzie on jest, ale poczekaj, mam komunikat sprzed 2, czy 3 sezonów. Jest w sam raz, puść go.
"Zespół, jak nigdy dotąd sumiennie i gorliwie przygotowuje się do nowego sezonu. Zawodnicy, świadomi oczekiwań, jakie towarzyszą ich przygotowaniom, dają z siebie wszystko, wylewają tony potu", itd. itp. Takie komunikaty ogłaszały wszystkie kluby, każdy przygotowywał się do sezonu na full.
W tej sytuacji ważniejsze od prasowych notek były konkrety: kto odszedł, kto przyszedł i jak pupile grają w sparingach i na tym się skupimy.

W tamtych latach Unia w sparingach grała dobrze. Zespołu nie trzeba było zgrywać, czy z nim eksperymentować. Nie inaczej było podczas obozu w Jeleniej Górze, gdzie przyszło zmierzyć się nam z drużyną BKS Bolesławiec.
Zespół ten w 1958 r. awansował do III ligi, w której od razu ulokował się w górze tabeli. Była to więcej niż solidna drużyna, więc nie miała kłopotów ze znalezieniem sparingpartnerów. W tamtych latach stali się przedsezonowym rywalem tak znanych marek, jak Wisły Kraków, Gwardii Warszawa, Śląska Wrocław, czy nieco później Górnika Zabrze.
Unia sparing z BKS Bolesławiec potraktowała poważnie i po dobrej grze wygrała 2:1. To była wiadomość o wiele istotniejsza od komunikatu o stanie przygotowań !.

MECZ TOWARZYSKI UNIA TARNÓW - RESOVIA.
Jeśli spotkanie z Bolesławcem potraktowano poważnie, to już mecz z Resovią, która niedawno uległa Hutnikowi w I rundzie baraży o II ligę, potraktowano superpoważnie. Podobno w kolejnych latach urażone kierownictwo Resovii odsyłało bez otwierania koperty z Tarnowa, zawierające propozycje gier towarzyskich. Przynajmniej tak twierdzili zadowoleni kibice Jaskółek. Unia potraktowała mecz jako ostre przetarcie przed sezonem.
Trener Bielecki w I połowie posłał do boju:
Czekanowskiego, Tyliszczaka, Mazurka, Palembę, Guzego, Nowaka, Witka, Spodzieję, Rusinka, Dubiela i Goska, zaś w drugiej: Janusza, Żywca, Białasa, Burkata, Zachariasza, Kuciewicza, Stósa, Leśniaka, Kalembę, Kotwę i Krakowskiego.
Oby więcej takich spotkań - nawet świadom odpowiedzialności, jaka towarzyszy spisywaniu historii Unii, nie muszę przy ich prezentacji przelewać ton potu. Ot, wystarczy napisać: Unia na nic nie pozwoliła zespołowi z Rzeszowa. Może "na nic" nie jest do końca prawdziwe, wszak Resovii pozwolono wyjść na boisko i z niego zejść, a raczej spełznąć.
Pozwolono też na ośmiokrotne wyjmowanie piłki z siatki, Unia bowiem wygrała ten sparing aż 8:0 /6:0/ !!!. To była wieść lepsza od tysięcy komunikatów !.
Gole zdobyli: Nowak i Dubiel po dwa oraz po jednym: Rusinek, Witek, Białas i Kalemba. Pomimo wielce życzliwego wsparcia ze strony kibiców, swojej bramki nie zdobył Spodzieja, którego powrót po dłuższej absencji, witano z wielkimi nadziejami. Ale i on miał przebłyski, znamionujące powrót do dawnej, znakomitej dyspozycji !.
Kolejnym sparingpartnerem Jaskółek miała być ekstraklasowa Cracovia !!!. Krakowianie zwrócili się do Jaskółek o sprawdzenie na boisku stanu ich przygotowań do walki w I lidze !. Procentowała więc opinia o Unii z II ligi, jako o zespole o wysokich umiejętnościach !!!.

MECZ TOWARZYSKI CRACOVIA - UNIA
TARNÓW. 
Aż 3 tysiące widzów przyszło zobaczyć przedsezonową formę "Pasów". Unia do meczu przystąpiła osłabiona brakiem
Rusinka i bardziej doświadczonego od Sienkiewicza Czekanowskiego. W sprawdzianie udział wzięli: Sienkiewicz, Tyliszczak, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa /Leśniak/, Spodzieja, Dubiel /Stós/, Gosek.
W zespole Cracovii zagrał Krzysztof Hausner.
I to on właśnie na początku meczu, po ładnych zwodach, przedostał się w pobliże naszej bramki. Na jego drodze stanął Mazurek, który postanowił twardo potraktować niedawnego klubowego kolegę. Zderzenie obu zawodników, niewątpliwie sprokurowane przez Mazurka, zakończyło  się wysłaniem Hausnera na orbitę, z której wkrótce powrócił na murawę. Leżakowanie na niej zabrało mu nieco więcej czasu, niż powrót z orbity. Sędzia całe zdarzenie potraktował jako męską walkę o piłkę i pozwolił grać dalej. Mazurek zdawał się wyglądać na równie jak Hausner zdziwionego decyzją sędziego, ale nie dał tego za bardzo po sobie poznać. Zdradziło go tylko to, że po swoim wejściu w rywala, jakby zwolnił ruchy i szykował się do zajęcia miejsca w "murze". Mazurek osiągnął "dwa w jednym" - po pierwsze odebrał piłkę Hausnerowi, po drugie  odebrał mu, przynajmniej na jakiś czas, ochotę do gry. Grający zdecydowanie Mazurek nie raz osiągał taki efekt i myślę, że mógłby dziś swobodnie występować w reklamie szamponu o wspomnianej formule "dwa w jednym". Zresztą Mazurek miał piękną, czarną czuprynę, wszystko by więc pasowało. No dobra, ale wróćmy z salonów fryzjerskich na salony piłkarskie. Hausnerowi trzeba oddać, że z czasem zaczął znowu grać odważnie i ambitnie.
Generalnie jednak to Unia miała więcej z gry i prezentowała się lepiej od rywala. Cracovia jakby nie wkładała w ten mecz maksimum umiejętności i woli walki, której Unistom nie zbywało. Zaskoczeniem była nieporadność gospodarzy w wypracowywaniu sobie sytuacji podbramkowych. Tych więcej miały Jaskółki. Niestety, ale bez widocznego efektu. Przykładowo, po ładnym dryblingu Witka, piłka trafiła na 7 metr do Spodzieji, ale ten huknął jak z armaty ponad poprzeczką. Także niepilnowany Dubiel z bliskiej odległości przymierzył wprost w bramkarza. W końcu jednak sprawiedliwości stało się zadość !. Lepiej grające Jaskółki w 72 minucie meczu, dzięki celnemu strzałowi Witka zdobyły prowadzenie !. Było 1:0 dla Unii. To podrażniło Cracovię, która zaczęła przejawiać większą ochotę do gry. Z kolei Unia nie miała ochoty na utratę gola i dzięki temu, niezbyt przekonujący atak pierwszoligowca, nie zdobył żadnej bramki. Sparing zakończył się niespodzianką w postaci wygranej Unii !!!.
Myślę, że po tym sparingu z kolei w sekretariacie Unii przestano otwierać koperty z logo Cracovii - kto by tam chciał grać z cieniasami !.
A na poważnie - zasłużona przegrana w sparingu z Unią nie wpłynęła negatywnie na losy Cracovii w rozgrywkach pierwszoligowych. "Pasy", mimo że nie zrobiły furory w ekstraklasie, to jednak obroniły swój byt ligowy i na 14 zespołów zajęły 11 miejsce. Kilka ich występów zwróciło uwagę, jak choćby remis w Poznaniu z Lechem 1:1, pokonanie tej drużyny u siebie 6:2, wygrana 2:1 w Łodzi z ŁKS - em, czy sensacyjna wygrana z późniejszym wicemistrzem Polski - Polonią Bytom i to na jej terenie 2:1 !.
A jak spisał się zwycięzca Cracovii, czyli zespół Unii w sezonie 1961 r. ?. O tym już w kolejnym odcinku - okres przygotowań czas zakończyć i wybrać się z Unią na inauguracyjne spotkanie !!!. Gdzie ?! - bardzo daleko, bo aż do Pogonii Szczecin !!!. I ja tam byłem i z 20 tysiącami kibiców świetnie się bawiłem !!!.

Podróż do Szczecina zamazała się w pamięci. Jakieś pociągi, przesiadki, tłok, senne godziny spędzone z braku miejsca w okolicy wagonowej toalety. Wyjechaliśmy dzień wcześniej, wróciliśmy dwa dni później, praszczurowi pomyliły się połączenia powrotne. Drobnostka, najważniejsze było, by wrócić przed kolejną rundą. Podróż była długa, więc był i czas na przeglądnięcie wyników sparingów innych rywali Unii. Zadziwiała Garbarnia, która pokonała Płaszowiankę 7:0 /6:0/ po golach Grabowskiego /hat trick/, Karpiela /dwa/ i po 1 golu  Cholewy i Jasiówki.
Garbarnia dobrą dyspozycję potwierdziła w meczu ze świeżo upieczonym mistrzem Polski  Ruchem Chorzów, wygrywając, w obecności 5 tysięcy widzów, po golu Jasiówki 1:0 !.
"Brązowi" nie dali też szans III - cio ligowej Gedanii Gdańsk  wygrywając z nią 4:0 /1:0/ po dwóch bramkach Grabowskiego i Jasiówki.
Dobre przygotowanie do sezonu zgłaszał też Wawel Kraków, który zremisował z Cracovią, na jej stadionie, 1:1.
Wisła Kraków przeegzaminowała także innego rywala Unii, a mianowicie Śląsk Wrocław. Śląsk egzamin oblał i przegrał u siebie 0:6 /0:4/ !.
Nie przekonał swoją postawą także Naprzód Lipiny, który poległ na stadionie Cracovii 0:4.
Ze sparingów drużyn z III ligi odnotować należało stosunkowo szybkie odbudowanie się, zwłaszcza psychiczne, Hutnika N. Huta, który m.in.  wygrał towarzyski mecz z groźną Victorią Jaworzno /3:1/.

Ale zbliżamy się już do stacji Szczecin !. Emocje rosły - wiadomo, piękne portowe miasto, a przy tym owiane nimbem pewnego zepsucia i to nie tylko w portowych zaułkach.
Pogoń powstała w 1948 r. jako "Sztorm", przemianowany wkrótce na "Związkowca". Niewiele czasu potrzebowali w Szczecinie, by narozrabiać i trafić na czołówki gazet. Już bowiem w 1950 r. "Związkowca" rozwiązano za ... nadużycia finansowe. Z takiego łona zrodził się "Kolejarz", który przemianowano potem na "Pogoń" /nawiązano tym samym do Pogoni Lwów/. W 1951 r. o Pogonii znowu było głośno, jako że wszystkie jej 7 spotkań, rozegranych w ramach baraży o wejście do II ligi, zweryfikowano jako walkowery dla rywali. W zespole Pogoni grał bowiem piłkarz, którego tożsamości chyba nigdy nie ustalono, a który posługiwał się sfałszowanym nazwiskiem Tomara !. Ciekawe, kim naprawdę był Tomara ?; w każdym razie kibice Unii uczulali kierownictwo klubu, by na wszelki wypadek dokładnie sprawdziło dowody tożsamości gospodarzy przed naszym meczem.
W 1961 r. Pogoń była spadkowiczem z ekstraklasy, budowała nowy zespół i miała wsparcie w tej budowie zazwyczaj po ok. 20 tysięcy widzów na mecz !.
Tyle mniej więcej przybyło też na inauguracyjny mecz z Jaskółkami !. O dziwo, mieliśmy z praszczurem wiele wolnego miejsca i nawet nieco nas dziwiło, że tłoczące się ludziska zostawiają wokół nas tyle wolnej przestrzeni. Luz był taki, że mogliśmy się nawet położyć po męczącej podróży. Dopiero gdzieś tak w przerwie spotkania praszczur postawił ostrożną tezę, że to wolne miejsce zawdzięczamy nie tyle  nadzwyczajnej gościnności Szczecinian, ile raczej intensywnemu zapachowi chloru /i nie tylko/, którym przesiąknęliśmy siedząc koło wagonowej ubikacji. Ja tam wolę wersję o gościnności, ale z kronikarskiego obowiązku przytaczam i zdanie odrębne w tej materii. Fakt pozostaje faktem, że i wracając do Tarnowa  trafialiśmy na równie gościnnych współpodróżnych.
Skoro zbliża się stacja Szczecin, to czas najwyższy zdradzić i kolejny cel wyjazdu. Podczas pobytu w Szczecinie chcieliśmy koniecznie obejrzeć
"Czarną Perłę".
Jeśli Kolega z plant siada w tym momencie do skrobania anonimów, to szkoda fatygi. Czarna Perła to nie była ani kontrabanda, ani szemrana transakcja. To był pseudonim jednego z najlepszych w historii Pogoni piłkarzy: Mariana Kielca.  Oczywiście nie pamiętam, czy już wtedy miał to miano, ale o tym młodym piłkarzu /w czasie meczu z Unią miał około 19 lat/, było już wtedy głośno. Już w 1959 r., jako chyba 17 latek, zadebiutował w meczu ekstraklasy w pojedynku z Ruchem Chorzów. Wkrótce potem strzelił pierwszego gola i to legendarnemu bramkarzowi Szymkowiakowi, podczas meczu z Polonią Bytom !. W całej swojej karierze w meczach ligowych, towarzyskich, czy pucharowych zdobył łącznie ponad 270 goli !!!. Do reprezentacji Polski nie miał szczęścia, zagrał w niej tylko 1 raz. Przydomek tego znakomicie wyszkolonego piłkarza nawiązywał do osoby słynnego Portugalczyka z Mozambiku Eusebio, który czarował nieziemską techniką.
Poza tym
Kielec miał ciemną karnację skóry, co kojarzono z kolei z faktem jego narodzin  w 1942 r. w ... Rumunii !.

SEZON 1961 r., II LIGA - 1 kolejka;
POGOŃ SZCZECIN - UNIA TARNÓW


Gdyby tak na stadionie przeprowadzić zakłady bookmacherskie, byłoby 20.000 : kilku, na rzecz Pogoni. W bezpośrednich rozmowach kibice Pogoni nie byli jednak tak pewni formy i wygranej swoich zawodników. Po spadku z ekstraligi z ich zepołu odeszło kilku dobrych graczy. Chętnie o tym rozprawiali, podobnie jak i nie unikali interesującego nas tematu "Tomary". Nieliczni uważali, że "Tomara" był tak skromnym i pokornym człowiekiem, że na wzór średnowiecznego twórcy, czy późniejszego w czasie Jaskółki z Krakowa, postanowił uprawiać piłkarskie rzemiosło wyłącznie na chwałę niebios /czy Unii w drugim przypadku/, niż ku chwale swego nazwiska. Znalazło się jednak kilku, którzy w całym zdarzeniu dopatrywali się bardziej prozaicznej przyczyny - podług nich "Tomara" nie był graczem uprawnionym do gry w tym zespole, stąd też ukryto go pod nazwiskiem zmyślonym.
Na ekrany naszych kin ma wejść film "Zielona latarnia", serdecznie na niego zapraszam, będzie tam snuta opowieść o kosmicie Tomara - Re, to właśnie będą wspomnienia o tych słynnych barażach Pogonii. Tak więc nie przeoczcie tego filmu, może będzie też coś o Unii. Szczególnie zachęcam do pójścia na ten film Kolegę Kibica z plant - zobaczysz tam Kolego kawał dobrej piłki, naprawdę nie zawiedziesz się. 
To nie był sen, TO
była   MARA.
Od kibiców Pogoni dowiedzieliśmy się też, jakie było prawdziwe
nazwisko winowajcy 7 walkowerów, a brzmiało ono Ignaczak, czy coś takiego, w każdym razie było dość odległe od Tomary.

Na stadion Pogonii, ze strony Unii, wybiegli jednak sami uprawnieni, a to:
Sienkiewicz, Tyliszczak, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Gosek /Dubiel/, Spodzieja.
Po meczu dziennikarz krakowskiego "Tempa", obwieścił, że poziom meczu był tak wysoki, że obu zespołom wróżono walkę o I ligę. Chętnie podpisałbym się pod tym wieszczeniem, ale ocena tego meczu, dokonana przez praszczura pospołu ze mną, nie była aż tak wysoka. Dziennikarz mógł być oszołomiony wiatrem znad morza, a wiało podczas tego meczu, jak "sto diabli", albo pozostawał w kręgu naszej wody kolońskiej, zwanej chyba /to już nie ta pamięć/, coś jakby "Tornado z PKP".
Nie zmienia to faktu, że Unia zagrała we wszystkich formacjach ambitnie i z dużą zaciętością. Widać było jednak, że ci nieliczni gracze gospodarzy, którzy "liznęli" pierwszoligowej piłki, nadają ton grze i przewyższają nas doświadczeniem. Pierwsze minuty przebiegały pod znakiem badania się obu zespołów, przy czym gry nie ułatwiał mocny wiatr.
Właśnie widzimy Sienkiewicza w udanym wyjściu do górnej piłki, bez problemów wyprzedza napastników Pogoni. Po chwili Gosek centruje ze skrzydła, bramkarz Mendalko nie sięga piłki, ta przechodzi ponad nim, ale niestety nikt z Unistów nie zamyka tej akcji.
To była jedna z nielicznych interwencji Mendalko, podczas której nieco się "pomylił". W pozostałych fragmentach gry pokazał, że jest bramkarzem wysokiej próby.
Jaskółki nie murowały swojego przedpola bramkowego, szukały szans na zdobycie gola, ale te poszukiwania pozbawione były precyzji, bądź zwykłego szczęścia, jak choćby w 15 minucie meczu, kiedy Rusinkowi niewiele zabrakło do przejęcia mocnej centry w polu karnym Pogoni. W pozostałych wypadkach bezbłędnie interweniował Zygmunt Mendalko,
jak choćby po niezbyt mocnym, ale precyzyjnym "szczurze" Spodzieji. Piłka zmierzała po ziemi w okolice słupka bramki, ale nie było nam dane przekonać się o stopniu precyzji tego strzału - piłka utonęła w rękawicach bramkarza.
Z drugiej strony boiska dało się zauważyć ładne uzupełnianie gry ataku przez pomocników Pogoni. Nie tylko dobrze rozprowadzali piłkę, ale także nieźle strzelali z dystansu.
I w 19 minucie, za sprawą właśnie pomocnika - Jaworskiego - Pogoń objęła prowadzenie w tym meczu 1:0 !.
Ambitnie grającym Jaskółkom, nie udawało się odrobić straty. Czas mijał, zbliżała się przerwa, a nasze konto bramkowe wynosiło "0". W 40 minucie gry na strzał zdecydowała się "Czarna Perła". Uderzenie Mariana Kielca było mocne, ale chyba niezbyt precyzyjne, prawdopodobnie piłka wyszłaby tuż obok słupka na aut bramkowy, bądź też stałaby się łupem dobrze ją asekurującego Sienkiewicza. Brak szczęścia Unistów przeniósł się jednak z okolic bramki Pogoni na nasze przedpole. Piłka odbiła się od ofiarnie interweniującego bodajże Guzego, zmieniła lot po rykoszecie i wpadła do naszej siatki !. 2:0, to redukowało nadzieję na dobry wynik do minimum !.
W drugiej połowie mecz nic nie stracił na swojej szybkości, a Unia na swojej ofiarności. Cały czas brakowało nam jednak bramkowego wykończenia akcji. Dramaturgia meczu sięgnęła zenitu w 83 minucie, kiedy to wprowadzony za Goska, bardzo aktywny i dojrzale grający Dubiel zdobywa kontakowego gola !. Jest już tylko 2:1 dla Pogoni. 
Zostaje nam 7 minut na odrobienie strat !. Jaskółki oczywiście dążą do wyrównania, które niespodziewanie pojawia się w zasięgu naszych możliwości. Rozluźniamy nasze szyki i na to tylko czeka doświadczony, 30 letni pomocnik Rafał Anioła, który już z niejednego pieca jadał piłkarski chleb /był graczem Lecha Poznań, Stali Mielec i Stali Rzeszów/. Znalazł się tam, gdzie powinien, uderzył w piłkę, tak jak powinien i zdobył gola dla Pogoni !. 3:1 dla gospodarzy !!!. Wszystko rozegrało się w 86 minucie meczu, czyli zaledwie 3 minuty po golu Dubiela !.
Unii nie udało się już odpowiedzieć celnym trafieniem. Mecz przegraliśmy, ale ambicja naszych piłkarzy i przyzwoita postawa, pozwalały na snucie optymistycznych prognoz na przyszłość !.

SEZON 1961 r., II LIGA - 2 kolejka;
UNIA TARNÓW - PIAST GLIWICE.

Na wstępie jeszcze krótka reminiscencja z meczu w Szczecinie. Spotkanie z Piastem rozegrano 19 marca 1961 r. Gdzieś tak około tej daty gruchnęła wieść, że stadion Pogonii Szczecin jest "wybuchowy". W jego obrębie znaleziono właśnie około 50 bomb i pocisków z II wojny światowej, o wadze 1,5 tony !!!.
Wystarczyłoby w zupełności na 20 tysięcy i dwóch z Tarnowa. A mnie tam cały czas coś w bok uwierało.
Kibice Pogoni mają w swoim hymnie m.in. slowa: "My Portowcy, My Portowcy - Jeden  Dziewięć Cztery Osiem" /data założenia klubu/. Po tym incydencie z bombami, który zapadł mi w pamięć, uważam, że w hymnie powinno być zamiast 1948, odliczanie: dziesięć, dziewięć, osiem, siedem ...
Na kolejne wyjazdy praszczur taszczył ze sobą wykrywacz min i tabliczkę z grupą krwi. Wyjątek stanowiły Lipiny, gdzie zabierało się ze sobą testament.
 
Natomiast na mecz z Piastem nasi piłkarze przytaszczyli masę słodyczy. Czegóż tam nie było: i marcepany i bita śmietana i czekoladowe lody. Sama słodycz !. Tak to się kiedyś dbało o podniebienie kibica. Oczywiście łakocie zostały "przyniesione" pod postacią poziomu gry; z boiska biła słodycz na najwyższym poziomie. Jeśli ktoś po meczu w Szczecinie uważał, że oba zespoły zaprezentowały tam poziom ekstraklasowy, to zachowując proporcje, mecz Unia - Piast powinien zakwalifikować do poziomu europejskiego !.
Obie drużyny zagrały bardzo dobrze, przy czym Unia była lepsza !. Jaskółki grały szybko i zdecydowanie, często kończyły swoje akcje celnymi strzałami,  a kiedy jeszcze dodatkowo, zwłaszcza w II połowie, częściej rozciągały grę na skrzydła, ręce same składały się do braw !. Piast także walczył na całego, ale miał ograniczoną swobodę, jako że Uniści dosyć ściśle kryli  rywali.
Bohaterem meczu okrzyknięto bramkarza Steina z Piasta. Znakomicie radził sobie i na przedpolu i na linii bramkowej.
3 tysiące widzów z przyjemnością oglądało wzorową współpracę poszczególnych formacji, w których nie było słabych punktów. Unia zagrała w tym samym zestawieniu, co w Szczecinie, z tym że na boisku nie zobaczyliśmy Goska, którego od pierwszych minut zastąpił
Dubiel !.
Z ciekawszych okazji odnotować należy pięknego rogala ze skrzydła w wykonaniu Witka, po którym gwałtownie opadająca nad polem karnym piłka, nagle jeszcze bardziej zniżyła lot, sprawiając niemało kłopotów Steinowi, który jednak szczęśliwie wypiąstkował ją w pole, piękną dwójkową akcję Witka i Rusinka, którą to akcją "rozprowadzili" całą obronę Piasta, a w finale której Witek lekko podniósł piłkę przed kolegą, by umożliwić mu fenomenalny strzał z powietrza, niestety futbolówka przeszła minimalnie nad poprzeczką, czy świetne uderzenia kolejno Rusinka, Kotwy i Dubiela, z których każde miało prawo zakończyć się golem. Niestety Stein nie znał tego prawa i po desperackich robinsonadach wszystkie te strzały sparował !.
Piast takich okazji sobie nie wypracował, po części dlatego, że gorzej od Unii operował długimi, zaskakującymi podaniami i nieco gorzej budował swoje akcje w głębi pola.
Mimo, że I połowa zakończyła się remisem 0:0, to jednak widzieliśmy kawał dobrego futbolu !.

W przerwie goście uznali, że jednym z powodów ustępowaniu Unii w tym meczu jest oddanie pola w środkowej jego strefie. Wycofali prawoskrzydłowego Respondka i w jego miejsce posłali do "tarnowskiej cukierni" pomocnika Chroboka. Ten manewr na niewiele się zdał, ponieważ Unia cały czas grała długimi, precyzyjnymi przerzutami, a zagęszczony środek omijała pokazową grą bokiem boiska i skrzydłami.
W 58 minucie na techniczną centrę zdecydował się Spodzieja. Piłka szczęśliwie ominęła gracza z obrony Piasta, który poza polem karnym bez powodzenia próbował ją zgarnąć ręką i trafiła do Rusinka. Ten ostatni sposobił się do natychmiastowego strzału, ale zauważył wpadającego na jeszcze lepszą pozycję Dubiela. Dubiel gubi obrońcę, a Rusinek popisuje się klasycznym podaniem w uliczkę, na dobieg. Obrońcy Piasta są bezradni, przelatująca pomiędzy nimi piłka trafia do rozpędzonego Dubiela, krótki rzut oka w kierunku Steina, uderzenie i Stein nie poddaje się, próbuje sięgnąć piłki, wyczuł zamiary strzelca, ale tej piłki nie jest w stanie wybronić ! GooooL !!!. Unia prowadzi z Piastem 1:0 !!!.
To był przełomowy moment meczu. Już żadnej z drużyn nie udało się zmienić tego wyniku !. Piast nie pasował, szarpał, ale umiejętności wciąż prących do przodu, świetnie znanych w Tarnowie Dery, czy Skowronka, były w tym dniu niewystarczające na Unistów !.
Wychodzącym ze stadionu uszczęśliwionym kibicom Jaskółek spływała po brodzie, a to rozpuszczona chałwa, a to cukrowa wata. Było słodziutko !!!.

WYNIKI 1 KOLEJKI; sezon 1961r.

Najwyższe zwycięstwo odniosła 
Unia Racibórz nad Stalą Rzeszów 4:0, ciekawie było w Poznaniu, gdzie Olimpia przegrała z Arkonią Szczecin 2:3. Do niespodzianek zaliczono remis beniaminka Lublinianki z Gwardią Warszawa 2:2 i wygraną Naprzodu Lipiny w Gdyni z Arką 2:0. Polonia Warszawa uległa Śląskowi Wrocław 0:2, MZKS Krosno /dawna Legia/ wygrał z Bałtykiem Gdynia 1:0, Calisia Kalisz przegrała z Wawelem 0:1, a Piast wygrał z Garbarnią 1:0. Oczywiście Jaskółki przegrały w Szczecinie z Pogonią 1:3.

WYNIKI 2 KOLEJKI; sezon 1961 r.
Zaskakiwało Krosno, które odniosło kolejne zwycięstwo, tym razem w Kaliszu 4:1, z dobrej strony pokazała się Garbarnia wygrywając aż 4:0 z Unią RacibórzŚląsk Wrocław odprawił z kwitkiem niedawnego zwycięzcę Jaskółek - Pogoń 4:2. Po raz kolejny zadziwiła Lublinianka /to ta drużyna, która w barażach okazała się wraz z Arką lepsza od Hutnika N. Huta/, która pokonała w Gdyni Bałtyk 2:0 !. Poza tym: Arkonia - Arka 2:0, Stal Rzeszów - Wawel 2:0, Naprzód Lipiny - Polonia 1:0, Gwardia Warszawa - Olimpia Poznań 4:0, Jaskółki - Piast 1:0.

SEZON 1961 r., II LIGA - 3 kolejka;
UNIA RACIBÓRZ - UNIA TARNÓW.


Jaskółki zagrały bez Witka i Goska, w składzie: Sienkiewicz, Tyliszczak, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, młody Stós, niewiele starszy Kotwa, Rusinek, Dubiel, Spodzieja.

Na trudnym, raciborskim terenie, zaczęło się wielce obiecująco. Jaskółki wypracowały sobie przewagę i stwarzały dobre sytuacje podbramkowe. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie słaba dyspozycja strzelecka. Unia nie trafiała w dobrych sytuacjach, a poza tym niektórzy jej gracze albo zwlekali z oddaniem strzału, albo oddawali piłkę gorzej ustawionym kolegom. W szczególności tyczyło to Spodzieji, który po długiej nieobecności na boisku, jakby zatracił instynkt strzelecki, strzelał rzadko i anemicznie. Wymienianie pozycji strzeleckich Unistów nie ma sensu, gdyż można je podsumować jednym zdaniem - w zasadzie każdy z piłkarzy przednich formacji miał w tym meczu coś na sumieniu, najczęściej niecelny strzał lub zaprzepaszczoną pozycję. Przewaga w polu nie przekładała się więc na wynik konfrontacji. Raciborzanie dali zepchnąć się do defensywy, ale nie miało to dla nich negatywnych następstw. Z przebiegu gry Unii należała się  co najmniej  dwubramkowa przewaga, ale w rzeczywistości nasze konto strzeleckie było puste.
W 39 minucie miejscowej publiczności pokazał się niewidoczny dotychczas
Lazar.  Kiedy został zepchnięty przez naszych obrońców nieomal na końcową linię boiska, zdecydował się na strzał rozpaczy. Ale nawet w takim momencie ten znamienity technik i piłkarz obdarzony nadzwyczajnym strzelecki darem, starał się szukać swojej szansy. Nie uderzył "prosto", lecz mocno podkręcił piłkę. Ta posłuchała strzelca w 100 % -ach - łukiem minęła krótszy słupek bramki Unii i wpadła do siatki !!!. 
Nienajlepiej poczynająca sobie Unia Racibórz wyszła na prowadzenie 1:0 !!!.
Jaskółki mogły sobie tylko pluć w brodę, albo alternatywnie zaproponować Lazarowi przejście do naszego klubu. Lazar do Jaskółek akcesu nie zgłosił i w historii meczów obu tych zespołów jeszcze nie raz faszerował nas golami, niczym wytrawny kucharz faszeruje kaczkę wątróbką.   

Połówka zakończyła się prowadzeniem gospodarzy 1:0, ale przebieg gry wskazywał na to, że wynik tego meczu jest sprawą otwartą. A w zasadzie byłby sprawą otwartą, gdyby nie nowatorskie podejście trenera Bieleckiego i samego zespołu do tego meczu. Otóż Unia postanowiła przerwę w spotkaniu spędzić w ... lunaparku, czyli wesołym miasteczku !!!.
Oto przy stadionie Unii Racibórz rozbił swoje klamoty obwoźny lunapark. Karuzele i zjeżdżalnie były zajęte, więc zespół Jaskółek wśród pisków i oznak pełnego zadowolenia, zaczął zajmować miejsca na huśtawkach. Tych niestety było w tym dniu pod dostatkiem. Już po chwili wszyscy bujali się, że hej. I nózia w górę ! - to
Spodzieja z Rusinkiem  ruszają pod niebo, i nózia w dół - to Kotwa z Nowakiem spływają z nieboskłonu, reszta też huśta się, aż miło !.
Kiedy sędzia Sudoł z Rzeszowa dał znak na rozpoczęcie II połowy, wraz z osłupiałym praszczurem i 4 tysiącami kibiców zobaczyliśmy, że Unia nie zeszła z huśtawek. Zapowiadał się niezły pasztet i niestety, ale na zapowiedziach się nie skończyło !!!.

Do Kolegi Kibica z plant - nie, nie dotknęło mnie wiosenne przesilenie, tak że spotkanie w celu podleczenia mnie, nie ma sensu.

Huśtawka, o której powyżej napomknąłem, to oczywiście "huśtawka" formy naszych piłkarzy. Po przerwie zobaczyliśmy bowiem na boisku zupełnie odmieniony zespół. Unia, która miała szansę na rozstrzygniecie meczu na swoją korzyść, po przerwie zagrała nadzwyczaj słabo. To "nadzwyczaj słabo" to i tak dla niektórych piłkarzy Unii komplement. Nałożyły się na to braki w kondycji.
Racibórz, który nie zachwycił w pierwszej połowie uzyskał przewagę, którą potrafił przemienić na kolejne gole.
W 57 minucie Michalski podaje w tempo do Urbasa, a ten strzela bramkę !. Jest 2:0 dla gospodarzy. W 70 minucie Urbas postanawia zrewanżować się kolegom i to z kolei on posyła celnie piłkę do Zaczka, który nie marnuje dobrej okazji !. Jest 3:0 dla Unii Racibórz.
  
Jaskółki pasują w i tak już dziurawej obronie, dają rywalowi zbyt wiele swobody i kolejne gole to tylko kwestia czasu. W 72 minucie pozostawiony sam sobie Michalski strzela z odległości kilku metrów. Wydaje się być jednak zbyt pewny swego, jest rozluźniony i to go gubi - strzał jest niecelny, piłka przechodzi obok bramki Sienkiewicza. Chwilę później zawahanie pary stoperów i chaos w szeregach obronnych Jaskółek wykorzystuje Lazar, ma o niebo lepszą okazję, niż tą, z której strzelił bramkę, ale tym razem odchyla się za bardzo do tyłu, źle przykłada nogę i piłka szybuje tuż ponad poprzeczką naszej bramki.
W 86 minucie Palemba nie widzi innego sposobu na powstrzymanie kolejnej szarży Lazara, jak podcięcie tego zawodnika. Rzut wolny wykonuje Boczek, podbiega do piłki, symuluje uderzenie, ale nie, to jeszcze nie ten moment, nieco cofa się, obrona Unii przestawiona i zaskoczona, nie koryguje swojego ustawienia, Boczek uderza w piłkę, a precyzji i zdolności przewidywania można mu tylko pogratulować. Piłka wydaje się bowiem lecieć w "wolny" korytarz, pomiędzy zawodnikami, ale to złudzenie, zagranie jest wyuczone, tor lotu piłki przecina Urbas, który wydawał się nie nadążać za akcją i jakby pozostał z tyłu, tymczasem ruszył do piłki i wyskoczył w powietrze w jak najbardziej odpowiednim momencie, potem już tylko uderzenie piłki głową Urbasa i robinsonada Sienkiewicza na nic się już nie zdaje. Piłka ląduje w siatce, jest 4:0 dla Raciborza !.
To zarazem końcowy wynik meczu !.
I nózia w górę i nózia w dół i rączki razem i nóżki złączone ...

WYNIKI 3 SERII:

Niepokonana Lublinianka przegrała nieoczekiwanie u siebie z Calisią 1:2, Pogoń potwierdziła, że będzie groźna u siebie i wygrała z mającym komplet punktów Naprzodem 2:0, Wawel zremisował 0:0 ze świetnie spisującym się Krosnem. Wszystko wskazywało na to, że będzie to wyrównana liga !. Inne mecze: Arka - Gwardia Warszawa 0:1, Polonia W-wa - Arkonia 0:2, Stal Rzeszów - Garbarnia 2:1, Piast Gliwice - Śląsk Wrocław, Olimpia - Bałtyk 1:2.

TABELA II LIGI, SEZON 1961 - 3 KOLEJKA.

1-2/ Śląsk Wrocław i Arkonia Szczecin - po 6 pkt;
3-4/ Gwardia Warszawa i Krosno - po 5 pkt;
5- 6/-7/-8/ - Pogoń Szczecin, Naprzód Lipiny, Stal Rzeszów i Unia Racibórz - po 4 pkt;
9/-10/ Lublinianka i Wawel Kraków - po 3 pkt;
11/-15/ UNIA TARNÓW, Piast Gliwice, Garbarnia Kraków, Bałtyk Gdynia i Calisia po 2 pkt;
16/-18/ Arka Gdynia, Polonia Warszawa i Olimpia Poznań - po 0 pkt.

Unia nie rozpoczęła tego sezonu w stylu, w jakim zaczynała poprzednie rozgrywki, kiedy to plasowała się w samej szpicy tabeli. Kibice pocieszali się, że na eksponowanym miejscu znajdziemy się nie na początku, ale na końcu rozgrywek.

Tymczasem przed 4 kolejką wyłączam promocyjną funkcję wysyłania bezpłatnych e - maili  z prośbą o zmianę wyniku na korzyść Unii. Raz, że promocja się skończyła, dwa - do Unii miała zawitać Stal Rzeszów, a to zapowiadało kolejną stratę punktów. Kibice Unii mieli jednak cichą nadzieję, że trener Bielecki zafunduje podopiecznym kolejne huśtawki i tym razem forma pójdzie znowu w górę. No to nózią hopaj siup, iiii dooo góry !.

SEZON 1961 r., II LIGA - 4 kolejka;
UNIA TARNÓW - STAL RZESZÓW.


W Nepalu są takie plemiona, które z uwagi na przynależność do określonej, wyższej kasty, mogą brać żony tylko z miejsc położonych na zachód od ich terenów. Kobieta zajmuje niższe miejsce w społeczności, a więc i logicznym jest, że musi pochodzić z terenów "gorszych", a za takie uznaje się wszystko, co bardziej na zachód. Plemiona Nepalczyków z Rzeszowa przyjechały do Tarnowa z przekonaniem, że goszczą u gorszych i że wezmą tu nie tyle żony, co 2 punkty. Wyrażali to okrzykami i przywleczonymi transparentami.
Co krzyczeli kibice Jaskółek pod adresem plemion, tego nie napiszę, żeby nam przypadkiem nie zamknęli stadionu.

Podczas ostatnich konfrontacji ze Stalą, Unii wybitnie "nie szło". Ale tym razem już od pierwszych minut spotkania widać było, że trener Bielecki był jednak z piłkarzami na huśtawkach; zobaczyliśmy zupełnie inny zespół, niż w Raciborzu, tym razem huśtawka formy była nad wyraz korzystna dla spragnionych victorii kibiców.

Unia grała od pierwszych minut skoncentrowana, prowadziła szybką grę, często i celnie ostrzeliwując bramkę przyjezdnych. Było niemało improwizacji i zaskakujących rozwiązań. Zespół aż rwał się do przerwania złej passy w meczach ze Stalą.
W 5 minucie jesteśmy świadkami wzorowo przeprowadzonej zespołowej akcji. Piłka rozgrywana była szybko i z klepki, tak że nawet nie mam odnotowanych zawodników, którzy dołożyli do tej akcji swoją cegiełkę. Ostatnim ogniwem był Spodzieja, bo to do niego trafiła piłka. Nawet bardzo nie przymierzał się do tego strzału, ot po prostu uderzył tak, jak za niedawnych, dobrych lat. Strzał był precyzyjny, półgórna, mocno podkręcona piłka, była nie do obrony !. Gooool, 1:0 dla Unii !, w tak wyśmienity sposób rozpoczęło się to spotkanie !.
Stali Rzeszów nikt nie lekceważył, wszyscy na stadionie wiedzieli, że ten rywal nie odpuści. Już nie raz Stalowcy udawadniali, że potrafią się mobilizować i wychodzić obronną ręką z trudnych opresji.
Świadomość tego mieli i nasi piłkarze i wyraźnie nie spoczęli na laurach. Atak na bramkę Stali trwał !. To był rywal, którego nie można było zlekceważyć !.
W 13 minucie   Kotwa posyła prostopadłe podanie w pole karne do Witka, ten manewr zaskakuje gości, Witek wychodzi na pozycję sam na sam z bramkarzem, cudownie zasłania piłkę, dzięki swojej technice jest jeszcze w stanie kilka kroków ją podciągnąć, by wypracować sobie jeszcze dogodniejszą pozycję do oddania strzału i kiedy składa się, by go oddać, w ruch idą ręce goniącego Witka Myśliwczyka, który popycha naszego gracza. Witek traci równowagę, można zapomnieć o szansie na oddanie strzału, na nasze szczęście sędzia wszystko dokładnie widzi i nie daje się nabrać na ruchy Myśliwczyka, który wymownie pokazuje, że trzymał ręce przy swoim korpusie, a nie gmerał nimi przy spodenkach i koszulce Witka.
Rzut karny !!!. 4 tysiące widzów wyje !!!. Za chwilę do piłki podbiega Rusinek, chwila ciszy i ... eksplozja radości !!!. Goool ! - jest 2:0 dla Unii, oj teraz Stal nie wydaje się już taka groźna !.
Ale to tylko złudzenie, Stal nie godzi się z porażką, podrywa się do walki, podkręca tempo, za wszelką cenę dąży do zdobycia kontaktowej bramki.
Unia kontruje, próbuje powstrzymać rywala, nie dać mu cienia nadziei.
Już prawie kończy się pierwsza połowa, a wynik nie ulega zmianie, to znakomita wiadomość dla wszystkich fanów Jaskółek. Stal nie jest w stanie zmniejszyć rozmiarów przegranej.
W 41 minucie "idzie" kolejny fantastyczny, zespołowy atak Unii. Nie uczestniczący w akcji zawodnicy Unii rozbiegają się po bokach, nieco odciągając obrońców Stali. Piłka trafia do Spodzieji, próbujący go kryć obrońca może być w miarę spokojny, zna dobrze nawyki Spodzieji i wie, że z położenia w jakim znajduje się Unista, prawdopodobnie nie odda celnego strzału. Widzą to też kibice i drą się z całych sił: "Rysiu, przełóż na lewą !!!". Chodzi oczywiście o przerzucenie piłki na lewą nogę, która już tyle razy przynosiła nam cudowne bramki. Rozpędzony Spodzieja nie ma jednak czasu i możliwości uderzenia piłki lewą nogą. To co za chwilę się dzieje wprawia wszystkich, łącznie z obrońcą Stali, w najwyższe zdumienie. Spodzieja oddaje z prawej nogi atomowy, nuklearny wręcz co do swojej siły strzał !!!. Gdyby na stadionie były kamery to nie wiem, czy wyłapałyby lot piłki. Lot, który kończy się prawie rozerwaniem siatki bramki Stali !!!. Jest 3:0 dla Jaskółek !. Kibice szaleją z radości, co poniektórzy patrzą jeszcze, czy Spodzieja nie ma poprzestawianych po dryblingu nóg i czy na miejscu  prawej nie ma chwilowo lewej nogi, ale nie !. Spod kłębowiska ciał zawodników Unii, przygniatających z radości, leżącego już na murawie Spodzieję, widać sterczące do góry nogi szczęśliwego zdobywcy gola - wszystko jest w porządku, prawa noga jest po prawej stronie, lewa po lewej.
Za tę informację nie dam głowy, ale chyba na płycie boiska pojawił się klubowy lekarz i ściągnięta w trybie nagłym rodzina Spodzieji, którzy mieli sprawdzić, czy ma on wszystko na swoim miejscu. Obdukcja przebiegła pomyślnie, nic się nie przestawiło, z murawy słychać było głośny odgłos ulgi - to Spodzieja cieszył się z gola i z prawej nogi na miejscu prawej nogi !.
Spodzieja wrócił do tabeli strzelców II ligi w wielkim stylu !.
Wynikiem 3:0 dla Unii kończy się I połowa !.

W drugiej odsłonie tempo gry jeszcze bardziej wzrasta !. Stal nie oddaje pola, zapomina o wyniku, myśli tylko o jednym: jak zdobyć pierwszego, a później kolejnego gola. Stalowcy powoli, ale jednak z każdą mijającą minutą zyskują przewagę w polu. Mimo wysokiego prowadzenia, w tym meczu nie można być jeszcze niczego pewnym !!!.
Szczególnie aktywny był Poświat, ale Sienkiewicz, Mazurek, Tyliszczak i Kuciewicz nie dopuszczali do utraty gola.
Unia także nie rezygnowała ze zdobycia bramki.
W 62 minucie Witek "zatańczył" na prawej flance, w popisowym stylu ograł obrońcę Gnidę, dostrzegł wpadającego niczym burza na przedpole bramkowe Rusinka, posłał do niego piłkę i to była ta akcja, na którą czekały trybuny. Akcja dobijająca ambitnie walczącą Stal !. Rusinek zmylił bramkarza, był zresztą od niego szybszy i posłał piłkę do siatki !!!. 4:0 dla Unii !!!.
Stali trzeba jednak oddać, że nie złożyła broni, chociaż nawet teoretycznie, przy tak grającej Unii, nie miała już szans na punkty.
Stal chciała przynajmniej zdobyć honorowego gola.
W 71 minucie znajdujący się w odległości kilkunastu metrów przed bramką Unii Poświat pięknym, prostym podbiciem posyła mocną piłkę w kierunku Sienkiewicza. Nasz bramkarz paruje strzał, przez moment wydaje się, że na raty  wyłapie piłkę, bądź też, że stanie się ona łupem asekurującego go Mazurka. Ale nie, tym razem najszybciej do piłki dopada Kruk ze Stali i z odległości kilku metrów od bramki uderza w futbolówkę. Dobitka Kruka jest jednak nieprecyzyjna, piłka leci wprost w rękawice właśnie podnoszącego się z murawy Sienkiewicza. Tym razem jego interwencja jest pewna i kończy akcję gości.
Unia nie dała sobie strzelić bramki. Mecz zakończył się wynikiem, którego nie sposób było przewidzieć:
4:0 dla Jaskółek !!!. 
I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że mecz rozegrano dokładnie w prima - aprilis, czyli 1 kwietnia 1961 r. !.
Czyżby prowadzący blog pozwolił sobie z tej okazji na niewinny żarcik w opisie meczu i przedstawił go inaczej, aniżeli faktycznie było ?!.
Spokojnie, to nie był żart !; Jeśli komuś sprawiono prima aprilis, to napewno tylko kibicom Stali - przełknąć 4 piguły w Tarnowie nie było łatwo !.
Po tym spotkaniu żartowano jeszcze, że swoistą maskotką naszego zespołu jest ... Dyrektor Zakładów Azotowych Stanisław Opałko. Kiedy był posłem z okręgu Rzeszowskiego, konkretnie z Jarosławia, wówczas szczęście i wygrane były przy Stali, kiedy został posłem z Tarnowa, szczęście przeszło na naszą stronę. Opałko bywał na meczach Unii, wraz z opiekuńczymi Zakładami żył sprawami wszystkich sekcji tego klubu, a porozmawianie z nim na meczu o sprawach Jaskółek nie było rzeczą nadzwyczajną - z perspektywy czasu to też zakrawa na prima aprilis, choć czymś takim nie było. Nie musiał przy tym zabiegać o elektorat, bo przy tamtym systemie wyborów mandat miał z góry w kieszeni, więc i tym różnił się od niektórych wielkich tego świata, przybywających aktualnie, przed godziną próby, na nasze stadiony.

WYNIKI 4 KOLEJKI:
Na uwagę zasługiwał pogrom zgotowany przez Naprzód Piastowi - gospodarze wygrali 7:0 !!!. To w ogóle była runda gospodarzy: w derbach Arkonia wygrała z Pogonią 1:0, poza tym Calisia pokonała Olimpię 3:0, Krosno - Lubliniankę 1:0, w małych derbach Krakowa Wawel wygrał z Garbarnią 3:2, Śląsk - Unia Racibórz 3:0. W pozostałych dwóch derbach były remisy: Gwardia - Polonia i Bałtyk - Arka po 1:1.

TABELA II LIGI - SEZON 1961 r. - 4 KOLEJKA:
1/ - 2/  Arkonia i Śląsk - po 8 pkt;
3/ - Krosno - 7 pkt;
4/ - 5/ Naprzód i Gwardia - po 6 pkt;
6/ Wawel - 5 pkt;
7/ - 11/ UNIA TARNÓW, Calisia, Stal Rzeszów, Unia Racibórz i Pogoń - po 4 pkt;
12/-13/ Bałtyk i Lublinianka - po 3 pkt;
14/-15/ Piast i Garbarnia - po 2 pkt;
16/ - 17/ Polonia i Arka - po 1 pkt;
18/ Olimpia - 0 pkt.

Rzut oka na tabelę wystarczał, by mieć świadomość, jak ważny dla jej układu  był kolejny wyjazd Unii. Jaskółki jechały do Garbarnii, a z nimi wielu kibiców Unii, w tym praszczur, Pan Janek i ja.
Spotkanie to zapamiętałem głównie z dwóch powodów. Zawodnik gospodarzy tak anemicznie i nieudolnie wykonał rzut karny, że piłka ... nie doleciała do linii bramkowej, a poza tym, to po tym meczu Pan Janek przez pół roku czytał niewielką broszurkę i dziwował się, ileż to tajemnic w niej zawarto.
Chętnie więc i o tym powspominam.

SEZON 1961 r., II LIGA - 5 kolejka;
GARBARNIA KRAKÓW - UNIA TARNÓW.


Unia zagrała w składzie: Sienkiewicz - Tyliszczak, Mazurek, Kuciewicz - Guzy, Nowak - Witek, Eugeniusz Żywiec /Stós/, Rusinek, Kotwa, Spodzieja, czyli systemem 3-2-5, lub bardziej precyzyjnie 3-2- 2-3.
W przełożeniu na wydarzenia boiskowe nie oznaczało to przewagi Unii. Najbardziej zapracowanym piłkarzem Jaskółek dosyć szybko okazał się bowiem nasz bramkarz.
Z kolei nalepszym piłkarzem na murawie był wszędobylski i bardzo dobrze dysponowany Browarski z Garbarnii. Chwilami miało się wrażenie, że oto mamy pojedynek Sienkiewicz - Browarski.
Już w 8 minucie spotkania Browarski wykonując rzut wolny z odległości ok. 25 m pokazał, że i Garbarnia ma
10 CZĘŚĆ - HISTORIA UNII TARNÓW,- WSPOMNIENIA, SEKCJA PIŁKI NOŻNEJ 2011-04-27
CZĘŚĆ 10.

SEZON 1960 r., 21 kolejka, runda rewanżowa;
UNIA TARNÓW - CRACOVIA
- ciąg dalszy opisu meczu zamieszczonego w części 9.

Otrzymałem wiele e - maili, których autorzy prosili, aby zmienić wynik meczu Unia - Cracovia. Postaram się wziąć je pod uwagę. Bez rozpoznania pozostawiam jedną z próśb, by pozbawić gości awansu do ekstraklasy. Na ten awans "Pasy"  w przekroju całego sezonu solidnie zapracowały.
Nieliczne e- maile z plant k. Dworca PKP przesłałem według właściwości do sekretariatu klubu Cracovia.

Jako już się rzekło, mimo przewagi w polu, dużej ambicji i dobrych podbramkowych sytuacji Unii, po 25 minutach gry, to Cracovia za sprawą utalentowanego Kowalika prowadziła z Jaskółkami 1:0.

Utrata bramki nie podłamuje Jaskółki. Nadal staramy się dominować na boisku. Trwa zażarta walka, ale to rzeczywiście ponownie Uniści mają więcej z gry.
Bramka wisi w powietrzu. W 35 minucie zakotłowało na naszej prawej flance. Witek w pięknym dryblingu ogrywa obrońcę Cracovii, w której ustawieniu coś szwankuje asekuracja, więc i nasz zawodnik nie trafia na kolejną przeszkodę, ma przed sobą wolne pole. Nie decyduje się jednak na "wjazd" w pole karne, ale mocno, po ziemi centruje piłkę na przedpole Michny. Piłkę próbuje przejąć Dubiel, jest ona od niego za daleko, więc rozpaczliwym wślizgiem próbuje się do niej zbliżyć. Desperacka próba przejęcia piłki przez Dubiela kończy się niepowodzeniem. "Na szczęście" myślą kibice Cracovii. Po chwili przez głowy fanów Jaskółek przebiega identyczna refleksja: "Na szczęście" !. Piłka, która omija Dubiela ląduje bowiem pod butem Rusinka. Krótkie spojrzenie w kierunku bramki, szybka ocena sytuacji; Michno i Durniok, nieco zdezorientowani nieudaną próbą Dubiela i skupiający głównie na nim swoją uwagę, jakby "odpuszczają" akcję Rusinka, to sytuacja wymarzona dla naszego supersnajpera. Rusinek nie czeka, aż gracze Cracovii znowu go oblepią, niczym pszczoły plaster miodu, ostro strzela i w tym momencie realizuję Wasze zamówienia zawarte w e-mailach do mnie !. Zmiana wyniku ! - Rusinek zdobywa gola, jest 1:1 !!!!. Szał radości w szeregach Unistów i na trybunach !.

Rusinek może już tylko pomarzyć w kolejnych akcjach o większej swobodzie. Jest pilnowany niczym źrenica w oku, niczym owieczka przez bacę, niczym kość przez brytana, czy coś w tym stylu, w każdym razie mniej więcej wiecie o co mi chodzi.
Ale ten wytrawny piłkarz ma swoje sposoby na wyprowadzenie rywali w pole. Właśnie błyskawicznie kreśli z piłką kółeczko wokół własnej osi, nie czeka aż obrońcy go zablokują, ostro uderza z linii pola karnego, to niesygnalizowany strzał, ale tym razem Michno nie spuszcza z niego oka, naprężony czeka, aż Rusinek pośle w jego kierunku "petardę", umiejętnie rzuca się w kierunku piłki i paruje strzał !. Jest nadal 1:1 i takim rezultatem kończy się I połowa.
Początek drugiej połowy należy do Cracovii. Uwidacznia się lekka przewaga "Pasów", ale nasza obrona spisuje się bez zarzutu. W tej części meczu odnotowujemy dwa znakomite wolne w wykonaniu Durnioka i Malarza, zwłaszcza po jednym z nich Czekanowski musiał wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności, ale piłkę wspaniale wybronił !.
Po około 20 minutach możemy odetchnąć z ulgą. Unia przetrzymała okres przewagi Cracovii bez strat bramkowych i sama zaczęła szukać swojej szansy.
Znajdujemy ją w 78 minucie !. Składna akcja Unistów wyprowadza Witka na czystą pozycję !. Znowu ma przed sobą pustą bramkę !. Witek swobodnie uderza w piłkę, ta leci w kierunku siatki, ale nie !!!! - uderza zaledwie w słupek !!!. To nie koniec akcji, do bezpańskiej piłki dopada Gosek, uderza jak z armaty, piłka już bez
żadnej wątpliwości zmierza w światło bramki, ale na jej torze pojawia się nagle Durniok, który pozbierał się szybciej po akcji Witka, aniżeli Michno i zdążył wbiec na linię bramkową. Piłka trafia w Durnioka, nokautuje go, ale to piłka, nie boks, więc k.o. nie wchodzi w grę. Jest nadal 1:1 !.
Rozsierdzeni kibice Unii, na miejscu trenera Bieleckiego po tym meczu najchętniej zaordynowaliby Witkowi strzelanie goli z piłki ustawionej na linii bramkowej, a w razie powodzenia /co nie byłoby takie pewne/, odsuwali ją od bramki co 5 cm, aż do nabrania pewności, że Witek pozbędzie się kompleksu pustej bramki. Wszyscy bowiem w pamięci mieli pierwszy mecz na stadionie Cracovii. W każdym razie, kiedy emocje opadły kibice ponoć radzili Witkowi, by w przyszłości przed oddaniem strzału dokładnie sprawdzał, czy bramkarz jest w bramce - jest ?! - to należy strzelać, napewno będzie gol, nie ma i jest pusta bramka ?! - to szybciutko odgrywać do tyłu, choćby do własnych obrońców ...
Na 5 minut przed końcem spotkania znowu pokazuje się Rusinek, ale jego strzał jedynie nokautuje kolejnego gracza Cracovii - Konopelskiego.
W 89 minucie przed szansą zmiany wyniku staje młody Kotwa, ale i on marnuje świetną okazję - strzela w aut bramkowy !. No cóż, w drużynie musiał być porządek - młody nie mógł być lepszy od "starego" Witka, a Kotwa znał się na dobrych manierach.
Mecz kończy się wynikiem 1:1.
Unie pokazała się z jak najlepszej strony, po raz kolejny udowodniła, że zwłaszcza w spotkaniach z zespołami z czoła tabeli potrafi postawić surowe warunki. Z naszej strony było sporo ciekawej gry zespołowej, skrzydłami, ale też i niemało indywidualnych akcji. Nie brakowało sytuacji, a przecież Cracovia - co można już ujawnić - w 1960 r. awansowała do ekstraklasy !.
Dziennikarze z Krakowa byli nieusatysfakcjonowani. Czegóż oni nie wypisywali po tym meczu. A to nie podobała im się taktyka trenera, którym był nie kto inny, jak jeden z najlepszych szkoleniowców tamtych czasów -
Michał Matyas. A to zastanawiali się, czy Cracovia przyjechała bronić się, czy też atakować. A to pytali czemuż to Śliwa zmienił napastnika Mikołajczyka. Nie wiedzieli też czemuż to rzeczony Śliwa "plątał się"
 pomiędzy atakiem, a obroną.
Faktem jest, że Cracovia momentami grała nerwowo i chaotycznie, ale też żaden z krakowskich dziennikarzy nie napisał, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala, a Unia w tym meczu długi okresami na zbyt wiele nie pozwalała !!!.
Z tego występu Jaskółek mogliśmy być dumni !!!.

POZOSTAŁE REZULTATY 21 KOLEJKI:

Remis sporo kosztował Cracovię, ponieważ Stal Mielec wygrała 3:0 z Piastem Gliwice i samodzielnie objęła prowadzenie w tabeli. Obydwu zespołom tj. Cracovii i Stali można jednak już było gratulować awansu do ekstraklasy !.
Z kolei w pojedynku zespołów z dołu tabeli Wawel Kraków rozgromił Górnika Radlin 5:1;
Legia Krosno - Garbarnia 1:0, Naprzód - Wawel Wirek 3:0, Concordia - Stal Rzeszów 1:1.

TABELA PO 21 KOLEJKACH:
1/ STAL MIELEC - 31 pkt;
2/ Cracovia - 30 pkt;

3/- Piast Gliwice - 25 pkt;
4/-5/-6/ - UNIA TARNÓW, Stal Rzeszów i Garbarnia - po 21 pkt;
7/ - 8/ - Legia Krosno i Naprzód - po 20 pkt;
9/- 10/- Wawel Kraków i Concordia - po 18 pkt;
11/ Górnik Radlin - 17 pkt; /dwa z tych trzech ostatnio wymienionych zespołów musiały opuścić ligę - który, o tym dowiemy się po następnej, ostatniej już kolejce/;
12/ - Wawel Wirek - 10 pkt.

W ostatniej, bo 22 kolejce sezonu 1960 r., Jaskółki miały wyjazd do Stali Rzeszów. Pamiętając ostatnie mizerne występy Unii przeciwko Stali, osobiście nie radzę tracić czasu na wysyłanie e - maili do mnie z prośbami o wprowadzenie do opisu dobrego wyniku. Ale decyzja należy do Was.
Ja w każdym razie już łączę się z Rzeszowem, hallo, hallo - praszczurze, co tam słychać w Rzeszowie ?, cdn ... /o ile praszczur się odezwie .../,

SEZON 1960 r., 22 kolejka, runda rewanżowa;
STAL RZESZÓW - UNIA TARNÓW.


Tu Rzeszów ! - jest 30 października 1960 r. - jest z nami wspaniała blondynka w chabrowej princesce. Oj przepraszam, to nie ta relacja.
Wobec tego jeszcze raz - Tu Rzeszów ! - jest 30 października 1960 r. Na stadion Stali wbiegają: Czekanowski, Tyliszczak, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek, a za nimi blondynka w chabrowej princesce !.
Zespoły Stali i Unii walczyć będą w ostatniej kolejce sezonu o jak najwyższe miejsce w tabeli. Oba zespoły już wcześniej zapewniły sobie byt ligowy.
Jaskółki wszystkich zaskakują. Od pierwszych sekund atakują !. Nie do końca rozgrzana i skoncentrowana Stal odpowiada faulem swojego stopera Myśliwczyka. Sędzia odgwizduje wolnego z odległości 20 metrów. Jest 1 minuta meczu. Po latach trudno zrozumieć do końca decyzję arbitra. Skoro to był 20 metr od bramki, a wolnego miał wykonywać nie zmęczony jeszcze Mazurek, to czy nie prościej było odgwizdać od razu gola i nie fatygować naszego stopera do wędrówki przez całe boisko ?. Sędzia był formalistą, na dodatek niewiernym Tomaszem, zaparł się  i Mazurek musiał rzut wolny wyegzekwować. Podbiegając do piłki cały czas obserwował zachowanie bramkarza Stali. Uderzył w piłkę piekielnie mocno i formalności stało się zadość. Piłka wpadła do bramki !!! - goool w 1 minucie meczu dla Unii !!!. 1:0 dla Nas !!!.
Brawo Mazurek !.
Stal trafiona już w 1 minucie nie gra dobrze. Dużo w jej poczynaniach nerwowości i niepokoju. Jak ognia wystrzegają się fauli na 20 metrze, co ułatwia zadanie Unistom. Przeważamy, gramy solidniej i spokojniej.
Ale to Stal  w  26 minucie uzyskuje rzut rożny. Mocno bita piłka, wyskakuje do niej Tyliszczak, ale futbolówka przechodzi ponad jego głową, myląc nieco pozostałych defensorów Jaskółek. Najwięcej szczęścia ma Kwiatkowski ze Stali, któremu piłka spada na głowę, krótki zamach, uderzenie i gol !. 1:1 !. 
Łatwo przyszło, za łatwo poszło !. Kibice zastanawiają się, czy Czekanowski nie powinien wyjść do tej piłki, sam zainteresowany twierdzi, ża nie za bardzo, bo odległość, bo był przytrzymywany, bo przecież obrońcy ... Nie rozstrzygniemy tego dylematu.
Stal odzyskuje pełnię równowagi. Jesteśmy świadkami wielu szybkich i interesujących akcji.
W 40 minucie rozgrywana przez Jaskółki piłka wędruje, jak po sznurku. Stalowcy nie mogą przerwać akcji, Uniści znakomicie zasłaniają piłkę i szybko ją odgrywają do najbliższego partnera. Kibice Stali przeczuwają duże zagrożenie. I słusznie - bo akcja rozwija się w błyskawicznym tempie, a w jej finale do piłki dopada Gosek .  
Decyduje się na strzał z pewnego kąta, uderzenie jest precyzyjne i mocne - piłka wpada do siatki !!!. 2:1 dla Unii !!!. Pierwsza bramka dla Unii, b. zawodnika Beskidu Andrychów w rozgrywkach ligowych !!!.
Stal jest rozjuszona, nie tak sobie planowała finał rogrywek. Niemal zaraz po utracie gola idzie szybka kontra !. A tymczasem w szeregach obrońców Unii trwa jeszcze piknik po zdobyciu gola !. Napastnicy Stali muszą uważać, by podczas swej akcji nie nadziać się, a to na stół zastawiony kiełbaską i ogóreczkami, a to na wykładaną na trawce śnieżnobiałą serweteczkę z kobiałką wiejskich jajek.
Świętujący obrońcy Unii zbyt późno decydują się na interwencję. Bodajże Palemba z dyndającą mu jeszce w zębach kiełbaską, fauluje napastnika Stali. Niestety, ale podczas interwencji biesiadował w polu karnym. Rzut karny !. Jest 42 minuta meczu.
Znakomity Poświat nie daje szans Czekanowskiemu, trafia celnie i jest 2:2 w tym ciekawym meczu !.
Po przerwie mecz nadal jest interesującym spektaklem.
W 68 minucie jeszcze raz daje znać o sobie Poświat. Wypatruje wbiegającego w naszą strefę obronną Kruka i posyła mu precyzyjne podanie. Kruk nabiera prędkości, przechodzi dwóch obrońców Unii, którym wiadomo już co dynda między zębami, Kruk strzela i Czekanowskiemu pozostaje tylko wyjąć piłkę z bramki. Jakże solidna obrona Jaskółek w opisanych momentach niestety, ale zawiodła !.
Stal wyszła na prowadzenie 3:2 !.
Gospodarze nie dali już sobie wydrzeć zwycięstwa; to było szybkie, emocjonujące spotkanie - Jaskółki poległy w nim, ale pokazały "Jaskółczy" pazur !.
Piłkarze Unii schodzili z boiska na zasłużony wypoczynek po sezonie 1960 r. A z trybun schodził praszczur ze zwiewną blondynką w chabrowej princesce - no, może z uwagi na porę roku, coś na niej jeszcze miała. Ale to już informacje objęte klauzulą najwyższej tajności - do ujawnienia za 20 lat.

WYNIKI 22 KOLEJKI:
Walczący o utrzymanie Wawel Kraków zremisował w Gliwicach z tamtejszym Piastem 1:1; Ładnie zachowała się Garbarnia, która wygrywając z Concordią 1:0, zwiększała szanse Wawelu na pozostanie w II lidze. Już wcześniej zdegradowany Wawel Wirek wygrał ze świętującą awans Stalą Mielec 3:2. Nie lepsza okazała się Cracovia, która przegrała u siebie z Naprzodem 1:2. Walczący o utrzymanie Górnik Radlin wygrał z Legią 2 :0, ale nie na wiele mu się to zdało.

KOŃCOWA TABELA II LIGI - SEZON 1960 r.:

1/ STAL MIELEC - 31 pkt;
2/ Cracovia -  30 pkt;
Oba te zespoły awansowały do ekstraklasy !.

3/ Piast Gliwice - 26 pkt;
4/ Garbarnia Kraków - 23 pkt;
5/ Stal Rzeszów - 23 pkt;
6/ Naprzód Lipiny 22 pkt;
7/ UNIA TARNÓW 21 pkt, bramki 30 - 34;
8/ Legia Krosno 20 pkt;
9/ Wawel Kraków 19 pkt, bramki 35:27.

LIGĘ OPUSZCZAŁY:

10/ Górnik Radlin - 19 pkt, bramki 29:40 /w bezpośrednich pojedynkach z Wawelem Kraków, Górnik wygrał 2:1 u siebie i przegrał 1:5 w Krakowie/;
11/ Concordia Knurów - 18 pkt;
12/ Wawel Wirek - 12 pkt.

Jaskółki potwierdziły przynależność do II - go ligowej rodziny. Długo zaliczano je do grona zespołów walczących o ekstraklasę i to zarówno ze względu na miejsce w tabeli, jak i prezentowaną formę. Pierwszą porażkę Jaskółki odnotowały dopiero w 6 kolejce, przegrywając minimalnie w Mielcu z późniejszym ekstraligowcem. W ogóle w bezpośrednich meczach z zespołami, które awansowały, Unia walczyła jak równy z równym.
Także i z 3 w tabeli Piastem, Unia wygrała w  Tarnowie 3:2.
Łącznie wygraliśmy 8 meczów, zremisowali 5, przegrali 9.
Miejsce w tabeli napewno nie odpowiadało zdecydowanie większemu potencjałowi tego zespołu, zwłaszcza że zespół przez wiele spotkań nie mógł grać w pełnym składzie /brak Spodzieji, Dubiela, Rusinka, czy Fudaleja/.

BRAMKI DLA UNII:
Królem strzelców w szeregach Jaskółek został Wiesław RUSINEK - 7 goli !.
A przecież "zabrano" mu 1 gola po walkowerze z Radlinem. Także niektóre statystyki wykazują Go - odmiennie ode mnie - jako zdobywcę gola w wyjazdowym meczu z Wawelem Kraków.

Wiceliderem został, pomimo zawalenia kilku stuprocentówek, Alojzy WITEK z 6 golami na koncie !.
Po 3 gole strzelili: wielki nieobecny przez znaczną część sezonu Ryszard Spodzieja oraz kapitalny egzekutor wolnych, obrońca Czesław Mazurek.

Po 2 gole "złowili": Guzy i Nowak.
1 bramkę strzelili: Kotwa, Dubiel, Gosek i Fudalej.

Brakujące 3 gole to oczywiście walkower z meczu z Górnikiem Radlin.
Całemu zespołowi należały się brawa za wiele wspaniałych, pełnych emocji chwil, jakie dali swoją postawą licznym kibicom !!!.

Z grupy północnej II ligi awans do ekstraklasy wywalczyły zespoły Lecha Poznań i Zawiszy Bydgoszcz.
Znakomicie spisała się przesunięta z grupy południowej Unia Racibórz, która zajęła 3 miejsce !.
Smutny los spadkowicza przypadł w udziale: Unii Gorzów Wielkopolski, Polonii Gdańsk i Warcie Poznań.

W 1960 r. mistrzem Polski został Ruch Chorzów, który wyprzedził Legię Warszawa i Górnika Zabrze.

Do II ligi spadały Pogoń Szczecin i Gwardia Warszawa, a więc kibice Unii mogli już ostrzyć sobie zęby na kolejne ciekawe pojedynki.
II - go ligowy sezon 1960 r. uważam za zamknięty, ale to nie oznacza że w tym roku już nic ciekawego się nie działo, wręcz odwrotnie !, ale o tym w kolejnym odcinku niekończącej się opowieści o ukochanej Unii Tarnów !!!.

CIEKAWOSTKI.
W listopadzie 1960 r. miało dojść do spotkań reprezentacji Polski i Węgier i to aż na trzech frontach /seniorzy, młodzieżówka i juniorzy/.
Czasy "Złotej Jedenastki" znad Dunaju należały już do przeszłości, ale następcy Puskasa, Bozsika, Kotsisa, czy Hidegkutiego nadal byli atrakcyjnymi rywalami. W 1962 r. na mistrzostwach świata dotarli do ćwierćfinału, a w omawianym 1960 r. sięgnęli po brązowy medal na Olimpiadzie w Rzymie.
Znany Wam już Pan Janek, jednym tchem wymieniał zawsze jeszcze jednego rasowego rozgrywającego Węgier, a mianowicie Tokaja Szamorodniego. Oczywiście rozgrywający Tokaj to było znane białe deserowe wino węgierskie.
Pan Janek opowiadał kiedyś, że "od Tokaja" nauczył się więcej piłkarskich sztuczek, niż od najlepszych trenerów świata. Kiedyś po wieczorze spędzonym w "towarzystwie" Tokaja w pięknym stylu, na swoim motocyklu, "przedryblował" prawie całe miasto ! - pisali o tym nawet w jednej z rubryk krakowskiej gazety, z tym że nie była to rubryka sportowa.
Dlaczego wspominam o tym ? - wyjaśnienie w kolejnej rubryce, już jak najbardziej sportowej !.

MECZ TOWARZYSKI: UNIA TARNÓW -
MŁODZIEŻOWA REPREZENTACJA POLSKI.


I tak to wyjaśnił się wątek Pana Janka i rozgrywającego Tokaja z poprzedniego wpisu.
Reprezentacja Polski w kategorii młodzieżowców za sparingpartnera przed międzypaństwowym meczem z Węgrami wybrała sobie zespół Jaskółek !!!.
Przenieśmy się zatem na obóz przygotowawczy kadry młodzieżowej. Kogóż tam nie ma ?! - jest i znakomity bramkarz młodego pokolenia Wisły Kraków - Leśniak, jest i póżniejsza legenda chorzowskiego Ruchu Antoni Nieroba, który w ekstraklasie rozegrał 347 meczów, jest i znakomity Erwin Wilczek, późniejszy kilkunastokrotny reprezentant Polski seniorów, w ekstraklasie zdobył 96 goli, z Górnikiem Zabrze w 1970 r.dotarł do Finału Pucharu Zdobywców Pucharów ! /późniejszy Puchar UEFA/. Jest i kolejny "Wiślak" - napastnik Andrzej Sykta, także reprezentant Polski seniorów. Jest i wielu innych, znakomicie zapowiadających się, młodych polskich piłkarzy.
Skoro już jesteśmy na zgrupowaniu kadry, posłuchajmy o czym to mówią piłkarze przed meczem z Unią, przy czym nie biorę odpowiedzialności za rzetelność przekazu /wiadomo - "rozgrywający Tokaj" !/.
"Panowie - bierzemy saperki i robimy podkop. 20 metrów wystarczy i wiejemy z obozu". "A może lepiej każdy zje po kilogramie surowych kartofli - efekt murowany, odeślą nas do domów !". W tym momencie kadrowicze skupiają się na telewizyjnych wiadomościach sportowych. Spikerka ogłasza oficjalny komunikat: " W meczu Unia - Kadra, Jaskółki wystąpią w poważnie osłabionym składzie - w ich szeregach zabraknie Czesława Mazurka i Ryszarda Spodzieji !". Na twarzach kadrowiczów oznaki rozluźnienia - nie trzeba wiać z obozu !, alarm odwołany  - osłabiona Unia jest w zasięgu młodzieżowców !!!.

I rzeczywiście Jaskółki zagrały bez Mazurka i Spodzieji !. Skład Unii: Czekanowski, Tyliszczak, Kuciewicz /zastąpił Mazurka/, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel, Gosek.
W młodzieżówce oprócz już wymienionych zobaczyliśmy jeszcze między innymi bardzo dobrego obrońcę Henryka Brejzę, znanego z występów w Odrze Opole, który w 1966 r. zadebiutował w I reprezentacji Polski /1:1 z Anglią w Liverpoolu/, także obrońcę Śpiewaka z Zagłębia Sosnowiec, późniejszego 8 - krotnego reprezentanta Polski seniorów, Gruszkę Wasiaka, Krzyżanowskiego, czy   Boguszewskiego.
Unia okazała się dobrym sparingpartnerem i zwłaszcza do przerwy dotrzymywała kroku nadziejom polskiego futbolu.
Reprezentacja prowadziła jednak po 45 minutach 2:1. Po przerwie Unia zagrała słabiej, odczuwalny był brak
Mazurka.   Nie popisał się też przy jednej z interwencji Czekanowski,
który przepuścił dosyć łatwą piłkę po strzale Wilczka. Pewnym /ale tylko pewnym/ usprawiedliwieniem było to, że piłka była faktycznie śliska.
Ostatecznie ładnie  poczynająca sobie kadra wygrała z Unią 4:2 po 3 golach Wilczka i 1 Sykty.
Trafienia dla Unii zaliczyli Dubiel i Kotwa.

CIEKAWOSTKI.
Polska młodzieżówka rozegrała jeszcze jeden sparing, a mianowicie ze świeżo upieczonym pierwszoligowcem Cracovią. Ta postawiła wyżej poprzeczkę i mecz zakończył się remisem 2:2,
a gole dla reprezentacji strzelili Wilczek i Sykta.

Konfrontacje z Węgrami nie każdemu pozostawiły dobre wspomnienia. W meczu I reprezentacji 13 listopada 1960 r. w Budapeszcie, w obecności 50 tysięcy widzów, Węgry wysoko wygrały z Polską 4:1 /2:0/. Gola dla Polski zdobył Ernest Pol /Pohl/.
Sparing z Unią nie poszedł na marne - reprezentacja młodzieżowa Polski zremisowała ze swoimi rówieśnikami z Węgier 1:1 /1:0/, a gola z rzutu karnego /po faulu na Sykcie/ zdobył Nieroba w 25 minucie. Wyrównał Radi w 52 minucie. 
Wreszcie reprezentacja Polski w kategorii juniorów przegrała na Węgrzech 1:2 /0:0/. Bratankom z Węgier bardzo przypadła do gustu gra Jerzego Musiałka, który zresztą już w 1961 r. doczekał się debiutu w I reprezentacji /w meczu z RFN/. W reprezentacji zagrał kilkanaście spotkań, jako napastnik. Był graczem m.in. Górnika Zabrze, a po wielu latach zdobył puchar Holandii w barwach zespołu z Bredy.
Niestety słabiej zaprezentował się
Krzysztof Hausner, którego po przerwie zmienił znakomity
napastnik - Janusz Żmijewski, którego w 1969 r. zobaczymy w składzie warszawskiej Legii, podczas kultowych dla naszego klubu spotkań w półfinale Pucharu Polski. Nie muszę dodawać, że i on był reprezentantem kraju, a dzisiaj należy do Galerii Sław Legii. Myślę, że jesteśmy na najlepszej drodze ku temu, aby taką Galerię Sław stworzyć i na naszym podwórku.
To dobre miejsce, aby również dodać, że niestety, ale w barwach Unii w sezonie 1961 r. nie zobaczyliśmy już Krzysztofa Hausnera. Rozpoczął piękną karierę ekstraklasowego piłkarza w barwach Cracovii, o czym już w "Historii ..." wspominałem.

ROZGRYWKI O WEJŚCIE DO II LIGI.

Głównym celem rozgrywek o wejście do II ligi było wyrobienie dobrej pamięci u zawodników oraz kibiców, a także naturalna selekcja osobników. Celem pobocznym: awans do II ligi.
Co do wyrabiania pamięci, to sprzyjał temu rozwleczony w czasie cykl baraży - przy końcu rozgrywek o II ligę rzadko który piłkarz, czy kibic pamiętał, w jakim to celu wychodzi na boisko, czy trybunę, skoro główny sezon dawno się zakończył. Co zapobiegliwsi na początku baraży robili sobie tatuaże z napisem: gram o II ligę !. 
Selekcja też była skuteczna: z powodu rozciągniętych w czasie emocji, kibice padali jak muchy na udary i zawały serca. W drugiej lidze potrzeba było chłopów na schwał, wiadomo - w takich np. Lipinach cherlawi nie mieli czego szukać.
Wytatuowani od stóp do głów piłkarze Hutnika Nowa Huta najpierw wygrali ciężką III ligę, grupę 4.
Potem w I rundzie baraży pokonali groźne zespoły Resovii i Szombierek Bytom.

Jeśli myśleli, że są w drugiej lidze, to się odrobinę pomylili. Dzięki pomysłowi piłkarskiej centrali znaleźli się w grupie równie co oni oszołomionych piłkarzy z drużyn: AKS Chorzów, Arki Gdynia, Górnika Konin, Lublinianki, zwanej przez starszych kibiców Unią Lublin i Górnika Wałbrzych !.
Ci z kibiców Unii, którzy przeżyli choćby baraże z Jeziorakiem Iława, łatwiej sobie wyobrażą co znaczył tamten system walki o II ligę !!!
Starsi wyjadacze i znawcy regulaminów PZPN straszyli młodych, że po wygraniu tej drugiej rundy baraży, czeka na nich jeszcze trzeci szczebel rozgrywek /nie pamiętali już o co/.
PZPN przebił jednak te strachy o całe mile, ale o tym później /o ile nie zapomnę/.

Hutnik rozpoczął II rundę baraży w wielkim stylu, odnosząc cenne zwycięstwa. Im dalej w las, tym szło to coraz gorzej, widać tatuaże bladły i gracze zapominając, o co grają, nieco pasowali. Selekcja też robiła swoje - coraz mniej osób dopingowało Hutników, na szczęście rosło nowe pokolenie i to ono miało  przydać się na finiszu rozgrywek.
Finisz przeszedł do historii zainteresowanych klubów !.
Doszło do ważnego meczu Hutnika z Arką Gdynia. Kibice znad morza przytargali ze sobą zestawy głośnikowe, coby ich było słychać w Trójmieście.
Co bardziej uważni zauważyli, że na stadion walą też dziwni osobnicy, niosący ze sobą jakieś pudła, kable, anteny, gęsi i kartofle, chociaż nie jestem pewien, czy te dwie ostatnie pozycje, to nie są zapiski na zakupy sporządzone na kartce przez praszczura.
Sytuacja szybko się wyjaśniła - na stadionie Hutnika pojawili się ... wysłannicy Lublinianki, którzy przytachali ze sobą zestawy 
 krótkofalówek, jakieś środki łączności, za pomocą których zamierzali przekazywać na bieżąco informacje do Lublina !. Trzeba bowiem wiedzieć, że w tym samym czasie, Lublinianka rozgrywała ważny dla ostatecznego układu baraży, mecz z Górnikiem Wałbrzych !.
Służby porządkowe stanęły na wysokości zadania: cały sprzęt zarekwirowały !!!. Z odręcznych zapisków wynika, że przepadła też gęś i kartofle. Praszczur był bowiem ciekaw, jak prezentują się przyszli rywale Unii w II lidze, pojechał do Nowej Huty, mnie zresztą tam też przytaszczył. Gdyby ktoś z obecnej Unii chciał zrekompensować stratę gęsi i kartofli, to zapodaję, że jestem spadkobiercą praszczura.

Ostatecznie Hutnik wygrał z Arką 2:1. Lublinianka też ograła Górnika, tyle że 2:0. Z tych baraży awansowały do II ligi dwie drużyny. Lublinianka, po pokonaniu Wałbrzyszan,  zapewniła sobie awans, natomiast o kolejne premiowane miejsce musiały walczyć w dodatkowym meczu ... ponownie Arka i Hutnik, które zgromadziły identyczną liczbę punktów !.

Bój o wszystko miano rozegrać na neutralnym stadionie. PZPN wyznaczył stadion Marymontu w Warszawie.
Z Nowej Huty na mecz pojechało 40 autokarów z kibicami !!!. Byli to wnukowie tych kibiców, którzy towarzyszyli Hutnikowi w walce o mistrzostwo III ligi, grupy małopolskiej.
Mecz zakończył się niebywałym skandalem, ale o tym w kolejnych wspomnieniach !.

PS. - jeszcze raz w sprawie gęsi i kartofli. Jak dotychczas nie odezwał się nikt z Unii, natomiast dostałem e-maila od niezawodnego fana Tarnovii, który po raz kolejny proponuje mi osobiste spotkanie, tym razem po to, by  przekazać mi drób i ziemniaki. Dziękuję, nie skorzystam.

W przeddzień meczu zawodnicy Hutnika spędzili wieczór w teatrze "Komedia". Powiem tak: za dużym wyczuciem to oni się nie wykazali.
Spotkanie było zacięte. Żaden z zespołów nie odpuszczał. Kiedy sędzia Majdan odgwizdał koniec meczu, na tablicy widniał wynik 0:0 !.
Sędzia zarządził dogrywkę, dwa razy po 15 minut. Zapisy na tablicy ani drgnęły, po 120 minutach gry, było nadal 0:0 !.
I tu do głosu doszedł pomysł z piłkarskiej centrali. O tym, który z zespołów - Arka, czy Hutnik, wejdą do II ligi, po tym iście maratońskim systemie rozgrywek, zadecydować miał ... ślepy los, albo raczej moneta !.
Oddajmy głos krakowskim dziennikarzom i działaczom Hutnika. Według nich zdarzenia miały następujący przebieg. Sędzia poinformował drużyny, że podrzuci monetę /była to jedno - złotówka/ dwukrotnie. Za pierwszym razem miano określić zespół uprzywilejowany, czyli ten, który wybierze sam, czy stawia na reszkę, czy na orzełka. Po dokonaniu wyboru, kolejny rzut miał wyłonić drugoligowca.
Sędzia rzucił monetę i natychmiast miała ona zniknąć pod ciałami graczy Arki, którzy ją przesłonili przed oczami zdumionych Hutników. Po chwili jedenastka Arki zaczęła się drzeć na cały stadion: "reszka", "reszka", "jesteśmy w II lidze", "druga liga, druga liga - Areczka" !. Moneta z reszką "na górze" została wręczona sędziemu.
Piłkarze Hutnika zachowali spokój, wiadomo - ludzie różnie reagują po wysiłku, więc pewnie i Arka ma niezły odlot. Spokój prysł w ułamku sekundy, kiedy sędzia orzekł koniec losowania i wskazał zespół z Wybrzeża, jako nowego II - go ligowca !!!.
Klub z Nowej Huty wniósł oficjalny protest, do PZPN spłynęła też struga protestów, przetykanych tkliwymi słowami i życzeniami wszelkiej pomyślności dla władz PZPN i sędziów, od kibiców Hutnika. Wszystko na marne !. PZPN nie zmienił decyzji sędziego, argumentów Hutnika nie przyjął i oto Jaskółki poznały nowego rywala - Arkę Gdynia !.
Hutnikowi pozostało gotowanie się do nowego sezonu w III lidze !.

ROZGRYWKI A - KLASY.

W 7 kolejce Unia zremisowała z Bocheńskim 1:1 /0:1/ po golu Buby, a w 8 kolejce przegrała w Zrywie Szarów 1:4 /0:2/, po golu Stósa.

MECZ TOWARZYSKI UNIA TARNÓW - WISŁA KRAKÓW.

Jak widać, mecze towarzyskie z ekstraklasową Wisłą należały na przełomie lat 50 i 60 - tych do dobrej tradycji. To dopiero pod koniec XX wieku Kraków odsunięto od Tarnowa na tak niebotyczną odległość, że takich spotkań, z uwagi na dzielące obecnie te miasta kilometry, nie opłaca się rozgrywać.
Wisła zagrała w mocnym składzie z reprezentantem Polski, środkowym obrońcą Kawulą, na czele.
Unia zagrała bardzo dobrze i Wisła po raz kolejny natrafiła w Tarnowie na trudny orzech do zgryzienia.
Gdyby napastnicy gospodarzy mieli lepiej nastawione celowniki, to dosyć szybko Unia wyszłaby na prowadzenie. Z celownikami i koncepcyjną grą było jednak w tym meczu różnie. Poza tym w bramce Wisły bez zarzutu spisywał się Leśniak, o którym miałem już okazję napomknąć przy okazji spotkań reprezentacji młodzieżowej z Węgrami.

W 9 minucie Witek, jak stary profesor, ograł "na metrze"  Monicę, który miał już na swoim koncie debiut w reprezentacji Polski w 1959 r. w meczu z Izraelem. Prowadzący reprezentację kraju na szczęście dla obrońcy Wisły nie widzieli, w jakim stylu został on "przedryblowany "  przez Witka i dzięki temu Monica jeszcze 12 razy zagrał z białym orzełkiem na piersi.
Pędzący z piłką Witek widzi wybiegającego z bramki Leśniaka, ale dostrzega też Rusinka, który znakomicie urwał się spod opieki pozostałych obrońców Wisły. Celne podanie i takiż sam strzał Rusinka finalizują tą piękną akcję !. Jest 1:0 dla Unii ".
Niestety riposta gości jest natychmiastowa, już po minucie za sprawą celnego strzału Machowskiego robi się
1:1 !.
To zresztą kolejny reprezentant kraju, w 1959 r. zagrał przeciwko Bułgarii. W Wiśle grał wiele sezonów i zdobył dla jej barw ponad 50 goli.
Zresztą z Machowskim obrońcy Unii nie potrafią sobie do końca poradzić, w 19 minucie nieporadnie go blokują, dopuszczają do niebezpiecznego podania, które kończy celnym strzałem znakomity łącznik Kościelny. Jest 2:1 dla gości.
Role się zmieniają. Tym razem to Jaskółki szybko ripostują !. W 20 minucie strzał Dubiela przynosi remis 2:2 !.
W 28 minucie Miceusz popisuje się pięknym rajdem prawą stroną boiska, technicznie dośrodkowuje, piłka trafia w rękę Nowaka - rzut karny !. Kawula nie zwykł marnować takich okazji i wyprowadza swój zespół na prowadzenie 3:2.
Po przerwie Unia wykazuje wiele ambicji, popartej dobrą kondycją, ale to za mało, by zmienić wynik. Ten ciekawy sparing kończy się więc wygraną Wisły 3:2.
W Unii podobali się Rusinek, Mazurek, pechowiec Nowak, Guzy, Kotwa i Gosek.
Oprócz nich grali jeszcze: Czekanowski, Tyliszczak, Palemba, Dubiel i Witek; cdn ...


REKLAMA: czytajcie Historię Unii, tylko tutaj z Rusinka zrobimy Rusina, tylko tutaj grizzly schodzą z gór, a gęsi i kartofle giną w kazamatach klubów, tylko tutaj zawołanie Unia PANY jest lepsze od oranżady, tylko tutaj dowiecie się, kogo szkolił w piłkarskim rzemiośle rozgrywający Tokaj !!!.  I tylko tutaj swoimi e -mailami możecie wpływać na wyniki meczów !.
9 CZĘŚĆ - HISTORIA UNII TARNÓW,- WSPOMNIENIA, SEKCJA PIŁKI NOŻNEJ 2011-04-18
CZĘŚĆ 9

SEZON 1960 r., II liga - 16 kolejka, runda rewanżowa.


Pozostałe wyniki 16 kolejki:
 
Górnik Radlin wspiął się na wyżyny i zremisował z Cracovią 0:0, Stal Mielec pokonała Concordię 3:2, ratujący się przed spadkiem Wawel Kraków rozgromił Legię 6:0, będący w podobnej sytuacji Wirek wygrał ze Stalą Rzeszów 3:1, a Piast Gliwice z Garbarnią 2:1.

TABELA PO 16 KOLEJCE:
1/ Cracovia - 24 pkt;
2/ Stal Mielec - 22 pkt;
3/ - 4/ Piast i Stal Rzeszów - 18 pkt;
5/ Garbarnia - 16 pkt;
6/- 7/- 8/ UNIA TARNÓW, Naprzód i Concordia - po 15 pkt;
9/ - Legia Krosno - 14 pkt;
10/ - Górnik Radlin - 13 pkt;
11/- Wawel Kraków - 12 pkt;
12/ - Wirek - 10 pkt.

Perspektywy były niewesołe. W 17 rundzie do Tarnowa przyjeżdżała Stal Mielec, która nie kryła już ekstraklasowych ambicji. Mielczanie od 6 kolejek nie przegrali meczu /4 wygrali, dwa zremisowali - z Cracovią i w Krośnie/. 

Oczywiście oczy normalnych polskich kibiców były zwrócone głównie na mecz Unia - Stal Mielec, ale  trzeba przyznać, że co poniektórzy lekko zezowali także w inną stronę - niech im to po latach będzie wybaczone !. Co mogło odwrócić uwagę sportowej opinii od Unii ? - wiadomo, tylko Olimpiada, a więc pokrótce o tym w ciekawostkach.

CIEKAWOSTKI.
Rzym nie miał Unii Tarnów, więc cóż mu pozostało ? - mógł co najwyżej starać się o organizację Letnich Igrzysk Olimpijskich, które zaczęły się 25 sierpnia 1960 r. To były pierwsze Igrzyska w zasadzie w pełni transmitowane przez światowe telewizje. I to była Olimpiada wielkich sukcesów Polaków.
Zdobyliśmy 4 złote medale /Z. Krzyszkowiak w biegu na 3 km z przeszkodami, J.Szmidt w trójskoku, K.Paździor w boksie i I. Paliński w podnoszeniu ciężarów/, 6 srebrnych /drużyna
w szabli, E. Krzesińska w skoku w dal, J. Jóźwiakowska w skoku wzwyż, oraz bokserzy: J.Adamski, T.Walasek i Zb. Pietrzykowski/ oraz 11 brązowych /w boksie, kajakarstwie, wioślarstwie, lekkoatletyce i zapasach/ !. W nieoficjalnej punktacji, Polska - na 83 uczestniczące ekipy - zajęła 6 miejsce na świecie !.
W tej sytuacji, chyba faktycznie odpuszczamy kibicom, lekkie odejście od tematu Unii, tymbardziej, że w dniu 4 września 1960 r., na meczu Unia - Mielec, stawiło się ich dobre 6 tysięcy, w tym około 2 tysiące fanów Stali ! - i Nas tam nie zabraknie !!!.

SEZON 1960 r., II liga - 17 kolejka, runda rewanżowa.
UNIA TARNÓW - STAL MIELEC.

Działacze Unii, chcąc odwrócić niekorzystną tendencję, postanowili na finiszu rozgrywek wzmocnić skład o kolejnego piłkarza. Wybór padł na Władysława Goska - lewoskrzydłowego napastnika z Beskidu Andrychów. Mecz ze Stalą był jego debiutem w ligowym meczu Unii.
Oprócz Niego barwy Jaskółek reprezentowali: Czekanowski, Tyliszczak, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek oraz Dubiel. Gosek zagrał z nr 11.
Stal Mielec zaczęła od wysokiego "C". Postanowiła jak najszybciej pokazać, kto w tym meczu będzie rozdawał karty. Obrona Unii musiała uwijać się jak w ukropie.
Najgroźniejszą akcję Mielczanie przeprowadzają w 10 minucie. Gazda przejmuje podanie z głębi pola, półlobem posyła piłkę do Pyki, ten przejmuje ją w biegu, nabiera prędkości i swobodnie mija Tyliszczaka, który do końca nie może się zdecydować, w jaki sposób wybić piłkę nacierającemu zawodnikowi Stali. Sytuacja staje się dramatyczna, Pyka jest w polu karnym Unii, prze naprzód niczym czołg, Czekanowski prawidłowo ocenia zagrożenie, błyskawicznie wybiega z bramki, Pyka strzela, Czekanowski instynktownie, w znakomitym stylu, paruje piłkę !. Strzał został oddany z najbliższej odległości i nasz bramkarz nie miał szans na wyłapanie piłki. Chwila satysfakcji z udanej interwencji natychmiast przeradza się w przerażenie, leżący na murawie Czekanowski widzi, że piłka spada pod nogi doświadczonego Czyloka, który wyrósł tam, jak spod ziemi !. Na Czyloku "siedzą" już rozpaczliwie interweniujący Mazurek i Palemba. Dopadają Czyloka z obu stron, nikt nie panuje nad tym, co się wydarzy, ostre wejście naszych obrońców, próba wybicia piłki, bądź przynajmniej wybicia z rytmu Czyloka, kończy się niepowodzeniem. Czylok zdążył oddać strzał, zanim padł na murawę, piłka zmierza do opuszczonej bramki, której nie ma już kto asekurować, jeszcze ułamki sekund i futbolówka grzęźnie w siatce !!!. 2 tysiące kibiców z Mielca nie posiada się z radości, jest 1:0 dla wicelidera rozgrywek !. Jeśli to pójdzie tak dalej, będzie naprawdę niewesoło !.
Stal nie odpuszcza,dąży do podwyższenia wyniku !.
Czylok strzela z odległości kilkunastu metrów, cóż się dzieje z naszą obroną ?. Piłka lecąca na wysokości około 1 metra nad murawą jest trudna do obrony, ale na szczęście znajduje się w zasięgu rąk rzucającego się w jej kierunku Czekanowskiego, któremu pozostaje tylko jej wybicie na oślep !. Tym razem szczęście jest po naszej stronie, piłka trafia przed nos Tyliszczaka, ale ten wyraźnie zdenerwowany, wybija ją na róg !. Szkoda, bo nikt go nie atakował. Obrona Unii jest zdeprymowana, ale Czekanowski, Mazurek i Palemba swoimi coraz pewniejszymi interwencjami wprowadzają w jej szeregi jakże potrzebną w tej fazie meczu pewność poczynań. Właśnie Mazurek "zawisł" w powietrzu i idealnie trafia głową w bitą z rogu piłkę. Nawet gdyby nie trafił, świetnie asekurował go Czekanowski, który w swoim stylu już darł się na cały stadion "moja !!!". Oczywiście chodziło Mu o piłkę, a nie o jakieś pozaboiskowe wspomnienia.
Zaczynamy porządkować tę piłkarską ukladankę, jest coraz lepiej. Stalowcy jednak się nie patyczkują, nie zamierzają sprawdzać dyspozycji
Rusinka, Goska, czy Dubiela i starają się odcinać ich od podań.
Co chwilę sprawdzają też, czy Unistów nie dopadła już osteoporoza i bez zahamowań, co rusz "wjeżdżają" w nogi naszych piłkarzy. Jest ostro, zbyt ostro. Właśnie badaniu na zrzeszotnienie kości poddawany jest
Kotwa,  przechodzi pomyślnie badanie, co prawda chwieje się po ostrym wejściu rywala, ale nie traci kontroli nad piłką, sędzia nie przerywa akcji naszego młodego piłkarza, który odgrywa piłkę do Guzego.   Tego natychmiast goście również poddają badaniu, Guzy pada na murawę, zwija się z bólu, ale po chwili wstaje. Kibice Unii wołają "Mazurek, Mazurek !!!", faul został odgwizdany 20 metrów od bramki Stali, czyli dla Mazurka "zaledwie" 20 metrów. Jest 28 minuta meczu.
Mazurek   z całych sił wali w piłkę i po chwili okazuje się, że 20 metrów to faktycznie "zaledwie" 20 metrów !!!. Piłka ląduje w bramce,
jest 1:1 !!!. Mazurek  ma okazję przekonać się, jak brzmi jego nazwisko skandowane przez 4 tysiące gardeł !!!.
Takim wynikiem kończy się pierwsza połowa.

Druga przynosi wyrównaną walkę. Unia w niczym nie ustępuje kandydatowi do awansu. Stal gra skrzydłami, niemało strzela, ale obrona Unii nie popełnia błędów. Po drugiej stronie długo nie mamy klarownych sytuacji, Gosek jeszcze nie wkomponował się w zespół, a i jego koledzy nie potrafią rozmontować obrony. Zdecydowanie bardziej może podobać się gra w polu. Z czasem coraz mniejszą nadzieję pokładamy w udanej akcji napadu, a większą w sile strzału Mazurka z wolnych.  Stal nie rezygnuje z fauli. Po jednym z nich, w 83 minucie sędzia daje nam kolejną nadzieję na sensacyjną wygraną !. Rusinek uznaje, że to odpowiednie miejsce na oddanie strzału przez niego, zwłaszcza, że odgwizdany został wolny pośredni. Krótkie odegranie piłki do
Rusinka,   wspaniały strzał, ale Mysiak zna swoje rzemiosło i broni piłkę !!!.
Po chwili powietrzny pojedynek wygrywa tuż przed bramką Mysiaka Dubiel, ale minimalnie chybi.
Ten szybki, wyrównany mecz kończy się sprawiedliwym remisem 1:1. Unii można pogratulować - kolejny pewniak przekonał się, że Jaskółki stać na wiele.

INNE WYNIKI 17 KOLEJKI:
W pozostałych spotkaniach tryumfowali faworyci, nie było niedzieli cudów.
Naprzód jeszcze bardziej pogrążył niedawnego I - ligowca Radlin, wygrywając z nim 1:0, atut własnego boiska nie pomógł Legii - przegrała z Piastem 0:1, Cracovia wykorzystała potknięcie Stali Mielec w Tarnowie i wygrała ze Stalą Rzeszów 2:0, Garbarnia - Wirek 3:2. Jedynie w spotkaniu Concordii z Wawelem Kraków można było dopatrywać się niespodzianki, wygrali goście 2:0.

TABELA PO 17 KOLEJCE:
1/ Cracovia - 26 pkt;
2/ Stal Mielec 23 pkt;
3/ Piast - 20 pkt;
4/ - 5/ Garbarnia i Stal Rzeszów - po 18 pkt;
6/ Naprzód - 17 pkt;
7/ UNIA TARNÓW - 16 pkt; 
8/ Concordia - 15 pkt;
9/-10/ Legia, Wawel Kraków - 14 pkt;
11/ Radlin - 13 pkt;
12/ Wawel Wirek - 10 pkt.
Pomimo urwania po dobrym meczu punktu wiceliderowi, sytuacja Unii w tabeli nie była do końca różowa. Przewaga nad strefą spadkową wynosiła zaledwie 3 pkt, a na domiar tego zmieniono układ gier - przestawiono kolejkę 18 z 19. W wyniku tego Jaskółki, miast zagrać u siebie z Wawelem Kraków, musiały sposobić się do wyjazdu do Piasta, który nadal liczył się w walce o ekstraklasę !.

SEZON 1960 r., 18 kolejka, runda rewanżowa;
PIAST GLIWICE - UNIA TARNÓW.


Gdybym, jako sprawozdawca, prowadził bezpośrednią transmisję np. radiową z tego spotkania, jego początek niewątpliwie określałbym takimi zwrotami, jak: "Grizzly zszedł z gór", "Kim Ir Sena wnieśli na trybunę", "Harry Potter przyleciał na elektrycznej miotle", czy coś takiego.
Może z wrażenia zapomniałbym dodać: "Unia po 15 minutach przegrywała z Piastem 0:2 !!!!".
Piłkarskie tornado w wykonaniu Piasta zmiotło Jaskółki. Dwukrotnie - w 8 i 15 minucie spotkania gole dla swoich barw zdobył znakomity
Dera !!!.
Gdyby jednak nie odebrano mi po takim wejściu mikrofonu, zaraz po utracie drugiego gola darłbym się do "sitka", ile sił w płucach: "Grizzly wrócił do nory", "Słońce Korei poszło drzemać za podium", a miotłę zabrała teściowa, która mam nadzieję, nie czyta tych wspomnień.
Nie mające nic do stracenia Jaskółki zaczęły odzyskiwać spokój i stopniowo opanowywały teren.
Ekipa w składzie: Czekanowski, Tyliszczak, Mazurek, Guzy, Palemba, Nowak, Nowak, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel i Gosek przeszła do natarcia !.
To że trzykrotnie wymieniłem nazwisko Nowaka, to nie przypadek, ani efekt jąkania się z powodu wyniku. Po prostu "chłopak" dwoił się i troił, by poderwać kolegów do walki o lepszy rezultat !.
Właśnie
Nowak odważnym wślizgiem rzuca się pod nogi piłkarza gospodarzy, uniemożliwia mu odegranie piłki, zdołał się jeszcze podnieść, dopaść futbolówki, odegrać ją do Kotwy, krótki szpurt, podanie do Goska, centra, Rusinek składa się do strzału, ale jest mało precyzyjny, piłka leci ponad 2 metry nad poprzeczką. Po chwili sam Nowak zawierza swoim umiejętnościom strzeleckim, ale Stein na raty wyłapuje piłkę, niestety zabrakło w jego pobliżu gracza na dobitkę.
Z czasem Stein ma coraz mniej roboty. Unia przeważa, ale brakuje przytomnego strzelca. Próbujemy wjechać z piłką do bramki, za dużo podań, za mało strzałów !.
Wreszcie nadchodzi newralgiczny moment meczu.
Sędzia - p. Rusin z Opola odgwizduje rzut karny dla Unii !!!. Zdobycie kontaktowego gola może przynieść kolejne sytuacje.
Naprzeciw siebie stają
Stein i Palemba.
Palemba bierze rozbieg, podbiega do piłki, trudno z ułożenia nogi i ciała wyczuć, gdzie skieruje piłkę, Palemba zapewne zamierza przechytrzyć Steina, strzelić tam, gdzie prawdopodobnie ten najmniej się tego spodziewa, prawie w środek bramki !. I strzela, tylko tyle, że piłka wpada wprost w ręce bramkarza Piasta !!!. Kapitalna okazja bezpowrotnie stracona !!!.
Jest nadal 2:0 dla gospodarzy !.
W 81 minucie tracimy ostatecznie nadzieję na wyrównanie. Rusinek chce założyć klub dyskusyjny z sędzią Rusinem, na dodatek  połączony z aerobikiem; na to drugie wskazuje wymachiwanie rękoma przez Rusinka, ale sędzia najwyraźniej jest mało towarzyski, nie chce należeć do klubu i  najpewniej nie uprawia aerobiku - mamy więc pecha, zawsze można na takiego pozbawionego zainteresowań  trafić - arbiter wyrzuca naszego zawodnika z boiska !.Dobrze, że nie było to po złośliwym faulu Rusinka, bo karencja w następnych meczach byłaby, jak w banku !.
Grająca w "dziesiątkę" Unia nie była już w stanie odwrócić biegu zdarzeń. Przegraliśmy ten mecz 0:2 i w tym momencie trzeba było już bić na alarm !!!.

CIEKAWOSTKI.
Podobieństwo nazwisk
Rusinka i arbitra Rusina,  jest doskonałą okazją do podzielenia się informacją, która onegdaj wprawiła mnie w prawdziwe zadziwienie. Złamię nieco chronologię zdarzeń i napiszę o rzeczy, która dla uważnych czytelników tego blogu nie będzie zaskoczeniem. Rusinek posiadał umiejętności, które upoważniały go w pełni do gry w zespołach ekstraklasowych. I faktycznie po latach Rusinek zaczął strzelać gole dla krakowskiej Wisły !. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w Wiśle występował on ... jako Rusin, chociaż w niejednym sprawozdaniu z tamtych czasów podawano też nazwisko, pod jakim go znaliśmy w Unii - Rusinek !.
W "Historii Wisły.pl" podano nawet, że "Rusinek" jest błędną formą jego nazwiska, jako że nazywał się Rusin !!!. Nasz Rusinek miał być synem znanego piłkarza Stefana Rusina z Cracovii. W tej sytuacji już wolę nazywać Go Rusinek i żeby nie było wątpliwości, pod takim nazwiskiem występował we wszystkich znanych mi sprawozdaniach z czasów gry w Unii i pod takim nazwiskiem pozostał w pamięci kibiców Jaskółek z tamtych lat !.

WYNIKI 18 KOLEJKI:
Wawel Kraków rozgromił Naprzód 6:0 i to była niepokojąca informacja, ponieważ z drużyną krakowską Unia miała zagrać w kolejnym meczu, tj. w dniu 25 września 1960 r.
Sensacja w Krośnie - Legia wygrała z Cracovią 1:0 !. Górnik Radlin - Stal Mielec 2:4, Concordia - Wirek 6:0, Garbarnia - Stal Rzeszów 6:1.

TABELA PO 18 KOLEJKACH:
1/ Cracovia - 26 pkt;
2/ Stal Mielec - 25 pkt;
3/ Piast - 22 pkt;
4/ Garbarnia - 20 pkt; 
5/ Stal Rzeszów - 18 pkt;
6/ - 7/ Naprzód, Concordia po 17 pkt;
8/ - 9/
UNIA TARNÓW, Wawel Kraków i Legia - po 16 pkt;
11/ - Radlin - 13 pkt;
12/ Wawel Wirek - 10 pkt.

Sytuacja stawała się wielce niepokojąca. Dotychczas w Tarnowie niewielu interesowało się strefą spadkową, wszak przez znaczną część sezonu Jaskółki były wśród zespołów walczących, przynajmniej z uwagi na miejsce w tabeli, o ekstraklasę.
Zaczęło się nerwowe wertowanie regulaminu rozgrywek, a  zwieńczeniem tej czynności była jeszcza bardziej nerwowo powtarzana wiadomość: w sezonie 1960 r. z ligi spadają 3 zespoły !!!.
Mecz Unia - Wawel Kraków urastał do walki o 4 punkty !. W kogo tym razem wejdzie grizzly i kto "rozszarpie" rywala ?!.

ROZGRYWKI W A - KLASIE.
Rozgrywki w A - klasie prowadzono w innym trybie, stąd też dopiero się one rozpoczynały.
Unia Tarnów pokonała w inauguracyjnym meczu Unię Niedomice 3:1, ale później było już gorzej - Unia przegrała na stadionie Metalu 0:2 i u siebie z Okocimskim, również 0:2. 

SEZON 1960 r., II liga - 19 kolejka, runda rewanżowa.
UNIA TARNÓW - WAWEL KRAKÓW.

Kiedy sędzia zawodów - Ratajczak, wychodził na płytę boiska, miejscowi kibice zastanawiali się, czy przypadkiem nie jest on tradycyjnie z Krakowa, zwłaszcza, że wyłapano jego podobieństwo z jednym z zawodników gości. Ale nie - tym razem na mecz "prawdy" przysłano arbitra z Opola. Niedowiarków nie brakowało, więc co poniektórzy sugerowali skrupulatne przeglądnięcie dowodu osobistego rozjemcy tego meczu. Sędzia podczas tego spotkania nie miał lekko - widać trafił na czas wybuchów na słońcu, bo z kosmosu /przecie nie z trybun/, leciały ku niemu, a to drobne kamyczki, a to grudki ziemi, a i świstu słonecznego wiatru, przypominającego gwizdy, nie brakowało. Tak to nasze słoneczka profilaktycznie chciały już przed zawodami "zmiękczyć" sędziego. Ratajczakowi zjawiska przyrody nie były obce i się przed nimi nie ugiął, a zawody poprowadził bezstronnie, nie faworyzując żadnej z drużyn.

Nie miał lekko i z innego powodu - "trup" na boisku słał się gęsto, zawodnicy obu drużyn nie przebierali w środkach, a niektórzy bardziej interesowali się zawodnikami drużyny przeciwnej /pojawia się wątek romantyczny, ale akurat nie o to mi w tej chwili chodzi/, aniżeli grą w piłkę. Fauli i złośliwości było niemało.
Unia przystąpiła do spotkania poważnie osłabiona. Nadal nie było Spodzieji, brakowało Hausnera, a na dodatek na 1 mecz zawieszono Rusinka za próbę nawiązania bliższego kontaktu z sędzią Rusinem, o czym już powspominaliśmy.
W przednich formacjach, pozbawionych dwóch napastników - tuzów, siłą rzeczy wystąpił próbujący odzyskać formę sprzed kontuzji Fudalej, ale furory nie zrobił i został w czasie meczu zastąpiony przez Leśniaka.
Oprócz wymienionych zagrali: Czekanowski, Tyliszczak, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Dubiel i Gosek.
Dubiel pamiętał niesprawiedliwe wyrzucenie go z boiska podczas poprzedniego meczu z Wawelem i najwyraźniej doszedł do wniosku, że jeśli i tym razem zostanie relegowany do szatni, to przynajmniej "za coś". Ciął więc Krakusów, niczym Podbipięta herbu Zerwikaptur z Sienkiewiczowskiego "Ogniem i mieczem". A że dawniej czytało się książki, więc i niektórzy kibice znali ich treść i zastanawiali się, czy i nasz gracz przypadkiem nie poprzysiągł, że nie zejdzie z boiska, zanim nie zetnie 3 wawelskich głów. Głów nie ściął, ale grał ostro, a zdaniem sędziego niekiedy faul.
Oczywiście tylko zdaniem sędziego.
Ze strony Wawelu równie ostro poczynał sobie Kołodziejczyk i w tym przypadku oceny sędziego podzielał cały stadion.

Jeżeli jednak ktoś się spodziewał w tym "meczu walki" dobrego poziomu, to mógł spokojnie zostać w domu. Spotkanie było zacięte, Unia zagrała nadzwyczaj ambitnie, ale to nie było dobre widowisko. Sklecony atak Unii, z dopiero dopasowującym się Goskiem, nikogo nie zadowolił. Unia nie potrafiła wypracować sobie klarownych sytuacji. Z czasem okazało się, że najwięcej wolnego czasu na boisku mieli bramkarze. Ku bowiem wyraźnej uldze miejscowych, także i błyszczący ostatnio atak Wawelu nie brylował i nie finalizował swoich poczynań celnymi strzałami.
A przecież w ostatnich trzech kolejkach Wawel strzelił rywalom 14 goli, nie tracąc żadnego !.
Jeśli w meczu odnotować można dosłownie kilka celnych strzałów - na dodatek rachitycznych - to taki mecz przechowuje się krótko w pamięci. Pozostał z niego suchy wynik, resztę pokryła mgła zapomnienia. 
Ten mecz pozostał jednak w pamięci z zupełnie innego powodu. Będąca w trudnej sytuacji Unia to spotkanie bowiem wygrała !.
Złotą bramkę zdobył w 40 minucie Witek !.
To nie była jakaś oszałamiająca co do poziomu akcja, rządził nią przypadek i los, ale ten gol miał duże znaczenie !.
Kibice pocieszali się, że w kolejnym meczu do zespołu powróci Rusinek,  a poza tym nikt nie odniósł kontuzji. Tej ostatniej radości nie mogli z nami dzielić kibice Wawelu - ich zawodnik Danielowski, nie był w stanie opuścić boiska o własnych siłach.
Wygrana 1:0 ponownie otwierała przed Jaskółkami spokojniejszą przyszłość !. O takich spotkaniach mówi się krótko: nie ważna gra, ważne zwycięstwo !.

WYNIKI 19 KOLEJKI:
Duża niespodzianka na stadionie Cracovii, gdzie lider zremisował z Garbarnią 1:1, szansy nie przegapiła Stal Mielec i wygrała z Naprzodem 2:1; Piast - Concordia 4:1, Wirek - Legia 1:4, Stal Rzeszów - Radlin 0:1.

TABELA PO 19 KOLEJKACH:
1/-2/ - Cracovia i Stal Mielec - po 27 pkt;
3/ - Piast Gliwice - 24 pkt;
4/ -Garbarnia - 21 pkt;
5/-6/-7/ UNIA TARNÓW, Stal Rzeszów i Legia Krosno - po 18 pkt;
8/-9/- Naprzód i Concordia po 17 pkt;
10/ - Wawel Kraków - 16 pkt;
11/ - Górnik Radlin - 15 pkt;
12/- Wawel Wirek - 10 pkt.

Nad Tarnowem znowu zaświeciło słońce, chociaż odnotowano anomalie pogodowe, bo w tym samym czasie zaczęło lać nad plantami k. Dworca PKP.
W 20 kolejce Unia miała wyjazd do Wawelu Wirek.

SEZON 1960 r., 20 kolejka, runda rewanżowa;
WAWEL WIREK - UNIA TARNÓW.

Wawel nie miał już nawet teoretycznych szans na zachowanie statusu drugoligowca. Nie po raz pierwszy okazało się, że los beniaminka II ligi jest nie do pozazdroszczenia.
Kibice Unii po cichu kalkulowali, że gospodarze nie potraktują tego meczu zbyt poważnie. A tu niespodzianka !. Od pierwszych minut Wawel zaskoczył Jaskółki nieprawdopodobnie ambitną grą, zadziornością, a nawet nie przebieraniem w środkach, wiodących do jednego celu: zwycięstwa !. Handicapem Wawelu było też boisko o nietypowej nawierzchni.
Także i Unię interesowała tylko wygrana, a złożyć się na nią miał trud następujących piłkarzy: Czekanowskiego, Tyliszczaka, Mazurka, Palemby, Guzego, Nowaka, Witka, Kotwy, Rusinka, Dubiela i Goska.
Kilka dni po meczu, w rozmowie z jednym z kibiców Rusinek wyznał, iż zapytał kryjącego go obrońcę, skąd w Wawelu tyle zadziorności i skąd się bierze ta eksplozja chęci pokonania Unii. W odpowiedzi zdumiony usłyszał, że jak już spadać, to ... w dobrym towarzystwie !. Tak to Wirkowi zamarzyło się nagle skomplikować drugoligowe życie Unii.
Rusinek już o nic nie pytał, tylko wziął się do gry.
Nie wiem, czy powtórzył kolegom z boiska wyznanie rywala, ale Unia nie potrafiła płynnie "wejść" w mecz. Za dużo było nerwowości, za mało koncepcji i pomyślunku w konstruowaniu akcji.
W 23 minucie meczu żywiołowo i nieprzewidywalnie grający Wawel podnosi ciśnienie u Unistów na wyżyny - dzięki celnemu uderzeniu Mitasa gospodarze wychodzą na prowadzenie 1:0 !!!.
To tylko pogłębia chaos w naszych szeregach. Niestety, ale tym razem nikt nie jest w stanie uporządkować gry Unistów.
Pierwsza połowa dobiega końca, a tu nie widać szans na zmianę wyniku !.
Trener Bielecki szaleje wzdłuż linii bocznej, kryjący Rusinka obrońca zwraca się do niego "Kolego", jakby miał przy sobie świeżo upieczonego trzecioligowca, kibice gospodarzy wiwatują, zapominając, że od dawna sami są na "Titanicu" i wtedy nadchodzi 42 minuta spotkania, a z nią natchnienie spływa na Witka. Nie liczy już na zespołową, skoordynowaną akcję, postanawia wykorzystać indywidualne wyszkolenie i przebojem przedziera się przez blok obronny gospodarzy. Wchodzi w obronę niczym w masło, świetnym zwodem kładzie na murawie ostatniego stopera, ma już  przed sobą tylko bramkarza, ten wybiega, rzuca się mu pod nogi, kolejny zwód, Witek przedłuża jakby prostą swego biegu, już nie ma wątpliwości - albo minie bramkarza i odsłoni sobie drogę do pustej bramki, albo złapany za nogi przez próbującego go obalić golkipera, uzyska dla drużyny rzut karny. Bramkarzowi zabrakło milimetrów, by uchwycić Witka za nogę, nasz napastnik ma już przed sobą tylko pustą bramkę !!!. Zanim odda strzał, przed oczami zapewne przewija mu się, niczym rolka filmu, akcja z meczu z Cracovią, kiedy to przedryblował z piłką z pół boiska, ograł bramkarza i z kilku kroków strzelił w ... aut bramkowy !!!.
Wypisz wymaluj, identyczna sytuacja, jak ta na Wawelu !!!.
Przed Witkiem rysują się dwie możliwości: albo wizyta u klubowego kasjera po premię za zdobytego gola, albo seanse u psychologa po kolejnym nie trafieniu do pustej bramki !. Chciałoby się krzyknąć: "Alojzy ! - nie idź tą drugą drogą, nie idź nią !!! ".
Alojzy poszedł właściwą drogą, piłka znalazła się w siatce, a Witek u kasjera /chociaż w tamtych czasach to pierwsze było bardziej realne, niż to drugie/. Unia wyrównała i było już
1:1 !!!.

Wraz z piłką w siatce Wawelu znalazła się też nerwowość i chaos. Unia wreszcie zaczęła grać spokojnie, kontrolowała swoje poczynania i w drugiej połowie zobaczyliśmy odmieniony zespół. Wreszcie też Rusinek mógł odpowiedzieć obrońcy: "spadaj", oczywiście do III ligi i oczywiście bez towarzystwa Unistów !.

W 49 minucie
odnotowujemy ładne podanie Kotwy do wychodzącego na czystą pozycję Rusinka, ale ten zamiast strzelać, jeszcze wdaje się w niepotrzebny drybling, by po chwili wycofać piłkę do Nowaka, który jest w gorszej sytuacji. Strzał Nowaka blokują obrońcy.
Na 53 minutę przypada kolejna, odnotowana w zeszycie, akcja Jaskółek. Strzela z dystansu Kotwa, ale piłka odbija się od obrońcy i po rykoszecie wychodzi na rzut rożny.
W 61 minucie świetna dwójkowa akcja Nowak - Witek kończy się podaniem na skrzydło do Goska, jego ostry strzał paruje na róg bramkarz.
W 70 minucie, po centrze z lewej strony, Dubiel ubiega bramkarza, ale po jego strzale głową, piłka minimalnie przechodzi nad spojeniem słupka z poprzeczką. 
Swoje akcje mają też ambitni gospodarze, ale nie zdobywają po nich gola.
W 83 minucie kolejny zryw Jaskółek i kolejna przemyślana akcja.
Gosek przyspiesza na skrzydle, w pełnym biegu zatrzymuje się, myli tym obrońcę, zaczyna biec w kierunku centrum pola karnego, odgrywa piłkę Dubielowi, ten lekkim, technicznym muśnięciem buta nieznacznie zmienia jej bieg, na tyle precyzyjnie, że ta trafia do Rusinka, mocny strzał i ... gooool !!!. Rusinek wyprowadza Unię na prowadzenie 2:1 !!!!.
Unia nie dała sobie wydrzeć tego ciężko wypracowanego zwycięstwa !. Wygraliśmy 2:1 !.
Słoneczko nad Mościcami praży już niemiłosiernie, a deszcz nad plantami k. Dworca PKP w Tarnowie przemienia się w ulewę. Na anomalie nic nie poradzisz, tak to było z pogodą w dniu 2 października 1960 r. !.

INNE WYNIKI 20 KOLEJKI:
Cracovia
odzyskała swoją moc i rozgromiła Concordię 9:2 !. W następnej rundzie Cracovia miała przyjechać do Tarnowa i ten wynik nie wróżył nam niczego dobrego.
Stal Mielec potwierdzała ekstraklasowe aspiracje i wygrała z Wawelem Kraków 2:0; Stal Rzeszów - Legia 2:0, Radlin - Garbarnia 3:1, Naprzód - Piast 2:2.

TABELA PO 20 KOLEJKACH:
1/ - 2/ - Cracovia i Stal Mielec - po 29 pkt;
3/ Piast - 25 pkt;
4/ Garbarnia - 21 pkt;
5/-6/ UNIA TARNÓW i Stal Rzeszów - po 20 pkt;
7/-8/ Naprzód i Legia - po 18 pkt;
9/ - 10/ Concordia i Górnik Radlin - po 17 pkt;
11/ Wawel Kraków - 16 pkt;
12/ - Wawel Wirek - 10 pkt.

Unia znowu wracała na wysokie miejsca w tabeli !.

ROZGRYWKI - A - KLASA.

Rezerwom Unii nadal nie wiodło się w grupie I A - klasy. Zostały na własnym boisku zdeklasowane przez Cracovię I b 0:5, po czym - także na własnym boisku - zaledwie zremisowały z Dunajcem 1:1 /1:0/.

SEZON 1960 r., 21 kolejka, runda rewanżowa;
UNIA TARNÓW - CRACOVIA.

16 października 1960 r. Jaskółki stanęły przed kolejnym wielkim wyzwaniem. Do Tarnowa przyjeżdżał wicelider tabeli, będąca już jedną nogą w ekstraklasie Cracovia !.
Trener Bielecki zapowiadał twardą walkę i rewanż za porażkę w pierwszym, jakże pamiętnym meczu.
Barw i honoru Unii mieli bronić:
Czekanowski, Tyliszczak, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel i Gosek.
Szkoda, że nie ma jeszcze Spodzieji, to było wspólne odczucie.
Wybiegający na murawę piłkarze nie mogli mieć żadnych wątpliwości, jak bardzo kibicom zależy na dobrej postawie Jaskółek.
Kiedy tylko na horyzoncie pojawił się skrawek czerwono - białych barw, stadion utonął w gwizdach, okrzykach i wymownych gestach rąk. Za bardzo to tu Cracovii nie lubiano.
"Pasy" miały zagrać w składzie: Michno, Durniok, Konopelski, Kłaput, Malarz, Jarczyk, Swoboda, Suder, Frasek, Mikołajczyk /Śliwa/, Kowalik.

Rozpoczyna się mecz. Niesiona dopingiem Unia gra znakomicie. Wielka ambicja, bojowość wsparta niezłym wyszkoleniem sprawiają, że naprzeciw przyszłego ekstraligowca staje godny rywal !. Unia gra urozmaiconą piłkę, nie pcha się do przodu środkiem boiska, co było wcześniej niejednokrotnie jej przywarą. Dużo akcji oskrzydlających, centr, gry kombinacyjnej i prób indywidualnego przedarcia się przez szyki obronne Cracovii.
Ponad przeciętność wybijają się Rusinek, Dubiel i Kotwa, o których w dniu następnym niektóre gazety napiszą, że siali istne zamieszanie w szeregach gości. Jeśli takie zdanie przeszło przez gardło krakowskich dziennikarzy, to znaczy, że należy je odczytać : wspomniana trójka co rusz gotowała piłkarskie piekło na przedpolu bramki Michno.
Pięknie drybluje Kotwa, odgrywa piłkę do Witka, ten piętą posyła ją do Dubiela, natychmiastowe zgranie futbolówki na pole karne, ale Michno w ostatniej chwili wyprzedza Rusinka i piąstkuje piłkę w pole !
Po chwili nieomal prostopadłe podanie Kotwy, mimo asysty dwóch obronców piłka trafia do Rusinka, szybkie podciągnięcie piłki, ostry strzał z niedalekiej odległości od bramki, część publiczności już widzi piłkę w siatce, ale nie !!! - rozpaczliwie wyciągnięty Michno pokazuje, że jest bramkarzem wysokiej próby ! - wybija piłkę na rzut rożny.
Nie upływa znowu zbyt wiele czasu, a Unia urządza kocioł na przedpolu Michny. Ten nie może przebić się przez kotłowaninę ciał, piłka uderzona przez Dubiela jest natychmiast zblokowana przez stojącego przed nim Kłaputa, grzęźnie ponownie w tej piłkarskiej magmie, z której sprytnie wyławia ją Rusinek, odciąga piłkę nieco w bok, ma trochę wolnego miejsca, zaskakująco uderza, piłka znowu jednak nie dociera do bramki, ktoś padający na murawę przygniata ją na moment swoim ciałem i wtedy futbolówki dopada Konopelski, który oswabadzającym wykopem wyjaśnia sytuację. Uff, było gorąco, ale nadal jest 0:0. 
Cracovia musi wycofywać się, pomoc wspomaga aktywny Suder, ale te wzmocnione zasieki nie są straszne dla Unistów !.
Nadchodzi 25 minuta meczu - Suder uderza z dystansu, Czekanowski wybija piłkę, ale ta spada na głowę Kowalika. Niebezpieczeństwo nie zostało zażegnane !.Nadbiegający Kowalik wali w piłkę głową, a czyni to z całą mocą !. Piłkę próbują jeszcze wybić głowami nasi obrońcy, ale ta leci zbyt szybko i zbyt wysoko, wreszcie ląduje na poprzeczce, odbija się od ziemi, dopada jej Mazurek i potężnym wykopem ekspediuje poza połowę boiska !!!.
W tym momencie będący blisko akcji sędzia Buczek z Kielc wkłada gwizdek do ust i ... odgwizduje gola !!!. Po chwili i Buczek i jego gwizdek nikną pod naporem ciał prawie całego zespołu Unii, zapadają się w nicość, niczym tonący okręt w otmętach wzburzonego morza. Przez chwilę można mieć poważną wątpliwość, czy Buczek w ogóle kiedykolwiek jeszcze pojawi się na powierzchni, Ale nie - jest, wyłania się ! -  ponad rozwścieczonymi graczami Unii chybocze niczym samotny, biały żagiel  ledwo jeszcze widoczna ręka Buczka , która niezmiennie, niczym zagubiona latarnia na wyspie, wskazuje jeden kierunek - środek boiska !!!.
Sędzia uznał, że piłka odbiła się od wewnętrznej części poprzeczki, musnęła wewnętrzną siatkę bramki i dopiero potem "wróciła" na plac gry. Z trybun trudno to ocenić, jednak sędzia był tuż obok całej akcji. Jest 1:0 dla Cracovii !!!,cdn ...

Ps. To ostatnia okazja, by poprzez e - maile zwracać się do mnie o zmianę wyniku! - więc piszcie i swoimi głosami odwróćcie bieg zdarzeń - jeszcze Unia nie zginęła, kiedy my żyjemy !!! - a więc do smsów, emaili, listów, na koń, aeroplan, czym kto może, zwracajcie się do mnie i przybywajcie - ratujmy Unię w meczu z Cracovią !!!.
- i żeby nie było wątpliwościNasz Rusichronologię W "Historii WWisłyzdarzeń świetna okazją, by powiedzieć o rzeczy, która wprawiła mnie kiedyś w prawdziwe zadziwie


8 CZĘŚĆ - HISTORIA UNII TARNÓW,- WSPOMNIENIA, SEKCJA PIŁKI NOŻNEJ 2011-04-11
                                                     CZĘŚĆ 8
SEZON 1960 r. - II LIGA.

Po 12 kolejce, czyli po meczu z Garbarnią, w rozgrywkach nastąpiła dłuższa przerwa, która miała trwać do 31 lipca 1960 r.

Zaczął się sezon ogórkowy, a więc nudy ...

CIEKAWOSTKI

Jakież to ciekawostki mogą przykuć naszą uwagę, skoro piłkarze nie grali oficjalnych spotkań, a co za tym idzie, np. kibice Naprzodu nie umawiali się z sędziami na randki, a krakowscy sędziowie odpoczywali po ciężkiej pracy ?.
Siedzę i myślę, jak tu przetrwać do wznowienia rozgrywek o mistrzostwo II ligi.
Identycznie w 1960 r. siedzieli dziennikarze,działacze, decydenci i dumali. A za oknami nuda i głośne ziewanie.
Aż tu nagle, jak nie prasło, jak nie strzeliło, niczym piorun z jaśniutkiego nieba.
Wszystko stało się jasne !. Skoro sezon ogórkowy, to ogóreczki, a skoro ogóreczki, to przecie nie same, pod coś muszą one być. Bynajmniej nie pod folię, ale ... pod wódeczkę.
I się zaczęło piekło !!!.
W prasie i na zebraniach w klubach zaczęto mówić o ukrywanym problemie z alkoholem wśród piłkarzy.
W jednej z gazet napisano o potrzebie "odchwaszczania" swojego sportowego podwórka". Co prawda jeszcze bez nazwisk, ale zaczęto wytykać paluchem bierne zarządy klubów i błędy wychowawcze.
I nagle się okazało, że kluby przejrzały na oczy.
Machina ruszyła, nikt nie chciał pozostać z tyłu.
Wawel Kraków zawiesił aż dwóch piłkarzy: bardzo dobrego  bramkarza
Pajora oraz Kołodziejczyka.
Garbarnia odsunęła od 1 meczu jednego z graczy, dobre i to.
Tarnovia 12 lipca 1960 r. zdyskwalifikowała na 6 miesięcy aż dwóch piłkarzy za "niemoralne zachowanie na stacji kolejowej w Krakowie".
A w Unii ?! - w Unii ten problem nie występował, zawodnicy Jaskółek gustowali w samych ogóreczkach, czasem z kromeczką chlebka. W Unii, zdaniem piłkarzy i kierownictwa sekcji, pod względem dyscypliny, wszystko było w jak najlepszym porządku. Jak się miało wkrótce okazać, nie do końca w porządku.

ROZGRYWKI JUNIORÓW.
Cracovia po rozprawieniu się z Jaskółkami, już na szczeblu centralnym nie zostawiła złudzeń juniorom Lechii Tomaszów, wygrywając np. na swoim stadionie 5:0 /0:0/. Prasa sobie pofolgowała i nazwała młodych zawodników z Tomaszowa "prymitywami".
Ale i pewna siebie 
Cracovia trafiła na lepszych od siebie !. "Pasy" nie przedarły się do ćwierćfinału mistrzostw Polski Juniorów i zostały wyrzucone za burtę rozgrywek przez Odrę Opole. Przegrali z nimi m.in. 1:2.
Cracovia i tak miała szczęście, że nie trafiła na Odrę kilka sezonów później. W sezonie 1967/ 1968 Odra wygrała swoją opolską grupę z imponującym stosunkiem bramkowym 115 : 13 !!!. Ostatecznie w 1968 r. została wicemistrzem Polski Juniorów /za Górnikiem Wałbrzych/.

MECZ TOWARZYSKI LIDERÓW GRUPY 
POŁUDNIOWEJ I PÓŁNOCNEJ II LIGI.

Kibice Unii Tarnów, ale nie tylko, często zadawali sobie pytanie, która z grup II ligi jest mocniejsza. PZPN postanowił wyjść naprzeciw tym pytaniom i w przerwie rozgrywek zorganizował mecz liderów obu grup.
Naprzeciw Zawiszy Bydgoszcz stanęła osłabiona brakiem kilku podstawowych zawodników
Cracovia.
"Pasy"
pokonały w tym prestiżowym meczu Zawiszę 2:1/1:0/, a więc i nasza pozycja w tabeli zyskiwała na znaczeniu.

MECZE REPREZENTACJI KRAKOWA.

W skład reprezentacji Krakowa wchodzili gracze z niższych klas. Byli wśród nich wspominany już przeze mnie Jagielczuk oraz Baran z Tarnovii.
Grali w Austrii i to jak !!!. Głośnym echem odbił sie ich remis z Rapidem Wiedeń, ówczesnym mistrzem Austrii !.

MECZ TOWARZYSKI: UNIA TARNÓW - SK
GORAŹDE /JUGOSŁAWIA/.

Była to rewizyta za opisane już tournee Jaskółek po Jugosławii.
Do przerwy spotkanie było wyrównane w polu, ale goście napędzili Unistom niemałego stracha, dwukrotnie strzelając w poprzeczkę. Przy nieco większym szczęściu Jugosłowian, Czekanowski byłby bez szans. Goście większego szczęścia nie mieli i
I połowa zakończyła się remisem 0:0.
Po przerwie okazało się, że nasz sparingpartner
nie ma sił. Pokonanie go w takiej sytuacji nie mogło sprawić kłopotu i
Unia wygrała 3:0 po 2 golach Kotwy i jednym trafieniu Rusinka.

Unia cały czas przygotowywała się do kolejnych meczów o mistrzostwo II ligi.
Piłkarze zostali wysłani na 11 dni do ośrodka wypoczynkowego Zakładów Azotowych nad Jeziorem Rożnowskim. Campingi mieściły się bodajże w Kobyle Gródku, czyli obecnym Gródku nad Dunajcem. Potem przyszedł czas na sparingowe mecze w NRD.

MECZE TOWARZYSKIE UNII W NIEMIECKIEJ
REPUBLICE DEMOKRATYCZNEJ.


Unia do sąsiadów zza zachodniej granicy pojechała na zaproszenie I -szo ligowego zespołu.
Na terenie Saksonii-Anhalt, Unia zagrała z BSG Fortschritt Weisenfels i przegrała 2:5 /1:2/. Bramki dla Unii:
Mazurek i Witek.
W kolejnym meczu, prawdopodobnie z tym samym zespołem, ale bez czołowych graczy, Unia wygrała 5:4. Jaskółki też zagrały  w słabszym zestawieniu, bez Rusinka i Tyliszczaka.

KARA ZAWIESZENIA DLA WŁADYSŁAWA
CZEKANOWSKIEGO.  


Po powrocie z NRD wybuchła bomba. Władysław Czekanowski został ukarany karą klubową dyskwalifikacji za, jak to ujęła jedna z gazet, "wyskoki podczas tournee po Niemieckiej Republice Demokratycznej". Kibice uzupełniali notkę prasową stwierdzeniem, że bynajmniej nie były to "wyskoki" w bramce przy dośrodkowaniach.
Sprawa stanęła na Zarządzie Klubu, a jego członek - K. Bryg, oficjalnie podał, że bramkarz Unii "wykazał poważne braki w dyscyplinie".
No to się porobiło !. Rozgrywki zbliżały się szybkimi krokami, postanowiono więc rozegrać
 jeszcze jeden sparing, na wszelki wypadek już nie w NRD. W jego toku zamierzano w trybie awaryjnym sprawdzić dyspozycję bramkarzy rezerwowych.
Ładny mi sezon ogórkowy !!!.

MECZ TOWARZYSKI: UNIA TARNÓW - UNIA RACIBÓRZ.

Było zimno i było mało kibiców, gdzieś tak około 500 osób. Pogoda i ostatnie zawirowania w klubie nie przysłużyły się frekwencji.
Ale wśród widzów byli ci, którzy być powinni. Unia zagrała bardzo dobry mecz. Swobodnie operowała piłką, dużo i celnie strzelała. Raciborzanie zagrali  w mocnym składzie, a przecież był to czołowy zespół II ligi, grupy północnej, więc zwycięstwo nad nim 5:3 /3:1/ było ze wszech miar satysfakcjonujące.
Poprawnie zaprezentowali się bramkarze: Tadeusz Sienkiewicz i jego zastępca junior Edward /imię/ Janusz /nazwisko/.
Można było odetchnąć, pod nieobecność Czekanowskiego, miał kto grać na jego pozycji.
W polu zagrali: Tyliszczak, Mazurek, Palemba /niektóre gazety podawały Kalemba, ale to była pomyłka/, Guzy, Nowak, Witek, Leśniak /Białas/, Hausner, Rusinek i oczekiwany od czasu incydentu na Wawelu,
Dubiel.
Ten ostatni był najwyraźniej spragniony piłki i rozegrał bardzo udany mecz. Podobała się też gra Nowaka, Hausnera i Witka.
Gole dla Jaskółek strzelili: dwie Dubiel i po jednej: Witek, Hausner i Leśniak.
Jedna z gazet krakowskich, jako strzelca gola, wymieniła zamiast Witka Rusinka, ale to również była pomyłka.
Gole dla Raciborza zdobyły legendy tego klubu  
Lazar i Urban.

SEZON 1960 r., 13 kolejka, runda rewanżowa;
CONCORDIA KNURÓW - UNIA TARNÓW.

W niektórych samolotach nie ma miejsca z numerem "13". Aż dziw bierze, że tej samej tradycji nie wprowadzono do rozgrywek piłkarskich. W szeregach Unii zabrakło ze znanych już powodów Czekanowskiego i Spodzieji. Wrócił natomiast Dubiel i należało sobie jedynie winszować, by zagrał w Knurowie tak, jak zagrał przeciwko Raciborzanom.

Unia zagrała w składzie:
Sienkiewicz, Tyliszczak, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Leśniak /Białas/, Hausner, Rusinek, Dubiel.
Liczono, że swoje konto bramkowe podreperuje Rusinek, który w pierwszym spotkaniu tych drużyn strzelił gola, a po 12 kolejkach tradycyjnie znajdował sie wśród najlepszych strzelców II ligi. Miał 5 trafień, a przecież, jak zapewne pamiętacie 1 gola odebrano Mu po przyznaniu walkoweru w meczu z Radlinem, zaś drugie trafienie arbitralnie odebrałem Mu ja /mecz z Wawelem Kraków/.
Tabeli najskuteczniejszych przewodził 30 - letni Herbert Manowski /Cracovia/ z 7 bramkami na koncie. Ten środkowy napastnik, zanim przybył do "Pasów", zaliczył znane kluby, jak choćby Zawiszę Bydgoszcz, czy Polonię Gdańsk. Był wychowankiem Kresów Chorzów.
A jeśli już mowa o Zawiszy, to jej piłkarz - Pudłowski, najmniej pudłował w II lidze - grupie północnej i po 12 kolejkach miał w swoim dorobku 9 goli.
Są takie mecze, które jak zły sen zlewają się w jedną całość i nie sposób po latach rozróżnić kto imiennie i w której minucie pojawił się w tym czarnym śnie.
Mecz z Concordią był takim snem.
Rosły piłkarz ustawia piłkę na ""11" metrze, krótki rozbieg, myli bramkarza, który rzuca się w jedną stronę, piłka leci w drugą stronę, ale mija słupek - nie ma gola !!!. Niewykorzystany karny !!!.
Pechowym strzelcem był gracz Concordii, szczęśliwym bramkarzem Sienkiewicz.
Nieudana próba powstrzymania ruchliwego napastnika, mało zwrotni obrońcy zostają z tyłu, strzał z około 9 metrów, mocne uderzenie, piłka leci ponad leżącym na murawie bramkarzem i ...trafia w poprzeczkę !!!.
Niefortunnym strzelcem - piłkarz miejscowych, szczęśliwcem -
bramkarz Sienkiewicz !!!.
Bardzo trudna sytuacja, zawodnik jest bokiem zwrócony do bramki rywali, traci równowagę, ale jeszcze prawie klasyczną przewrotką posyła piłkę w kierunku siatki, golkiper wyciągnięty niczym struna nie sięga futbolówki, ta leci ponad nim i trafia w ... spojenie słupka z poprzeczką !!!.
Pechowy strzelec - to gracz Concordii, uszczęśliwiony bramkarz - to
Sienkiewicz !!!.
Świetne dośrodkowanie, plasowany strzał, piłka w bramce, radość, strzelec pada na murawę i niknie pod ciałami skaczących z radości kolegów !!!. Po chwili zwątpienie i złość. Sędzia nie uznaje gola !!!. W odręcznych zapiskach nawet nie odnotowano powodu nie uznania bramki !. Jakie to ma znaczenie, czy powodem była ręka, faul, spalony, a może najzwyklejsza pomyłka arbitra. Odnotowano: w roli zawiedzionego strzelca - gracz Concordii, w roli wybawionego z opresji przez sędziego - bramkarz Sienkiewicz !!!.
I jeszcze jedno odnotowano: po 90 minutach gry, schodzący z boiska Tadeusz Sienkiewicz ma w oczach łzy. Ale nie są to łzy dziecka szczęścia. To łzy zawodu, rozżalenia, najzwyklejszej złości.
Koledzy /?/ z obrony, ba ! - z całej drużyny postanowili, że w tym meczu Concordia sprawdzi wartość nowego bramkarza. Unia zakpiła ze wszystkich, zagrała na poziomie A - klasy, to był popis nieudolności, a gdy wydawało się, że zawodnik Jaskółek osiągnął szczyty w niegramotności poczynań, za sekundę przebijał go, jeszcze gorzej grający partner !. To był koszmar, zły sen ...

Mimo ewidentnego pecha, czy minimalnego braku precyzji w opisanych już sytuacjach, Concordia rozbiła Unię 4 :0 /4:0/ !!!.
Bramki zdobyli: dwie Kusz, po jednej Wolny i Hein.
Kiedy po wielu latach oglądałem jakieś spotkanie na I łuku w towarzystwie Władysława Czekanowskiego i zagadnąłem Go o ten mecz, nie wypowiadał się na temat postawy drużyny.
Pamiętał jednak, że po klubowej karze wiele znanych Mu osób zaczęło się do Niego zwracać per "Panie Czekanowski", po meczu z Concordią, te same osoby, zaczęły tytułować Go per " Kochany Władziu"!.
W następnej kolejce "per Władziu" wrócił do bramki, a jego zmiennik już do końca sezonu grzał ławkę rezerwowych. Ten z kolei przeszedł drogę od Tadzia do Sienkiewicza. 
Jaką drogę przeszły tzw. elementy wychowawcze, o których głośno rozprawiano po tournee w NRD, tego nie wiem, bo skryła je szybko piłkarska rzeczywistość.

Tytułem wyjaśnienia: w niektórych opracowaniach mecz z Concordią wykazywany jest jako rozegrany w 14 kolejce. Dla mnie istotny jest nie przedsezonowy układ gier, ale faktyczna data przeprowadzenia zawodów. Spotkanie z Concordią zostało rozegrane pod koniec lipca 1960 r., a mecz z Krosnem dopiero w dniu 7 sierpnia 1960r., pomimo że według terminarza powinno być odwrotnie.

INNE WYNIKI:
Piast Gliwice po gorącym /i na płycie boiska i na trybunach/ meczu zremisował z Cracovią 1:1. Swojej szansy nie zaprzepaściła Stal Mielec, która wygrała z Garbarnią 1:0, jej imienniczka z Rzeszowa wygrała w Krakowie z Wawelem aż 3:0, w takim samym stosunku Naprzód pokonał Legię Krosno. Walczący o utrzymanie Radlin wygrał 3:1 z Wirkiem.

Nie myślący o ekstraklasie zespół Unii zaczął  obsuwać się w tabeli.

TABELA PO 13 KOLEJKACH:
1/ CRACOVIA - 19 pkt;
2/ Stal Mielec - 17 pkt;
3/ Stal Rzeszów - 16 pkt;
4/ - 6/ UNIA TARNÓW, Concordia i Piast - po 14 pkt;
7/ - 8/ Naprzód i Garbarnia - po 12 pkt;
9/ Legia Krosno - 11 pkt;
10/ Wawel Kraków - 10 pkt;
11/ Górnik Radlin - 9 pkt;
12/ Wawel Wirek - 8 pkt.

CIEKAWOSTKI.
Kibice Naprzodu Lipiny tym razem leniuchowali, ale też nie mieli powodu gonić sędziów i przyjezdnych, albowiem ich zespół wyraźnie wygrał swoje spotkanie. "Godnie" zastąpili ich kibice Piasta po meczu z liderem Cracovią. Co prawda sędzia nie był o dziwo z Krakowa, ale i tak miejscowi uznali, że arbiter Alberski z Kielc powinien wywieźć garść wspomnień z Gliwic. Kordony milicji umożliwiły sędziemu w miarę bezpieczny wyjazd ze stadionu.

MECZ TOWARZYSKI UNIA - RESOVIA.
Jak niewątpliwie zauważyliście, w tamtym czasie Unia rozgrywała naprawdę wiele sparingów pomiędzy meczami ligowymi, że nie wspomnę o całkiem licznych zagranicznych wyjazdach.
Mecze z Concordią i Krosnem dzielił zaledwie 1 tydzień, ale już to wystarczyło do rozegrania sparingu z mistrzem III ligi grupy rzeszowskiej - Resovią.
Kiedy piszę o Resovii, to niezmiennie przypomina mi się anegdotka o perypetiach tego zespołu z końca lat 40 - tych. Znajomy z Rzeszowa, który z lubością mi ją opowiadał, zarzekał się że jest autentyczna !. W podanym okresie Resovia walczyła w barażach o II ligę z m.in. Stalą Starachowice.
Podczas spotkania wyjazdowego, jeden z podstawowych graczy Resovii, tuż przed rozpoczęciem zawodów postanowił skorzystać z tzw. wygódki, czyli mówiąc wprost z wolno stojącej, zbitej z desek toalety. Kiedy załatwiał swoje potrzeby fozjologiczne usłyszał dziwne odgłosy, jakby łomot. Przepraszam za frywolność, ale tutaj, dla zachowania rytmu narracji, odwołam się do słów mojego znajomego. Piłkarz ten, którego nazwiska już nie pomnę, relacjonować miał poźniej całą sytuację kibicom w sposób nadzwyczaj barwny, nie skąpiąc lekko pikantnych szczegółow. Otóż dochodzące go odgłosy w pierwszej chwili skojarzył ze zjedzoną rano fasolą na wędzonce. Prawda była bardziej prozaiczna. Oto kibice Stali zoczyli szybko bieżącego do "wygódki" piłkarza i jeszcze szybciej podążyli w jego ślady. Kiedy ten znalazł się w środku, błyskawicznie zorganizowali deski, gwoździe i młotki, po czym zabili dechami wyjście z ubikacji na tzw. amen !!!. To właśnie te odgłosy usłyszał nieszczęśnik. Oczywiście nie mógł wyjść z pułapki - jedna droga ewakuacyjna była zabita dechami, druga z wiadomych przyczyn, nie nadawała się do ucieczki. Podobno poszukiwania nieobecnego trwały długo, ale zostały w końcu zwieńczone sukcesem i nasz bohater  zagrał w tym meczu !. Od tego czasu podobno nie było już chętnych przyjezdnych na załatwianie swoich potrzeb fizjologicznych w Starachowicach.

W 1960 r. Resovia dysponowała solidnym składem z napastnikiem Rozborskim /później Gwardia Warszawa i Bałtyk Gdynia/, bramkarzem J.Szafrankiewiczem z Żyrardowianki, Dyrkaczem b. graczem Stali: Gorzyce i Mielec, na czele.
W czasie meczu z Unią jeszcze nie wiedziano, że w 1960 r. Resovia w kolejnych barażach o II ligę potykać się będzie z liderem naszej, krakowskiej grupy III ligi, czyli zespołem Hutnika Nowa Huta.

UNIA zagrała słabo. Przerwa w rozgrywkach najwyraźniej nie przysłużyła się zespołowi. Początek był obiecujący, ale koniec chwały nam nie przynosił. Unia prowadziła już 2:0, ale całe spotkanie przegrała 3:4 /2:1/.
Bramki strzelili: dla gości: Małysiak, Szeliga i Szczerba. Żeby goście nie myśleli, że jesteśmy na poziomie Starachowic, wspaniałomyślnością popisał się Tyliszczak, strzelając gola samobójczego, jak to wtedy mówiono.
Trafienia dla Jaskółek były udziałem Rusinka, Kotwy i Witka.
Ligowe prognozy nie były więc najlepsze.

SEZON 1960 r., 14 kolejka, runda rewanżowa;
LEGIA KROSNO - UNIA TARNÓW.


Największą sensacją w składzie Unii była oczywiście obecność w nim Czekanowskiego.
Wrócił do drużyny szybciej, niż przemieszcza się światło i dźwięk.
Reszta bez niespodzianek. Brakowało Spodzieji i Fudaleja. Nie sięgnięto też po bardzo dobrze spisującego się w grach kontrolnych, młodego Antoniego Kotwę.
Unia zagrała w składzie: Białas, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Leśniak
/Tyliszczak/, Hausner, Rusinek i Dubiel.


Zaczęło się obiecująco, od ataków Jaskółek. Guzy przedryblował jednego z zawodników gospodarzy, podał piłkę do biegnącego obok Witka, ten natychmiast odegrał ją na prawe skrzydło, piękną centrę wieńczy główka Rusinka, po której piłka skozłowała i minimalnie przeszła nad zaskoczonym bramkarzem Kolanko i poprzeczką.
Chwilę później Kolanko wyjaśnił rodowód swego nazwiska, po ostrej centrze Dubiela właśnie kolanem, w akrobatycznym wślizgu, niczym rasowy obrońca, wybił bowiem piłkę w pole, i to w sytuacji, gdy tuż za nim, na linii lotu piłki czaił się do ostatecznego ciosu Hausner.
Napór Unii trwał kwadrans, może nieco więcej, ale z czasem obrona Legii odciążyła przeciążone kolanko bramkarza Kolanko i nie dopuszczała naszych do sytuacji strzeleckich.
Teraz formą mogło wykazać się nasze światło i dźwięk.
Czekanowski bronił pewnie i szczęśliwie. Szczególnie mogła zapaść w pamięć jego robinsonada, po której przeciął lot piłki lecącej po dośrodkowaniu z lewego skrzydła, równolegle do linii bramkowej i w odległości ok. 6 m od niej. Przy natłoku zawodników, to groźne dośrodkowanie, mogło zamienić się w każdej chwili w jeszcze groźniejszy strzał. 

W 25 minucie Czekanowski długim wykopem uruchomił nasze przednie formacje, stojący tyłem do bramki Legii Hausner natychmiast odegrał piłkę na bok, ta trafiła pod nogę Dubiela, który popisał się centrą z pierwszego uderzenia na 7 m przed bramką. Centra była i zaskakująca i celna, jako że piłka trafiła w głowę Witka. Dopełnienie akcji nie było już tak udane i futbolówka przeleciała tuż nad poprzeczką.
Gospodarze najlepszą okazję spatałaszyli za sprawą strzału niepilnowanego Ćwiąkały, który z kilkunastu metrów trafił w słupek.  
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 0:0.

Po przerwie Unia nastawiła się na obronę wyniku.
Już w 55 minucie zakotłowało się pod naszą bramką, ale Formulak po wolnym trafił zaledwie w słupek, a rozpaczliwie rzucający się do dobitki Skowronek o milimetry rozminął się z piłką.
Przewaga gospodarzy była wyraźna i pachniało bramką, niczym grochówką w wojskowym obozowisku. Czekanowski spisywał się jednak bez zarzutu i z czasem coraz bardziej wzrastała nadzieja, że w Legii nie znajdzie się kucharz, który doprawi do końca tę pieczołowicie przyrządzaną zupę.
W 86 minucie Skowronek podbiegł do linii bocznej. Ponoć trener przekazał mu pieprz, sól i trochę liści laurowych, coby lepiej przyprawić grochówę.
W 87 minucie zaopatrzony w przyprawy Skowronek oddał piękny strzał na bramkę Unii i na 3 minuty przed końcem biesiady uwarzył zupę, co się zowie !!!.
Legia zdobyła bramkę na wagę zwycięstwa 1:0 !!!. Na głowie Skowronka spoczęły niewykorzystane liście laurowe, a załamana Unia musiała obejść się smakiem. 180 sekund zabrakło do 1 punktu, nie było się czym cieszyć, Jaskółki marnotrawiły dorobek z pierwszej rundy !!.

Pozostałe rezultaty 14 kolejki:
Nie było niespodzianek. Cracovia wygrała z Wawelem Kraków 2:0, Stal Rzeszów przegrała z wyżej stojącą w tabeli Stalą Mielec 0:2, Garbarnia - Naprzód 4:2, Górnik Radlin - Concordia 1:0, Wawel Wirek - Piast 0:2. 

TABELA PO 14 KOLEJCE:

1/ Cracovia -21 pkt;
2/ Stal Mielec - 19 pkt;
3/ - 4/ Stal Rzeszów i Piast po 16 pkt;
5/-6/-7/  UNIA TARNÓW, Garbarnia i Concordia po 14 pkt;
8/ Legia Krosno 13 pkt;
9/ Naprzód - 12 pkt;
10/ Radlin 11 pkt;
11/ Wawel Kraków 10 pkt;
12/ Wirek 8 pkt.
Krystalizowała się ścisła czołówka, Unia miała niepokojąco małą przewagę nad parą kandydatów do spadku.

SEZON 1960 r., 15 kolejka, runda rewanżowa;
UNIA TARNÓW - GÓRNIK RADLIN.

W składzie nie było Spodzieji i Hausnera, za to pojawił się po dłuższej przerwie, spowodowanej kontuzją, serdecznie witany Czesław Fudalej. Trener zdecydował się także na wystawienie Antoniego Kotwy.
Oprócz nich na boisko wybiegli: Czekanowski, Białas, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Rusinek i Dubiel.

Górnik postanowił już na początku meczu postraszyć Jaskółki, ale strach miał małe oczy. Ostrą centrę wyłapał Czekanowski, a z kolei po strzale Dybały, dosyć długo musiano szukać piłki poza stadionem.
Później Unia wzięła się do roboty i fedrowała tak, jakby to ona miała miano górnika w nazwie. Co chwilę odpalano lont pod bramką Radlina, a dymiło tam, że aż miło było patrzeć. Urobek też był niezły, myślę że nawet słynny Wincenty Pstrowski, który wyrabiał w kopalni w latach 40 tych ubiegłego stulecia prawie 300 % normy, byłby pod wrażeniem. Pstrowski potrafił w jednym miesiącu wyrąbać prawie 80 m kopalnianego chodnika.
Unia "rzeźbiła" takich chodników w obronie gości o wiele więcej.
W 6 minucie kapitalny strzał Rusinka broni fenomenalnie Alfred Budny.
Górnik chowa się przed Unią głęboko w szybie i nie wyziera stamtąd ani na chwilę.
W 13 minucie lont podpala Witek, niektórzy mówią, że piłka zeszła mu z nogi, ale to nie ważne, bo trafia bezbłędnie do Nowaka, który zdobywa pierwszego gola !!!. Jest 1: 0 dla Unii, a ta zaraz po wznowieniu przystępuje do dalszych ataków !.
W 35 minucie nierówno grający Fudalej, tym razem precyzyjnie wykłada piłkę, niczym na widelcu Witkowi, a ten nie marnuje okazji - gooool! - jest już 2:0 !.
Na taką Unię czekali kibice !.
Do przerwy Unia prowadzi 2:0, ale początek kolejnej połówki pokazuje, że na tym nie spoczniemy !.
W 49 minucie Dubiel wieńczy golem kolejną ładną akcję drużyny - jest 3:0 !!!.
To już nie rozsadzamy chodniki, ale całą kopalnię !. Wreszcie można wyrzucić z siebie: "jeszcze jeden, jeszcze jeden !" - tłum faluje, kibice obliczają ile jeszcze goli wrzucimy górnikom podczas tej szychty. Przy zachowaniu dotychczasowego tempa jest szansa i na osiem !.
Wincenty Pstrowski padł i przeszedł do innego żywota w 1948 r., a więc jeden rok po przekroczeniu norm w pracy.
To wtedy ukuto takie powiedzenie: " Wincenty Pstrowski - górnik ubogi, przekroczył normę, wyciągnął nogi".
Niewyraźnie wypadające w rundzie rewanżowej Jaskółki, też zdało się przekroczyły normę. Jeszcze minuta, dwie i Unia też wyciągnęła nogi. Piłkarze uznali, że goście są już niegroźni i ... stanęli w miejscu.
Górnik ze zdumieniem stwierdził, że odgłosy wybuchów cichną, kurz i pył opada, a bohaterowie odpoczywają.
Radlin, najpierw nieśmiało, a potem z coraz większą mocą, zaczyna sam fedrować !.
W 58 minucie Dybała ośmiesza prostym dryblingiem Białasa, mija go niczym juniora, wychodzi na czystą pozycję, na nic zdaje się podtrzymywanie go za koszulkę przez zupełnie już w tej chwili niegroźnego obrońcę Unii, strzela i gol !. Jest 3:1 !.
Trudno, pocieszają się kibice Unii, będzie "tylko" 8:1.
W 64 i 65 minucie wszystkim szczęki opadły - po kolejnych koszmarnych błędach obrony Unii - goście dzięki celnym trafieniom Krawczyka
doprowadzają do remisu 3:3 !!!.
Riposta Unii jest natychmiastowa, wykorzystujemy chwilowe rozluźnienie w szeregach gości i młody Kotwa w 67 minucie strzela bramkę, dającą nam prowadzenie 4:3 !!!.
Już nikt nie mówi, że będzie 8:3, wszyscy modlą się o zakończenie meczu.
W 83 minucie modły przybierają na sile, bo tracimy kolejnego gola !. Mocne uderzenie z dystansu, piłka ociera się o Mazurka, dokumentnie myli Czekanowskiego i wpada do naszej bramki. Jest 4:4 !!!.
Do końca spotkania już żadnej z drużyn nie udało się strzelić bramki.
Niezrozumiałe przestoje w grze, pasywność i błędy w obronie drogo nas kosztowały. Lepszy zespół musiał pogodzic się ze stratą punktu. Nie ma jednak wątpliwości - to był emocjonujący i zaskakujący w swym przebiegu mecz !.
Jedna z gazet krakowskich odnotowała, że po spotkaniu niektórzy piłkarze Unii próbowali pocieszyć się "niezbyt ożywczym napojem", ale ponieważ do tłumienia żalów nie zaproszono dziennikarzy, całą informację uznano za niepewną. Kierownictwo klubu na wszelki wypadek nikogo nie dyskwalifikowało, bo i przekaz niepewny, a i kolejna szybka amnestia zawieszonych piłkarzy nie byłaby pewnie na miejscu.
Najwyraźniej uznano, że żale były podtapiane oranżadą, nadzwyczaj wówczas popularnym napojem, który mógł być od biedy uznany za "niezbyt ożywczy, czy odżywczy", bo oprócz wody nie miał chyba w sobie niczego naturalnego. I wszystko znowu rozeszło się po kościach, czyli dokładniej -"po oranżadzie".

Rezultaty 15 kolejki:
Cracovia odprawiła Wawel Wirek 4:1, Stal Mielec zremisowała w Krośnie 1:1, Garbarnia i Stal Rzeszów wygrały po 2:0 z odpowiednio: Wawelem Kraków i Piastem, zaś w meczu Concordia - Naprzód padł remis 0:0. 

TABELA PO 15 KOLEJKACH:
1/ Cracovia - 23 pkt;
2/ Stal Mielec - 20 pkt;
3/ Stal Rzeszów - 18 pkt;
4/ - 5/ Piast i Garbarnia po 16 pkt;
6/- 7/ UNIA TARNÓW i Concordia - 15 pkt;
8/ Legia 14 pkt;
9/ Naprzód - 13 pkt;
10/ Górnik Radlin 12 pkt;
11/ Wawel Kraków 10 pkt;
12/ Wirek - 8 pkt.

CIEKAWOSTKI.
W cieniu drugoligowych gier rozpoczęła się batalia o II ligę.
Znaleźć się na zapleczu ekstraklasy było nadal niesamowicie trudno. Po wygraniu swojej grupy III ligi, każdy z liderów musiał podjąć rywalizację w najczęściej "trzy - osobowych" losowo dobranych grupach. Ale to nie był koniec rywalizacji !. Po wygraniu tych baraży, na liderów każdej z grup czekało kilka drużyn, które uporały się z rywalami w innych barażach. I dopiero zwycięzca tych baraży stawał się nowym drugoligowcem /czyli obecnym pierwszoligowcem/.
Sito było nieprawdopodobne i w II lidze mogły znaleźć się tylko bardzo dobre teamy.
W 1960 r. grupę krakowską III ligi /tzw. ligę okręgową/ wygrał Hutnik Nowa Huta, który w 30 meczach zgromadził 41 pkt, stosunek bramkowy 55 - 27.
Z niepokojem czekano tam na wyniki losowania pierwszych baraży. Hutnik trafił na trudnych rywali: naszego niedawnego sparingpartnera, czyli Resovię i ubiegłorocznego drugoligowca, także znane nam już Szombierki Bytom.
Hutnik zaczął udanie te rozgrywki od remisu 1:1 na boisku Resovii. Co prawda Resovia jako pierwsza strzeliła gola, ale dzięki ... nie skoszonej trawie, Hutnik wyrównał !!!. Baran uderzył z kilkudziesięciu metrów, a piłka odbijając się od kępy trawy przeszła obok zdezorientowanego Szafrankiewicza do bramki !. Resovia nie odbudowała się po tym remisie, przegrała 0:3 z Szombierkami. Także Hutnik pokonał ją w rewanżu 3:1. Na placu boju pozostał Hutnik i Szombierki, ale zespół ze Suchych Stawów wygrał tę rywalizację i przeszedł do ... kolejnych baraży !!!.
Teraz należało pokonać: Arkę Gdynia, Górnika Wałbrzych, AKS Chorzów, Unię Lublin i Górnika Konin. Tak to się niegdyś walczyło o II ligę, w której grały Jaskółki !!!. 
Baraże te rozegrano w nieco późniejszym terminie i powrócimy do nich w odpowiednim czasie !. Jedno jest pewne - spaść z II ligi było o wiele łatwiej niż do niej powrócić !.

SEZON 1960 r., 16 kolejka, runda rewanżowa;
NAPRZÓD LIPINY - UNIA TARNÓW.


Kto systematycznie i dokładnie czyta "Historię ...", ten domyśla się, co mówili kibice Unii przed wyjazdem do Lipin. Ano mówili, że sprawa jest nadzwyczaj prosta. Przed meczem w Lipinach, z uwagi na jego kąpanych w gorącej wodzie kibiców, widziano tylko dwa możliwe scenariusze. Problemem było, który z nich będzie bliższy sercu piłkarzy Unii. Kibice kwitowali to krótko: albo zdobędą punkty i stracą zęby, albo zachowają uśmiech i stracą punkty. Trzeba przyznać alternatywa choć ograniczona, to jednak ciekawa.
W roli kamikadze wystąpili: Czekanowski /pewnie zastanawiał się, czy odwieszenie jego kary nie powinno nastąpić po 16 kolejce/, Tyliszczak /ten to miał pecha - nie grał większą część sezonu, a tu go wpuszczają na boisko w Lipinach/, Mazurek /ten o niczym nie myślał, bo należał do boiskowych twardzieli/. Reszta towarzystwa, a to: Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Leśniak, /Hausner/, Rusinek, Kotwa, Dubiel, oceniała odległość, jaka dzieliła ich od szatni, dzieliła w myślach tę odległość przez ostatnio uzyskiwane czasy na 100 metrów w sprincie i rozpytywała o najkrótszą  drogę z kolei z szatni do najbliższego komisariatu milicji.

Tymczasem przewidywalna w swych reakcjach, sympatyczna publiczność z Lipin, z życzliwością oczekiwała, który z dwóch wariantów wybierze Unia - punkty i bieg po zdrowie, czy też święty spokój i 0 punktów na swoim koncie. Z odręcznych zapisków wynika, że tak właśnie żartowali kibice Unii, których jednak trochę do Naprzodu pojechało.
Piłkarze Unii, w odróźnieniu od kibiców, potraktowali mecz poważnie i nie bacząc na reakcję kibiców, już na początku meczu zaprezentowali ładne akcje.
Indywidualną szarżę Witka powstrzymano faulem, ale tym razem egzekutorem wolnego był nie Mazurek, ale Nowak. Strzał może nie był tak mocny, jak w wykonaniu naszego stopera, ale równie groźny !. Niestety, ale lekko podkręcona piłka, wylądowała na poprzeczce !.
Chwilę później Nowak idealnym podaniem uruchomił Rusinka, ale ten będąc w świetnej sytuacji, minimalnie przestrzelił !. Okazja się powtórzyła po kilku kolejnych minutach, ale ponownie Rusinek z kilku metrów nie trafił w światło bramki. Przez całą pierwszą połowę trwało mocowanie się obu drużyn. Dodatkowym przeciwnikiem był duży zaduch i upał, temperatura sięgała 30 stopni C.
W 43 minucie, niejako na pożegnanie z pierwszą połową Morcińczyk oddał plasowany strzał i ku radości miejscowych zdobył gola !. Trochę zaspała obrona Unii, która nie zablokowała poczynań gracza Naprzodu !.
Po przerwie na boisku pojawił się Hausner, który wniósł wiele dobrego do poczynań kolegów i kiedy wydawało się, że Jaskółki nawiążą wyrównaną walkę z gospodarzami, spotkała nas nieprzyjemna niespodzianka. Dopuszczono do centry Gruszki, a znajdujący się nieopodal bramki Kasprzyk podwyższył wynik meczu na 2:0 !!!.
Ostatnie pół godziny to kontrolowanie gry przez Naprzód i nieliczne kontry Jaskółek.
Unia - po jak najbardziej sportowej grze, której nie zakłócili kibice, niestety zasłużenie przegrała z lepszym w tym dniu Naprzodem 0:2 !!!, cdn ...

7 CZĘŚĆ - HISTORIA UNII TARNÓW - WSPOMNIENIA, SEKCJA PIŁKI NOŻNEJ 2011-04-03
                                                                7 CZĘŚĆ

SEZON 1960 r., 9 kolejka;
UNIA TARNÓW - WAWEL WIREK.

Drużyny wyjeżdżające na mecze do Wawelu /obecnie dzielnica Rudy Śląskiej/ zapewne trenowały na Pustyni Błędowskiej, albo w piaskownicy. Boisko tego zespołu było specyficzną mieszanką piasku i czegoś tam. To "czegoś tam" stanowiło pilnie strzeżoną tajemnicę. Mikstura podnosiła wartość dosyć przeciętnego  zespołu.
Ale 1 czerwca 1960 r. to Wawel musiał dostosować się do płyty boiska Unii.
Wawel /ż/ Wirek był beniaminkiem II ligii i zespołem nieco starszym od Unii - założono go w 1920 r.
Unia była faworytem spotkania, przewyższała gości umiejętnościami i doświadczeniem, a  to wystarczało, by doprowadzić sympatyków Jaskółek do palpitacji serca. Nigdy nie było wiadomym, jak Unia podejdzie do meczu z teoretycznie słabszym rywalem. Na domiar tego po mieście rozsiewano plotki, że goście w kieszeniach spodenek przywożą swojski piach i wybiegając na murawę rozsiewają go wokół, by zwiększyć swoje szanse. Bardziej zdeterminowani targają ze sobą żwirek.

Unia zagrała w składzie:
Czekanowski, Białas, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Hausner, Rusinek, Leśniak i Spodzieja.

Szybko okazało się, że Jaskółkom nie powinna przeszkodzić w zwycięstwie nawet burza piaskowa. Uniści od razu ostro zabrali się do roboty i zepchnęli gości na ich połowę. Zwrot "zepchnęli" nie jest do końca prawdziwy, albowiem goście od pierwszej minuty sami postanowili  skupić się wokół swego bramkarza. Ot, w gromadzie czuli się lepiej.

Szybko też rozpoczęła się kanonada na bramkę
Wiśniewskiego, ale ten miał swój dzień i bronił bardzo dobrze. Nieco dopomagali mu w utrzymaniu czystego konta napastnicy Unii, którzy widząc, że są lepsi piłkarsko od gości, nieco zapominali o grze zespołowej i starali się po indywidualnych akcjach zdobyć pierwszą bramkę.
W 7 minucie po solowej akcji Rusinek strzelił ostro pod poprzeczkę, ale Wiśniewski spokojnie wybił piłkę na rzut rożny.
W 11 minucie Nowak sprytnie zacentrował piłkę w pole karne, ale składającego się do strzału głową Spodzieję, w ostatniej chwili ubiegł Wiśniewski.
W 17 minucie piękna wrzutka Hausnera, tym razem piłka ląduje na głowie Rusinka, ładne złożenie się do strzału, uderzenie piłki, która zdaje się lecieć pod poprzeczkę bramki, ale po drodze ślizga się po czuprynie wyskakującego obrońcy i minimalnie przechodzi nad poprzeczką.
Takich okazji mamy wiele, emocji nie brakuje, na stadionie nie milkną brawa. Ale kiedy sędzia kończy pierwszą połowę, rodzi się refleksja, brawa brawami, strzały strzałami, ale gdzie są gole ?. 
Do przerwy jest bowiem remis 0:0. 

Po przerwie obraz gry nie zmienia się ani na jotę !. Unia przeważa, Wiśniewski broni, kibice biją brawo, a w notesie sędziego jest nadal 0:0.
Przednie formacje próbują wesprzeć obrońcy, głównie Mazurek, ale i on nie znajduje recepty na zdobycie bramki.
Coraz bardziej zaniepokojeni kibice zaczynają już nawet przebąkiwać o złotej bramce. Nawet Ci, którzy po początkowym okresie wieszczyli wysokie zwycięstwo gospodarzy, teraz wiele oddaliby za skromną wygraną !. 

W 75 minucie Witek przedziera się, jak wiele razy w tym meczu, prawą stroną, centruje, nieco zasłonięty Rusinek ma kłopoty z opanowaniem piłki, ale  jakimś cudem mu się to udaje, uderza w nią i wreszcie można brawa zastąpić wielkim okrzykiem: gooool !.
Jest 1:0 dla Unii !!!.

To zdecydowanie uspakaja Unistów. Już czują, że zwycięstwo nie wymknie się im z rąk.
W 87 minucie popisowa solówka Hausnera, chyba ma magnes w nodze, prowadzi piłkę niczym po sznurku.
Dwaj obrońcy Wawelu atakują go z dwóch stron, ale żaden nie decyduje się na wybicie mu piłki. Kiedy widzą, że
Hausner  za chwilę zada być może zabójczy cios, próbują go powstrzymać. Ich spóżniona reakcja jest jednak faulem na naszym zawodniku. Hausner pada na murawę. Wszystko dzieje się już w polu karnym Wirka, więc sędzia odgwizduje karnego.
Jego egzekutorem jest Guzy.
Wspaniale  myli Wiśniewskiego, którego ekspediuje w jedną stronę bramki, natomiast piłkę w drugi róg.
Jest 2:0 dla Jaskółek !!!. I takim wynikiem kończy się ten mecz !!!
Drżyjcie stadiony !!! - Unia pnie się w górę tabeli, 3 tysiące widzów wiwatuje !!!.

Pozostałe rezultaty:

Concordia Knurów wprawiła w zdumienie Cracovię, zabierając jej cenny punkt po remisie 1:1, Wawel wprawił w zdumienie Stal Mielec wygrywając z nią 2:1, Legia Krosno wprawiła w zdumienie Stal Rzeszów, remisując z nią 3:3 !.
Garbarnia Kraków pokonała  Górnika Radlin 2:1 i problemem przegranych było już nie odzyskanie ekstraklasy, ale uchronienie się przed spadkiem do III ligi. I tylko Piast Gliwice nie zawiódł, gromiąc Naprzód Lipiny 5:0.

Zdumienie zdumionych wzrosło, kiedy okazało się, że Unia wróciła na miejsce w tabeli, gwarantujące awans do ekstraklasy !.

TABELA PO 9 KOLEJCE:
1/-2/ Cracovia i
UNIA po 13 pkt;
3/ Stal Mielec - 12 pkt;
4/ Stal Rzeszów - 11 pkt;
5/ - 6/ Piast i Garbarnia po 9 pkt;
7/-8/ Wawel Kraków i Legia po 8 pkt;
9/ - 10/ Concordia i Naprzód - po 7 pkt;
11/ Wirek - 6 pkt;
12/ Górnik Radlin - 5 pkt.

W 10 - tej kolejce miało dojść do prawdziwego hitu, meczu liderów: Cracovii I Unii, oj, będzie się działo !!!.

SEZON 1960 r., 10 kolejka;
CRACOVIA - UNIA TARNÓW.

Gdyby 5 czerwca 1960 r. żyli Homer, czy Szekspir i gdyby 5 czerwca 1960 r. pojawili się na stadionie Cracovii, to niechybnie w tej samej chwili powstałaby trzecia część Iliady i Odysei, czy też nowe dzieło "Walka o tron" a słowa "Być albo nie być" wreszcie stałyby się zrozumiałe i nabrały prawdziwego sensu i głębi.

Niestety - Homer i Szekspir mieli wyjątkowego pecha, 5 czerwca 1960 r. już nie żyli, więc muszę Wam wystarczyć ja.
Wojna gigantów, tron we krwi, droga do nadziei, Dawid i Goliat, walka o Olimp, raz  schabowy proszę /tu mi się pewnie coś pomyliło/, takie oto zapowiedzi pojawiły się na afiszach, poprzedzających małe derby Małopolski, chociaż tak do końca nie jestem tego pewien.

Dla kibiców Unii jeszcze dwie rzeczy miały znaczenie. Rywal miał w nazwie końcówkę " ...ovia" i nosił "biało -czerwone" barwy, a to już był wystarczający argument by motocyklami, drabiniastymi wozami, czy pociągami walić do Krakowa na ten mecz i zasiąść tam wśród 15 tysięcy widzów !.

Cracovia - klub z wielkimi tradycjami, sięgającymi 1906 r. /w 1907r. połączyli się z "Przodownikami"/. Założyli ją "akademicy" z Uniwersytetu Jagiellońskiego i krakowscy gimnazjaliści. Nazwa klubu to oczywiście nawiązanie do łacińskiej nazwy m. Krakowa.
Już w 1913 r. zostali mistrzami Galicji.
Przed meczem z Unią zapobiegliwie aż 5 razy zostali mistrzami Polski. Zapobiegliwie, bo zapewne zakładali, że po kolejne tytuły sięgać będzie Unia.
Znakomicie szła u nich praca z młodzieżą, w 1959 r. juniorzy Cracovii z grupy U - 19 zostali mistrzami kraju.
Wielkim sympatykiem klubu był Jan Paweł II. Pewnie nie jeden raz w duchu /jako osoba duchowna/ zawołał "Pasy Pany"/.

Trenerem zespołu w dacie meczu z Unią był wielki /jeśli chodzi o dokonania/ Michał Matyas - reprezentant Polski, olimpijczyk, wychowanek Lechii Lwów, a potem zawodnik miejscowej Pogonii. Po wojnie okrzyknięto go najlepszym graczem śląskim, grał wtedy w barwach Polonii Bytom.
Przed meczem z Unią zdążył być już i to przez kilka lat selekcjonerem reprezentacji Polski !.
Na stołku trenerskim w Cracovii pojawił się w 1959 r.
Zawodnikom Unii wybiegającym na stadion Cracovii mogły ugiąć się nogi. Stawali naprzeciw naprawdę wielu znakomitym piłkarzom.
Ot, na ten przykład: Janusz Kowalik, wielokrotny reprezentant Polski w różnych kategoriach wiekowych/ grał też w młodzieżówce z "naszym" Hausnerem/, w meczu z Unią liczył sobie 16 - 17 lat. W barwach "Pasów" rozegrał ponad 250 spotkań, strzelając 104 bramki. Po wielu latach znajdziemy Go i to na dłużej, w podstawowych jedenastkach klubów holenderskich, np. w znanej Sparcie Rotterdam. Karierę zakończył na początku lat 80 -tych ub. wieku.
Albo taki Leopold Jan Michno, który bronił bramki Cracovii w wielu meczach ekstraklasy. W jej barwach występował około 15 lat !.
Albo taki obrońca  Antoni Konopelski, który miał już na swoim koncie grę w reprezentacji Polski. Uprzednio grał w Garbarnii i Stali Sosnowiec.
Wszyscy Oni rozgrzewali się przed meczem z Jaskółkami !.

Z drugiej strony trener K. Bielecki zaufał: 
Czekanowskiemu, Białasowi, Mazurkowi, Palembie, Guzemu, Nowakowi, Witkowi, Leśniakowi, Hausnerowi, Rusinkowi i Spodziei.
Tym razem bardziej rzucał się w oczy brak Fudaleja, który jako były napastnik Cracovii miał zapewne lepiej "rozpracowanych" swoich byłych kolegów. Niestety, ale Fudalej nie występował już od pewnego czasu w jedenastce Unii z uwagi na poważną kontuzję, mówiono nawet o złamaniu nogi.

Unia rozpoczyna mecz nadzwyczaj śmiało !. Nie poświęca czasu na zbadanie rywala, nie czeka na jego ruchy, ale próbuje zaatakować.
Odważną akcję Unistów wieńczy mocny strzał Spodzieji, tuż zza linii pola karnego. Michno musi pokazać cały swój kunszt, by strzał ten nie zamienił się w bramkę !. Na trybunach słychać szum uznania.
Unia pracuje na najwyższych obrotach. Właśnie Nowak wyzwala się spod opieki gracza Cracovii, odgrywa piłkę do Hausnera, ten sprytnie przepuszcza ją do Witka, natychmiastowe dogranie w pole karne, na piłke czyha wytrawny strzelec Rusinek, ale sekundę wcześniej szpic buta wchodzącego wślizgiem Konopelskiego styka się z piłką, ona sama zmienia kierunek i Rusinek nie jest już w stanie jej dopaść.
W 15 minucie gry fenomenalne prostopadłe dogranie piłki przez Nowaka do wychodzącego w zasadzie na wolne pole
Hausnera, wszystko rozgrywa się błyskawicznie, Hausner nawet nie próbuje "zgasić" piłki, decyduje się na natychmiastowy strzał, jego znakomita technika pozwala mu na ten manewr, ale kiedy już uderza w futbolówkę, czuje nadzwyczajny opór.
To bramkarz Michno, w odróżnieniu od swoich kolegów z obrony, jakimś siódmym zmysłem przewidział rozwój wypadków i właśnie rzuca się pod nogi rozpędzonego Hausnera. Nasz zawodnik pada ścięty, ale Michno ma już piłkę w rękach - czysto, zgodnie z przepisami, choć w niesamowicie ryzykancki sposób zdjął ją z buta Unisty !.
W 22 minucie widzimy chyba najładniejszą akcję meczu !!!. Witek rusza niczym husaria, nabiera prędkości, nie widzi lepiej ustawionych kolegów, którzy coś do niego wołają i gestykulują, z jakąś niesamowitą zaciętością gna w kierunku bramki Cracovii. Jego indywidualna akcja jest z góry skazana na niepowodzenie, ma przed sobą mur graczy w biało - czerwonych pasach. Ale na początku mu się udaje !. Pięknym zwodem mija Kłaputa, po chwili wykorzystuje to, że jest rozpędzony i na pełnej szybkości przechodzi obok ostro interweniujacego Malarza, kolejny zwód, "siatka"  i ma już za sobą reprezentanta Polski Konopelskiego i pewnie z olbrzymim zaskoczeniem widzi, że ma przed sobą już tylko bramkarza Michno !!!. Ten nie zastanawia się i zdecydowanie skraca kąt, jeszcze moment i "rozbroi" Witka tak, jak nieco wcześniej
Hausnera !!!.
Stadion zamiera !!!. A po tym co staje się po chwili, nie jeden z fanów Cracovii zamyka oczy !. Witek mija fantastycznym zwodem bramkarza i znajduje się przed pustą bramką, od której dzieli go może 7, może 8 kroków !.
Kibice z Tarnowa szaleją, Witek dopełnia formalności, strzela i ... piłka wychodzi w aut bramkowy !!!!. Jak to się mogło stać, tego nikt nigdy już nie zrozumie !!!. To mógł być przełomowy moment i tego meczu i całej historii sekcji piłki nożnej !!!.
Mecz jest pasjonujący, Cracovia też ma swoje okazje, ale nie tak dobre, jak ta
Witka.
Krakowianie też cały czas szukają swoich kolejnych szans.
W 30  minucie Kowalik decyduje się na strzał z dalszej odległości, jednak na nasze szczęście piłka leci prawie w sam środek jaskółczej bramki. Czekanowski jest dobrze ustawiony, pochyla się do interwencji i to co się dzieje później wprawia w szok bez wyjątku wszystkich. Z tym, że jedni są w szoku z radości, reszta z załamania nerwowego. Czekanowski puszcza "szmatę nad szmatami " !!!. Piłka przechodzi Mu pomiędzy nogami !!!!. Jest 1:0 dla Cracovii i to w takich okolicznościach !. To kolejny zwrotny moment w meczu. Nie wiem, czy Czekanowski w czasie strzału
Kowalika ćwiczył kroki do fokstrota, prędzej pewnie do tanga, gdzie wykonuje się kroki do tyłu na palcach, a do przodu na piętach. Musiał być w fazie łażenia na piętach. 
Podobno /nie ręczę za to/ w Ministerstwie Dziwnych Kroków interwencja Czekanowskiego jest eksponowana na parterze, po lewej stronie, zaraz za drzwiami wejściowymi.
Po wielu latach ośmieliłem się zapytać Pana Władysława o tę nieszczęsną bramkę, zmienił rozmowę na temat o swoim ulubionym psie. Pewnie i Jemu doskwierała ta interwencja.

W 45 minucie Jarczyk posyła mocną centrę w kierunku naszego pola karnego, Czekanowski przez ułamek sekundy waha się, ale w końcu wyskakuje z bramki, jednak finalnie fatalnie oblicza lot piłki, nie jest w stanie jej wypiąstkować, piłka spada na głowę Manowskiego, ten przedłuża centrę na głowę Kowalika, a ten z najbliższej odległości pakuje piłkę ... do naszej bramki !. Władziu, coś Ty zrobił !. Czarny dzień Władysława Czekanowskiego !. Unia przegrywa 0:2 i to jest wynik meczu do przerwy !. Tak pryskają marzenia, tak nokautuje się najlepszych !. Czekanowski jest zrozpaczony, ale już nikt i nic nie cofnie czasu !.
Z Panem Władysławem znowu mogę pogawędzić o jego ulubionym psie.

II połowa.
Wszyscy liczymy na poprawę wyniku, bo przecież ten dotychczasowy nie odzwierciedla sytuacji na boisku. Unia miała wiele z gry, ba ! - długimi momentami więcej od Cracovii, podobały się jej zespołowe zagrania, szybkość i rozmach akcji. No i te sytuacje, które mogły i powinny przynieść nam bramki, że już nie wspomnę o okolicznościach, w jakich postradaliśmy gole i zmysły zarazem.

W 46 minucie
Suder chce skopiować wyczyn Witka, przynajmniej jeśli chodzi o błyskotliwość dryblingu, drybluje, wpada w nasze pole karne i ... pada na nie jak długi.
Nie ma wątpliwości - Palemba sfaulował rywala, rzut karny !.
Manowski bez problemu oszukuje
Czekanowskiego i strzela 3 gola dla Cracovii. Po 47 minutach przegrywamy 3:0 !!!. Czara goryczy dopełniła się !.

Za chwilę, bo w 50 minucie "Pasy" stają przed kolejną bramkową szansą, ale Frasek nieczysto trafia w piłkę i ta, uderzona z najbliższej odległości naszej bramki, wychodzi na szczęście, na aut bramkowy.

To chyba wbrew prawom logiki, ale w tym momencie na boisku wszystko się zmienia. Unia podrywa się jeszcze raz, wstaje z klęczek, próbuje strzelić przynajmniej jednego gola, na którego przecież zasłużyła. 
Matyas co chwilę zrywa się z ławki, krzyczy na swoich zawodników, ci bowiem, głównie w przednich formacjach, przestali grać !. Odpuszczają walkę o piłkę, wolniej się poruszają, odmiana jest aż nadto wyraźna. Czyżby zlekceważenie rywala, a może dają znać o sobie trudy tego szybkiego i mimo wysokiego prowadzenia niezwykle ciężkiego meczu ?.
Defensywa gospodarzy zaczyna odczuwać oddech Unistów i nagle okazuje się, że i szczęśliwie i dobrze dotychczas interweniujący Michno, też ma słabsze momenty.

W 55 minucie
egzekwujemy rzut wolny, spore zamieszanie na przedpolu bramki Cracovii, z kłębowiska ciał wyłania się Rusinek, przecina lot piłki i wspaniałą główką pakuje ją do siatki bramki Cracovii !!!. I my mamy swoją bramkę, jest 1: 3 !!!, brawo Rusinek !!!.

Cracovia próbuje odpowiedzieć na to trafienie, ale bez efektu bramkowego. Ma jednak w osobie Manowskiego w 68 minucie dobrą, choć nie wykorzystaną okazję.
Ale znakomitą okazję mamy i my, niestety Durniok wybija piłkę z samej linii bramkowej, po strzale jednego z naszych zawodników !!!.
Nie możemy narzekać na brak szczęścia, bo po chwili to samo dzieje się na naszej linii bramkowej, przy czym w rolę Durnioka wcielił się Palemba !!!. Emocje sięgają szczytu !.
W 85 minucie w polu karnym Cracovii dochodzi do nieporozumienia pomiędzy Malarzem i Michno,  fantastycznie zachowuje się Witek, który to wykorzystuje i strzela kontaktowego gola !!!.
Cracovia prowadzi z odrodzonymi Jaskółkami już tylko 3:2, a Unia odzyskuje siłę i wiarę w sukces.
Walczymy jak gladiatorzy, teraz to już nie przelewki, Cracovia, która odpuściła nie może złapać dawnego rytmu, Unia prze jak taran do przodu, po trzeciego gola, po fotel lidera, po I ligę !.
Matyas szaleje przy linii bocznej, wrzeszczy, by więcej grać na "11" - tkę, z tym numerem gra Kowalik, ale jest faktem, że nie dostaje zbyt dużo celnych podań.
W 89 minucie Manowski może wprowadzić spokój w poczynania swojej drużyny, ale marnuje kolejną dobrą okazję.
To jednak łabędzi śpiew Cracovii, na boisku dominuje Unia, strach, wielki strach, zagląda w oczy spychanej do obrony Cracovii. Jesteśmy na wyciągnięcie ręki od sensacji. Rusinek, Spodzieja, Hausner wkładają całą duszę w swoje akcje, wznoszą się na wyżyny swoich umiejętności. czują koło siebie skonsolidowaną i walczącą jak lwy pozostałą część ekipy !.
Czy heroiczna walka odrodzonej Unii przyniesie nam remis, czy zdenerwowani do granic możliwości gospodarze padną pod naporem Jaskółek ?!!!.  Czy zaskoczony przebiegiem meczu trener Matyas przeżyje wstrząs po udanej akcji Unii ?! Tej jednej, jedynej, już nie złotej, ale brylantowej !!!.

Ach, żeby tak byli jeszcze na boisku w przednich formacjach Fudalej i doświadczony Dubiel, który musiał pauzować po incydencie na boisku Wawelu.
Ale oto, mimo braku tych zawodników jest, jest ta akcja, o której marzyli kibice Unii !!!. Kiedy sędzia raz po raz patrzy na zegarek, by zakończyć spotkanie bodajże szalejący na murawie Rusinek zostaje nieprawidłowo powstrzymany przez obrońcę Cracovii.
Sędzia, mimo presji publiczności, odgwizduje rzut wolny dla Unii !. Wszyscy piłkarze Jaskółek, jak jeden mąż odwracają się w kierunku Mazurka.
Ale ten nie czeka na przywołanie, już szpurtem bieży w kierunku piłki. Od bramki dzieli go 20 metrów. Strzelał gole z wolnych z dużo większych odległości. Emocje sięgają zenitu, Michno, który w drugiej połowie kilka razy pomylił się w swoich interwencjach, niespokojnie przebiera nogami w bramce !. Michno - poćwicz fokstrota, albo lepiej tango, to pobożne życzenie Unistów !. Mazurek podbiega do piłki, atomowe uderzenie, piłka leci w kierunku bramki, ale wcześniej grzęźnie w "murze" !. Ktoś pada i długo zwija się z bólu, ale to nie ma już żadnego znaczenia - nie ma upragnionego gola !!!. Nie ma gola, nie ma brylantowej akcji !.
Cracovia wygrywa z Unią 3:2 /2:0/.

Są takie mecze, kiedy z przebiegu gry wynika, że do zdobycia bramki brakuje jednej, może dwóch minut. I takie odczucia miało wielu kibiców na stadionie Cracovii.
Emocjami, jakie towarzyszyły temu spotkaniu można było obdzielić całą kolejkę. Szansa była blisko, ale zwłaszcza indywidualne błędy ją zaprzepaściły. Unia zebrała - jako zespół - wspaniałe recenzje. Miejscowi przyznawali, że nie spodziewali się, iż zespół z Tarnowa stać na piękny kombinacyjny atak, poparty wysokim wyszkoleniem technicznym, zgraniem, szybkością, kondycją i ambicją.
Tymbardziej było szkoda straconej szansy...

Pozostałe wyniki 10 kolejki:

Na dobre przebudziła się Garbarnia, Jasiówka i spółka rozgromili Legię 7:0; kolejny
przebudzony, czyli Górnik Radlin wygrał z Wawelem Kraków 2:1.
Niespodzianka w Gliwicach, gdzie Piast wygrał 2:1 ze Stalą Mielec. Jeszcze gorzej spisała się druga Stal, ta z Rzeszowa, która przegrała u siebie z Concordią 1:3. Tym razem własne boisko nie stało się atutem i  Wawel Wirek  przegrał z Naprzodem Lipiny 2:3.

Jaskółki były więc nadal na premiowanym awansem miejscu w tabeli !!!.

TABELA po 10 kolejkach:
1/ Cracovia - 15 pkt;
2/ UNIA TARNÓW - 13 pkt;
3/ Stal Mielec - 12 pkt;
4/ - 6/ Stal Rzeszów, Piast i Garbarnia po 11 pkt;
7/- 8/ - Naprzód i Concordia - po 9 pkt; 
9/ - 10/ Legia i Wawel Kraków - po 8 pkt;
11/ Górnik Radlin - 7 pkt;
12/ Wawel Wirek - 6 pkt.

CIEKAWOSTKI.
Czas na kolejną porcję horroru.
Wawel Kraków złożył po przegranym meczu w Radlinie protest, albowiem jego napastnikowi Piotrowskiemu nie udzielono niezwłocznie niezbędnej pomocy medycznej w chwili, gdy w wyniku zderzenia z bramkarzem gospodarzy, złamał nogę. Piotrowski bezskutecznie czekał na lekarza przez pół godziny, więc Wawel konkludował, że sędzia winien przerwać mecz po 15 minutach i ogłosić walkower dla przyjezdnych.
Nie wykluczam, że miejscowi na tyle dobrze znali swoją pomoc medyczną, iż uznali, że dla bidaczyny będzie lepiej jak mu się noga
 sama  zrośnie, albo jak sczeźnie na świeżej murawie.
Zresztą do dzisiaj niektóre plemiona uważają, że noga najszybciej zrasta się na polu, najlepiej przy pełni księżyca. W związku piłkarskim przeważać musieli zwolennicy naturalnych metod leczenia, bo protestu nie uwzględniono.

MECZ O MISTRZOSTWO WOJEWÓDZTWA 
JUNIORÓW.
Jakby nam było mało przeżyć związanych z drużyną Cracovii, w finałowym spotkaniu juniorów o Mistrzostwo Okręgu, stanęły naprzeciw siebie jedenastki Unii i "Pasów".
W 1960 r. mieliśmy więc już swój niezły narybek, ale z Cracovią nie był on w stanie podjąć wyrównanej rywalizacji.
W Tarnowie juniorzy Unii przegrali 1:4 /0:2/, honorowe trafienie zanotował Hausner.
W rewanżu Cracovia wygrała 3:0 /0:0/ i awansowała do puli ogólnopolskiej.
Unia zagrała w następującym składzie:
Janusz, Karbowiak, za niego Szczepanek, Burkat, Kurek, Lazarowicz, Rybski, Brożek, Florek, Kotwa, Hausner, Kozioł.
W przyszłości wielu spośród nich zasiliło pierwszą jedenastkę.

SEZON 1960 r., 11 kolejka;
UNIA TARNÓW - STAL RZESZÓW.

Ostatni mecz pierwszej rundy i niepowtarzalna szansa, by Jaskółki na półmetku zameldowały się na miejscu gwarantującym awans !.

Są takie zespoły, których najlepiej, żeby nie było. Osobiście w latach 60 - tych do tego elitarnego grona zaliczyłbym, oprócz drużyn z końcówką " ... ovia" w nazwie, także i Stal Rzeszów.
Dzisiaj się mówi, że są zespoły, które nie leżą Unii, zresztą ostatnimi laty jakby ich co rok przybywało. Do Stali Rzeszów śmiało można odnieść to określenie, ale atut własnego boiska, forma zaprezentowana przez Unię w Krakowie i wreszcie miejsca w tabeli obu zespołów, w dniu 12 czerwca 1960 r. czyniły z Unii faworyta spotkania.
Unia zagrała w składzie:
Czekanowski, Tyliszczak, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Leśniak, Hausner, Rusinek, Spodzieja.
Tyliszczak zagrał za Białasa, nadal pauzowali Dubiel i Fudalej, co było sporym osłabieniem.
Z dwójki młodych - Hausner, Kotwa - trener Bielecki sięgał wówczas po tego pierwszego.

Od razu można uprzedzić, że był to dobry mecz, w którym oba zespoły pokazały się z jak najlepszej strony, chociaż nie dotyczyło to wszystkich faz spotkania. Do końca jednak nikomu nie zabrakło ambicji i sił.
Mecz rozpoczęła Unia i już pierwsza akcja była przedniej marki.
W 2 minucie Nowak zdecydował się na niesygnalizowany, znamienity strzał i ... tak się powinno zaczynać każde spotkanie. Nowak strzelił bramkę !!!. Po 120 sekundach było 1:0 dla Unii !!!. Co bardziej gorliwi kibice namawiali Rzeszowian, by Ci spakowali już swoje manatki i wracali do rodzin, którym w tym dniu wystarczająco wiele wstydu zdążyli już przynieść. Atmosfera pikniku towarzyszyła całej pierwszej połowie. Unia przeważała, była bardziej zdecydowana i aktywna.
Ładnym technicznym uderzeniem popisał się Hausner, pięknie główkował Rusinek, Spodzieja z lewej nogi "przyłożył" koło słupka, ale wynik nie uległ zmianie i do szatni piłkarze schodzili przy wyniku 1:0 dla gospodarzy.

Po przerwie piłkarze Stali wyszli na boisko z czerwonymi uszami, tak im musiał je "natrzeć" trener. Spodziewano się, że z czasem uszy dodatkowo spuchną od jego reprymend.
A tu niespodzianka. Piłkarze Unii uznali, że już nadszedł czas, by i oni przyłączyli się do pikniku kibiców i zaczęli pozwalać "Stalówce" na coraz więcej.
Piątka napastników Stali coraz częściej gnębi naszych obrońców, wśród których w tym dniu wyróżniał się Palemba.
Z tą "piątką" to się nie pomyliłem, chociaż określenie wszystkich napastnikami, nie jest może do końca precyzyjne.
W meczach rozgrywanych na podwórkach, przynajmniej za moich czasów, nikt nie chciał stać na bramce, a wszyscy pchali się do ataku. Na bramce stawiało się więc albo dziewczyny /do pierwszego strzału, albo do pojawienia się ich silniejszego od nas rodzeństwa/, albo ofermy /również do pierwszego celnego strzału, ewentualnie drugi wariant/. Mogę tylko westchnąć - niestety nie miałem silniejszego rodzeństwa.
Na boisku Unii taka sytuacja pchania się przez wszystkich do ataku po stronie Stali nie miała jednak miejsca.
W tym momencie muszę bowiem dodać, że oba zespoły hołdowały wówczas systemowi gry zwanemu "WM".
Wymyślił go Anglik Herbert Chapman.
System ten nazwano "WM" - teraz musicie wyobrazić sobie literkę "W" nad "M", a dolne i górne końcówki każdej z liter dadzą Wam ustawienie piłkarzy na boisku.
Grali więc systemem 3 - 2 - 2 - 3, a więc 3 obrońców, 2 pomocników, 2 łączników, których często zaliczano do formacji ataku i 3 napastników. To oczywiście w największym uproszczeniu. Stąd też wzięła się i "piątka" napastników Stali Rzeszów.
Unia grała tym samym systemem, zresztą o kilka lat za długo, co w niedługiej przyszłości miało stać się jedną z przeszkód w dalszych awansach Jaskółek.
W przednich formacjach Stali świetnie spisywał się Poświat i to on w 67 minucie precyzyjnie dograł piłkę Świerkowi, który strzelił wyrównującego gola !. Było więc 1:1, a Stal nadal była bardziej aktywna.
W 79 minucie zebrała tego plony i podwyższyła rezultat na 2:1 po strzale Kruka !.
Chwilę później, bo w 84 minucie Poświat z wolnego po raz kolejny podwyższył wynik na 3:1 !!!.
W Tarnowie piknik od stypy dzieliła więc róźnica
82 minut.
Tym razem riposta Jaskółek była błyskawiczna. Wyróźniający się w tym meczu Leśniak, zaraz po wznowieniu gry, po krótkim dryblingu, idealnie "obsłużył" Rusinka, a ten zdobył drugą bramkę dla Unii. Było już tylko 2:3 !.
 Unia próbowała jeszcze wyrównać, ale jej się to nie udało !. Przegraliśmy ten mecz i tym samym przegraliśmy realną 90 minut wcześniej okazję na zakończenie pierwszej połówki sezonu na co najmniej drugim miejscu w tabeli !!!.
I tak to się potwierdziło, że Stal jest niewygodnym rywalem.

WYNIKI Z INNYCH BOISK:
Naprzód Lipiny przegrał u siebie z Cracovią 1:2,
Stal Mielec wygrała z Wawelem Wirek 4:2,
Legia Krosno pokonała 1:0 Górnik Radlin, a 
Concordia Knurów w takim samym stosunku wygrała z  Garbarnią Kraków.
Wreszcie Wawel Kraków wygrał 2:0 z Piastem Gliwice.

TABELA PÓŁMETKA SEZONU 1960 r.:
1/ Cracovia 17 pkt;
2/ Stal Mielec - 14 pkt;

3/-4/ UNIA TARNÓW i Stal Rzeszów po 13 pkt;
5/-6/-7/ Concordia, Garbarnia, Piast - po 11 pkt;
8/-9/ Legia, Wawel Kraków - po 10 pkt;
10/ Naprzód - 9 pkt;
11/ Górnik Radlin - 7 pkt;
12/ Wawel Wirek - 6 pkt.

Pozycja Unii była więc wyśmienita, jak najbardziej wypracowana i co tu dużo mówić - mogła być jeszcze wyższa. Rewanże zapowiadały się więc emocjonująco, szkoda tylko, że z klubu nie płynęły żadne sygnały, by jego kierownictwo i piłkarze szykowali się do walki o awans. Jak już kiedyś napisałem z poziomu ocen kibica, apetyt rośnie w miarę jedzenia, a Unia pokazała, że ma potencjał.

CIEKAWOSTKI.

1/ "Kibice" Naprzodu Lipiny znowu nie zawiedli i po przegranym meczu z Cracovią zamiast do żon i matek gremialnie podążyli za sędzią i piłkarzami "Pasów", ot tak dla podtrzymania towarzystwa i zawarcia bliższej znajomości.
Sędzia i piłkarze okazali się być nie zainteresowani nowymi znajomymi i zwiali do szatni. W szatni rozbito szyby, miejscowi do czasu przybycia wzmocnionych posiłków milicji, nie rezygnowali bowiem ze wspólnej zabawy. 
2/ W hali Tarnovii też się pobito, przy czym w dosyć nietypowych okolicznościach.
Koszykarz MKS Groble sierpowym przyłożył ... swojemu koledze z drużyny. Władze koszykarskie nie przyjęły do wiadomości, że wszystko zostało w rodzinie i winowajcy wymierzyły karę 3 lat dyskwalifikacji.
3/ Dotychczas po prawie  każdym wpisie dotyczącym Tarnovii otrzymywałem od sympatycznego kibica tego klubu równie sympatyczne zaproszenie na "ustawkę". Sądząc po staroświeckim stylu, Kolega w 2009 r. obchodził jubileusz swego żywota, równy okrągłemu jubileuszowi 100 lat swego ukochanego klubu.
Zastanawiam się, czy nie spisać kiedyś historii wzajemnych kontaktów kibiców Unii i Tovii, bo byłoby o czym pisać. Kilkadziesiąt lat temu jeden z fanów Tovii, schronił się w dziupli drzewa na plantach i udawał wiewióra. Dostał trochę orzechów na zimę, ale odwrotnie też niekiedy wesoło to wyglądało. 

SEZON 1960 r., 12 kolejka, runda rewanżowa;
UNIA TARNÓW - GARBARNIA KRAKÓW.

Rzadko się zdarza, by już przed meczem publiczność zaczynała wyć, pomstować, gwizdać i burzyć się. A takie reakcje kibiców miały miejsce na Unii. Gwizdy nie milkły nieomal przez cały mecz i przerywały je jedynie akcje Unistów.
Cóż było przyczyną takich zachowań ?. Otóż okazało się, że mecz Unii z drużyną z Krakowa poprowadzi sędzia Kolber z ... Krakowa. Publiczności wystarczyło kontrowersyjne wyrzucenie Dubiela z boiska, podczas pamiętnego meczu na Wawelu Kraków, przez miejscowego sędziego.
Pomysły piłkarskiej centrali, zwłaszcza po przytoczonym incydencie, nie świadczyły za dobrze o ich autorach. Łatwo było przewidzieć reakcję kibiców, którym nie mieściło się w głowie, że bezpośrednie konfrontacje Unii z zespołami krakowskimi mają rozstrzygać sędziowie z miasta, z którego wywodziły się te kluby. A przy tym nie zapominano, że Unia cały czas mogła zagrozić także i Cracovii w walce o awans. Widać w dniach meczów Jaskółek z Krakusami, na sędziów spoza Krakowa padał mór jakiś i nie mogli być oni brani pod uwagę.   

Skład UNII: Czekanowski, Tyliszczak, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek,Leśniak /Białas/,
Hausner, Rusinek, Spodzieja.

Mecz rozpoczął się od szybkiego ataku Garbarnii. Już w 2 minucie obrońcy Jaskółek zaspali i Grabowski znalazł się w sytuacji sam na sam z Czekanowskim !. Ten zachował się znakomicie, wyczuł intencje strzelca i wybił piłkę uderzoną w światło bramki !!!.
Unia nie czekała na dalsze tego rodzaju sytuacje i stopniowo przejmowała inicjatywę. Nie było to łatwe, bo "Brązowi" grali nadzwyczaj ambitnie i z dużą wolą walki.
Unia grała jakby bardziej miękko, ale przeważała. Od razu widać też było, że znakomicie jest dysponowany bramkarz gości Stroniarz. Spokojnie dyrygował defensywą, bez zarzutu spisywał się na przedpolu bramki, tak że piłki po licznych naszych dośrodkowaniach tonęły w jego rękawicach.
Po drugiej stronie nie było już tak groźnie, Garbarnia preferowała grę środkiem i nie zauważała, że każde dojście do piłki jej skrzydłowego Kwiatkowskiego wprowadzało więcej zamieszania w nasze szyki obronne. Kwiatkowski kwitł więc na skrzydle i przy braku celnych podań, stał się z czasem nie tak niebezpieczny. 
W 19 minucie Spodzieja przedryblował Felusia, precyzyjnie dograł do Witka, ale temu zabrakło dokładności - strzelił wprost w Stroniarza i było po herbacie, a wszystko rozegrało się w odległości około 11 m od bramki.
W 25 minucie Hausner posyła z dalszej odległości "bombę" na bramkę gości, ale piłka
nie dochodzi do niej, odbija się od obrońcy i spada obok Rusinka, ten był rozpędzony, musi więc zrobić lekki skręt, gdyż piłka "tańczyła" obok niego, jakimś nadludzkim wysiłkiem wyłuskuje ją spod nogi zawodnika Garbarnii. Wszystko rozgrywa się na około 10 m od bramki, którą Rusinkowi zasłaniają nadciągający gracze przyjezdnych. Rusinek dostrzega lukę i dbając o precyzję strzału niezbyt mocnym, ale dobrym technicznie uderzeniem  posyła piłkę w kierunku siatki. Powietrzna robinsonada Stroniarza budzi najwyższe uznanie, jest efektowna i skuteczna, piłka zostaje wybita na rzut rożny !.
W 38 minucie meczu dochodzi do sytuacji, która do czerwoności rozpaliła widownię, piłkarzy i działaczy Unii. Trener Bielecki jest bliski wtargnięcia na boisko.
Przyczyną jest spięcie, do którego dochodzi   pomiędzy Spodzieją, a pieczołowicie pilnującym go obrońcą Felusiem. Feluś pada, a sędzia bez zastanowienia usuwa naszego napastnika z boiska, interpretując jego zachowanie jako złośliwe przekroczenie przepisów !!!.
Deja vu z Wawelu !. Tłum szaleje, ale Spodzieja musi w końcu opuścić boisko. Podobnie jak Dubiel szybko na murawę nie wróci !!!. Zostajemy poważnie osłabieni przed rewanżowymi meczami !.
Także z Garbarnią przez ponad 50 minut zagramy w osłabieniu !!!.
Nikt nie zastanawiał się nad tym, czy sędzia miał rację, wszyscy mieli na uwadze tylko jedno: rozjemca był z Krakowa !!!.
W zachowanych notkach nie mam komentarza w przedmiocie prawidłowości decyzji sędziego, więc przynajmniej ja w tym przypadku nie jestem w stanie ocenić tej sytuacji.
Mecz schodzi na dalszy plan, publiczność wyżywa się na arbitrze.
Nawet nie zwraca się uwagi na to, że pod koniec pierwszej połowy Grabowski strzela w słupek, czym mógł dobić stropionych Unistów !.

W II połowie dziesięciu Unistów stara się nadal utrzymać przewagę w polu, ale z oczywistych względów nie jest to łatwe.
Tym niemniej Unia ma okazje bramkowe !.
Cudownym strzałem popisuje się z dystansu Nowak, ale robinsonada Stroniarza warta jest nawet pierwszoligowych boisk !. Końcami palców wybija piłkę na róg !. 
W 79 minucie Rusinek po serii zwodów wychodzi na pozycję sam na sam ze Stroniarzem. Ten skraca kąt, wybiega naprzeciw naszemu snajperowi, ale Rusinek to szczwana sztuka, przewiduje rozwój zdarzeń i fantastycznym pod względem technicznym podbiciem piłki przerzuca ją nad zaskoczonym bramkarzem.
Ma, a my razem z nim, olbrzymiego pecha - piłkę z linii bramkowej wybija Wełniak !!!.
W 82 minucie pięknie strzela Jasiówka, piłka mija z kolei generalnie dobrze broniącego w tym meczu  Czekanowskiego, ale w rolę dobrego ducha drużyny wciela się Tyliszczak i to z kolei on wybija futbolówkę z linii bramkowej !. Nie ma gola !
I już nie będzie, mecz kończy się rezultatem 0:0 !.
A na trybunach gwizdy, gwizdy i gwizdy oraz słowa wściekłości i żalu, których lepiej i po latach nie przytaczać ..., cdn...

PS. Nie wiedziałem dlaczego na forum Unii pojawiło się czerwone tło, ale macie rację - jest ono też na orginalnej stronie blogu, natomiast nie mam tego na moim podglądzie /tam gdzie dokonuję wpisów/. Może po raz kolejny na e maila podpowiecie, jak tę obwódkę usunąć, dziękuję - pozdrawiam.






Wojna gigantówUNIA po 13 pkt;

6 CZĘŚĆ WSPOMNIEŃ _ HISTORIA UNII TARNÓW _ PIŁKA NOŻNA 2011-03-27
                                    CZĘŚĆ 6

SEZON 1960 r. - II LIGA, 4 KOLEJKA;
GÓRNIK RADLIN - UNIA TARNÓW.

W Tarnowie po 3 kolejce radowano się podwójnie, ponieważ kibice mieli świadomość,
że kolejne rozdanie może zmieść nas z premiowanego awansem do I ligi miejsca. Jaskółki jechały do spadkowicza z ekstraklasy Górnika Radlin i była to wyprawa niezwykle ciężka.
Większość zespołów udawała się tam jedynie po zachowanie twarzy, a nie po ligowe punkty.
Górnik Radlin powstał z fuzji dwóch zespołów: Błyskawicy Radlin oraz Rymaru Niedobczyce. Ten drugi zespół miał być lokomotywą tego
związku, jako że po wojnie występował nawet na I - szo ligowych boiskach. Błyskawica wnosiła też niezłe wiano, między innymi w osobie Pawła Wojaka. Jeśli ktoś w tym zespole miał błyskawice i pioruny w nodze, to właśnie On.
Wojak zasłynął wręcz z nieprawdopodobnej mocy swoich strzałów. To nie legenda, ale smutna prawda - w jednym ze spotkań, Wojak egzekwując rzut karny, trafił z całą mocą swego
potężnego strzału w bramkarza. Ten przyjął piłkę na brzuch i była to jego ostatnia interwencja w życiu. Zmarł w wyniku wewnętrznych obrażeń !.

To także nie legenda, mająca zwiększyć siłę rażenia opowieści o Wojaku. Oto podczas meczu z popularnym AKS Chorzów, ku prawdziwemu strapieniu kibiców z Chorzowa, sędzia odgwizdał przeciwko ich drużynie
rzut karny. O ile kibice byli strapieni, o tyle wystawiony na pożarcie bramkarz AKS - u, był przerażony.
Nikt też nie miał Mu w zaistniałej sytuacji za złe, że już przed wykonaniem rzutu karnego stanął
przezornie przy jednym ze słupków, pozostawiając bez osłony całą swoją bramkę. Pewnie bidaczyna modlił się, by Wojak nie przestrzelił karnego i nie przyszpilił go do słupka. Wojak na szczęście nie przestrzelił i
huknął w środek pustej bramki. Przyznam, że o takim drugim karnym, w całym swoim kibicowskim życiu, nie słyszałem.

Z faktu, że Władysław Czekanowski bronił w dobrym zdrowiu bramki Unii jeszcze przez wiele lat wnioskuję, że Wojak przeciwko Unii nie zagrał.
Mariaż Błyskawicy i Rymaru przyniósł spodziewane efekty. Zespół w 1950 r. awansował do I ligi, a w 1951 r. został nawet wicemistrzem Polski !!!.
W opisywanych latach, Górnik był zespołem z rzędu tych, co to są za mocne na II - gą ligę, a ciut za słabe na I ligę. No, ale mecz z Unią
rozgrywał w II -ej lidze i był zdecydowanym faworytem tej potyczki.

Do walki z Radlinem trener Karol Bielecki desygnował: W. Czekanowskiego, St. Białasa, Cz. Mazurka, M. Kuciewicza, R. Guzego, R. Nowaka, A. Witka, Cz. Fudaleja, W.Rusinka,
R. Dubiela i L. Palembę.

Wielki nieobecny - Spodzieja, przygotowywał się już do powrotu na boisko, ale w tym meczu jeszcze nie wystąpił.

Myślę, że jestem Wam winien jeszcze jedną istotną informację: zapewne zauważyliście, że
ówcześni trenerzy rzadko sięgali po zmiany w czasie spotkań. Wiązało się to z zapisami regulaminu rozgrywek, który nie zezwalał na taką liczbę zmian, jak obecnie. Datami nie jestem już w stanie operować, ale gdzieś tak w opisywanym okresie znoszono restrykcyjne w tej mierze przepisy i wprowadzono prawo zmiany 1 gracza w ciągu 45 minut oraz zmianę bramkarza w ciągu całego spotkania.

Zastanawiałem się, jak opisać mecz, który zdaniem niektórych w ogóle nie miał miejsca ?!.

Opiszę go w krótkich, żołnierskich słowach: Unia postanowiła pokazać po raz kolejny, że nie jest jej straszny nawet spadkowicz z I ligii.
Poprowadziła otwartą grę, nastawioną na zdobycie gola !. Była komplementowana i na komplementy zasłużyła !!!. Trzeba przy tym
pamiętać, że to była taka faza rozgrywek, że nie znano jeszcze aktualnych możliwości Górnika, a jego marka musiała budzić respekt.

Odwaga Unii została wynagrodzona. Po strzale Rusinka Unia zdobyła gola i prowadzenie 1 :0 !!!.
Po przerwie Górnik postawił wszystko na jedną kartę, parł do przodu i wreszcie i on doczekał się swoich "5" - ciu minut !. Za sprawą Krawczyka gospodarze wyrównali. Krawczyk nie dotrwał do końca meczu i opuścił murawę z kontuzją. Spotkanie było bowiem z każdą mijającą minutą coraz bardziej ostre.

Mecz zakończył się remisem 1:1 i w Tarnowie odczytano to jednomyślnie jako wyjazdowy sukces Jaskółek !!!.

I kiedy kibice Unii świętowali kolejny punkt, do Tarnowa dotarła początkowo niepełna informacja, która wprowadziła niepewność.
W meczu Radlin - Unia będzie walkower !. Nie wiedziano tylko dla kogo. Podobno w jednej z drużyn zagrał zawodnik nieuprawniony do gry !!!. Szybkie przeglądnięcie składów nie wyjaśniło wątpliwości. Co prawda papiery wszystkich piłkarzy Unii wydawały się być w porządku, ale kiedy zapoznano się z papierami rywali szybko okazało się, że i tam grają piłkarze dopuszczeni oficjalnie do rozgrywek, ba, byli to piłkarze występujący w poprzednich 3 kolejkach, do których piłkarska centrala nie zgłaszała żadnych zastrzeżeń !!!.

/Widzę, że rubryka powoli zamienia się w horror - ginący niczym muchy bramkarze, strajkujący zawodnicy, potępiający ich inni zawodnicy,
walkowery itp. - ale tak było !!!/.

Wreszcie do Tarnowa dotarła oczekiwana, oficjalna wiadomość !!!.
Jaskółki wygrały mecz walkowerem 3 : 0 !!!. Rzeczywiście Górnik wstawił do składu piłkarza, który nie miał prawa znaleźć się na murawie. Chodziło o gracza o nazwisku Hasse, który w 3 kolejce, w meczu z Wawelem Wirek, został usunięty z boiska i zgodnie z ówczesnym regulaminem nie miał prawa grać w kolejnym spotkaniu !!!.
Szok był wszechwładny, jako że Unia nie zgłaszała w tej mierze żadnego protestu i fakt gry zawodnika nieuprawnionego umknął jej uwadze, o czym z rozbrajającą szczerością poinformował media wiceprezes Jaskółek
Jan Wiśniewski !!!. Przynajmniej ten jeden raz do czegoś przydała się piłkarska centrala !.

No, proszę Państwa - tutaj muszę wziąć głębszy oddech i Wam też to radzę.
Po weryfikacji meczu Radlin - Unia, tarnowskie Jaskółki znalazły się na czele tabeli !!!!.
4 - ta kolejka obfitowała bowiem w niespodzianki !.

Największą odnotowano na /gdzieżby indziej/ specyficznym boisku w /ż/ Wirku, gdzie gospodarze urwali punkt dotychczasowemu
liderowi, czyli wielkiej Cracovii !!!. Mecz zakończył się remisem 0:0 !!!.
Depczący nam po piętach Naprzód Lipiny poległ na własnym boisku z Concordią 0:1 !!!. Legia doznała sromotnej porażki w Mielcu, gdzie przegrała 0:3.
Wszystkie zespoły z czołówki zawiodły -wszystkie, oprócz Unii !!!.
Dla statystyków podaję pozostałe rezultaty: Wawel Kraków zlitował się nad losem Garbarnii i przegrał z nią 0:1, Piast zremisował z Rzeszowem 0:0.

Tabela po 4 kolejkach:
1/ UNIA TARNÓW - 7 punktów, bramki 5:0 !;
2/ Cracovia - 7 pkt, bramki 8:4;
3/ Stal Mielec 5 pkt;
4/ - 7/ Legia, Radlin, Lipiny, Stal Rzeszów - po 4 pkt
8/ - 10/ Wawel Wirek, Piast, Concordia - po 3 pkt
11/ - 12/ Wawel Kraków i Garbarnia po 2 pkt.

To były piękne chwile, wśród kibiców rozgorzały zawieszone w poprzednim sezonie dyskusje na temat wejścia Unii do ekstraklasy !.

CIEKAWOSTKI
Zawodnikom, spod znaku Jaskółki, wszystko zdawało się iść jak z płatka.
W 1 kolejce żużlowej ekstraklasy Uniści stali się sprawcami supersensacji !. Unia po emocjonującym meczu pokonała aktualnego wicemistrza Polski - Górnika Rybnik /ROW/ 40:38 !!!. Najwięcej punktów zdobyli dla naszych barw: Spychała 11, Pytko 10 i Tomczyszyn 8.
15 tysięcy rozwrzeszczanych kibiców rozświetliło tor nie tylko swoją radością, ale pochodniami z ... gazet !. Atmosfera była niesamowita !.
Również w tamtym czasie najlepsi Polscy żużlowcy startowali w lidze angielskiej. Żyto z Unii Leszno walczył w barwach Coventry, zaś Kwoczała z Włókniarza przywdziewał plastron Leicester.

TOWARZYSKI MECZ TARNOVIA - UNIA

Dłuższą przerwę w II - go ligowych meczach, tradycyjnie już wypełniły Unii mecze towarzyskie.
Na pierwszy ogień /w przenośni i dosłownie/ poszła Tovia.
Starsi kibice do dzisiaj pamiętają ten jakże miluśki dla uszu odgłos chrupania. To Unia chrupała Tarnovię. Zapewniam Was - to było lepsze i zdrowsze od tych wszystkich Mc Donaldów, KFC, czy inszych fast - foodów !.
Na wspomnienie tego chrupania do dzisiaj cieknie mi ślinka !
Śmiało można powiedzieć, że pierwszy Mc Donald powstał w Tarnowie w 1960 r. koło plant, jako że mecz rozegrano na stadionie Tovii.
Unia wygrała 6:2 /2:1/ !!!.
Reakcje kibiców na tym spotkaniu zdawały się świadczyć o tym, że oto w decydującą fazę weszła walka o Puchar Świata. Z upływem czasu jedna ze stron zaczynała jednak powoli cichnąć, potem kwilić, by na koniec zapowiadać, że: "następnym razem, to my wam
pokażemy". W roli kwilących kibiców wystąpili fani Tarnovii.
Mecz zaczął się od mocnego uderzenia. Już w 4 minucie Nowak zdobywa gola dla Unii. W 13 minucie Tovia odgryza się trafieniem bardzo dobrego Jagielczuka /w samo okienko naszej bramki/. Później swój benefis rozpoczyna młodziutki, znakomicie zapowiadający się Krzysztof Hausner, który strzela gola w 44 minucie. Tovia jeszcze stara się dotrzymać nam kroku i w 52 minucie za sprawą Barana wyrównuje.
Baran nie wytrzymuje później ciśnienia i partaczy sytuację sam na sam z Sienkiewiczem.
Już w 54 minucie wychodzimy na prowadzenie dzięki strzałowi Hausnera. W 70 min. Hausner odnotowuje hat trick !!!.
Tovia na kolanach. W 72 min. Nowak podwyższa wynik. Ostatnią bramkę strzela w 87 min. Fudalej !!!.
Bohaterem meczu zostaje okrzyknięty młody Hausner !!!.
Czyż nie były to piękne dni ?!.

POZNAJMY SIĘ: KRZYSZTOF HAUSNER.

Młodziutki, bo liczący raptem około 16 - 17 lat bohater sparingu z Tarnovią  Krzysztof Hausner był więc zawodnikiem Unii i z perspektywy wielu lat można śmiało napisać, że to był prawdziwy zaszczyt dla naszego klubu.

Był wychowankiem małego krakowskiego Nadwiślanu, z którego na piłkarskie boiska wyfruwały prawdziwe orły. Tak lekko licząć, z
Nadwiślanu wywodzi się około 10 reprezentantów Polski w piłce nożnej !!!.
Krzysztof Hausner długo w Jaskółkach nie pograł, parol zagięła na niego Cracovia i to w okresie, kiedy na Jego szyi zawisł srebrny medal reprezentanta Polski na mistrzostwach juniorów UEFA w Portugalii /późniejsze Mistrzostwa Europy/. Wicemistrz Europy juniorów sięgał po ten tytuł w 1961 r.pod okiem trenera Wł. Stiasnego z takimi piłkarzami,
jak Janusz Kowalik, czy Andrzej Rewilak.
W Cracovii rozegrał 306 meczów. Został uznany za jednego z najlepszych pod względem wyszkolenia technicznego piłkarzy w całej historii Cracovii, a wielu do dziś twierdzi, że był pod tym względem po prostu najlepszy !!!.
W reprezentacji seniorów zagrał tylko raz.
16 kwietnia 1967 Polska zremisowała z Luksemburgiem 0:0, a Hausner zagrał 90 minut.
Z Cracovii przeszedł do Zagłębia Sosnowiec, dwa sezony pograł w Wiśle Kraków. Karierę kończył w Kalwariance, był także piłkarzem
polonijnego klubu w Chicago. Zmarł w 2004r. Takich to piłkarzy miała w swoim składzie na przełomie lat 50 i 60 tych Unia, chyba wam się to nawet nie śniło !.

MECZ TOWARZYSKI UNIA - DYNAMO BERLIN

Bodajże 4 maja 1960 r. zagraliśmy z Dynamem Berlin. Wtedy to był "świeżutki" klub, bo założony w 1953 r., szybko jednak piął się po szczeblach NRD - owskiej kariery i już w 1957 r. awansował do II ligi. Gdzieś na przełomie lat 50- tych i 60- tych, zdobył nawet Puchar Niemiec, a później był wielokrotnym
mistrzem tego kraju. Po latach niektórzy kojarzyli te sukcesy z cichym sponsorem tego klubu, którym była ponoć STASI.
Unia wygrała i to w pełni zasłużenie 3 : 1 / 3:0/, po golach Dubiela, Fudaleja i Rusinka,
tak że nie wykluczam, że nazwiska strzelców trafiły nie tylko do bazy danych dziennikarzy i kibiców.
Zwłaszcza do przerwy Jaskółki nie pozwalały sparingpartnerowi na zbyt wiele, inicjując pomysłowe i przeprowadzane na pełnym gazie akcje.
Dopiero po przerwie, kiedy Unia wyraźnie zwolniła tempo gry, Niemcy próbowali nawiązać z nami bardziej wyrównaną walkę. Wtedy też
goście pokazali to, co później okazało się być ich bronią w wielu meczach - ostrą, bezpardonową grę. Na niewiele się to zdało i 2
tysiące widzów /!/, znowu miało powody do zadowolenia.

CIEKAWOSTKI
Z ciekawostek z tamtych lat nie odmówię sobie przyjemności przywołania swoistego smaczku. Otóż na przełomie lat 50 -tych i 60 tych niektórzy polscy piłkarze uzyskali zgodę na wyjazd do polonijnych klubów w Australii. Wśród wybrańców znaleźli się m.in. Jańczyk z ŁKS -u, Droń z Ruchu Chorzów, Szczepański z Polonii Gdańsk, czy Szygalski z Bzury Chodaków. Mieli opłacony bilet lotniczy do Melbourne, załatwioną pracę na 2 lata i kontrakt sportowy na takiż sam okres.
I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie wspaniała notka na jaką natknąłem się w
związku z tymi wspomnieniami, niestety nie wiem z jakiej gazety. Wynika z niej, że kandydatów szukano nader długo. Dziennikarz wyjaśnił też przyczyny tej przewlekłej procedury, cytuję, aby niczego nie uronić
:"amatorzy atrakcyjnego wyjazdu rekrutowali się bowiem z piłkarzy ukaranych dyskwalifikacjami za życie niesportowe" .
Czyli mówiąc inaczej Australię potraktowano, jak to przed wiekami bywało, jako kolonię karną dla naszych urwisów . Zastanawiam się, czy po takiej notce, w naszym kraju gwałtownie nie wzrósł odsetek chętnych na prowadzenie
niesportowego trybu życia. Prawda, że smaczne ?.


SEZON 1960 r. - II LIGA, 5 KOLEJKA;
UNIA TARNÓW - NAPRZÓD LIPINY.

W 5 kolejce lider tabeli podejmował zespół Naprzodu, który na wyjazdach pozbawiony był w znacznej mierze swoich "roznamiętnionych" kibiców, co niewątpliwie obniżało jego walory.
Aplauz towarzyszył wejściu na boisko Spodzieji;
atak zyskiwał potężne wzmocnienie w postaci najlepszego strzelca sezonu 1959 r. !.
Z obrony "wypadł" Kuciewicz, ale kibice liczyli, że Unia i tak zachowa czyste konto !. Jednak powrót Mazurka okazał się balsamem dla tej i tak już wcześniej mocnej linii.
Kibice dopominali się wypuszczenia na boisko Hausnera, ale trener K.Bielecki takiej decyzji nie podjął.
Unia zagrała w składzie:
Czekanowski,Białas, Mazurek, Palemba,Nowak, Guzy, Witek, Fudalej, Rusinek, Dubiel i Spodzieja.

Kibice byli spragnienie Spodzieji, a Spodzieja spragniony goli. Szalał od pierwszych minut, niby młody koziołek. Strzelał z każdej pozycji, jakby chciał uregulować swój celownik. Wynurzenie, peryskop w górę, cel, pal !!! - piłka przechodzi nad poprzeczką. Cel, pal - nieczysto i  zbyt słabo uderzona piłka nie dolatuje nawet do celu. Chłopak wie, co robi, uspakajali się nawzajem kibice.
W 7 minucie kolejne wynurzenie Spodzieji, cel, pal, piłka zostaje uderzona z dalszej odległości, z tym, że nie jest to strzał, ale taki lob, piłka jednak precyzyjnie zmierza w kierunku bramki, ociera się o wewnętrzną część słupka i ... wpada do bramki Naprzodu !!!.
Goool ! - 1:0 dla Unii, w takim stylu na boisko mogą powrócić tylko najwięksi !.
Unia jest zadowolona i udaje się na sjestę. Po co harować, skoro Spodzieja pewnie i tak coś jeszcze złowi. Naprzód bierze się do odrabiania strat, inicjuje szereg ataków. Obrona Unii z Mazurkiem na czele gra jednak znakomicie. Ma przy tym ułatwione zadanie, większość akcji Naprzód próbuje przeprowadzać przez swojego napastnika Bartyla, który w żaden sposób nie potrafi wyprowadzić w pole naszego środka obrony.
To nie jest najlepszy okres w wydaniu ataku Unii, ale i on z czasem zaczyna grać tak, jak na początku meczu. Wszystko zaczyna się znowu zazębiać, piękne akcje idą jedna za drugą. 
Ale póki co nie ma jeszcze efektów. 
W 24 minucie świetnym prostopadłym podaniem popisuje się Nowak, piłka trafia do Witka, ale ten w 100 procentowej sytuacji strzela tuż obok bramki. Może chciał skopiować wyczyn Spodzieji i trafić, tak jak On, w wewnętrzną część słupka ?.
Ale nie ma czasu na rozstrzyganie takich dylematów, Unia gra pięknie dla oka, mecz musi się podobać !.
Naprzód najwyraźniej uznał, że Spodzieja wyczerpał w tym dniu limit goli i w 38 minucie na ułamek sekundy pozostawiają go w obszarze pola karnego bez opieki. Będący właśnie przy piłce i składający się do strzału Witek, zauważa lepiej ustawionego kolegę, szybka zmiana decyzji, precyzyjne podanie do Spodzieji, ten strzela z woleja i ... gooool !!!.
Unia prowadzi 2:0 !!!.  
Unia gra jak z nut, to chyba jej najlepszy występ w tym sezonie.
Ale na tym nie koniec !!!.
Unia nie odpuszcza, jest już prawie całą drużyną na połowie zdruzgotanego Naprzodu.
W 40 minucie lekkie wycofanie piłki na 30 metr do wysuniętego Mazurka. Siła Jego strzału była powszechnie znana, więc nikogo nie dziwią żywiołowe okrzyki kibiców: lufa !, strzelaj!. Ponad tumult wybija się okrzyk trenera Bieleckiego: ładuj !!!, a co tam, niech kibice mają jeszcze więcej radości. Mazurkowi nie trzeba tego dwa razy powtarzać. Ma swobodę, oczywiście na 30 m nikt go nie pilnuje, składa się do strzału, przymierza i posyła niesamowitą petardę.
Piłka leci w kierunku bramki, ale nie trafia do siatki. W roli siatki występuje Szczęsny
/w tym wypadku bardziej "nieszczęsny"/, od którego piłka się odbija !. Szczęsny pada na murawę, jakby rażony piorunem, ale nikt na to nie zwraca uwagi, bo futbolówka spada pod nogi szarżującego Fudaleja. Ten z najbliższej odległości strzela i ... gooool !!!.
Jaskółki prowadzą 3:0 !!!.
Teraz już nie tylko Szczęsny, ale cały Naprzód jęczy - to  jest nokaut, i to w jakim stylu dokonany!. Brawo Unia !!!. 
II połowa: Naprzód odrabianie strat rozpoczął  od ... wzmocnienia obrony, do której przesunął niedawnego napastnika Bartyla.  
Ale Unia takich Bartylów miała w tym dniu na swojej obronie całe pęczki. Defensywa Jaskółek grała zdecydowanie i uważnie, nie dopuszczając gości do głosu. Dobra dyspozycja obrony Unii była jak znalazł, gdyż Naprzód miał optyczną przewagę przez znaczną część drugiej połowy. Unia jednak i w takiej sytuacji potrafiła sobie wypracować niezłe pozycje strzeleckie.
Dobrze bronił bramkarz gości, przy czym prawdziwe utrapienie miał z Nowakiem. Kibicom zapewne zapadła w pamięć indywidualna akcja Nowaka z 79 minuty, kiedy to zawodnik Jaskółek zamarkował z około 20 m podanie, a tak naprawdę oddał fantastyczny strzał. Niestety piłka poszybowała nieomal w sam środek bramki gości i została sparowana przez golkipera.
Mecz zakończył się zwycięstwem Jaskółek 3:0 !.
Był to zarazem piąty mecz bez straty gola !.

Na stadionie Unii od w większości rozentuzjazmowanych twarzy kibiców, odbijały 2 lica, które z każdą upływającą minutą stawały się coraz bardziej blade. Kibice szybko rozszyfrowali, że byli to dwaj wysłannicy Cracovii, którzy przyjechali do Tarnowa podglądnąć formę Unii. Nie ma wątpliwości - po powrocie go Grodu Kraka musiano poddać ich transfuzji krwi, a i tak wynik zabiegu nie był pewny. Unia w tym meczu musiała zrobić duże  wrażenie !.

Inne wyniki:
W pojedynku spadkowiczów z ekstraklasy Cracovia wyraźnie wygrała z Górnikiem Radlin 3:0 /1:0/, Stal Rzeszów wygrała z Wawelem Wirek 1:0 /1:0/, w pozostałych meczach padły remisy: Garbarnia - Piast 1:1 /0:1/, Concordia - Mielec 1:1 /0:0/ oraz Legia - Wawel Kraków 0:0.

Tabela po 5 kolejkach:
1/ UNIA TARNÓW - 9 punktów, bramki 8:0 !;
2/ Cracovia - 9 pkt, bramki 11:4;
3/- 4/  Stal Rzeszów i Stal Mielec po 6 pkt;
5/ -  Legia -  5 pkt
6/ - 9/ Górnik Radlin, Naprzód Lipiny, Piast, Concordia - po 4 pkt
10/ - 12/ Wawel Kraków, Garbarnia i Wawel Wirek po 3 pkt.

SEZON 1960 r. - II LIGA, 6 KOLEJKA;
STAL MIELEC - UNIA TARNÓW.

Ten mecz od pierwszej do 90 minuty trzymał wszystkich w napięciu i stał na wysokim poziomie.
Unia grała szybko i odważnie, ale natrafiła na również dobrze dysponowanego rywala.
Zaczęło się od lekkiej przewagi Stali, ale wydawało się, że Jaskółki wszystko mają pod kontrolą. Niestety, było to złudzenie.
W 14 minucie Kapuściński zdobywa gola dla Mielczan.
Jest 1:0 dla Stali.
Czekanowski przepuszcza pierwszego gola w tych rozgrywkach. Koledzy z murawy, a to: Białas, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Fudalej, Rusinek, Dubiel i Spodzieja nie wyglądają jednak na załamanych.
Od razu podejmują walkę.
8 tysięcy widzów nie może ani na chwilę czuć się bezpiecznie.
Szybkie akcje Unistów, prowadzone często skrzydłami, dają nam kolejne szanse.
Właśnie Spodzieja wyłuskuje piłkę spod nóg obrońcy Stali na około 15 metrze i kiedy wydaje się, że poda do biegnącego Fudaleja oddaje kąśliwy strzał. Mocno podkręcona piłka przechodzi jednak obok spojenia słupka i poprzeczki. Gdyby  nie nadał jej tak mocnej rotacji, to kto wie co by było, ale to tylko gdybanie.
Aktywny Rusinek otrzymuje w polu karnym dokładne podanie od Nowaka, krótki zwód, obrońca Stali nie nadąża, zostaje "wkręcony" w ziemię, Rusinek przerzuca błyskawicznie piłkę na drugą nogę, oddaje strzał, ale piłka mknie obok słupka na aut bramkowy.

Druga połowa to dalsze próby zmiany wyniku, podejmowane przez zdeterminowane Jaskółki.
Wydaje się jednak, że niesiona mocnym dopingiem Stal ma wszystko pod kontrolą. Ale to kolejne złudzenie !.
W 48 minucie Spodzieja otrzymuje długie podanie z głębi pola, ściąga na siebie obrońców, ale ani myśli strzelać, bądź kiwać. Odgrywa piłkę w tempo do Rusinka, ten też nie waha się ani sekundy. Oddaje plasowany strzał, po którym rewelacyjny Mysiak może tylko wyjąć piłkę z bramki. Goool !!!. Jest 1:1 !!!. Znakomicie zaczęła się ta druga połowa dla Jaskółek.
Zawodnicy Unii nie posiadają się ze szczęścia, spontanicznie wyrażają radość przy linii bocznej boiska. Podbiega do nich trener
Bielecki.
Coś krzyczy do najbliżej biegnących Mazurka i Nowaka. Ci chyba go jednak usłyszeli, kiwają głowami. W pobliżu są jednak także podłamani piłkarze Stali i niewątpliwie i do nich dotarły dyspozycje Bieleckiego. Trener krzyczy: cofamy się, paraliżować ich akcje !!!.
Zespół karnie przesuwa swoje linie nieco do tyłu. Stal zaczyna przeważać, ale kontry Unii i długie podania są groźne.
Po jednej z kontr, spychany przez obrońcę Rusinek wychodzi sam na sam z
Mysiakiem. 
Wytrącony z rytmu Rusinek nieco traci równowagę, co szaleńczą interwencją wykorzystuje Mysiak, ofiarnie rzucając się pod nogi rozpędzonego Rusinka, i zagarniając piłkę. Omal nie przepłacił tego kontuzją, ale uchronił swój zespół przed utratą bramki !.

180 sekund dzieliło Unię od wywiezienia punktu z Mielca. Niestety, ale ta sztuka nam się nie udała !!!.
W 87 minucie Helmut Tobolik strzela gola dla Stali !.
Kiedy Jego koledzy zwątpili w powodzenie swoich akcji, ten doświadczony, 27 - letni piłkarz, zachował zimną krew i pokonał
Czekanowskiego.

Tobolik, środkowy napastnik, wychowanek Fortuny Bytom, związany z Mielcem od 1953 r. należy do najlepszych strzelców w historii Stali.
W ponad 30 meczach rozegranych w tym zespole w ekstraklasie strzelił 10 goli, natomiast w 111 spotkaniach II ligii celnie trafił 58 razy.
W tym niestety jeden raz w dniu 15 maja 1960r.

Unia przegrała w Mielcu 1:2 !!!.
Szkoda, że dobrze czujące się w tym dniu w ataku Jaskółki, po wyrównaniu stanu meczu cofnęły się, co było tyleż efektem naporu miejscowych, co i wynikiem decyzji naszego trenera.
Kibice docenili poziom gry Unii, byliśmy żegnani brawami, ale brawa punktów nie dają ...

Ale to nie był koniec emocji. Rychło okazało się, że porażka w Mielcu może nie mieć dla nas negatywnych skutków w tabeli.
W Rzeszowie doszło do sensacji - Cracovia przegrała ze Stalą 0:1 !!!, a to oznaczało, że zachowujemy fotel lidera !!!.
Inne rezultaty:
Górnik Radlin - Naprzód Lipiny 0:0, Piast - Legia 3:1, Wawel Wirek - Garbarnia 0:0, Wawel Kraków - Concordia 2:2 /1:1/

Tabela po 6 kolejkach:
1/ UNIA TARNÓW - 9 pkt, bramki 9 : 2;
2/ Cracovia - 9 pkt, bramki 11:5;
3/-4/ Stale: Rzeszów i Mielec - po 8 pkt;
5/ - Piast Gliwice - 6 pkt;
5/-9/ - Naprzód, Concordia, Legia i Radlin - po 5 pkt;
10/- 12/ - Wawele: Wirek i Kraków, Garbarnia - po 4 pkt.

CIEKAWOSTKI
W maju 1960 r. na 2 lata wyjechali do polonijnych klubów w Australii kolejni polscy piłkarze, m.in. z Wisły Kraków /Wiesław Gamaj, syn znanego piłkarza Podgórza. W. Gamaj szczycił się m.in. tym, że w 1956 r. pokonał legendarnego bramkarza Lwa Jaszyna w towarzyskim meczu Wisły z mistrzem ZSRR - Dynamem Moskwa/, Gwardii Warszawa,KKS Kluczbork, Piasta, czy też Lechii Gdańsk.
Kroniki milczą, czy i tym razem była to nagroda za nienajlepsze zachowanie na naszych stadionach.

SEZON 1960 r. - II LIGA, 7 KOLEJKA;
WAWEL KRAKÓW - UNIA TARNÓW.

Kiedyś już był taki mecz, podczas którego nasi piłkarze zagrali na bosaka i z lubością go opisałem.
Któż mógł przypuszczać, że w dniu 22 maja 1960 r. zawodnicy przejdą samych siebie i usuną tamten epizod w cień.
Na Wawelu Unia zagrała bowiem ... na golasa.
Nie tak żeby od razu wylecieli bez slipek; co to, to nie, jednak jakaś kultura musiała obowiązywać. 
Zaczęli się negliżować gdzieś tak od 55 minuty spotkania i tak się rozochocili, że na golasa gonili do końca meczu.
I to na oczach naszej młodzieży, tj. Kotwy i Hausnera !.
W tym pamiętnym spotkaniu Unia miała w składzie następujących nudystów:
Czekanowski, Białas, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Hausner /Kotwa/,Rusinek, Dubiel, Spodzieja.
Jeśli ktoś myśli, że żartuję, to oświadczam, że na poparcie swoich słów dysponuję gazetowym wycinkiem, w którym sprawozdanie z tego meczu opatrzono solidnym tytułem: "Streap - tease Unii".
Pewnie tę rubrykę czytają przeważnie takie same dziadki, jak i ja, ale nawet nie znający języka ziomkowie wiedzieli w 1960 r., że "strip tiz" to taniec, podczas którego mamy do czynienia z "rozbierankiem".
Z tego też powodu przerywam na chwilę opis meczu, by młodzież poniżej lat 18 miała sposobność udać się na spoczynek; proszę również, aby to wspomnienie czytać wyłącznie po godz. 22, zgodnie z duchem stosownych ustaw.
Pewnie już śpią, więc startujemy.

Wawel wydaje się być lepiej przygotowany szybkościowo i taktycznie.
Bielecki podszedł do meczu zachowawczo, łącznicy mają jako główne zadanie wspomagać obronę, nie ma za bardzo kto konstruować akcji. Nie dziwi więc, że Wawel ma przewagę,
ale to Unia wypracowuje sobie nieoczekiwanie znakomitą sytuację.
Dubiel wyrywa do przodu, widzi przed sobą bramkarza Pajora, ten nie za bardzo wie jaką decyzję podjąć, trochę jest zaskoczony, w tym meczu nie za często widzi na swoim przedpolu Unistów, zachowuje się trochę tak, jak tubylcy z dalekich krain, którzy po raz pierwszy zobaczyli białych. To wahanie drogo go kosztuje, nie wyszedł w porę, odsłania znaczną część bramki, a jednocześnie wprowadza zamieszanie w poczynania kolegów z obrony. Dubiel staje przed szansą, postanawia uderzyć technicznie, piłka mija zrozpaczonego Pajora, zmierza do pustej bramki.
Na nieszczęście dla nas w sytuacji zorientował się Kołodziejczyk, który zdążył zaasekurować golkipera i w ostatniej sekundzie wybija piłkę nieuchronnie zmierzającą do siatki !!!.
Ale Wawel też ma okazje. Najlepszą Danielowski, który z dalszej odległości posyła piłkę w zasadzie nie do obrony. Piłka trafia jednak w poprzeczkę bramki Czekanowskiego !.
W sytuacjach stuprocentowych jest więc 1:1, ale stan meczu po I połowie jest 0:0 i to z przebiegu gry sądząc jest rezultat lepszy dla Unii.
II połowa to popis Wawelu, który atakuje z niespotykaną pasją, Unia spychana jest na swoje przedpole, z rzadka tylko łapie oddech w krótkich kontratakach.
Liczymy, że taktyka z pierwszej połówki przyniesie nam 1 punkt. Dwa punkty może nam dać tylko przypadek, lub osamotniony, ale zażarcie walczący
Rusinek.
Już nie tylko na palcach jednej ręki, ale na obu, można policzyć strzały wojskowych. Strzela i  pracujący za dwóch pomocnik Szola, strzelają i Miller i Danielowski i Piotrowski, ale bez powodzenia.
W 55 minucie Słysz ostro centruje, Mazurek przegrywa powietrzny pojedynek, piłka ląduje na głowie
Szola,  czyste uderzenie i goool dla Wawelu !.
Unia wygląda na niezdecydowaną co dalej robić. Przeczekać spodziewane ataki, czy zacząć odrabiać stratę ?.
Wawel idzie na całość.
W 57 minucie Słysz nie ma za bardzo co zrobić z piłką, jego koledzy w polu karnym są dobrze kryci, decyduje się na strzał z bardzo dużego kąta, strzał jest mocny, ale Czekanowski nie powinien mieć z nim większych kłopotów.
Nasz golkiper nie decyduje się jednak na wyłapanie piłki, mimo że zmierza ona prosto w jego kierunku. Postanawia piłkę wypiąstkować.
Jak on to zrobił, tego nikt na stadionie nie wie !.
Czekanowski piąstkuje piłkę prosto do ... swojej bramki !!!. Jest 2 : 0 dla Wawelu !!!.
Piłkarze Unii są wściekli na Czekanowskiego, ten sam jeszcze nie do końca rozumie, co się stało !. Dochodzi pewnie do siebie, kiedy widzi, jak niektórzy kibice Unii próbują "wjechać" na boisko, na szczęście na zamiarach się kończy !.
W 55 i 57 minucie rozpoczęło się rozbieranie Unii, ale Wawel uznał, że Jaskółki trzeba rozebrać do rosołu i z furią nadal atakował.
Unia wygląda na rozbitą, ale jej pojedynczy zawodnicy próbują jeszcze odwrócić bieg zdarzeń.
W 68 minucie Dubiel gna ile sił w nogach w kierunku bramki Pajora, liczy że za moment dostanie celną piłkę od Kotwy, który właśnie wdał się w drybling i mija jednego z
"wojskowych". Zapatrzony w poczynania kolegi Dubiel nie widzi, że pod nogi pcha mu się Kaszuba, że przecina tor jego biegu. Dubiel wpada z całym impetem na zawalidrogę, oczywiście nieumyślnie. Kaszuba wali się na murawę, niczym kłoda drzewa ścinanego w lasach amazońskich, ręce ma wyrzucone do góry niczym konary cedrów, krzyczy jakby go właśnie oberwali ze skóry. Sędzia Jakubiec z ... Krakowa, widzi tylko ścinkę drewna, zatrzymuje akcję Unii i ... wyrzuca zupełnie zaskoczonego Dubiela z boiska !!!. W oparciu o to, co widział przyjmuje, że zagranie Dubiela było złośliwe, na dodatek bez piłki !.
Na nic burzliwe protesty Unistów, na nic głośne śmiechy niektórych kibiców Wawelu, sędzia przykłada rękę do pełnego strip - tisu  Jaskółek. Toż my już w tym momencie nie mamy nawet majtek na sobie, ostały się jeno skarpetki. To pewnie wtedy powstało powiedzenie "puścimy Was w skarpetkach".
Ten mecz w "10" - tkę, przy wyniku 0:2, już jest nie do wygrania.
Unia załamuje się.
Zdjęli nam i skarpetki.
W 73 minucie Danielowski przez pół boiska zdąża w kierunku naszej bramki  ze złą wiadomością, ale upadła Unia mu w tym nie przeszkadza. Danielowski zdobywa gola !. Jest 3:0 dla Wawelu !!!.

W 79 minucie zdobywamy honorowego gola. Niektóre media przypisują go Rusinkowi, ale ja mam zapisane, że bramkę zdobył pięknym lobem nad bramkarzem Wawelu Witek !. To samo nazwisko znalazłem po latach w sprawozdaniu zamieszczonym w jednej z gazet krakowskich, więc wskazuję jako zdobywcę bramki właśnie
Witka.
Nieco później sędzia dyktuje przeciwko nam karnego za rękę Białasa.
Kaszuba nie myli się i jest 4:1 dla Wawelu !!!.
Przed końcowym gwizdkiem dobija nas Szola kolejnym celnym trafieniem. Unia przegrywa 1:5 !!!. Tego nikt się nie spodziewał. Unia w jednym meczu straciła więcej goli, niż podczas sześciu wcześniejszych spotkań.
Okazało się, że niedawny król jest nagi !.
Trener Bielecki w udzielonym krótkim wywiadzie, mocno  załamany stwierdził, że sam nie wie, co stało się z Unią w tym meczu !.
Utrata drugiego gola i wyrzucenie z boiska solidnego Dubiela, rozbiły w pył zwłaszcza naszą najmocniejszą dotychczas linię - defensywę, więc mecz nie mógł  zakończyć się w inny sposób.

Inne wyniki 7 kolejki:
Sensacja na Ludwinowie, gdzie Garbarnia wspięła się na szczyty swoich ówczesnych możliwości i zremisowała z Cracovią 0:0, Górnik Radlin potwierdził, że po spadku z ekstraklasy nie może odnaleźć formy i przegrał ze  Stalą Rzeszów 2:3, Legia Krosno rozgromiła 6:1 Wawel Wirek, a  Concordia Knurów zremisowała  z Piastem Gliwice 2:2. Zadziwiała stabilną formą
Stal Mielec, która wygrała w  Naprzodzie Lipiny 2:0.

Tabela po 7 kolejkach:
1/ - 3/ Stale: Mielec i Rzeszów oraz Cracovia - po 10 pkt;
4/ UNIA TARNÓW - 9 pkt;
5/ - 6/ Legia i Piast - 7 pkt;
7/ - 8/ Wawel Kraków i Concordia po 6 pkt;
9 - 11/ Górnik Radlin, Naprzód i Garbarnia po 5 pkt;
12/ Wawel Wirek - 4 pkt.

CIEKAWOSTKI

Zmorą wielu stadionów była chuliganeria. Głośnym echem odbiły się wydarzenia na stadionie A - klasowych Zembrzyc, kiedy to po decyzji sędziego Fajkela, usuwającego z boiska 2 miejscowych grajków, doszło do gorszących scen. Grajkowie wmieszali się w tłum i zaczęli podburzać kibiców. Nie próżnowano też na boisku, gdzie kapitan Garbarnii Zembrzyce tak dalece przejął się losem kolegów, że zaczął ... kopać sędziego. Po chwili półprzytomny Fajkel leżał na murawie w otoczeniu wpadającego na płytę tłumu. Ostatni widok, jaki mógł być jego udziałem w tym żywocie, to był widok wzniesionego ... łomu, który na szczęście został w ostatniej chwili podbity ręką milicjanta. Milicja nie była jednak w stanie opanować sytuacji.
Drugi sędzia nie czekał na podziękowania od kapitana Zembrzyc i jego drużyny i nawiał do swojego motocykla. Uciekając, ze zgrozą zobaczył atakującą go kobietę, która w ręku trzymała, jak łatwo zgadnąć... łom, najwyraźniej nieodłączny atrybut miejscowych. Pewnikiem ówczesne elegantki wyżej ceniły  zakupy w sklepach z metalem, aniżeli choćby u Diora.
Niektórzy kibice nie zeszli jeszcze z drzew.
Kapitan miejscowych trafił do prokuratora, a Prezydium Wojewódzkiego Komitetu Kultury Fizycznej wystąpiło do WRN w Krakowie o likwidację klubu, sprzedaż jego majątku na publicznej licytacji i przekazanie pieniędzy na rzecz sędziego, jako formę zadośćuczynienia.

Z kolei podczas meczu LZS Krzęcin - LZS Słomniki jednemu z graczy gości złamano nogę. Powiedzenie "sport to zdrowie" zapewne nie pochodziło z tamtych czasów, czy z tamtych okolic.
REZERWY UNII TARNÓW.
Rezerwy nie chcąc trafić do rubryki "CIEKAWOSTKI" najczęściej przegrywały na wioskach, ale i tak trzymały się górnej części tabeli A - klasowych rozgrywek i w ostatecznym rozrachunku wstydu nie przyniosły.

10 kolejka/ Żabno : Unia I b 4:0 /0:0/
11/ Unia - Żabno 1:1 /0:1/ - bramka Kokoszka;
12/ Unia - Szarów 5:2 /3:0/ m.in. Dzierżoń, który nie przebił się do pierwszego składu, Kalemba i Tyliszczak, którego miejsce zajął Mazurek;
13/ Bocheński - Unia 1:0;
14/ Podgórze - Unia 3:0;
15/ Unia - Bieżanowianka 2:2;
16/ Armatura Kraków - Unia 0:2;
17/ Unia - Puszcza 2:1;
18/ Podłęże - Unia 5:0 /2:0/;
19/ Unia - Dalin 1:3 -
Zachariasz;
20/ Wanda - Unia 8:0 /4:0/.

Tabela A - klasy:
1/ - Wanda 33 pkt, bramki 56 - 17;
2/ - Bieżanowianka 31 pkt, 57 - 21;
3/ - Dalin 20 pkt, 32 - 34;
4/ - UNIA Ib - 20 pkt, 32 - 42;
ostatnie: Żabno 12 pkt.

SEZON 1960 r. - II LIGA, 8 KOLEJKA;
UNIA TARNÓW - PIAST GLIWICE.

Kierownictwo klubu było nieubłagane - w meczu z Piastem Uniści musieli zagrać w golfach, tak aby było ich trudniej znowu roznegliżować.
Golfy pokornie założyli:
Czekanowski, Białas, Mazurek, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Henryk Leśniak /po przerwie weteran Dęboś/, Hausner, Rusinek, Spodzieja.

To się musiało spodobać tarnowskiej publiczności !. Unia od razu weszła na górne "C". Grali znakomicie. Piast zobaczył siebie w roli Unii z meczu z Wawelem.
Ale i tak mieli szczęście, jako że w Unii były też słabsze ogniwa.
Pod nieobecność zdyskwalifikowanego Dubiela bardzo dobrze pokazał się Hausner. Ale już brak Fudaleja był bardziej widoczny. Nowe twarze na boisku, czyli Leśniak i Dęboś nie przekonali do siebie ani publiczności, ani trenera.
Sygnał do ataku dał już w 3 minucie Nowak strzelając mocno z dystansu. Lecącą w środek bramki piłkę wybronił bramkarz. W 11 minucie mocne uderzenie Spodzieji broni ... Rusinek, w którego trafił niefortunny strzelec.
W 20 minucie Spodzieja przed oddaniem strzału bacznie rozglądnął się, gdzie też tym razem pelęta się kolega z ataku. Nie chciał narazić przyjaźni z Rusinkiem na szwank. Rusinek był daleko, a na wszelki wypadek odsunął się jeszcze dalej, więc Spodzieja kopnął w piłkę. A ta ... wpadła do bramki !!!. Goool dla Unii i 1:0 po bardzo szybkiej i stojącej na godnym poziomie grze !.

Unia nie pasuje, nadal gra na świetnym poziomie. W 28 minucie na listę strzelców wpisuje się Witek -
jest 2:0 dla Jaskółek !!!.

Pod koniec pierwszej połowy Rusinek wyprowadza w pole dwóch obrońców gości, ale to chyba on tym razem chciał "ustrzelić" Spodzieję, jako że strzał nie był udanym zwieńczeniem dynamicznej akcji - piłka przeszła daleko od słupka.
Także po przerwie Unia gra znakomicie. W 55 minucie goście nie widzą innej możliwości zatrzymania Hausnera, jak jego sfaulowanie. Rzut wolny, a to już alert dla gości, gdyż możliwości Mazurka są w II lidze już dobrze znane. MA - ZU - REK, MA - ZU - REK, tak skandowane nazwisko wybornego obrońcy Unii,
po chwili zamienia się w przeciągły ryk: gooool !!!. Czesław Mazurek nie zawiódł, jego potężne uderzenie było nie do obrony !!!.
3:0 dla Unii !. Kierownictwo klubu zezwoliło na zdjęcie golfów. I to był błąd !. Tendencje naturystyczne zaczęły znowu dochodzić do głosu !.
Unia się rozluźniła, uznała że jest już po meczu. Nic bardziej błędnego. Piast nie zamierzał się poddać. Jego szybsza gra zaskoczyła Jaskółki. 
W 60 minucie to my faulujemy piłkarza Piasta. Dera pozazdrościł Mazurkowi  celności strzałów i po pięknie wykonanym stałym fragmencie gry zdobył bramkę !. To był cudowny "rogal", godny ekstraklasowych boisk !. Było 3:1 !.
Piast wyczuwa słabszą dyspozycję w tym okresie gry po stronie Białasa i tamtędy inicjują większość akcji. Mazurek i Palemba w roli strażaków sprawdzają się, ale tylko do czasu !.

W 80 minucie Dera strzela w pełnym biegu z pierwszej piłki. Nie potrafi zrozumieć jak Czekanowski mógł wybronić Jego uderzenie !. Kręci z niedowierzaniem głową, a przecież jest chyba do dzisiaj najlepszym strzelcem w całej historii Piasta, łącznie zdobył 78 bramek !!!.
Większość bramkarzy wyciągałaby piłkę z siatki, ale Czekanowski wolał "wyciągnąć" się sam w powietrzu - to była mistrzowska robinsonada, która uchroniła Unię przed stratą gola !.
Dera i Skubacz szaleją, obronie Unii przytrafiają się błędy.
Wreszcie nadchodzi 83 minuta gry. Kapitalny Gerard Skubacz zdobywa gola kontaktowego !. 
Jest już tylko 3:2 !.
Ta bramka ma wymiar historyczny - to 150 gol zdobyty przez "Piastunki" w czasie ich II - go ligowych spotkań. Pierwszą bramkę zdobył Henryk Mierzwa w 1957 r., podczas spotkania z Naprzodem Lipiny /2:1/. 
Ostatnie 7 minut wszyscy oglądają na stojąco.
Skubacz najwyraźniej ma chrapkę na 151 gol !. On i Dera są chwilami nie do powstrzymania.
A jednak Piastowi zabrakło czasu na wyrównanie !. Unia wygrała po pięknym meczu 3:2. Obie drużyny zasłużyły na duże brawa, takie spotkania wspomina się z przyjemnością !.
Jaskółki znowu znalazły się w gronie drużyn  walczących o ekstraklasę !!!, cdn ...

W
To sie musiaNIA TARNSEZON 1960 r. - II LIGA, 8 KOLEJKA;
UNIA TARNÓW - PIAST GLIWICE.
ÓW - 9 pkt;
5 CZĘŚĆ WSPOMNIEŃ - HISTORIA UNII TARNÓW - PIŁKA NOŻNA 2011-03-22
                               CZĘŚĆ 5   


Sezon 1960 r. - II liga !
Faza przygotowań.

Przeniesiemy się teraz w naszym wehikule czasu do początków roku 1960.
W macierzystych Zakładach Azotowych i w samym klubie, nastrój ożywienia i pełnej aktywności.
W Zakladach rozpoczyna się właśnie I etap olbrzymiej rozbudowy.
Niemiecka Republika Demokratyczna dostarczyła Azotom nowe urządzenia, dzięki którym będzie można produkować 9 tysięcy ton chloru rocznie, a według optymistycznych prognoz nawet 18 tysięcy ton.

W klubie także zmiany i nowe twarze. Chociaż nie do końca nowe. Klubowym korytarzem przechadza się dawno tu nie widziany Czesław Mazurek.
Zakończył służbę wojskową, wraca do klubu. Unia odzyskuje obrońcę, którego bez wahania umieściłbym w złotej jedenastce wszechczasów ZKS UNIA, gdyby taka w ogóle powstała.
A może faktycznie ją ułożę po zakończeniu wspomnień ?.
Jeśli obrona Jaskółek była w poprzednim sezonie monolitem, to teraz zapowiada się na beton, którego skruszyć nie będzie łatwo - tak spekulują kibice.
Za Mazurkiem klubowym korytarzem przemykają kolejni zawodnicy. Niektórzy
błądzą, wchodzą do niewłaściwych pomieszczeń, zastanawiają się. To
nowe nabytki Jaskółek. Czekanowski doczeka się rywala do pozycji bramkarza w osobie Tadeusza Sienkiewicza z Górnika Złotoryja. Tuż za nim idzie Dzierżoń z Polonii Bytom. Spokojnie kroczy Fudalej, który nad
biało - czerwone pasy Cracovii wolał biało -niebieskie barwy Unii. Ma wzmocnić siłę rażenia ataku Jaskółek.
Po tym transferze kibice wiele sobie obiecują.
Czesław Fudalej liczy sobie zaledwie 20 lat, ale ma już za sobą dwa sezony w ekstraklasie i 18 występów na najwyższym szczeblu rozgrywek. Nie zdobył tam co prawda gola, ale to talent poparty już cennym doświadczeniem.

Wszyscy wchodzą do jednej sali. Siedzą tam już Sekretarz Klubu - K. Bryg, kierownik sekcji Boryczko, Kierownik I drużyny, znany działacz Szczerba. Jest i nowy trener Unii - Karol Bielecki, który gwarantuje "hokejowe" wyniki drużyny, wszak nie od parady jest sędzią hokeja na lodzie. Towarzyszą Mu instruktorzy: Tatczyn i Multan /rezerwy i juniorzy/. Kibice wzdychają: może ta trójca wprowadzi do składu więcej wychowanków Jaskółek, bo póki co, to siła zespołu głównie wojskiem zaciężnym stoi. Pierwsze jaskółki już się pojawiły w osobach Kotwy i juniora Brosza, który zagrał w dwóch ostatnich meczach sezonu 1959 r.
Trener odczytuje nazwiska zawodników. Oprócz już wymienionych swoją obecność
potwierdzają m.in: Czekanowski, H. Leśniak,
Palemba,Białas, Tyliszczak, Nowak, Guzy, Kuciewicz, Spodzieja, Dubiel, Rusinek, Witek
. Na koniec trener odczytuje nazwiska kolejnych wychowanków dokooptowanych do szerokiej kadry: Florka i Brożka.
Sekretarz klubu - K. Bryg rozgląda się wokół, jakby kogoś szukał, w końcu jakby wyrywa się z zadumy - no tak, Czarneckiego nie ma, bo
przecież teraz na niego przyszła kolej przejścia do Wawelu Kraków !.

Krótka odprawa i wszyscy idą w kierunku autokaru. Jeszcze chwila i zespół Jaskółek wyjedzie na zimowe zgrupowanie do Jeleniej Góry. To nie byle co - kluby II ligi na zorganizowanie obozów kondycyjnych musiały mieć zgodę PZPN.
Przez dwa tygodnie, w pięknej okolicy, Jaskółki będą wykuwać swoją formę.
W drzwiach autobusu Karol Bielecki odwraca się zniecierpliwiony i donośnym głosem woła: a gdzie jest znowu, do jasnej anielki, Jaskółka
z Krakowa
?!. Co za maruda !. "Idę, idę, spokojnie, musiałem tylko wrócić się po notatnik", słyszy w odpowiedzi.

Nie wszyscy pojadą do Jeleniej Góry. Ktoś musi wziąć udział w naradzie KOZPN,poprzedzającej walny zjazd PZPN. A będzie o czym
rozmawiać !.
Śląski OZPN złożył wniosek o poszerzenie ekstraklasy do 14 drużyn i stworzenie 4 regionalnych II - ich lig. Kraków byłby w II - ej lidze wraz z Lublinem, Kielcami i Rzeszowem.
Warszawa chciała w ogóle ... zlikwidować II ligę !, wiadoma rzecz - stolyca, a prowincja niech chodzi do teatru, a nie na stadiony.

Orginalny był też i nasz KOZPN, któremu zamarzyło się poszerzenie ekstraklasy do ... 13 zespołów. Pomysł nie wynikał z chęci walki z przesądami, ale z bardziej przyziemnych spraw: bidula Cracovia nie spadłaby do II ligi i załapała się jako ta trzynasta.
Uprzedzając fakty za tym ostatnim pomysłem było 10 delegatów, przeciwko 47, zaś 17 wstrzymało się od głosu. Jak się okazuje widok Cracovii w II lidze niejednemu się spodobał.
Odrzucono także i pozostałe wnioski i przyjęto wniosek Opola, by ... utrzymać II ligę w niezmienionym kształcie /24 drużyny w 2 grupach/.

UNIA miała grać nadal w grupie południowej.
Nowymi twarzami miały być zespoły, które spadły z ekstraklasy, czyli Cracovia i Górnik Radlin oraz dwaj beniaminkowie: Garbarnia Kraków i Wawel Wirek.

Znakomitą Unię Racibórz przeniesiono do ... grupy północnej, tak więc kroiły im się wyjazdy do np. Szczecina, Poznania, Gdyni, czy Gdańska. A co, podobno w Raciborzu i okolicy już wtedy brakowało jodu, niech więc przynajmniej sportowcy się go nawdychają.

Wszyscy byli ciekawi, jak czołowa drużyna naszej grupy poradzi sobie w nowym otoczeniu.

Najbardziej jednak wszystkich w Tarnowie intrygowało pytanie, czy miejscowa Unia ponownie będzie na ustach kibiców kopanej, tak jak to było w poprzednim sezonie !.
Jedno było pewne - Unia nie miała już gdzie trwonić punktów, bo przecież Szombierki i Walter spadły do III ligii !!!.

MECZE TOWARZYSKIE POPRZEDZAJĄCE
SEZON 1960 r.

Sympatyków Unii najbardziej interesowały, oprócz występów Jaskółek, sparingi Garbarnii Kraków, która miała być naszym pierwszym rywalem w nowym sezonie. Garbarnia była beniaminkiem i wszyscy zastanawiali się, czy podobnie jak Unia z klasą wejdzie ona na piłkarskie salony.
Po pierwszym sparingu zainteresowanie Garbarnią wzrosło, jako że rozniosła ona w Andrychowie tamtejszy Beskid 4:0 /2:0/. Bramki dla "Brązowych" zdobywali: dwie Grabowski oraz Jasiówka i Kucharski.

Nastroje poprawiły się po kolejnym występie Garbarnii. Unia Oświęcim wygrała z nią 2:1 /2:1/. Gola dla Krakowian zdobył Kucharski. Uznano, że ten mecz może wpędzić Garbarnię w kompleksy co do firm z nazwą Unia.

Szkoda, że Jaskółki nie zwały się "UNIA - ŁKS", bo kompleks byłby zwielokrotniony.
W tamtych czasach gry drugoligowców z uznanymi markami były na porządku dziennym, ale tym razem Garbarnia przesadziła,wybierając się z motyką na słońce i na swoje nieszczęście próbując sprawdzić swoje siły z ŁKS -em.
Co prawda ŁKS jakąś potęgą wówczas nie był, ale jednak miał status pierwszoligowca i w 1959 r. zajął w ekstraklasie 8 miejsce /na 12 zespołów/.
ŁKS był w pełnym rozruchu, jako że właśnie wrócił z Wegier, gdzie rozegrał kilka spotkań. ŁKS wygrał aż 7:0 /5:0/, a 2 gole "zabombił" obrońca G. Bomba. W Garbarnii bronił Stroniarz, jeden z lepszych golkiperów w historii tego klubu.
Także i inne kluby nie próżnowały. Świetną formę awizował Wawel, który po podobno pięknym meczu uległ świeżo upieczonemu I - ligowcowi, dobrze nam znanej Stali Sosnowiec 2:3. Machnik ze Stali obronił rzut karny egzekwowany przez Krzyżanowskiego.

Wawel zmierzył się także z czołowym zespołem II ligi - grupy północnej, Śląskiem Wrocław, który w 1959 r. zajął w swojej klasie 4 miejsce. Wawel zremisował 1:1, a w jego szeregach zadebiutował "Unista" Czarnecki.
Aż dziw bierze, że w tak krótkim czasie, jako rekrut, opanował podstawy wojskowego rzemiosła i wolny czas mógł poświęcić na zdobywanie punktów dla wojskowych. Tak to wtedy wyglądała służba wojskowa nowych poborowych - sportowców.

Śląsk Wrocław przeegzaminował również Naprzód Lipiny, wygrywając z nim 1:0.

Oczywiście, z uwagi na wynik, nie mógł mi umknąć sparing Tarnovii, która przegrała ze Stalą Mielec /na wyjeździe/ 2:3, ale trzeba przyznać, że Tarnowianie stawili mocny opór silnej jedenastce z Mielca. Wszystkie bramki dla Stali zdobył Tobolik, dla Tovii Pytka i Włodek.
Jesli ktoś uważa, że jestem piłkarskim szowinistą, to się grubo myli: to, że jestem od zawsze i na zawsze kibicem UNII, wcale nie oznacza, że nie lubię tarnovii.

Oczywiście również i Jaskółki rozgrywały sparingi, w tym m.in. na stadionie Hutnika Nowa Huta, gdzie 28 lutego 1960 r. znalazłem się z moim Praszczurem.
Praszczur był powszechnie lubiany w pracy, ponieważ wręcz dopominał się o różne delegacje, rezygnując nawet z przysługujących mu za nie diet. Wszystkich szokowało, że wręcz uwielbiał wyjazdy niedzielne. Tylko nieliczne grono osób szybko zauważyło, że dziwnym trafem jego delegacje pokrywały się, przynajmniej w przybliżeniu, z miejscami rozgrywania meczów przez Unię. Praszczur miał się dobrze, aż do jakiegoś towarzyskiego meczu z Tarnovią, kiedy to Jego przełożony - zagorzały kibic Tovii, ze zgrozą zobaczył praszczura z biało - niebieską flagą w dłoni !!!. Ot, wychował sobie żmiję na własnej piersi. Na nic nie pomogły tłumaczenia praszczura, że jest daltonistą, a flaga jest zdobyczna. Praszczura przestano lubić, a na delegacje zaczął jeździć Jego przełożony.

TOWARZYSKI MECZ: HUTNIK - UNIA.

Unia zagrała z Hutnikiem N. Huta w składzie: Czekanowski, Białas, Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek /Brosz/, Fudalej, Rusinek, Dubiel /Kotwa/, Palemba.

Czołowy zespół III ligi postawił Jaskółkom trudne warunki. Grał ambitnie, odważnie, wykazał dobre przygotowanie siłowe. Poczynał sobie jednak bardziej archaicznie od Unii, zwłaszcza w ataku, gdzie miał trudności z wypracowaniem sobie klarownych sytuacji. Gubiła go typowo krakowska szkoła piłki, polegająca na wielu podaniach i grze aż nadto kombinacyjnej.
Największe zagrożenie dla Unii stanowiły rajdy i strzały pozyskanego z Cracovii Kasprzyka. Był niczym narowisty rumak, nieprzewidywalny dla obrońców Jaskółek, ale i często dla ... partnerów i samego siebie. Brak zgrania był u niego widoczny, podobnie jak i w przypadku innego nabytku z "Pasów" - Wąchala.
Ale i w Unii też pokazał się b. piłkarz Cracovii - Fudalej. I to jak się pokazał.

W 8 minucie zainicjował On szybką akcję, atakowany przez zawodnika Hutnika, założył mu sprytnie "siatkę", odegrał piłkę do Rusinka, a ten, mimo że był w dobrej sytuacji strzeleckiej, przedłużył bieg futbolówki do Guzego

Guzy popisał się plasowanym, czystym strzałem, który przyniósł nam bramkę !!!.
1:0 dla Unii - ten rezultat nie uległ już zmianie.
Postawa Unii w przekroju całego meczu musiała zadawalać, a wyczyny Rusinka, najczęściej nieuchwytnego dla rywali, budziły podziw. Rusinek był już w ligowej formie i to też napawało optymizmem !.

TOWARZYSKI MECZ: UNIA - WISŁA KRAKÓW

Czekanowski, Białas, Mazurek, Kuciewicz, Nowak, Guzy, Witek, Fudalej, Rusinek, Dubiel i Palemba, na oczach 2 tys. widzów, mieli stawić czoła ekstraklasowej Wiśle.
Wisła bardzo poważnie podeszła do tego sparingu. Już same nazwiska niektórych Wiślaków mogły przyprawić o drżenie serca, a co dopiero ich gra !.

Niech za komentarz wystarczą krótkie wizytówki niektórych z nich:
20 latek -  Andrzej Sykta, rok wcześniej zadebiutował w reprezentacji w zwycięskim  /6:2/ meczu z Finlandią, sam strzelił 1 bramkę. Finowie mieli do niego pecha - wiele lat później strzelił ich drużynie HJK w Helsinkach, gola w Pucharze Zdobywców Pucharu. Finowie dwukrotnie wysoko przegrali z Wisłą i odpadli z rozgrywek;
Władysław Kawula - 23 lata, szwajcarska precyzja przy karnych i wolnych, 5 - krotny reprezentant Polski, właśnie w 1960 r. debiutował w spotkaniu z Francją;
Bronisław Leśniak, który miał kłopoty z przeczytaniem wieczorem książki, ale nie miał problemów z bronieniem strzałów. Powód ? - miał słaby wzrok i na meczach korzystał ze szkieł kontaktowych;
Zresztą, gdyby zapomniał o szkłach, to i tak mógł spać spokojnie - miał przed sobą znakomitego obrońcę - Ryszarda Budkę, także reprezentanta Polski.
Wszyscy wymienieni zagrali przeciwko II -go ligowej Unii.
Kibice dowcipkowali, że działacze Unii przekazali przed meczem piłkarzom, iż grać będą z rezerwami Hutnika, żeby nasi nie spanikowali. Nie spanikowali, choć początek spotkania należał do gości.

Ich dobra gra została uwieńczona golem Sykty w 31 minucie.
Unia miała też swoje okazje, jak choćby tą wypracowaną przez Nowaka, który znakomicie wypatrzył Rusinka w tłumie graczy. Rusinek strzelił mocno, ale minimalnie obok słupka.
Nowak był wszędzie, chwilami wydawało się, że za mało mu gonienia za piłką w barwach Unii i że przywdzieje strój gości, kiedy ci będą konstruować akcje, by móc się i w nie włączać. Był niespożyty i wszędobylski.

Po przerwie nie mająca nic do stracenia Unia zagrała śmielej i trzeba było widzieć zdziwione miny kierownictwa Wisły. Okazało się, że Jaskółki dorównują ekstraklasowym piłkarzom.

Do 82 minuty można było jeszcze udawać, że nic się nie dzieje, wszak goście mimo wszystko prowadzili. Ale w tej minucie stało się !!!.

Kapitalnie wykonany rzut rożny przez Palembę, mocny rogal zatacza łuk i piłka wpada ... do siatki !!!. 1:1, Unia wyrównała !!!.

Żeby co nieco przytłumić wielkość tej sytuacji goście ochoczo przyznawać zaczęli się do ... samobramki. Jako winnego wskazali swojego obrońcę Świderka, który miał dopomóc piłce w drodze do siatki. Tłok był niemały przed Leśniakiem, więc kibice mogli mieć wątpliwości co do prawdziwego autora gola, ale wielu piłkarzy Unii twierdziło, że był on wyłączną zasługą naszego Palemby !!!.

Wisła wyglądała na skonsternowaną, Unia na pobudzoną.

W 84 minucie piłka po kapitalnym, niesygnalizowanym uderzeniu Rusinka, ląduje na słupku !, jak spod ziemi wyrósł aktywny Fudalej, który z całej siły pakuje piłkę do bramki !!!.
Euforia !!!, którą psuje sędzia Roik z Tarnowa, uznając iż gol nie może być uznany /rzekomo Rusinek był na spalonym/.
Nie wiem, czy sędzia Roik nie był przypadkiem z "tych" Roików. "Tych", czyli Roików - legendarnych i naprawdę dobrych graczy z Tarnovii z okresu przed i powojennego /bracia Roikowie/.

Chyba jednak było wszystko w porządku, bo nawet praszczur, rozpracowany do podszewki przez swojego Szefa - kibica Tovii zaznaczył, że sędzia podjął słuszną decyzję.

Ale i tak było się z czego cieszyć. Po bardzo dobrym meczu Unia zremisowała z Wisłą 1:1 !!!.

Komplementem było to, że ponoć po meczu Sykta, żegnając się z piłkarzami Unii miał powiedzieć, że do kolejnej konfrontacji tych
zespołów dojdzie już za rok, i że będzie to pojedynek o ... I -szo ligowe punkty !!!. Takie oto wrażenie wywarła na Wiśle nasza drużyna
!!!.

INNE MECZE TOWARZYSKIE - 1960 r.

Inne, nie znaczy gorsze - wręcz odwrotnie.

Unia szła od zwycięstwa do zwycięstwa. Rozniosła Spartę Lubań 6:0. Nie mieliśmy litości dla teamu, z którego wywodziła się ok. 1/4 naszego składu.
Jedno trzeba Unistom oddać - kolejnych sparingpartnerów potraktowali jeszcze bardziej bezpardonowo.
Przekonała się o tym dobitnie drużyna Gwardii Koszalin, którą Jaskółki sprowadziły do futbolowego parteru w kolejnym sparingowym spotkaniu. Wynik 9 : 0 dla Unii, mówi
wszystko za siebie !!!. Kibice żartowali, że zawodnikom nie powiedziano, że to jeszcze okres przygotowań i że pewnie grali w błędnym
przekonaniu, iż to już sezon w pełnej krasie !.
Siłę Unii odczuł także Górnik Wałbrzych, z którym wygraliśmy 2:0.
W tej sytuacji kibice z niecierpliwości czekali na początek ligi i oczywiście doczekali się !

SEZON 1960 r. - II LIGA, 1 KOLEJKA;
GARBARNIA KRAKÓW - UNIA TARNÓW.

W 1960 r. Garbarnia miała już swoją piękną historię, tak piękną i niedościgłą, że Jaskółki do dnia dzisiejszego mogą o niej li tylko pomarzyć.
W 1929 r. byli o krok od zdobycia tytułu Mistrza Polski, ba - okazali się najlepsi w rozgrywkach - ale mieli pecha. Ich główny rywal do tytułu -
Warta Poznań, na boisku przegrała z Turystami Łódź, ale później, przy zielonym stoliku, przyznano jej walkower, gdyż w zespole z Łodzi
pojawił się nieuprawniony gracz. Warta wyprzedziła Garbarnię jednym punkcikiem.

To, co się nie udało w 1929 r., udało się Garbarnii w 1931 r.
Wywalczyła wtedy koronę Mistrza Polski. Po wojnie też znajdziemy Garbarnię w I -szo ligowych tabelach, ale też i był to okres powolnego schodzenia z piedestału.
Garbarni przytrafił się nawet w 1959 r. spadek
do Krakowskiej Ligii Okręgowej /III liga/, stąd i w opisanym już sezonie nie mieliśmy sposobności powalczyć z "Brązowymi".
Ale też ten spadek był typowym wypadkiem przy pracy. Garbarnia, której nazwa wywodzi się od opiekuńczych Zakładów Garbarskich, w III lidze nawiązała do swoich korzeni i porządnie wygarbowała skórę rywalom, aplikując im coś około setki goli !!!.

Żeby w sezonie, na niezłym przecież piłkarskim poziomie /ówczesna III liga, to obecna II liga/,
strzelić przeciwnikom 100 goli, to trzeba mieć w składzie nie krasnoludki, ale wybitnych graczy.

I Garbarnia takich miała.

Wspomnę o dwóch, chociaż tylko jednego bardzo obawiali się kibice Unii.
Ten drugi był jeszcze za młody, ale wkrótce cały świat miał o nim usłyszeć, a zwał się Robert Gadocha.

Robert Gadocha. To nazwisko, zwłaszcza w latach 70 -tych elektryzowało kibiców nie tylko w Polsce, ale dosłownie na świecie. To przecież
złoty medalista z Mistrzostw Olimpijskich w Monachium, to członek drużyny narodowej, która w 1974r. pod wodzą trenera Kazimierza
Górskiego sięgnęła po 3 miejsce na Mistrzostwach Świata w Niemczech. W walce o medal Polacy pokonali Brazylię 1:0, a Gadocha został wybrany do złotej "jedenastki" tych mistrzostw !
Był jednym z najlepszych lewoskrzydłowych naszego globu !. Ale jednocześnie był wychowankiem Garbarnii !.

Jerzy Jasiówka. To kolejny as w talii Garbarnii.
Znałem kibiców Garbarnii, którzy wspominali nieomal rodzinną atmosferę panującą w tamtych latach na stadionie ich klubu. Życie na boisku mieszało się z życiem pozaboiskowym. Czy mecz wygrany, czy przegrany, piłkarze wraz z ich fanami przemieszczali się wydeptanym przez siebie szlakiem wiodącym "przez" kawiarnię "Fafik" na ulicy Siennej, czy choćby "przez" knajpę o nieprzypadkowej nazwie "Swojska" /róg Długosza i Kalwaryjskiej/.
Wspomnieniami powracali też do 1966 r., kiedy to na drodze ich drużyny w walce o 1/8 finału Pucharu Polski stanął sam mistrz kraju - zabrzański Górnik !
Przecierali oczy, kiedy na murawę wybiegali znani z przekazów radiowych i telewizyjnych: Włodek Lubański, Zyga Szołtysik, Ernest Pol /Pohl/, czy Stanisław Oślizło. Jak jeden mąż - wszyscy to reprezentanci Polski !.
Trochę byli zawiedzeni, że do bramki nie wystawiono popularnego wówczas, kolejnego reprezentanta - Huberta Kostki, ale zastępujący go Gomola, to też był przedniej marki golkiper.
W 43 minucie kombajn z Zabrza zaciął się !!!. Odsterczyl podał piłkę do Jasiówki, a ten strzelił gola, otwierając sobie i drużynie drogę do
kolejnej rundy.Garbarnia z szansy skorzystała, wygrała 3:2, to dopiero była sensacja !.

Mijają lata i oto spotykamy Jasiówkę wyprowadzanego przez Milicję Obywatelską z budynku Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Krakowie.
Co On tam robił ?. Ano przyszedł wraz z kolegami z zespołu do towarzysza Klasy, by wymóc na nim zmianę decyzji o likwidacji ukochanego stadionu i postawienia na jego miejscu hotelu "Forum". Milicjanci prowadzą
Jasiówkę, trzymając go mocno pod ręce.
W okolicach plant bacznie rozglądają się wokół siebie, czy przypadkiem nie mignie im gdzieś
twarz wyższego szarżą, po czym puszczają Jasiówkę wolno !.
Wiadomo, chłopaki z Ludwinowa, którzy w najbliższą niedzielę bynajmniej nie pójdą do kościoła, ale na mecz Garbarnii obowiązkowo !. Decyzja władz jest jednak nie do podważenia - Kraków musi mieć nowoczesny hotel w pięknym miejscu !. Rozżalony Jasiówka kończy karierę, tak wyglądało wtedy przywiązanie do barw klubowych !.
I znowu mijają lata. Pan Jerzy, jako Prezesa Garbarnii, pojawia się w składzie Prezydium Walnego Zgromadzenia Sprawozdawczego Małopolskiego Związku Piłki Nożnej !.

Ale czas przerwać kreślenie sylwetek wspaniałych piłkarzy Garbarnii, bo oto rozpoczyna się rozgrzewka przed inauguracyjnym meczem II ligi: Garbarnia - Unia !, wśród rozgrzewajacych się jest i Jerzy Jasiówka.
Jasiówka nie wygląda jednak na pewnego siebie. Niby chłopak z Ludwinowa, ale coś za często spogląda w kierunku rozbiegających się po murawie piłkarzy w biało - niebieskich strojach.
Jednak jedenastka Unii robi już wrażenie na II -go ligowych stadionach.
Uniści rozegrają inauguracyjny mecz w składzie: Władysław Czekanowski, Stanisław Białas, Czesław Mazurek, Mariusz Kuciewicz, Reinhold Guzy, Ryszard Nowak, Alojzy Witek, Czesław Fudalej, Wiesław Rusinek, Rufin
Dubiel oraz Leon Palemba.

A może niepewność Jasiówki bierze się z tego, że Garbarnia po tryumfalnym pochodzie przez boiska III -ej ligi, później jakby wytraciła
impet i w toku przygotowań nie potrafiła już złapać właściwego rytmu ?. Jej wyniki i nienajlepsza forma ze sparingów znacznie odbiegały in minus od osiągnięć Jaskółek.
No ale cóż, sparing to jednak tylko sparing, nie jest on jeszcze ostatecznym probierzem możliwości drużyny.
Jeszcze chwila dzieli nas od gwizdka sędziego, więc nadal trochę pospekulujmy.
Może na nieco speszone spojrzenie Jasiówki ma wpływ liczba kibiców, którzy złaknieni dobrego futbolu, a może "Fafika", albo jeszcze lepiej "Swojskiej", tłumnie przybyli na stadion ?.
Takiego mrowia ludzi już dawno tu nie było, więc i ciśnienie odczuwane przez piłkarzy musi być zwielokrotnione.
12 tysięcy kibiców !!! - tylu chętnych przybyło zobaczyć udany powrót Garbarnii na ligowe szlaki !!!. Dzisiaj nawet na niektóre mecze naszej reprezentacji przychodzi mniej kibiców.

Wszystko dosyć szybko się wyjaśniło. Garbarnia faktycznie nie była w swojej szczytowej formie. Grała ambitnie i zadziornie, ale to było o wiele za mało, by otrzymać laurkę i przepustkę do zwycięstwa.
Szczególnie staroświecko poczynał sobie atak. Brakowało szybkich wymian piłek, gra była nazbyt koronkowa i przejrzysta dla rozważnie grających obrońców Unii. Posyłanie piłki wzdłuż naszego pola karnego nie przybliżało Garbarnii ani o cal do naszej świątyni, za to wykruszało
jej siły i zapał.
Jasiówka z każdą minutą sprawiał wrażenie coraz bardziej zagubionego, ale to nie był Jego dzień. Wpisał się swoją grą w bezproduktywne akcje, zatracił instynkt strzelecki, a kiedy miał już dobrą okazję, nie potrafił jej spuentować silnym i celnym uderzeniem.
Na dodatek nie otrzymywał wsparcia od chimerycznego Cholewy na prawym skrzydle i środkowego Sitki, którego zresztą zmienił Grabowski. Kibice liczyli na pomocnika Browarskiego, ale ten z kolei liczył na ... kolegów i rozgrywał mecz w żółwim tempie.
Ponad przeciętność wybijał się Rogoda na obronie, ale prawdziwym ojcem opatrznościowym był Stroniarz w bramce.
Już w 11 minucie meczu pokazał kunszt, przerzucając piłkę nad poprzeczką po chytrym strzale Dubiela.
Stroniarz przeszedł potem do Cracovii, został pobity przez dawnych kolegów z Garbarnii, ale o tym powspominamy we właściwym czasie ...

Jego vis a vis także nie próżnował. Czekanowski zebrał soczyste brawa po pięknych paradach, dzięki którym powstrzymał strzały Jasiówki i Cholewy.

Unia na tle tak dysponowanego rywala może nie olśniewała, ale remisowy wynik był dla niej jak najbardziej do przyjęcia.
Nie ma nic gorszego, jak trafić na początek sezonu na beniaminka i to z niezłym składem i 12 tysiącami fanów wokół murawy.

Chwilami gra Unii upodabniała się do poczynań rywala, by po chwili błysnąć jednak szybszą akcją i ciekawszym zagraniem. Świetnie
poczynał sobie Rusinek, który woził niemiłosiernie obronę Garbarzy, ale bez efektu w postaci gola.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem remisowym 0:0.

Po przerwie na moment zamarły jaskółcze serca. Ostre dośrodkowanie Grabowskiego, Jasiówka strzela głową, goool, już unosi ręce do góry, ale zaraz musi je opuścić - radość była przedwczesna, Grabowski był na spalonym, sędzia Lipski z Krakowa gola nie uznaje !!!.

Po przerwie układ sił nie uległ zmianie.
Rusinek zyskał wsparcie w coraz lepiej poczynającym sobie Guzym i chwilami Garbarze nie widzieli innego sposobu na tę dwójkę, jak ich faulowanie. Czas jednak upływał, a żadnej z drużyn nie udawało się przeprowadzić złotej akcji.
Im bardziej Brązowi sprawiali wrażenie pogodzonych z losem, tym bardziej nasi piłkarze podnosili do góry głowy. Chociaż trzeba przyznać, że w tym meczu Garbarnia niczym powracająca fala, mobilizowała się i nawet momentami osiągała przewagę w polu.

W 71 lub 72 minucie meczu / mam to niewyraźnie napisane/ Witek oddał piorunujacy strzał. Stroniarz nie miał szans na obronę, za to na linii strzału znalazł się obrońca Feluś. Lecącą w samo okienko piłkę zatrzymał ręką !.

Ponad doping publiczności przedarł się dźwięk gwizdka sędziego.
Na stadionie zapanowała cisza !. Rzut karny!!!. Dla Unii !!!.
Przez moment nikt nie kwapił się do podejścia do jedenastki.
Guzy spojrzał na Witka, ten skinął głową. To wystarczyło, ośmielony Guzy podszedł do futbolówki, obracał ją ciut za długo, udeptywał trawę, wreszcie odszedł, wziął rozbieg i kropnął piłkę w kierunku bramki.
Gooool !!!!, nagle okazało się, że na stadionie są i kibice Unii, goool, goool, poniosło się po stadionie !. 1:0 dla UNII !!!
Miejscowe elegantki podniosły w wymownym geście parasolki do góry, ale za chwilę zrezygnowane opuściły je. Nikt nie przeszkodził fanom Unii w radowaniu się z prowadzenia.

Po utracie gola Garbarnia zdecydowaniej zaatakowała. Miała okazje, ale je marnowała. Właśnie w polu karnym Unii drybluje Jasiówka, mija Unistów, ci boją się sprokurowania karnego tym razem po naszej stronie boiska,
Jasiówka wykorzystuje tę miękkość w poczynaniach obrony, składa się do strzału i ... pada na murawę. W tumulcie nikt nie wie, co się stało, sędzia nie dopatruje się faulu. Były jeszcze strzały, część z nich broni Czekanowski, część przechodzi koło słupka.
I znowu gwizdek sędziego przebija się ponad szum stadionu. Ale tym razem
jest to znak do zakończenia meczu !!!

Unia wygrywa w Krakowie z Garbarnią 1 : 0 i znakomicie rozpoczyna kolejny sezon !!!.
Nie było wątpliwości: Unia i w tym sezonie może pokazać pazurki.

Po Garbarni nastroje w obozie Unii były
znakomite. Wszyscy mieli jednak świadomość, że ten sezon będzie niełatwy, o czym świadczyły wyniki pozostałych rozegranych pojedynków.
Zażarty mecz oglądnęli kibice Cracovii. Na stadionie Pasów po 45 minutach gry pachniało sensacją, jako że Cracovia przegrywała ze Stalą Mielec 1 : 2 !. Pełna mobilizacja w
przerwie przyniosła jednak owoce i ostatecznie Cracovia wygrała ten trudny dla siebie mecz 3:2.
Dobre wrażenie wywarł beniaminek,czyli Wawel Wirek, który co prawda przegrał u siebie 0:1, ale po wyrównanym meczu, a rywal był mocny - Wawel Kraków !. Piłkarze Wawelu Kraków, nie tylko ze względu na nikłe rozmiary wygranej, skarżyli się na nawierzchnię boiska. Faktycznie była ona nietypowa - piaskowo - żużlowa, no cóż, nie każdy zespół dysponował w tamtych latach murawą z Wembley.
Spadkowicz z I ligi - Górnik Radlin zgarnął całą pulę, wygrywając z solidnym Piastem
Gliwice 2:1
. Niespodzianką,  była  porażka na
własnym stadionie Stali Rzeszów z Naprzodem Lipiny 0:1.
I wreszcie najbliższy rywal Jaskółek, czyli Legia Krosno, zremisowała u siebie z Concordią
Knurów 0:0.

SEZON 1960 r. - II LIGA, 2 KOLEJKA;
UNIA TARNÓW - LEGIA KROSNO.

Nie było wątpliwości, iż faworytem czekającego nas meczu byli gospodarze. Unia zagrała w składzie:
Czekanowski, Białas, Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Fudalej, Rusinek,
Dubiel /Antoni Kotwa/, Palemba.
Nadal brakowało wielkiego nieobecnego: Spodzieji /Jego nazwisko różnie odmieniano, może wbrew purystom językowym będę trzymał się pisowni z moich notatek/. Jego zgrania z kolegami z ataku i bramkostrzelności
brakowało już w pierwszym meczu.

Kiedy spotkanie rozpoczęło się na dobre, nikt jeszcze nie wiedział, że większa część zespołu Jaskółek zapadła na groźną chorobę
wirusową. Uwydatniała się ona coraz bardziej wraz z upływającym czasem gry. Różnie to wyglądało u poszczególnych zarażonych zawodników. Na jednych biły poty, inni mieli bóle głowy, generalnie na wszystkich
przypadłość ta wpływała osłabiająco.
Nie wykluczam, że Uniści nabawili się jej podczas inauguracji sezonu.
Nie można bowiem wykluczyć, że straszliwy wirus przeszedł na naszych piłkarzy z zainfekowanych nim graczy Garbarnii. Wybaczcie, ale nie znam nazwy łacińskiej tej choroby, w języku polskim ma ona kilka nazw
naukowych, ale ja zapamiętałem tę potoczną. Ta choroba wirusowa znana jest pod nazwą "niemoc strzelecka" !.

I Unia tę niemoc zaprezentowała w pełnej krasie w meczu z Legią.
W tym spotkaniu goście najchętniej schowaliby się przed Jaskółkami nie tylko za Karpatami, ale i najlepiej za Himalajami. 
Legia do maksimum uszczelniła swoje przedpole bramkowe, odcinając całkiem poprawnie grających napastników: Skowronka i Śladka od podań z głębi pola. A wiadomo - napastnik pozbawiony podań, uschnie niczym roślina bez wody.
Więc też i napastnicy z Krosna więdli coraz bardziej.

Unia miała przygniatającą przewagę, ale nie miała pomysłu na skuteczne rozegranie ataku pozycyjnego. Za dużo było bezproduktywnych
podań, brakowało tego jednego, jedynego podania, otwierającego drogę do bramki. A kiedy już ta droga się otwierała, to u jej krańca
nieodmiennie znajdował się lebiodowaty i anemiczny, bądź niecelny strzał.

Rolę napastników próbowali przejąć pomocnicy. Właśnie pracowity Nowak przymierza się do strzału, nieszczęśliwie w tym momencie ślizga
się po murawie, ale końcem buta jeszcze nadaje piłce odpowiedni kierunek. Bramkarz Krośnian ma kłopoty ze złapaniem futbolówki, ale na raty mu się to udaje. Po chwili znowu Nowak, tym razem strzela czysto, z prostego podbicia, piłka odbija się od któregoś z obrońców, ale bramkarz w cyrkowy wręcz sposób  wygina się i piłkę wyłapuje.
Jęk zawodu towarzyszy kolejnej strzeleckiej próbie Nowaka - wydaje się, że piłka nieuchronnie zmierza w okienko bramki gości, ale nie !!! - jednak minimalnie przechodzi obok, w aut bramkowy !.
Jeszcze Rusinek po indywidualnej akcji, podbija piłkę ponad rzucającym się mu pod nogi obrońcą gości, piłka leci w światło bramki, ale nie ma już tej mocy, która pozwoliłaby pokonać golkipera. Jeszcze piękne dośrodkowanie Nowaka, Palemba wygrywa pojedynek główkowy, ale piłka po sprytnym koźle, odbija się od murawy i wychodzi ponad
poprzeczką, gdzieś w siną dal.

Identycznie, jak w siną dal poszły plany wygrania tego meczu.

Unii nie udało się do końca rozerwać szyku obronnego gości. Zespół zdecydowanie lepszy, spychający co rusz przeciwnika do rozpaczliwej
obrony, schodził z boiska po 90 minutach bez uśmiechu na twarzach. Pozostał niedosyt.

0:0 dawało jednak Unistom całkiem przyzwoity dorobek po 2 kolejkach, bo 3 punkty. Jaskółki od początku sezonu znowu wiły sobie gniazdo w górnych rejonach tabeli !!!.

W drugiej kolejce, w małych derbach Krakowa, Cracovia pokonała Wawel 4:2.
Górnik Radlin wygrał w Concordii również 4:2, Garbarnia potwierdziła nienajlepsze przygotowanie do sezonu i przegrała na wyjeździe w Naprzodzie 0:2, Piast nie miał problemów z wykazaniem wyższości nad
Wawelem Wirek /4:1/, wreszcie Stal Mielec nieoczekiwanie zaledwie zremisowała ze Stalą Rzeszów 0:0.

W tabeli prowadziły 3 zespoły z jednakowym dorobkiem punktowym /po 4 punkty/, a były to: Naprzód, Górnik Radlin i Cracovia.
Na 4 miejscu plasowała się Unia Tarnów z 3 punktami, zdobytymi na Garbarnii i z Krosnem.
I to była taka wykrystalizowana czołówka drugiego frontu.
Dopiero za tymi drużynami "kroczyły": Wawel Kraków, Krosno i Piast z 2 punktami na koncie.
Reszta zespołów zdobyła bądź po 1 punkciku /Stal Mielec, Stal Rzeszów
i Concordia
/, bądź mogła się wykazać dwoma przegranymi /Wawel Wirek i Garbarnia/.

Niejednokrotnie za suchymi wynikami kryły się prawdziwe dramaty. Ot, na ten przykład niewinnie wyglądający mecz Naprzód - Grabarnia /2:0/, w istocie był prawdziwym westernem, gdzie ujście cało było sztuką godną najlepszych szkół przetrwania.
Swoją drogą i ja takie przedmieścia piekieł zaliczyłem, choćby w Jaworznie, ale i na to przyjdzie czas.
Dziennikarze określili kibiców Naprzodu jako "roznamiętnionych", który to eufemizm oznaczał "zaprawionych w trupa alkoholem". Oczywiście i atmosfera na trybunach była równie "roznamiętniona". Kibice niewyraźnie widzieli przebieg meczu, więc każde wejście Garbarnii odbierali jako grę brutalną. A pretekstów mieli niemało. Najpierw kontuzję odniósł bramkarz Naprzodu Szczęsny. Zastąpił go Jańczyk, którego po chwili też znieśli z boiska. Do bramki już nie powrócił. Zastąpił go ... pomocnik Więcek II, który robił wszystko, by przetrwać. O słabości Garbarnii świadczy więc i to, że nawet graczowi z pola nie potrafiła wrzucić piłki do siatki. Trzeba jednak przyznać, że trener gospodarzy nie winił za kontuzje przyjezdnych.
Kibice, jako "roznamiętnieni" widzieli to inaczej.

Ponieważ jednak sportowy świat nie kończył się na II lidze grupie południowej, zaglądnijmy na chwilę do II ligi, ale grupy północnej. Na
ustach wszystkich była tam Polonia Warszawa, bynajmniej nie z powodu olśniewających wyników. W I kolejce Polonia poznała, co to znaczy zagrać na boisku w Raciborzu i przegrała tam 0:3. W 2 kolejce "Czarne Koszule" zaledwie zremisowały u siebie z Olimpią Poznań.
Na mecz 3 kolejki piłkarze Polonii już nie pojechali. W zasadzie cała pierwsza drużyna odmówiła zajęcia miejsc w autokarze
zmierzającym do Gorzowa Wielkopolskiego, na spotkanie z tamtejszą Unią.
Jako powód pozostania w stolicy, piłkarze podali "niespełnienie ich żądań finansowych". Szok w światku sportowym był niemały, bo i
takich "cudów", jak głośne zgłaszanie żądań finansowych, scenariusz rozgrywek nie przewidywał.
Do autokaru zapakowano więc nie zepsutą młodzież, która Polonii wstydu nie przyniosła, przegrywając z Unią zaledwie 0:1. Teraz można było już spokojniej zawiesić prawie całą podstawową jedenastkę Polonii, co
też przy aplauzie prasy uczyniono. Niektórzy uznali, że to za mało i nazwali zawodników "prowodyrami".

Ale ciekawie działo się też i w innych
stołecznych klubach. Legia Warszawa wpadła właśnie na pomysł uświetnienia swoich
wyróżniających się zawodników spiżowymi pomnikami. Na pierwszy ogień miał pójść utytułowany już wtedy szermierz Jerzy Pawłowski.
Warszawscy dziennikarze całe to przedsięwzięcie wykpili i sprawa upadła
- czyżby przewidywali, że Pawłowski od połowy lat 60 - tych podejmie współpracę z CIA, która zakończy się po wielu latach aresztowaniem
tego wielokrotnego medalisty Mistrzostw Olimpijskich i Świata ?.

Powróćmy jednak na nasze podwórko. Tu istniała realna szansa na powiększenie naszych zdobyczy, albowiem w 3 kolejce Unia podejmowała Concordię i nawet bez patrzenia na tabelę, uznawana była za zdecydowanego faworyta tego meczu.

SEZON 1960 r. - II LIGA, 3 KOLEJKA;
UNIA TARNÓW - CONCORDIA KNURÓW.

Mimo, że to już drugi sezon spotykamy się z Concordią, nie mieliśmy okazji rozszyfrować jej dosyć oryginalnej nazwy. Concordia znaczy między innymi "zgoda".
W moich młodzieńczych czasach były jeszcze takie miejsca, gdzie wbijano do ociężałych łepetyn łacinę, więc i do dzisiaj zapamiętałem
łacińską maksymę: "Ibi victoria ubi concordia", co znaczyło mniej więcej: "Tam zwycięstwo, gdzie panuje zgoda".
Na przykładzie Concordii Knurów nie za bardzo się to sprawdzało, a już napewno w 1960 r. zwycięstwo nie szło krok w krok za tym zespołem.
Nic także nie zapowiadało, aby Concordia odniosła zwycięstwo w Tarnowie.

27 marzec 1960 r.
miał nam więc przynieść radość.
Od razu zaznaczam, że osoby korzystające ze środków nasennych mogą je dzisiaj spokojnie odstawić. Czytając tę relację napewno uśniecie. Piłkarze niewiele zrobili, by ożywić trybuny.

Prawdą jednak jest, że Unia częściej przebywała na połówce gości i wydawało się, że kontroluje przebieg gry.

Zaczęło się obiecująco, od dalekiego uderzenia Fudaleja, ale kozłująca piłka została wybroniona przez bramkarza Knurowian. Chwilę później wbiegający w pole karne Dubiel otrzymał idealne podanie "na główkę", ale i jego strzał stał się łupem golkipera Concordii.
Z upływem czasu takich celnych strzałów ubywało, a akcjom Unii brakowało wykończenia. Napewno więcej strzałów mijało bramkę,
aniżeli podążało w jej światło. Lekka przewaga Jaskółek mogła jednak przynieść spodziewane żniwo, kiedy to Rusinek poderwał się do
ataku, wyprowadził w pole obrońcę gości i w dobrej, wypracowanej przez siebie sytuacji, postanowił posłać piłkę do biegnącego kilka metrów obok niego Palemby.
Niestety, ale jakaś nierówność terenu zniweczyła jego zamiar, piłka podskoczyła na trawiastym fałdzie i nie spadła Palembie idealnie przed buta, ale gdzieś powyżej kostki nogi.
Strzał, który zapowiadał się na soczyste uderzenie, nie mógł być w takich razach czysty i faktycznie takim nie był. Bramkarz miał jednak kłopoty z wyłapaniem piłki, wybił ją przed siebie, a uderzenie z kilku metrów
nadciągającego Dubiela, utknęło w nogach ofiarnie interweniujących obrońców.
 
W tym meczu schody zaczynały się na "przedmurzu" bramki gości.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 0:0.

Także po przerwie atak zawodził w całej rozciągłości.
Owszem, bramkarz Wróblewski ma okazje do pokazania swoich umiejętności, ale strzały Unistów nie są groźne.
Kibice Unii zastanawiali się, czy na postawę naszych pupilków nie miała wpływu decyzja PZPN o likwidacji tzw. "dożywiania" dla zawodników, przy czym teoria ta upadła szybko, jako że brak dożywiania miał objąć jedynie urodzonych po 1945 r.
Z kronikarskiego obowiązku należy jedynie odnotować kolejne strzeleckie próby Nowaka, Rusinka, Dubiela i Witka, które nie przyniosły zmiany rezultatu.
Obrona Jaskółek też przysnęła jeden raz, kiedy to niepewna interwencja Białasa i Czekanowskiego zakończyła się przejęciem
piłki przez Wolnego, który jednak nie trafił do ... pustej bramki !. Mieliśmy niemało szczęścia w tym momencie.

Szczęście uśmiechnęło się do Jaskółek jeszcze raz w 73 minucie meczu.

Kibice widząc, że Uniści sami nie przełamią pewnie niemocy strzeleckiej, zaczęli wznosić modły do niebios o wsparcie naszych
poczynań. I nagle, w 73 minucie meczu, dała znać o sobie ręka !!!. Nie była to co prawda ręka Opatrzności, ale ręka zawodnika gości Zgolika, co jednak i tak była darem od losu, jako że do niedozwolego zagrania doszło w polu karnym !!!. Rzut karny dla Jaskółek !!!.
Opatrzności dopomógł Fudalej, po centrze którego nastąpiło zamieszanie na przedpolu gości i doszło do wspomnianej już ręki Zgolika.

Jak w meczu nie idzie pod względem strzeleckim, to i do karnego trudno
znaleźć chętnego !. Piłkarze Unii mieli chyba świadomość, że przy istniejącej mizerii strzeleckiej, karny może być znakomitą, ale być
może jedną z ostatnich okazji na zainkasowanie 2 punktów.
Przez niemiłosiernie ciągnącą się chwilę w Unii nie było odważnego do wykonania rzutu karnego !. Do piłki nie zbliżał się ani Guzy, który na Garbarnii wytrzymał ciśnienie związane z wykonaniem karnego i zdobył z niego złotego gola, ani Witek, który w przeszłości nie raz stawał na jedenastym metrze.
Sędzia wykazywał już oznaki zniecierpliwienia, kiedy wreszcie do piłki podszedł Rusinek !.
Rozbieg, strzał i ... goool !, piłka zatrzepotała w siatce Concordii!!!.

Unia objęła prowadzenie 1 : 0 !!!.

Zdobycie gola pobudziło Unistów do bardziej żwawej gry.
W 80 minucie kopia dośrodkowania piłki przez Fudaleja, ale tym razem Zgolik trzyma ręce szczelnie przyciśnięte do ciała.
Za to Rusinek popisuje sie cudowną "główką", po której piłka przechodzi minimalnie nad poprzeczką. Gdyby przeszła kilka centymetrów niżej, byłaby bramka, gdyż w tym momencie Wróblewski wyszedł z bramki i zasłaniali ją tylko obrońcy.
Tuż przed końcem meczu Dubiel pięknie strzela
z woleja, ale tym razem bramkarz jest na posterunku !.
Unia wygrywa 1:0 !!!.

Po latach na wiele rzeczy patrzy się niekiedy nieco inaczej, niż w dniu zdarzenia.
Po meczu kapryszono na poziom spotkania i niedyspozycję zwłaszcza ataku.
A przecież Unia odniosła kolejne zwycięstwo i na bezpośrednim zapleczu ekstraklasy miała po 3 meczach 5 punktów /na 6 możliwych/, co więcej - nie straciła dotychczas ani jednego gola !!!. To musiało dać nam wysokie miejsce w tabeli, trzeba było tylko poczekać na wieści z innych boisk.
 
Wyniki 3 kolejki:

Cracovia wygrała z Piastem 3:2
, ale po raz kolejny przekonała się, że II liga to nie bułka z masłem. "Pasy" 3 bramkę zdobyły dopiero w 90 minucie meczu, na dodatek z karnego !!!.

Beniaminek Wawel Wirek wygrał 4:1 z kolejnym spadkowiczem z ekstraklasy, czyli Górnikiem  Radlin i to już była supersensacja !. 
Niespodzianką było też zwycięstwo Stali Rzeszów nad Wawelem Kraków 1:0, żałoba na Ludwinowie,  Garbarnia Kraków przegrała 0:1 ze Stalą Mielec.
Poza tym Legia Krosno  pokonała Naprzód Lipiny 2:1

Tabela II ligi po 3 kolejkach:

1/ Cracovia - 6 pkt;
2/ UNIA TARNÓW - 5 pkt;
3/-/4/-/5/ Naprzód, Krosno, Radlin - po 4 pkt;
6/-7/ Stale: Mielec i Rzeszów - po 3 pkt;
8/-9/-10/ Wirek, Wawel i Piast - po 2 pkt;
11/ Concordia 1 pkt;
12/ Garbarnia - 0 pkt.

Unia była na premiowanym awansem do ekstraklasy miejscu, jako że w 1960 r. do I ligi wchodziły dwa najlepsze zespoły !.

Rezerwy UNII TARNÓW.

W cieniu II ligowych rozgrywek swoje boje toczyły w A - klasie, III grupie, rezerwy Jaskółek.
Grali tam zarówno młodzi piłkarze, jak i nestorzy.
Oto wyniki pierwszych 9 kolejek:
1/ Unia I b - Wanda Kraków 0:1;
2/ Dalin - Unia 1:3;
3/ Unia - LKS Podłęże 3:1. Gole zdobyli pozyskany z Polonii Bytom Dzierżoń oraz młody Brosz;
4/ Puszcza - Unia 3:3, gole: etatowy obrońca Unii w sezonie 1959 r. w II lidze Tyliszczak, nestor Dęboś, Leśniak II Henryk /Jego brat Kazimierz Leśniak był bramkarzem/;
5/ - Unia pauzowała;
6/ Unia - Armatura Kraków 3:0, gole Dzierżoń, dobrze znany z występów w I drużynie 
Kalemba oraz Brosz;
7/ Bieżanowianka /lider rozgrywek/ - Unia 1:2, po dwóch samobramkach !;
8/ Unia - Podgórze 1:1 /0:1/, gol Kalemba;
9/ Szarów - Unia 3:0. 

CIEKAWOSTKI

Okazało się, że sprawa niesubordynacji zawodników Polonii Warszawa wywołuje nieoczekiwane reperkusje w dawnej stolicy
Polski.
Oto Cracovia poczuła się w obowiązku zabrać głos w tej sprawie. Widać temu zasłużonemu klubowi nie wystarczała rola lidera II - go ligowych rozgrywek, chciał także przodować na niwie społecznej i propagandowej.
Na specjalnie w tym celu zwołanej naradzie, cała sekcja piłki nożnej Pasów w zdecydowany i ostry sposób potępiła antysportową i
antyspołeczną postawę kolegów z Polonii Warszawa.
Rozpaleni do białości piłkarze Cracovii, dzielnie wspomagani przez władze klubu, tak się zagalopowali w potępianiu zachowania piłkarzy stołecznej Polonii, że z rozpędu zaczęli rezygnować ze swoich własnych przywilejów. Oj, chyba po tym zebraniu niejedna żona przywitała w domu okazałym wałkiem
dziarskiego małżonka - piłkarza.
Przede wszystkim znajdujacy się w amoku piłkarze Cracovii zrezygnowali z
części swoich uprawnień wynikających z karty zawodnika oraz z dożywiania. Sprawa dożywiania piłkarzy pojawiała się wówczas od czasu do czasu na łamach prasy. I ja także o tym już pisałem. Wszystko zmierzało w kierunku stopniowego rugowania tej instytucji z życia sportowego.
 W 1957 r. Walne Zgromadzenie PZPN zezwoliło na dożywianie w każdym klubie po 15 graczy. W omawianym 1960 r., zmierzano
już do likwidacji dożywiania, choć czyniono to etapami, na początek znosząc ten przywilej co do osób urodzonych po 1945r., czyli de facto co
do ... juniorów.
Piłkarze Cracovii uzyskane dzięki swojej postawie pieniądze przeznaczyli na rzecz klubowej szkółki młodzieżowej i przynajmniej w ten sposób zabarwili swoje wystąpienie szlachetnym gestem.
Przed zamknięciem zebrania zdążyli jeszcze wezwać inne klubu z Małopolski do wyrażenia dezaprobaty dla postaw płynących z Warszawy.
Widać informacje w tamtym czasie nie rozchodziły się za sprawnie, bo żaden z klubów nie podjął wezwania Cracovii.

CIEKAWOSTKI - AFERA w TARNOWIE.

W tym miejscu wypada wspomnieć, że i w Tarnowie szykowała się niezła afera. Żużlowcy Jaskółek rozpoczęli na własną rękę negocjacje z Unią Oświęcim i najwyraźniej zmierzali do przeniesienia się do nowo powstałej tam sekcji motorowej. W sprawie powołano nawet specjalną komisję, która miała wyjaśnić wszystkie okoliczności i kuluary tej
historii. Wszystko rozeszło się po kościach i Unia nadal dzielnie walczyła na żużlowym owalu.

SEZON 1960 r. - II LIGA,  4 KOLEJKA;
GÓRNIK RADLIN - UNIA TARNÓW.

W Tarnowie po 3 kolejce radowano się podwój
4 część subiektywnych wspomnień o historii piłkarzy UNII TARNÓW 2011-03-10
                          CZĘŚĆ 4

Po meczu z Wawelem kibice pytali, czy Jaskółki, niczym płochliwa panienka /niegdyś takie bywały/, nie pierzchną w swoim zalęknieniu ze salonów i nie zaczną znowu siać punktami tam, gdzie akurat powinni je zbierać.

Częściową odpowiedź na to pytanie miała dać XIV kolejka. Kolejny rywal był z dolnych rejonów tabeli i nawet fakt, że Unia rozgrywała mecz na wyjeździe nie powinien stanowić przeszkody w zainkasowaniu kolejnych 2 punktów.

SEZON 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

14 kolejka / runda rewanżowa/ -LEGIA KROSNO - Unia Tarnów.

Unia miała po wcześniejszych kolejkach realną szansę na pierwsze miejsce w rozgrywkach i historyczny awans do najwyższej ligii.!

Jaskółki
miały już za sobą dwa mecze z zespołami, które do tego momentu nadawały ton rozgrywkom, a mianowicie: z Unią Racibórz i Wawelem Kraków. Teraz czekały nas spotkania z zespołami ze środka i dołu
tabeli. Najbliższy przeciwnik, czyli Legia Krosno, zajmował zaledwie 10 - te miejsce, ale też nie miał jakiejś nadzwyczajnej punktowej straty do czołówki. Unię i Legię dzieliły zaledwie 4 punkty, co potwierdzało wyrównany poziom tych rozgrywek.

Oczywiście głównie ze względów lokomocyjnych, nie można było w tamtych latach "obsadzać" i osobiście obserwować wszystkich meczów i tak też się stało w przypadku wyjazdu do Krosna. Wtedy to
była wyprawa, jak za morze.

A jak to wyglądało w szczegółach, w odniesieniu do tych zawodów, wiem z odręcznych zapisków i nieco już zatartych w pamięci  wspomnień z rozmów z kibicami.

Było to mniej więcej tak:

"Czas oczekiwania przedłużał się. Było ciemno, że oko wykol.
Gdzieś poszczekiwał samotny pies. Pewnie już dawno zaczął się kolejny dzień. Ale kto by tam w takich chwilach myślał o upływającym czasie.
Rozprawiano o tym, o tamtym. Chociaż jednak trochę to trwało za długo.
Pan Janek jak nie przyjeżdżał z Krosna, tak nie przyjeżdżał. Nie zadzwonił też do znajomej Pani Basi z poczty, by przekazać wynik. Pewnie
nie miał dobrych wieści.
Wreszcie poruszenie, potem radość !. Jest, z podwórka dochodzi charakterystyczne pyrr, pyr, pyr - to zajechał Pan Janek na swoim
hołubionym motocyklu WSK MO6 !.
Nie wyglądali za dobrze /o motocyklach co poniektórzy mówili wtedy, jak
o osobach/. Pełno kurzu, pyłu, zdaje się, że leżeli w przydrożnym rowie, o czym zaświadczały nowe rysy na ramie motocykla i kępki wyrwanej trawy. Ale na to nikt nie zwracał uwagi.

Jaki wynik ?!, wygrali ?!. Jakżesz On wtedy to celebrował, jak przeciągał, jak napawał się chwilą !. Jak długo zsiadał z twardego i
niewygodnego siodełka /przypominało fakirskie łoże/.
Wreszcie wypalił: "a jakżeby inaczej !!!, wygraliśmy, i to 2 : do kółka !!!!. Bramki padły w 63 i 70 minucie meczu !.
Widać przydał się zegarek sprezentowany Panu Jankowi przez Rosjan, za stałe dostawy "księżycówki". Zresztą faktycznie "pędził" ją nocami i to nie tylko ze względów astrologiczno
- zdrowotnych lub by rodzinnej tradycji stało się zadość. Ot, uważał, że ktoś nie śpi, by spać mógł ktoś, czy coś w tym stylu.

Relacja z meczu była dosyć chaotyczna i urywana, jako że szybko okazało się, iż Pan Janek postanowił "dolewać" po drodze "paliwa", ilekroć tylko przypomniał sobie o dopiero co odniesionej przez Jaskółki victorii.
A że pamięć w takich razach miał dobrą i zwycięstwo przypominało Mu się dosyć często, to i dolewania "paliwa" musiało być niemało. Zresztą został sowicie wyposażony na drogę. Nawet wiejskiej kiełbasy Mu dali - wiadomo, reprezentantowi Miasta Tarnowa i przedstawicielowi kibiców, nie mogło niczego w drodze zbywać.
Z tego też powodu nie śmiem brać pełnej odpowiedzialności za zapiski na kartkach, poczynione przez osobę, której zawdzięczam moją słabość do tego klubu, ani za te strzępy rozmów, które utkwiły mi gdzieś w głowie.

Unia wygrała zasłużenie. Była lepsza technicznie i miała więcej wirtuozów piłki w swoim składzie. Były jeszcze inne okazje, ale ich nie wykorzystano. W pierwszej połowie Jaskółki czaiły się, rozpracowywały rywala, ale już wówczas mogły pokusić się o prowadzenie.

No właśnie, a kto strzelił gole ?! - "jak to kto, wiadomo, Rusinek !!!. A drugiego ? - "no masz, pewnie że też Rusinek" !!!.
W niektórych opracowaniach jako strzelców bramek wykazano Rusinka i Witka, czyli identycznie jak w pierwszym meczu tych drużyn w Tarnowie. Ponieważ w zeszycie mam wyraźnie odnotowane dwukrotnie nazwisko Rusinka, więc jego uznaję za zdobywcę drugiej bramki.

Pan Janek podjął, chyba na szczęście, nieudaną próbę podziękowania po meczu Rusinkowi za kolejne bezcenne gole !.

Zmieniłem imię bohatera wyjazdu do Krosna - reszta zgodna z odręcznym opisem. Jako osoba dokonująca tych wpisów, zwracam
się z uprzejmą prośbą, aby nie wyciągać z nich błędnego wniosku, iż wychowywałem się w menelskim towarzystwie - zapewniam, że tak nie było, a nie żyjący już Pan Janek był
rzeczywiście jednym z bardziej "kolorowych" fanów Unii z tamtego okresu, lubianym i sympatycznym sąsiadem.
Nie zmienia to faktu, że podobno zwycięstwo Unii świętowano do rana, my tak długo świętować nie będziemy, i wartko popłyną dalsze wspomnienia o historii "Unijnej" piłki nożnej.

Jaskółki zrobiły następny, potężny krok ku awansowi i dzielnie trzymały się czoła tabeli.

Hitem kolejki był mecz liderów: Wawelu i Unii Racibórz !. Zespoły miały duży szacunek dla siebie, pilnowały dostępu do własnych bramek i mecz zakończył się wymarzonym dla Jaskółek rezultatem 0:0 !!!.
Kapitalne wieści napłynęły z Mielca, gdzie faworyzowani gospodarze zaledwie zremisowali ze Stalą Rzeszów 0:0 !.

Nie zawiodła Stal Sosnowiec, która wygrała na wyjeździe w Knurowie 2:0.

Z kolei jedynym marzeniem Waltera było chyba tylko to, aby te fatalne w jego wykonaniu rozgrywki, jak najszybciej się zakończyły. Niestety, ale rozgrywki trwały, więc Walter przegrał u siebie z Piastem 0:8 !.
Wreszcie Naprzód Lipiny wygrał w stosunku 5:1 z Szombierkami Bytom.

Te wyniki oznaczały spore przetasowania w tabeli.


TABELA po XIV kolejce:

UNIA ponownie zasiadła na fotelu lidera rozgrywek i to w jego końcowej fazie !!!.
W fotelu było dosyć ciasno, bo zasiadły w nim jeszcze: Stal Sosnowiec, Wawel i Unia Racibórz /wszystkie drużyny po 18 pkt/;

5/ Stal Mielec - 17 pkt;
6/-7/- Naprzód i Piast po 16 pkt;
8/- Stal Rzeszów - 14 pkt;
9/- Concordia - 13 pkt;
10/- Legia - 12 pkt;
11/- Szombierki - 7 pkt;
12/ - Walter - 1 pkt.

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !


15 kolejka /runda rewanżowa/- UNIA TARNÓW - PIAST GLIWICE.
 
Na przebieg meczu Unia - Piast niewątpliwy wpływ miało to, co się wydarzyło zarówno podczas pierwszego spotkania tych zespołów, jak i bezpośrednio po nim.
Przypomnijmy - Unia wygrała pojedynek w Gliwicach, a zaraz po meczu Piastunki rozstały się ze swoim dotychczasowym trenerem.
Piast miał więc powody, by się nam zrewanżować.
W późniejszych meczach /po porażce z Unią/ Piast zaczął się stopniowo odbudowywać i chociaż zdarzały mu się nadal wpadki, to jednak miał już na swoim koncie i mecze, w czasie których piłkarze szaleli na boisku. Ta wielka zwyżka formy przypadła na okres jesiennych spotkań, a więc również i na mecz z Unią. A miał wtedy kto szaleć w gliwickich barwach !

Przede wszystkim reprezentant kraju w kategorii "Orlików" - Joachim Krajczy, który zapowiadał się na klasowego pomocnika. Później wypatrzyła go na II - ligowych boiskach ekstraklasowa Legia Warszawa.
Ciekawostką jest, że Krajczy miał ten sam piłkarski pseudonim, co później nasz Stanisław Bucki, czyli "Kajtek".
Zresztą obaj mieli to miano z tego samego powodu - byli zawodnikami niskimi, ale też
łączyła ich inna wspólna cecha - byli świetnie wyszkoleni technicznie.
Popłoch w rundzie rewanżowej siał w szeregach obrońców rywali znakomicie usposobiony napastnik Ewald Dera, który po latach zakończy swoją karierę z około 80 golami, zdobytymi w II - go ligowych zawodach.
Miał niezłego partnera u swojego boku - Gerarda Skubacza, który w rundzie rewanżowej systematycznie powiększał swój dorobek bramkowy.
Był zresztą z tego powodu reprezentantem Śląska, a i do dzisiaj mieści się w gronie najlepszych strzelców Piasta w jego pięknej historii.
Nazwisko Skubacza zresztą na trwałe związało się z Unią, jako że 29 maja 1960 r., a więc w kolejnym sezonie, właśnie w meczu z Jaskółkami /wygranym przez nasz zespół 3:2/, Skubacz strzelił 150 bramkę uzyskaną przez Piasta w II - go ligowych zmaganiach.
Piłkarzom Unii napewno nie umknął rezultat rewanżowego meczu Walter - Piast, który goście wygrali 8 : 0 !!!, przy czym tandem Skubacz - Dera solidarnie strzelił po 3 gole. Ale to było tylko ogniwko w pięknym łańcuszku wielu meczów bez porażki, wśród których zwracała uwagę choćby wysoka wygrana z Unią Racibórz 5 : 2 !!!.
Naprzeciw Unii stanęła więc rewelacja rundy rewanżowej, zespół który w niczym nie przypominał drużyny z pierwszego meczu.

Piast zagrał w Tarnowie znakomity mecz, potwierdzając wszystkie opisane
powyżej walory. Grał z niesamowitą pasją, widać było, że zrobi wszystko, by zmazać plamę z pierwszego pojedynku. Zaciętość z jaką Piastunki rozgrywały spotkanie graniczyła z czymś nadrzeczywistym. Nie było dla nich straconych piłek, nie było minuty poświęconej na odpoczynek. Napastnicy Piasta raz po raz wprowadzali zamieszanie w nasze szeregi.

Właśnie Skubacz podnosi się z murawy, po jego "przewrotce" piłka dosłownie o milimetry minęła słupek z poprzeczką. Niestety, ale Unia w tym dniu była tylko tłem dla gości.
Jaskółki wypadały w tej konfrontacji słabo, na trybunach coraz głośniej podnosiły się głosy, iż Unia tak naprawdę w tym meczu nie podjęła
walki. Prawda jest taka, że Uniści wypadali blado i nie było w ich poczynaniach widać nadzwyczajnych chęci przedłużenia rywalizacji o I ligę.
Sytuację pogarszał fakt, że w szeregach Jaskółek zabrakło Rusinka i Spodzieji, a zastępujący ich w przednich formacjach Kalemba, Kotwa,  czy operujący tam Dubiel, nie potrafili znaleźć sposobu na rozmontowanie obrony gości.
Brak aż dwóch czołowych snajperów Unii, akurat w tym meczu, był bardzo widoczny.
Jednak jeszcze do przerwy można było się łudzić, że klubowy kasjer będzie miał powody do wypłaty premii za wygraną, a kibice do zakupów w pobliskich sklepach, jako że pierwsza połowa zakończyła się rezultatem 0:0.

Ale druga połowa rozwiała nadzieje.
Skubacz okazał się okrutny dla Unii. Dwie znakomite akcje zespołu Piasta  zwieńczył dwoma golami !!!.
Unii nie udało się odpowiedzieć ani jednym
trafieniem. Zawód był na całej linii. Na domiar złego po jednej z nielicznych, bardziej siarczystych akcji, Jaskółki stanęły przed niepowtarzalną szansą odwrócenia biegu tego spotkania.

Dysponuję dwoma oddzielnymi kartkami i tylko mogę się domyślać, że dotyczą one tego samego meczu. Otóż Unia wywalczyła sobie rzut karny. Niestety, ale Kalemba nie zdobył z niego gola !!!.

Ostatecznie Unia zasłużenie przegrała z Piastem /czytaj Skubaczem/ 0 : 2
/0:0/
i kibice zaczęli mówić - pierwszej ligii pewnie i nie będziemy mieli, ale dobre i to, co w tym pierwszym w II lidze sezonie udało się
zdobyć i pokazać innym zespołom! - cdn.

Porażkę Unii skrzętnie wykorzystały inne zespoły z górnej części tabeli:

Wawel Kraków wygrał 1:0 w Krośnie, Stal Sosnowiec pokonała 4:2 Naprzód Lipiny, a Unia Racibórz bez problemów rozprawiła się 3:0 z Walterem Rzeszów.
 
Poza tym Stal Mielec wygrała 3:2 z Szombierkami Bytom;  w meczu Stali Rzeszów i Concordii Knurów odnotowano remis 1:1. 

Ten jeden przegrany  mecz zepchnął nas dość wyraźnie w dół tabeli:

1/-2/ -3/ Unia Racibórz, Wawel i Stal Sosnowiec po 20 pkt;
4/- Stal Mielec - 19 pkt;
5/- 6/ Piast i UNIA TARNÓW po 18 pkt;
7/ Naprzód - 16 pkt;
8/ Stal Rzeszów - 15 pkt;
9/ - Cocnordia - 14 pkt;
10/- Legia - 12 pkt;
11/- Szombierki - 7 pkt;
12/ - Walter - 1 pkt.


Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

16 kolejka /runda rewanżowa/ : WALTER RZESZÓW - UNIA TARNÓW.

Mimo, że był to już 9 września 1959 r., to Unia jechała do Waltera na typową majówkę, wczasy pracownicze, czy jak kto woli do sanatorium.
W tym meczu Jaskółkom nie mogło się nic złego przydarzyć.
Walter przegrywał w lidze wszystko, co się tylko dało przegrać, a od najlepszych drużyn dzieliła go przepaść 19 punktów, co przy systemie wynagradzania zespołów 2 punktami za zwycięstwo, było wiecznością.
Jedyny punkt, jaki Walter miał na koncie, został zdobyty w 10 kolejce w meczu z Naprzodem.

Na stadionie Waltera  spotykały się dwa światy.

Gospodarze - drużyna w tych rozgrywkach co rusz poniżana, traktowana jako przysłowiowy chłopiec do bicia, na którym można było ustanawiać i poprawiać klubowe rekordy w wysokości wygranych, z czego np. skrzętnie
skorzystał Piast Gliwice /8:0/.
A z drugiej strony: Unia - zespół, który przebojem i w pięknym stylu wdarł się na II - go ligowy Olimp, ogałacając po drodze najlepszych w tej klasie z punktów i nadziei.

Wysiadający z autokaru piłkarze Jaskółek mieli jasne, bezchmurne i łagodne oblicza. Wyglądali na natchnionych dobrem i przyjaźnią, zdawało się że dopiero co opuścili buddyjski klasztor. Szlachetne intencje biły z ich lic. 
Do Rzeszowa przyjechała  misja pokojowa, nacechowana głębokim współczuciem i
zrozumieniem dla sponiewieranego przeciwnika.
Anielskie podejście Unii do zawodów, szybko znalazło swoje przełożenie na postawę na boisku.
Miały być mocne akordy, były pobrzdękiwania na fleciku, miała być bramkowa kanonada, były co najwyżej strzały kapiszonami.

Pokornie pochylona głowa skazańca, gotowego przyjąć kolejne, może nawet i dwucyfrowe razy, ze zdumieniem odkrywała, że są w piłkarskim
świecie i istoty współczujące najsłabszym.

Walter ośmielony postawą Unii zaczął grać ofiarnie, z nadzieją na choćby jeden punkt. Niespodziewanie punkt ciężkości meczu przenosił się na przedpole bramki W. Czekanowskiego.

Zapędy Waltera były skutecznie tłumione przez naszą obronę i wspomnianego golkipera. Walter nie miał za grosz umiejętności, by wykorzystać do końca zaistniałą sytuację.

Owszem, były niebezpieczne momenty, jak choćby ten z pierwszej połowy, kiedy piłka zeszła z nogi jednemu z naszych obrońców, ale strzał gospodarzy z odległości ok. 7 metrów, zakończył się wyjściem piłki na rzut rożny po rykoszecie i odbiciu jej od nóg innego naszego
piłkarza. 7 m od bramki, to i tak było całkiem nieźle, jak na ówczesne możliwości Rzeszowian.

Walter nie wykorzystał również momentu zagapienia się sędziego, który nie wyłapał faulu na Czekanowskim, faulowanym w powietrzu przy próbie wypiąstkowania piłki.
Futbolówka spadła pod nogi napastnika Rzeszowian, który z odległości ok. 5 m posłał piłkę tuż obok naszego lewego słupka. To już było całkiem dobrze.
Walterowi należą się jednak słowa pochwały za podjęcie walki i próby wygrania meczu.

Męska, pełna ambicji postawa gospodarzy przyniosła im jeden punkt. Mecz zakończył się remisem 0:0, co oczywiście uznano za sensację.
Podobno po meczu Uniści pojechali na rekolekcje, by nie uronić nic z nabytej aury duchowości.
Warto odnotować, że w Walterze w roli uduchowionych wystąpili: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Czarnecki, Kalemba, Kotwa i Dubiel.
Stanu oświecenia nie dostąpili nieobecni: Rusinek i Spodzieja.
Kibice mówili, że jak przystało na duchy, zespół Unii wracał do domu po rzeszowskim blamażu grubo po północy i dla zmylenia kibiców od strony innych opłotek.
 
Po tym meczu, Walter w trzech kolejnych przegranych spotkaniach stracił każdorazowo po 3 gole, raz dobitniej przypomniano mu należne miejsce w tabeli /przegrał z Lipinami 0:6/, ale odzyskana w spotkaniu z Unią odrobina dumy, przyniosła mu na finiszu rozgrywek nieoczekiwane, dalsze zdobycze punktowe. Walter zremisował później jeszcze z Szombierkami 1:1 i wygrał z Concordią 1:0.

Tabelę po tym popisie Jaskółek zamieszczę później, w tej chwili bowiem oczekuję z innymi kibicami na przyjazd  naszych milusińskich z Rzeszowa. Mnie to Oni nie zwiodą ...

Wyniki XVI kolejki:
Naprzód Lipiny - Stal Rzeszów 2:0
Piast Gliwice - Wawel Kraków 3:2
Unia Racibórz - Legia Krosno 1:0
Concordia Knurów - Stal Mielec 4:0
Szombierki Bytom - Stal Sosnowiec 0:1

Tabela po XVI kolejkach:
1/ - 2/ Stal Sosnowiec i Unia Racibórz - po 22 pkt;
3/-4/ - Piast i Wawel - po 20 pkt;
5/-6/ Unia TARNÓW i Stal Mielec - po 19 pkt;
7/ Naprzód - 18 pkt;
8/ Concordia - 16 pkt;
9/ Stal Rzeszów - 15 pkt;
10/ Legia - 12 pkt;
11/ Szombierki -7 pkt;
12/ Walter - 2 pkt.



Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

17 kolejka /runda rewanżowa/:
UNIA TARNÓW - STAL SOSNOWIEC.

Kibice dziwnie przyglądali się wybiegającej drużynie Unii. Co lepiej widzący gorączkowo komentowali: tak, tak - Jemu też leci. Ooo, patrzcie !: Dubielowi i Kotwie też się sypie, że aż kurz leci. Nowak, Witek i Czarnecki też byli nieźle obsypani. W sumie najmniej pyłu zalegało na bramkarzu Czekanowskim oraz na  Białasie, Guzym i Palembie. Na tym tle najlepiej prezentowali się Kuciewicz i spontanicznie witany Spodzieja, który wreszcie powrócił do składu.
Nawet sokole oko nie mogło wypatrzyć na nich odrobinki pyłu.
Niestety nadal nie było Rusinka. To była przykra wiadomość: Rusinek miał już sezon z "głowy" i w 1959 r. nie pojawił się już w barwach Jaskółek, co wyraźnie je osłabiało.

Tajemnica "przykurzenia" Unistów wyjaśniła się zaraz po pierwszym gwizdku sędziego.
Kiedy wybita na aut piłka zamarła obok ogrodzenia, zdumieni kibice zobaczyli, że podchodzący po nią piłkarz Unii ma solidnie posypaną głowę kilkoma warstwami popiołu. Nie było wątpliwości: kierownictwo klubu poleciło zawodnikom po kompromitacji i "grzechach zaniechania" w Walterze posypać solidnie głowy popiołem na znak skruchy i pokuty !!!.
Z takiego sposobu powinno się korzystać po dzień dzisiejszy, co dla niektórych mogłoby  oznaczać niemycie głowy przez długie tygodnie. "Czysta oszczędność".

I o ile za news dotyczący popiołu nie mogę brać pełnej odpowiedziaalności, to z całym przekonaniem mogę napisać :
do Tarnowa zawitał współlider rozgrywek !.
Stal przed meczem z Unią miała złotą passę.
Gromiła i wygrywała !.
Dla zespołu kroczącego prostą drogą do awansu było wszystko jedno, czy gra u siebie, czy gra na wyjeździe. Czołówka była zbyt
wyrównana, by móc pozwolić sobie na stratę choćby 1 punktu.
Unia miała być kolejną przystawką na drodze do awansu do I ligii.

Już wkrótce miało się okazać, że Unii nie odpowiadała rola świątecznego karpia i ani myśłała wystąpić w charakterze przekąski. Być może obawiano się, że faktem stanie się wieść, iż w razie kolejnego blamażu, na zawodników czekają już zamówione przez Prezesa Klubu worki pokutne.

Co do umiejętności Unii, to nie było już wątpliwości, jakie one są.
Pytanie więc jedynie brzmiało: jaka będzie forma meczowa Jaskółek i jak potraktują to spotkanie.
Na szczęście dla wszystkich Unia podeszła do meczu prestiżowo i było to widać przez pełne 90 minut tego ciekawego widowiska. To był znowu ten zespół, który chciałoby się, niczym miód, jeść łyżkami.
Obiektywni obserwatorzy mieliby nie lada problem z ustaleniem, która z drużyn za kilka kolejek przywdzieje szaty pierwszoligowca. Jaskółki stanowiły bowiem równorzędnego partnera dla faworyzowanej Stali !. To
zdanie nie jest do końca prawdziwe. Faktycznie to bowiem Unia pokazywała lepszy futbol, a przynajmniej stwarzała więcej bramkowych okazji !!!.

Właśnie bramkarz gości - Machnik, w kolejnym wyjściu do piłki próbuje ją wypiąstkować, ale w skutecznej interwencji przeszkadza mu własny
obrońca, lekko strącona piłka spada pod nogi któregoś z Unistów, totalne zamieszanie, strzał ... i piłka odbija się od stojącego tuż
przed linią bramkową, asekurującego Machnika obrońcy !!!.
Po chwili piękna dwójkowa akcja Jaskółek /Nowak - Witek/, szybkie zagrania z klepki, strzał bodajże Spodzieji, tuż spoza linii pola karnego, Machnik paruje piłkę znów nieprecyzyjnie, tym razem przed siebie, dobitka Unistów, piłka przechodzi tuż nad poprzeczką. Kolejny jęk zawodu.

Po chwili znakomita bomba z odległości około 25 minut, Machnik stoi jak wryty, piłka przechodzi obok ... spojenia słupka z poprzeczką !.
Kolejne rzęsiste brawa na trybunach !

Mecz był prowadzony w błyskawicznym tempie. Stal, widząc że Jaskółki nie ustępują jej w zaciętości i piłkarskim rzemiośle uznała, że
zamęczy gospodarzy narzuconym, dużym tempem spotkania. Nic z tych rzeczy !.
Jeśli ktoś dyszał w końcówce meczu, to nie byli to Uniści.
Widać, że odpoczynek zafundowany sobie przez naszych graczy na boisku Waltera zaprocentował w meczu z rywalem
przewyższającym Rzeszowian o kilka klas. Tak na marginesie: Stal wygrała na wyjeździe z Walterem 6 : 1, zaś w rundzie rewanżowej, w 19 kolejce, pokonała go u siebie 3 : 1.

To kolejny dowód na to, że umiejętności Unii w 1959 r. stawiały ją w jednym rzędzie ze zwycięzcami grupy, problem tkwił pewnie w
motywacji.

Natomiast główny problem Stali w meczu z Unią tkwił w tym, iż goście, grając szybko, na wysokim poziomie technicznym, odpowiadając kontrakcją na niemal każdą naszą akcję, nie potrafili się przebić przez naszą obronę. Defensywa Unii rozgrywała fantastyczne spotkanie.
Fundowali rywalom wszystko, co można takiemu przeciwnikowi zafundować: udane
pułapki ofsajdowe, skuteczne wślizgi itd. Obrona Unii panowała "i na ziemi i w powietrzu".
Była zaporą nie do przebycia. Po meczu ponoć Czekanowski żartował, że w tym dniu, dzięki kolegom z defensywy napracował się mniej, niż na boisku Waltera, co prawdę mówiąc, aż tak bardzo nie odbiegało od faktów. Oczywiście i wkład Czekanowskiego w utrzymywanie przez Unię czystego konta był wielki !.
Mecz zakończył się remisem 0 : 0, co uznano za sensację !.

Schodzący z boiska Stalowcy pokazywali sędziemu wymownie, jak to obrońcy Unii
częstowali ich kuksańcami i łokciami wsadzanymi pod żebro. To, co dla jednych było kuksańcem i grą faul, dla innych /czytaj - kibiców Unii/ było grą męską i nowoczesną!.

Plany awansu Stali do I ligii na stadionie w Tarnowie mocno się skomplikowały.

Publikatory nie szczędziły Unii pochwał i z radością donosiły nazajutrz, że sądząc z przebiegu gry, Stal odniosła w Tarnowie ... sukces, jako że gospodarze byli od niej piłkarsko lepsi !!!!.

Łamiąc nieco chronologię zdarzeń dodać należy, że Stal sięgnęła jednak po awans. Unia urwała więc punkt przyszłemu I -szo ligowcowi!.
Oto jaki naprawdę wymiar miał taki niby niepozorny remisik 0 : 0 !.

Pozostałe wyniki:
W meczu na szczycie Stal Mielec uległa Piastowi Gliwice 1:3, Szombierki Bytom urwały punkt  Unii Racibórz po remisie  1:1, a Wawel nie miał kłopotów z wykazaniem wyższości nad Naprzodem /3:0/.
Poza tym Stal Rzeszów wygrała 3:0 z Walterem Rzeszów, a Legia Krosno 4:1 z Concordią Knurów.
Walka o awans nabierała rumieńców. 

Tabela po 17 kolejce:
1/-2/ Stal Sosnowiec i Unia Racibórz po 23 pkt;
3/ -4/ -Piast i Wawel po 22 pkt;
5/ UNIA TARNÓW - 20 pkt;
6/ - Stal Mielec - 19 pkt;
7/ - Naprzód - 18 pkt;
8/ - Stal Rzeszów - 17 pkt;
9/ - Concordia - 16 pkt;
10/ - Legia - 14 pkt;
11/ Szombierki - 8 pkt;
12/ - Walter - 2 pkt.

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

18 kolejka /runda rewanżowa/:
NAPRZÓD LIPINY - UNIA TARNÓW.
 
Na stadionie w Lipinach grało się zazwyczaj ciężko.
Niewielu zespołom udawało się wyjść z twarzą ze spotkań tam rozgrywanych.
W pierwszej rundzie żadna z drużyn w Lipinach nie wygrała !.  A pojawiły się tam wówczas takie tuzy, jak Stal Sosnowiec, Piast, czy Wawel Kraków !.
Dopiero na początku rundy rewanżowej boisko Naprzodu "odczarowała" Stal Mielec, która wygrała i zdobyła niespodziewanie 2 punkty.
Potem wszystko toczyło się według wcześniejszego scenariusza. Kolejne
zespoły przyjeżdżały i po 90 minutach odjeżdżały, nie tylko z zerowym kontem punktowym, ale niekiedy i ze sporym bagażem straconych bramek.
Czy Jaskółki pojechały do Naprzodu na ścięcie ? - otóż nie !. Z zachowanego krótkiego zapisku wynika, że Unia pokazała w Lipinach grę otwartą, śmiałą, popartą dużymi umiejętnościami.
Pewne obawy mogły budzić jedynie zmiany w linii obrony. Ze składu wypadli, na szczęście na krótko, niezastąpiony Czekanowski i etatowy obrońca Białas. Mieli ich zastąpić bramkarz Kazimierz Leśniak oraz na pozycji Białasa Palemba. Zabrakło też Tyliszczaka, którego miał "zdublować" Kuciewicz.
Oprócz nich zagrali: Guzy, Nowak, Witek, Kalemba, Czarnecki, Kotwa, Dubiel i Spodzieja
.
Wyrwy w obronie Unii były niewątpliwie sprzymierzeńcem gospodarzy.
Te wymuszone zmiany dawały znać o sobie nie do końca dobrym zgraniem z partnerami i mogły mieć wpływ na końcowy rezultat.
Nie wykluczone też, że wpłynęły one na bardziej śmiałą postawę Unistów. Jaskółki nie do końca pewne postawy swej kadrowo zmienionej defensywy, nie trzymały się kurczowo swego przedpola bramkowego, ale poprowadziły grę otwartą.
To był pojedynek dwóch równych sobie fighterów, każdy mógł wygrać, każdy mógł przegrać.
Naprzód wygrał, ale mocno na to zwycięstwo musiał się napracować.
Ostateczny rezultat 3:2 dla Naprzodu. Do przerwy było 2:1 dla gospodarzy.
Po przerwie Jaskółki wyrównały, ale ostatnie trafienie należało do rywali.
Gole dla Unistów zdobyli: Witek w 41 minucie i Spodzieja w 60 minucie.
Publiczność na stojąco, gromkimi brawami, dziękowała piłkarzom obu drużyn za trzymające w napięciu widowisko.
Po tej porażce nikt nie miał pretensji do Jaskółek, liczyła się ich postawa i chęć sięgnięcia nawet po zwycięstwo.


Wyniki pozostałych spotkań XVIII kolejki:
czołówka tabeli kroczyła równym krokiem; wszystkie zespoły aspirujące do awansu odnotowały zwycięstwa:

Unia Racibórz ze Stalą Rzeszów /2:1/, Piast Gliwice z Szombierkami Bytom /4:0/, Stal Sosnowiec z Legią Krosno /2:0 / i Wawel na wyjeździe z Concordią /2:1/.
Z kolei spadkowicz Walter Rzeszów przegrał 1:3 ze Stalą Mielec.

Tabela po XVIII kolejce:
1/-2/ Unia Racibórz i Stal Sosnowiec - po 25 pkt;
3/-4/ - Piast i Wawel - po 24 pkt;
5/ Stal Mielec - 21 pkt;
6/ - 7/- UNIA TARNÓW i Naprzód - po 20 pkt;
8/ - Stal Rzeszów - 17 pkt;
9/ - Concordia - 16 pkt;
10/ - Legia - 14 pkt;
11/ - Szombierki - 8 pkt;
12/ - Walter - 2 pkt.

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !.

19 kolejka /runda rewanżowa/:
SZOMBIERKI BYTOM - UNIA TARNÓW.

Unia jechała do prawdopodobnie kolejnego, obok Waltera, spadkowicza z II ligi. Szombierki miały już tylko iluzoryczne szanse na utrzymanie w lidze. Bytomska młodzież /czytaj juniorzy/, dowodzeni przez b. reprezentanta Polski i Olimpijczyka - Sobka, nie byli w stanie nawiązać równorzędnej rywalizacji z wymagającymi rywalami.
Kibice Unii przekomarzali się, że po doświadczeniach z Walterem, klasa przeciwnika i jego miejsce w tabeli nie wróżą niczego dobrego. Unia grała dobrze, ale tylko z ... dobrymi rywalami, a do takich Szombierki wówczas się nie zaliczały.

Żarty się skończyły, kiedy do Tarnowa dotarła wieść o koncowym rezultacie tego meczu.
Unia przegrała 0:3 /0:2/ !!!. Niejedna redakcja sportowa otrzymała telefon z pytaniem, czy podany w gazecie wynik to nie czeski błąd !.
To kibiców bolało i kładło się cieniem na ocenie tamtego sezonu. W spotkaniach z najsłabszymi Unia trwoniła swój ciężko wypracowany z lepszymi rywalami dorobek punktowy, traciła też twarz u swoich fanów.
Dlaczego tak się stało ? - na to pytanie mogli odpowiedzieć tylko "bohaterowie" tamtego meczu: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Czarnecki, Palemba, Dubiel i Spodzieja.

Żadnym usprawiedliwieniem nie było naszpikowanie składu gospodarzy utalentowaną młodzieżą, bo jej ówczesne możliwości, choćby z powodu braku doświadczenia, sięgały ledwie przedostatniego miejsca. Nie było także usprawiedliwieniem zapewnienie sobie przez Unię bezpiecznej pozycji w tabeli, bo jak mówią, szlachectwo zobowiązuje.
Ten grzech pierworodny Unii - zdobywanie punktów z najlepszymi i lekką ręką gubienie ich w meczach z najsłabszymi, jeszcze nie raz miał dojść do głosu w późniejszej historii klubu.
Szkoda, bo tak zaprzepaszczono niejedną szansę, a i twarzy się co nieco potraciło...

Inne wyniki tej czarnej dla nas XIX kolejki:

Naprzód Lipiny wygrał niespodziewanie z Unią Racibórz 4:1, Stal Mielec zremisowała 0:0 z Wawelem Kraków, taki sam rezultat padł w meczu Concordia Knurów - Piast Gliwice.

Tak więc i dla zespołów z "czuba" tabeli nie była to udana runda.
Nie zawiodła tylko Stal Sosnowiec, która wygrała 3:1 z Walterem Rzeszów.
Poza tym Stal Rzeszów wygrała z Legią Krosno 1:0.

Tabela po XIX kolejkach:

1/ - Stal Sosnowiec - 27 pkt;
2/-3/-4/- Wawel, Unia Racibórz i Piast - po 25 pkt;
5/-6/- Stal Mielec i Naprzód - po 22 pkt;
7/ UNIA TARNÓW - 20 pkt;
8/ - Stal Rzeszów - 19 pkt;
9/ - Concordia - 17 pkt;
10/ - Legia 14 pkt;
11/ - Szombierki - 10 pkt;
12/ Walter - 2 pkt.

Jubileusz lokalnego rywala.

 W 1959 r. Tarnovia uroczyście obchodziła 50 - lecie powstania klubu, z tym że spory
pomiędzy kibicami obydwu tarnowskich drużyn, co do faktycznej daty powstania biało - czerwonych, już wówczas miały miejsce. Jubileusz przebiegał jednak pod hasłem "50 - lecia".
Dlaczego o nim wspominam na tym forum ?. Otóż robię to nieco przewrotnie, jako że Tarnovia na zorganizowany z tej okazji jubileuszowy turniej, ściągnęła rywali z niekiedy drugich krańców Polski /Nysa Kłodzko, Calisia Kalisz i Cracovia/, natomiast znajdująca się o przysłowiowy rzut beretem Unia, nie została
zaproszona. 
Kibice Jaskółek, którzy zawsze ostrzyli sobie zęby na Wielkie Derby Tarnowa żartowali, że jubilatka nie chciała sobie popsuć świętowania wysoką przegraną z Unią. Nie wiem, czy była to prawda, czy tylko krotochwila kibiców, ale jednego jestem pewien - Unia w meczu z Tarnovią napewno zagrałaby na wyższym poziomie, aniżeli z Walterem i Szombierkami w lidze.
Tarnovia była wówczas klubem, który większość czasu spędzał w klasie okręgowej, chociaż przytrafił mu się w tamtych latach i epizod w A - klasie. Wielu naprawdę dobrych piłkarzy bezpowrotnie  opuszczało wtedy szeregi Tarnovii  i godnie reprezentowało barwy, czy to klubów krakowskich, nie wyłączając Wisły, czy bardziej odległych, jak chociażby Górnika Wałbrzych. 

Niejako zastępczo w roli Unii, jako kata szacownej jubilatki, wystąpił Ruch Chorzów, któremu  chyba niezbyt precyzyjnie określono powody zaproszenia do Tarnowa. Ruch rozgromił Tarnovię 7 : 2.
Co by jednak nie powiedzieć - 50 lat istnienia tarnowskiego klubu robiło wrażenie, a poza tym nasuwa się refleksja: w latach 50 - tych potrafiono w sposób satysfakcjonujący kibiców obchodzić jubileusze !. 

MECZE TOWARZYSKIE W JUGOSŁAWII.

W rozgrywkach II ligii pomiędzy 4, a 25 pażdziernika 1959 r. nastąpiła przerwa, którą Unia wypełniła piłkarskim tournee po
Jugosławii /po terenach obecnej Bośni i Hercegowiny/.
Kibice Unii nieco sarkastycznie komentowali ten wyjazd jako nagrodę za "niską" porażkę z Szombierkami i wywalczenie "aż" jednego punktu na "gorącym" boisku Waltera. Jednak te dwa wydarzenia dosyć mocno zabolały ówczesnych sympatyków klubu.

Wyjazdy do Jugosławii w tamtym czasie były nie tylko atrakcyjne, ale i "kusząco - niebezpieczne".
Gdzieś tak w okolicach wyjazdu Unii, przed polskim sądem tłumaczyła się wcale nie tak mała grupka polskich kolarzy /by przez powściągliwość nie rzec - cały peleton/, ze swojej kolekcjonerskiej pasji do zagranicznych zegarków.
Podobno przywieźli ich z Jugosławii
więcej, niż szprych w rowerze. Zapadły wyroki skazujące.
Piłkarzom Unii taki scenariusz nie groził - tak sobie myślę, że kochali futbol i Unię, a
zakochani czasu nie mierzą, więc po co by im były zegarki ?.
I rzeczywiście Unia przyzwoicie wypadła w Jugosławii.
Jak donosiła prasa, Jaskółki pokonały zespół Chemika Garażdże 3 : 2, a później reprezentację okręgu Garażdże 8 : 1 !.
Praszczur odnotował na skrawku sprawozdania z jakiejś gazety odręcznym pismem, że
przeciwnicy Unii nazywali się Goraźde i jak zapewnił mnie sympatyk sportu - Andrzej, któremu przy okazji dziękuję za sympatyczne i cenne uwagi, jest to właśnie prawidłowa nazwa.

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

20 kolejka /runda rewanżowa/: UNIA TARNÓW - CONCORDIA KNURÓW.

Co przed meczem mogli wyczytać ze spojrzenia Unistów piłkarze z Knurowa ?. Tego już się nie dowiemy, ale zakładam, że "zobaczyli"
chęć zmazania plamy oraz chęć rehabilitacji po meczu z Szombierkami.
Natomiast co zobaczyli piłkarze Jaskółek w oczach swoich rywali ? Pewnie kilt, czyli szkocką spódnicę, noszoną przez mężczyzn ! Dlaczego ? - ano dlatego, że goście grali w rundzie rewanżowej w przysłowiową
"kratkę", typową dla kiltu. Zresztą z tego powodu kibice Unii żartowali, że przyjechali do nas Szkoci. Pewnie niektórzy piłkarze Unii, napaleni na rehabilitację po Walterze i Szombierkach zobaczyli w oczach przeciwników "sporran", czyli torbę zawieszoną na spódnicy, a w tej torebce z pół tuzina goli, które w marzeniach wpakowali Concordii.

I tu się przeliczyli.
Unia nie potrafiła dobrać się rywalom do skóry. Atak grał nazbyt egoistycznie i szablonowo. Jednak brak Rusinka był co rusz odczuwalny i  po prawdzie w pierwszej połowie nie miał kto w tym meczu "nadgryźć" rywali  niespodziewanym dryblingiem, czy nietuzinkowym strzałem. Na domiar złego słabszy występ notował Witek, a jego koledzy zawodzili w organizowaniu akcji, które
mogłyby skomplikować życie defensywie Knurowian.
Z zapisków wynika mi, że zaglądanie w oczy piłkarzom gości nie wyszło nam na dobre, jako że Concordia jako pierwsza zdobyła bramkę !.
Czara goryczy zaczęła się przelewać.
Tego nikt się nie spodziewał, a że łaska kibica na pstrym koniu jeździ, z trybun zaczęły się sypać nie tylko słowa zachęty.

Unia nie miała jednak zamiaru spasować i utratę bramki potraktowała jako typowy wypadek przy pracy. Powoli, niczym ospała lokomotywa z wiersza J. Tuwima, tarnowska machina zaczynała nabierać rozpędu, a poszczególne jej ogniwa wreszcie się wzajemnie zazębiać.
Na szczęście jeszcze do przerwy Jaskółki wyrównały /w 34 minucie/ za sprawą celnego strzału, którym popisał się Spodzieja !!!.
Pierwsza połowa zakończyła się więc remisowo: 1:1.

Po przerwie było już zdecydowanie lepiej !. Zawodnicy z ataku zaczęli wreszcie dostawać więcej celnych podań, ale publiczność jeszcze długo musiała czekać na efekty lepszej postawy piłkarzy.
Dopiero w 77 minucie można było zacząć świętowanie, chociaż, jak łatwo można się domyślać, "szkockiej" na stadionie w tamtych czasach nie było.
Ponownie na wysokości zadania stanął Spodzieja, który zdobył kolejnego gola dla Unii !!!. Było więc 2 : 1, ale Jaskółki postanowiły postawić kropkę nad "i".
Udało im się to w 84 minucie gry za sprawą Palemby !!!.
Wynik 3 : 1,  jakim zakończył się ten mecz, polepszył nastroje na trybunach.
I tylko malkontenci marudzili: cieszmy się, cieszmy, bo za tydzień nie będzie punktów. W przedostatniej kolejce Unia wyjeżdżała bowiem do Stali Mielec, która u siebie, w całych rozgrywkach, przegrała tylko dwa razy !.

Inne wyniki:
Stal Sosnowiec nie zwalniała tempa i wygrała na wyjeździe z Wawelem 1:0, emocjonujący i obfitujący w aż 8 goli mecz oglądano w Raciborzu, gdzie miejscowa Unia zremisowała 4:4 z naszym najbliższym rywalem Stalą Mielec. 
Walter Rzeszów zremisował z innym spadkowiczem  Szombierkami Bytom  1:1, a poza tym: 
Legia Krosno zremisowała z Naprzodem Lipiny 1:1, natomiast Piast Gliwice uległ  Stali Rzeszów 0:3.

Tabela po XX kolejkach:

1/ Stal Sosnowiec - 29 pkt;
2/ Unia Racibórz - 26 pkt;
3/ - 4/ - Piast i Wawel - po 25 pkt;
5/ - Naprzód i Mielec - po 23 pkt;
7/ - UNIA TARNÓW - 22 pkt;
8/ - Stal Rzeszów - 21 pkt;
9/ - Concordia - 17 pkt;
10/ Legia - 15 pkt;
11/ - Szombierki - 11 pkt;
12/ Walter - 3 pkt.

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

21 -sza, przedostatnia kolejka /runda
rewanżowa/: STAL MIELEC - UNIA TARNÓW.



Stal Mielec lokowała się w bezpiecznych rejonach tabeli II - ej ligi.
Osiągane przez nią wyniki na własnym boisku budziły uznanie i respekt.
Nie były to jakieś imponujące zwycięstwa, ale swoją wymowę miał fakt, że w pierwszej rundzie z Mielca tylko Stal Sosnowiec zdołała
wywieźć komplet punktów, wygrywając tam 1 : 0.
Piast Gliwice - jako drugi w kolejności zespół w tych rozgrywkach odczarował boisko w Mielcu i jako jedyny wygrał przekonywująco 3:1.

To był niewątpliwie ciężki teren. Ciężko było o remis, wygrać zaś mogli tylko najlepsi i najlepiej dysponowani.

Mecz z Unią był dla Stali ostatnim spotkaniem na własnych śmieciach, stąd też i gospodarze nie kryli, że przy fanfarach chcą pożegnać
swoją wierną publiczność.
My z kolei poznaliśmy Unię już na tyle, że bez dodatkowego opisu domyślamy się, że taki przeciwnik i takie wyzwanie jedynie zwielokrotniło mobilizację w szeregach Jaskółek.

Z tego czym dysponuję wynika, że Unia chwilami na stadionie w Mielcu postanowiła zagrać tak, jakby była gospodarzem
zawodów. A już napewno postanowiła zagrać bez kompleksów. I wiem, że Unii udało się zaskoczyć Stal w dwóch newralgicznych momentach pojedynku - na początku meczu i na początku drugiej połowy !!!.
Pierwszego gola Unia zdobyła już w 8 minucie spotkania. Strzelcem bramki był Spodzieja, dla którego końcówka rozgrywek była pod względem strzeleckim znakomita.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:0 dla Unii !.
Stalowcy byli w szoku. W drugiej połowie mieli przywołać beniaminka do porządku.
Tymczasem ...
Tymczasem drugą bramkę strzela znowu Unia !!!.
Drugiego gola Jaskółki uzyskały zaraz po gwizdku arbitra, rozpoczynającym drugą odsłonę meczu. Nazwisko Spodzieja było
odmieniane na wszystkie sposoby, bo też to On trafił do mieleckiej siatki w 46 minucie gry !!!!.

Unia prowadziła więc 2 : 0 i to nie był sen.
Nie trudno zauważyć, że Stal nie brylowała w liczbie strzelanych rywalom bramek i Unia prawidłowo założyła, że uzyskanie choćby
jednego gola w Mielcu może rozstrzygnąć całe jego losy.
Jaskółki nie przeliczyły się w tych kalkulacjach. Bardzo uważna gra obrony, plus podcięcie przez Spodzieję skrzydeł Stali, zrobiły swoje.
Unia wygrała w Mielcu 2: 0 !!!. 

Unia znowu wróciła i to w jak najlepszym stylu na usta wszystkich kibiców II - go ligowych rozgrywek.
Zwycięstwo 2:0 w Mielcu nie mogło bowiem przejść nie zauważone !!!.

Czołówka jednak też konsekwentnie punktowała:
Stal Sosnowiec pokonała 3:0 Piast Gliwice, 
Unia Racibórz wygrała na wyjeździe w Knurowie 2:1,  a Wawel wygrał w Rzeszowie, z tamtejszą Stalą 2:1.
Poza tym  Szombierki Bytom wygrały z  Legią Krosno 2:0, a Naprzód Lipiny dorzucił do kolekcji Waltera Rzeszów kolejne 6 goli /6:0/.

Tabela po XXI kolejce:
1/ - Stal Sosnowiec - 31 pkt;
2/ - Unia Racibórz - 28 pkt;
3/ - Wawel - 27 pkt;
4/ - 5/ - Piast i Naprzód - 25 pkt;
6/ - UNIA - 24 pkt;
7/ - Stal Mielec - 23 pkt;
8/ - Stal Rzeszów - 21 pkt;
9/ - Concordia - 17 pkt;
10/ - Legia - 15 pkt;
11/- Szombierki - 13 pkt;
12/ - Walter - 3 pkt.

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

22 -ga, ostatnia kolejka /runda rewanżowa/:
UNIA TARNÓW - STAL RZESZÓW.
 
Stal Rzeszów, mimo że była zespołem chimerycznym, utrzymanie w lidze miała już w kieszeni. Upływający sezon przebiegał dla tego zespołu bez nadzwyczajnych wzlotów, a
i bolesnych upadków nie było aż nazbyt wiele. W zasadzie dwa mecze mogły być pod względem wyników nienajlepiej wspominane przez fanów Stali, a mianowicie przegrane po 0:3 w Sosnowcu i na Wawelu. Małym brylancikiem była napewno wygrana z Piastem Gliwice 3 :0, no i oczywiście pokonanie Jaskółek w pierwszym meczu 3 : 1.

Jak to już bywa, Stal lepiej radziła sobie na własnym boisku, więc i Unia uchodziła za
faworyta meczu, zwłaszcza że zakładano, iż Jaskółki będą chciały wziąć rewanż za przykrą porażkę w I rundzie.
 
Nasze wspomnienia zaczniemy jednak od czegoś innego.
Leonidas da Silva. Czy mówi Wam coś to nazwisko ? Przynajmniej niektórym od dzisiaj powinno przywodzić na myśl brazylijskiego piłkarza, który futbolowe rzemiosło podniósł w latach przedwojennych do rangi sztuki.
Ponoć jako pierwszy na świecie oddał strzał z tzw. "przewrotki". W tych wspomnieniach pisałem już o meczu, rozegranym przez Polaków na Mistrzostwach Świata w 1938 r., a
zakończonym po dogrywce wygraną Brazylii 6 : 5. To wówczas 4 gole zdobył Wilimowski, o którym z kolei kiedyś ktoś powiedział, że
strzela więcej bramek, niż ma sytuacji.Leonidas zdobył wówczas 3 gole.
Ale kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tym spotkaniu, niewątpliwie usłyszałem także o graczu, który rozegrał je na bosaka, bez butów. To przeszło do legendy tych mistrzostw. Na niczym spełzły próby zdementowania tej nieprawdziwej historyjki. Leonidas, bo o Niego to chodzi, ponoć tylko przez moment poruszał się po murawie bez buta, który nie wytrzymał zwodów, skrętów i strzałów zafundowanych mu przez piłkarza i po prostu rozpadł się. Oczywiście zaraz potem Leonidas wzuł
brakujący but. Ale ten moment wystarczył, by powstała legenda.

Zwłaszcza starsze pokolenie kibiców składa do dziś solenne przyrzeczenia, że tak zaiste było - Brazylijczyk ganiał bez butów, strzelał gole z gołego, dużego palucha i już !. Otóż tak nie było, ale legenda żyje już swoim życiem ...

Pragnę wszystkich uspokoić - powyższy wtręt nie oznacza, że rozpocząłem spisywanie w 1.789 nowelowych odcinkach historię brazylijskiego futbolu.

Przywołałem tę opowiastkę jak najbardziej w związku z rozegranym w dniu 22 listopada 1959 r. meczem UNIA - STAL.

Oto bowiem na oczach wprawionych w osłupienie kibiców, zawodnicy obydwu
drużyn wybiegli na boisko bez ... butów, po czym 22 jurnych graczy rozegrało spotkanie na bosaka !. Jako pierwsi złamali się goście i w koncu przywdziali buty. Piłkarze Unii pozostali niezłomni i do konca spotkania solidarnie ganiali za piłką bez obuwia.
 
Co było powodem takiej sytuacji ?!. Przyczyna była prozaiczna - i Unia, i po części Stal postanowiły już przed meczem ... "zawiesić buty na kołku" czyli mówiąc inaczej ... zakończyć przedwcześnie sezon !!!.

To oczywiście żart /nie wierzcie w kolejną nieprawdziwą legendę/, ale jak najbardziej usprawiedliwiony wydarzeniami na boisku !.

Unia i Stal najwyraźniej zakończyły sezon po 21 kolejce i jak się to potocznie mówi "zawiesiły buty na kołkach".

Piłkarze obu zespołów prześcigali się w pokazie gry nudnej, nieskładnej i niedokładnej. Do tego kibice Jaskółek w tym sezonie nie zostali przyzwyczajeni.Za punkt honoru postawiono sobie wygranie rywalizacji w tym, kto odda więcej niecelnych strzałów i kto poda więcej niecelnych piłek.
Z czasem, w tej nietypowej konkurencji przewagę zaczęła wypracowywać sobie Unia.

Efekt przyszedł jednak dopiero w 53 minucie meczu.
Czekanowski i Kuciewicz zachowali się tak, jakby po raz pierwszy grali ze sobą w jednej
drużynie i dopiero 53 minuty wcześniej się zapoznali.
Fatalnie zaadresowana piłka trafiła wprost pod nogi gracza Stali Stawarza, który tym razem wiedział co z nią zrobić. Umieścił ją w siatce naszej bramki !!!!.
Stal wyszła na prowadzenie 1 : 0 !!!.

Plask, plask, plask, słyszycie ten odgłos ?. To odgłos odbijanej bosymi stopami piłki.

Po utracie gola przez Unię, na boisku niewiele się zmieniło, gra nadal stała na niskim poziomie. Plask, plask, zostawmy nudziarzy samym sobie, kończmy wspomnienie o tym meczu, zapewniam Was, że wynik nie uległ już zmianie.
Unia nieoczekiwanie przegrała po beznadziejnym meczu ze Stalą 0:1 !!!.

Czas na krótkie podsumowanie sezonu, ktore dokonam, rzecz jasna, w butach ...

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

               KRÓTKIE PODSUMOWANIE.

Końcowa tabela II ligi prezentowała się następująco:

1/ STAL SOSNOWIEC - 31 punktów, bramki: 39 : 18
2/ UNIA RACIBÓRZ - 30 " , " 45 : 27
3/ WAWEL KRAKÓW - 29 " , " 34 : 13
4/ PIAST GLIWICE - 27 " , " 43 : 30
5/NAPRZÓD LIPINY - 25 " , " 41 : 32
6/ STAL MIELEC - 25 " , " 29 : 29

7/ UNIA TARNÓW - 24 punkty, " 22 : 22

8/ STAL RZESZÓW - 23 " , " 24 : 23
9/ CONCORDIA KNURÓW - 17 punktów, " 27 : 36
10/ LEGIA KROSNO - 15 " , " 24 : 31
11/ SZOMBIERKI BYTOM - 13 " , " 23 : 37
12/ WALTER RZESZÓW - 5 " , " 11 : 64

Na 24 zdobyte przez Unię punkty złożyło się 10 zwycięstw, 4 remisy i 8 porażek.

Najlepsi strzelcy /według moich danych, nieznacznie różniących się od
oficjalnych/:

1/ SPODZIEJA - 7 zdobytych bramek
2/ RUSINEK - 5 " "
3/ PALEMBA - 3 zdobyte bramki
4 - 5/ DUBIEL i WITEK - po 2 " "
6 - 8/ GUZY, NOWAK i CZARNECKI - po 1 golu.
Według gazet Spodzieja i Rusinek zdobyli o jednego gola mniej, czyli odpowiednio 6 i 4 gole. O jednego gola więcej przypisały Witkowi i Palembie.
Lider według tych różnych zestawień pozostaje jednak wciąż ten sam - Spodzieja !!!.
Można tylko żałować, że Rusinka zabrakło w aż 13 meczach, bo jego dorobek bramkowy byłby zapewne godny jeszcze większego podziwu.

Do ekstraklasy awansowała Stal Sosnowiec; spadły do niższej klasy: Szombierki Bytom i Walter Rzeszów.

Rozgrywki zakończyły się sukcesem beniaminka. Jaskółki okrzyknięto rewelacją sezonu. W przekroju całego sezonu Unia zasłużyła na duże pochwały i słowa uznania. Unia długo znajdowała się w ścisłej czołówce tabeli i dopiero końcówka rozgrywek zepchnęła ją na i tak przecież dobre 7 miejsce.

Cały czas trzeba pamiętać, że Unia walczyła na bezpośrednim zapleczu ekstraklasy, a w ówczesnej II lidze grały naprawdę dobre zespoły, niejednokrotnie z reprezentantami kraju w składach, bądź z piłkarzami o naprawdę nietuzinkowych umiejętnościach.

Na uwagę zasługuje jeszcze jedna sprawa: wyniki Jaskółek w konfrontacjach z czterema najlepszymi zespołami rozgrywek.
Ze Stalą Sosnowiec zanotowaliśmy remis i porażkę, ale już w rywalizacji z Raciborzem, Wawelem i Piastem, Unia odnosiła każdorazowo po jednym zwycięstwie, a więc walczyła z najlepszymi jak równy z równym !!!.

Potencjał tego zespołu był więc olbrzymi.
Kryzys dopadł Unię dopiero pomiędzy 15 a 19 kolejką, i na ten czas przypadły dwa wstydliwe występy - z Walterem i Szombierkami.

Stara to piłkarska prawda: zespół buduje się od tyłu. Unia miała solidnego bramkarza i taką samą obronę ! A przecież defensywa Unii musiała sobie radzić bez Czesława Mazurka !

Choćby już tylko rzut oka na końcową tabelę nie pozostawia w tej materii żadnych złudzeń !.
Mniej goli od beniaminka straciły tylko dwa zespoły, a mianowicie awansująca
do I ligi Stal Sosnowiec i trzeci w tabeli Wawel Kraków !!!!. To nieprawdopodobne, ale prawdziwe - linie defensywne Unii były w stanie zatrzymać najlepszych napastników II ligi !!!.
I to był jeden z kluczy do świetnych rozstrzygnięć w wielu meczach.
Linia ataku, co w aspekcie poszczególnych spotkań może zaskakiwać, prezentowała się w takim zestawieniu cherlawie. I chociaż i ona
dostarczyła nam na boisku wielu wspaniałych chwil, to jednak zestawienie nie kłamie: Uniści wyprzedzili w ilości strzelonych bramek tylko Waltera Rzeszów, a do najbardziej bramkostrzelnej Unii Racibórz brakowało nam 23 gole !.
Osiągnięcia Unistów były jeszcze bardziej widoczne na tle II - go ligowych doświadczeń innego beniaminka, czyli Waltera. Los drugiego, obok Unii, beniaminka nie był wesoły
CZĘŚĆ 3 subiektywnych wspomnień o piłkarskiej historii ZKS UNIA TARNÓW 2011-03-04

                                                      CZĘŚĆ 3
Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
8 kolejka: UNIA TARNÓW - SZOMBIERKI BYTOM 

Szybko okazało się, że solidna rozgrzewka Czekanowskiego i obrońców była jak najbardziej na miejscu.
Linie defensywne Unii raz po raz wystawiane były na ciężkie próby. Właśnie Pan Władysław otrzepuje kurz osiadły na bramkarskim stroju, po rewelacyjnej robinsonadzie, w efekcie której udało Mu się końcami palców przebić piłkę ponad poprzeczką na rzut rożny. Dodajmy, piłkę zmierzającą po fantastycznym
jej uderzeniu z woleja przez Sobka, wprost pod poprzeczkę naszej bramki.
Nasi obrońcy dwoją się i troją, by okiełznać rozpędzone Szombierki.
Próbują wszystkich metod. Są i wślizgi i walka w powietrzu i walka bark w bark. Są też próby łapania gości na spalone. Nie wszystkie udane. W 31 minucie pułapka ofsajdowa zawodzi, Poloczek wychodzi na pozycję sam na sam z Czekanowskim, prawdopodobnie o sekundę zagapił się Białas.
Stadion zamiera, strzał Poloczka, piłka leci w światło bramki !!!.
Czekanowski znowu wyciągnięty niczym struna, jakby chciał się wydłużyć w powietrzu, kolejna wspaniała robinsonada, wyczuł intencje
strzelca, ale czy dosięgnie piłki ?! Dosięgnął, znowu koniuszki palców ocierają się o powłokę piłki, ale to wystarcza, by zmieniła ona swój tor i pomknęła na kolejny rzut rożny.
Czekanowski lubił niekiedy interwencje "pod publiczkę", ale tym razem do efektownej, powietrznej  parady zmusiła Go trzeźwa ocena sytuacji, brawo !.
Jeszcze zespół Unii i jego fani na dobre nie ochłonęli, a tu w 36 minucie kolejna świetna akcja Bytomian. Piłkę przejmuje Sobek, jest już
przy nim Tyliszczak, ale pomimo największych starań nie może wybić piłki spod nóg b. reprezentanta Polski, ten umiejętnie ją zasłania,
któryś z pomocników Unii idzie koledze w sukurs, ale na niewiele się to zdaje. Sobek utrzymuje się przy piłce, piekielnie mocno uderza !
Czekanowski tym razem nawet nie próbuje interweniować, stoi jak wmurowany
w boisko, podkręcona piłka ucieka od niego, jest coraz bardziej poza zasięgiem naszego bramkarza, jeszcze tylko ułamek sekundy i głośne uderzenie ! Sobek trafił w słupek !!!.
Na nasze szczęście akcja przeprowadzona była w błyskawicznym tempie i żaden z graczy Szombierek nie znalazł się w pobliżu odbitej
futbolówki. Szczęśliwie też spadła ona na nogę Tyliszczaka. Tego nawet koledzy nie musieli ponaglać do szybkiego jej wybicia, kropnął w
piłkę z całych sił, trochę na oślep, byle dalej od naszej bramki.
Piłka mija kilku graczy i ląduje przed Witkiem. Ten również nie zastanawia się ani sekundy, ale jego podanie jest już mierzone, uruchamia
w ataku Dubiela, krótka kiwka, zwód, Dubiel dostrzega wychodzącego na pozycję Spodzieję, podaje mu precyzyjnie piłkę, Spodzieja nawet nie podnosi głowy, baczy by piłka nie odskoczyła mu od nogi, strzela i po
chwili słyszy ryk stadionu: goooool, goool !!!!!.

Unia prowadzi 1 : 0 z Szombierkami,
po celnym trafieniu Spodzieji w 37 minucie meczu !!!.
Spodzieja cieszy się za dwóch, za trzech, ech, co tam będę wyliczał, cieszy się za stu strzelców. To Jego pierwszy gol w tych rozgrywkach !. Zawodnik, który wcześniej strzelał bramki na zawołanie, w inauguracyjnym sezonie Unii w II lidze musiał czekać aż do 8 kolejki na swojego gola !!!. Nie wytykałem Mu tego wcześniej, żeby nie zapeszyć i nie
zdeprymować Go i żeby wreszcie ten
upragniony gol Spodzieji, który został
odnotowany w zapiskach, mógł paść i na tym blogu. I jak widzicie, padł !!!.
Wynikiem 1:0 kończy się pierwsza połowa.

Po przerwie zaczynamy przeżywać jeszcze trudniejsze chwile. Szombierki zaczynają przejmować inicjatywę, jest ich jakby więcej na boisku. Nasz atak nie jest już tak groźny, a jego poczynania są duszone w zarodku przez Bytomian. Kibice żartują, że w przerwie meczu gracze z linii napadu rozpoczęli świętowanie bramki Spodzieji i oto tego naoczne efekty. 
Ale tak naprawdę, to niewielu kibicom udzielał się nastrój wesołkowatości - ciężko wywalczone prowadzenie mogło w każdej chwili wymknąć się z naszych rąk.
Prawie cały ciężar gry spada na naszą defensywę i Czekanowskiego. Na szczęście Ci nie zawodzą, w odróźnieniu od ataku.
Ale i my możemy mieć swoje kolejne pięć minut. Niestety, napastnicy nie wykorzystują kolejnych dobrych pozycji. Szanse na podwyższenie rezultatu mają Spodzieja i Dubiel, ale ich nie wykorzystują. Stadion natychmiast im to wybacza, wszyscy mają świeżo w pamięci znakomitą kontrę w wykonaniu tych zawodników, która przyniosła nam prowadzenie.
Już do końca meczu żadnej z drużyn nie udało się strzelić bramki.
Cel Szombierek, czyli zdobycie twierdzy Tarnów, nie powiódł się. Unia wygrywa z Szombierkami Bytom 1 : 0 !!!.

Wyjeżdżający ze stadionu Jaskółek
piłkarze gości i ich fani mieli zapewne tylko jedno marzenie: oby już nigdy więcej do Tarnowa, a jeżeli już, to lepiej na stadion Tarnovii - tam się przynajmniej remisowało !!!.

W 8 kolejce nasi rywale uzyskali następujące wyniki:
Piast Gliwice wygrał z  Concordią Knurów 3:1,
czerwona latarnia rozgrywek: Walter Rzeszów nie miał żadnych szans w konfrontacji ze Stalą Sosnowiec i padł w stosunku 1:6,Unia Racibórz  wysoko wygrała z Naprzodem Lipiny 5:2,  Legia Krosno - Stal Rzeszów 2:2.
Największa sensacja miała miejsce w Krakowie, gdzie wielki lider tych rozgrywek - Wawel, przegrał  0:1 ze Stalą Mielec !!!.

Ten ostatni wynik miał oczywiście bezpośrednie przełożenie na tabelę.
Na czele znajdowały się 4 zespoły z identyczną liczbą punktów,
a wśród nich nasza Unia !!!. 
Obok Jaskółek, 11 pkt zebrały: Wawel, Stal Mielec i Sosnowiec.
Kolejne miejsca zajmowały:
5/ - Unia Racibórz - 10 pkt;
6/-7/-8/-9/ - Concordia, Naprzód, Piast, Stal Rzeszów - 8 pkt;
10/ - Legia 6 pkt;
11/ - Szombierki - 3 pkt;
12/ - Walter - 0 pkt.

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
9 kolejka: CONCORDIA KNURÓW - UNIA TARNÓW

Wielu kibicom Concordia będzie się kojarzyć bardziej z inną nazwą - Górnik Knurów, ale to jeden i ten sam klub. Obecnie powrócił do swojej wcześniejszej nazwy, czyli Concordii.
Młodszemu pokoleniu zespół z Knurowa będzie się kojarzył z osobą bramkarza Jerzego Dudka, którego był wychowankiem, ale to zdecydowanie późniejsze czasy od objętych opisami.
W 1959 r. Concordia miała za sobą wiele II - ligowych sezonów i był to kolejny zespół o doświadczeniu wykraczającym poza wyobrażenia Jaskółek.
Spotkanie z Concordią rozegrano chyba 17 maja 1959 r., co wynikałoby mi z
odręcznego zapisku. Zapisek do dzisiaj wygląda na nieźle przemoczony, pewnie od kibicowskich łez, jako że wielu kibiców Unii, chętnych do obejrzenia meczu, musiało obejść się smakiem.
Nawet gazety narzekały, że rozegrano go w pełnym utajnieniu.
Żartując można by dodać, że i sami piłkarze nie znali dnia i godziny spotkania, bo Unia pojechała do Knurowa prawdopodobnie bez Dubiela i Rusinka, a więc straty kadrowe były znaczące.
U mnie przechowała się tylko prasowa wzmianka, że gra była żywa i to po obu stronach. Gazety donosiły, że Unia wyszła na prowadzenie po golu Palemby i takim właśnie prasowym wycinkiem dysponuję.
Problem polega jednak na tym, że z kolei z
odręcznego zapisku z moich zbiorów wynika, że bramkę - wbrew prasowym doniesieniom - zdobył w 25 minucie meczu Spodzieja. I tego będę się trzymał. Nie odtworzę już, w jaki sposób nazwisko Spodzieji, jako zdobywcy gola, pojawiło się na kartce, być może był to wynik informacji z klubu lub od jakiegoś kibica, któremu udało się dotrzeć we właściwym momencie na stadion...
Concordia wyrównała w 32 minucie i Unia po raz kolejny w tym sezonie sprawiła swoim sympatykom miłą niespodziankę, jako że i całe wyjazdowe spotkanie zakończyło się remisem 1 : 1 /1:1/ !!!.

Inne wyniki 9 kolejki:
Naprzód Lipiny - Legia Krosno 1:0
Szombierki Bytom - Walter Rzeszów 2:0
Stal Rzeszów - Piast Gliwice 2:2 .

Zadyszkę notował Wawel, który przegrał w Sosnowcu ze Stalą 0:1; swoich fanów zawiodła też Stal Mielec, która na "własnych śmieciach" zaledwie zremisowała z Unią Racibórz 1:1. Te ostatnie wyniki były jednak wodą na młyn tarnowskich Jaskółek !!!.

Tabela po 9 kolejce:
1/ - STAL SOSNOWIEC - 13 pkt;
2/ - 3/ UNIA TARNÓW i STAL MIELEC po 12 pkt;
4/-5/- UNIA RACIBÓRZ i WAWEL po 11 pkt;
6/- NAPRZÓD - 10 pkt;
7/-8/-9/- CONCORDIA, PIAST,STAL RZESZÓW
po 9 pkt;
10/ -LEGIA - 6 pkt;
11/- SZOMBIERKI - 5 pkt;
12/ - WALTER - 0 pkt.

Po 9 kolejkach mieliśmy miejsce na samych szczytach zaplecza ekstraklasy !. Unia
była autentyczną, nie nadmuchiwaną rewelacją rundy !.
Tak na marginesie - przy okazji opisu tego meczu przypomniało mi się zdarzenie, które miało miejsce trochę lat po spotkaniu w Knurowie , a które ma z nim pewien związek. Napiszę o nim, bo historia kibiców to
też w pewnym sensie historia klubu. W moich latach młodzieńczych próbowałem
przekonać do Unii wielu kolegów, byłem takim łowcą kolejnych sympatyków Jaskółek. Z jednym z kolegów szło mi nadzwyczaj opornie,
ale ponieważ byliśmy zaprzyjaźnieni, po wielkim molestowaniu zgodził się pojechać ze mną na wyjazdowy mecz Unii do jednego z miast na
wschodnich rubieżach Polski. Uznałem, że wyjazd doda kolorytu całemu przedsięwzięciu i ten pomysł drogo mnie kosztował. Zaczęło się od tego, że zostawiliśmy w rejsowym autobusie chlebak z kanapkami i pieniędzmi na powrót do Tarnowa, a i samych biletów /w tamtą stronę/
pozbyliśmy się już w czasie jazdy w okolicznościach, które same w sobie wystarczyłyby na inną opowieść. Na miejsce jednak dotarliśmy. Problemu z brakiem pieniędzy nie dostrzegałem, bo postanowiłem że wrócimy z piłkarzami, dla których wówczas widok wystających po meczu, pod ich autobusem kibiców z Tarnowa, nie był żadnym nowum. Wpadliśmy na stadion, a tam ... szuru, szuru, jakiś cieć zamiatał papiery. Okazało
się, że mecz rozegrano dzień wcześniej, oczywiście nie informując o tym nikogo. Tak to dawniej czasem wyglądało.
Do powrotnego autobusu nas nie zabrano z oczywistych powodów, zostaliśmy
bez nadziei na rychły powrót i bez możliwości poinformowania o tym kogokolwiek, jako że poczta była w święta zamknięta, a jedyne telefony z połączeniami międzymiastowymi znajdowały się wówczas wyłącznie na
poczcie.
Determinacja była jednak u nas wielka, przespaliśmy się u nieznanego
księdza na plebanii, jako że połączeń w kierunku Tarnowa było tyle, co kot napłakał. Kościelny odtransportował nas nazajutrz na dworzec, tak aby być pewnym, że faktycznie pieniądze, które nam na słowo pożyczono, będą przeznaczone na bilety. Co się działo w domu !
Kolega od tego czasu omijał Unię szerokim łukiem, nie wiem dlaczego, ale chyba Mu się nienajlepiej kojarzyła; dla mnie takie eskapady były wpisane w ryzyko bycia kibicem.
Podobno dla odreagowania pojawił się nawet 1 raz na stadionie Tarnovii, ale sądząc po liczbie odwiedzin stadionu i tam przeżył jakiś koszmar... Dzisiaj to jednak inaczej wygląda.

TOWARZYSKIE MECZE W ZSRR

Na początku czerwca 1959 r. Unia, korzystając z przerwy w rozgrywkach, wyjechała do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, gdzie potykając się z tamtejszymi II - ligowymi zespołami, napewno nie przyniosła nam wstydu, a wręcz odwrotnie !.
Najpierw na naszej drodze stanął Metalurg Zaporoże, aktualnie znany zespół z Ukrainy. Znany choćby z licznych sparingów z polskimi klubami, ot że wymienię ich wygraną z Legią Warszawa w styczniu 2010 r. w stosunku 1 : 0, czy pokonanie podczas zgrupowania w Hiszpanii w lutym 2010 r. krakowskiej Wisły 3 : 2. Ani Legia, ani Wisła nawet nie podejrzewają,
że Metalurg przetrzepał im futerka, by zmazać przynajmniej częściowo plamę, jaką była dla tych "mołodców", porażka z Unią w
1959 r. 0 : 1
! Tak, tak - chemicy z Tarnowa okazali się twardsi od zaporoskiej stali.

W tej sytuacji w kolejnym meczu sprytnie wystawiono przeciwko unistom również ...
chemików !. Na wszelki wypadek do rywalizacji dodano jeszcze gratis samego Feliksa Dzierżyńskiego, coby naszym bardziej miękko się zrobiło. Rywalem był bowiem Chemik Dniepro - Dzierżyńsk. Ale Unia i tym razem nie ugięła się i sięgnęła po cenny remis 0 : 0. 

Po jakimś czasie Chemika przemianowo na Stal, pewnie żeby wzmocnić jego siły, nadwątlone meczem z Unią .
Cóż mogli zrobić Rosjanie w takiej sytuacji ? Zawiedli metalurgowie, zawiedli chemicy, no cóż, pozostało tylko wytoczyć przeciwko Unii ...
Lokomotywę !. Lokomotywa była z Winnicy /od 2003 r. klub zwie się Niwa Winnica/.

I dopiero Lokomotiw Winnica sprawił, że Unia mogła liczyć na kolejne zaproszenie z Kraju Rad. Gospodarze rozjechali  bowiem nasze Jaskółki 3 : 0 i przynajmniej częściowo przywrócili dobre imię radzieckich II - ligowców.

Jak donosiła polska prasa, Unia w trzecim sparingu była już zmęczona zagranicznym wojażem...
Kibice Jaskółek żartowali, że jak na powszechnie znaną wszystkim, słowiańską gościnność goszczących Unię Rosjan, to i tak to zmęczenie przyszło stosunkowo późno. 
Wielu moich znajomych  wie coś  na ten temat. Taki jeden opowiadał mi kiedyś, że z zakładowej wycieczki do ZSRR nie pamiętał prawie żadnych zabytków, ale gościnność, ooo - tak, pamiętał dobrze i nawet tęskni za nią do dziś, choć to minęło już kilkadziesiąt lat.

Nie ma wątpliwości - zawodnicy Unii byli dobrze przygotowani do sezonu, kondycja ich nie zawiodła i przebieg tak udanego tournee napewno dobrze pamiętali.
Czas jednak nagli,  wracajmy więc na polskie podwórko. 

35/ Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
10 kolejka: UNIA TARNÓW - STAL MIELEC

Chciałoby się po raz pierwszy napisać, że oto na drodze Unii stanął wreszcie zespół nieopierzony, bez przeszłości i bez perspektyw. Ale przy prezentacji Stali Mielec zapomnijmy o takim marzeniu. W 10 - tej kolejce przyszło nam skonfrontować własne umiejętności z bardzo
atrakcyjnym rywalem. Kierownictwo Stali Mielec z niebywałą konsekwencją od lat budowało drużynę, która miała przypuścić szturm na
ekstraklasę. Mecz z Unią przypadał na finalny moment tej budowy.
Zaburzając chronologię zdarzeń dodajmy: szturm udał się stalowcom już w następnym sezonie i Mielec awansował wówczas do I ligii !.

Pierwszy krok w kierunku awansu Stal uczyniła już w 1955 r., kiedy to po raz pierwszy zawitała do II ligii. Recepta na sukces była jak zwykle
prosta - kochający futbol i znający się na swojej robocie działacze, oparcie w prężnie rozwijających się zakładach WSK PZL - Mielec, które produkowały m.in. słynne radzieckie myśliwce Mig, a reszta to była bułka z masłem. Kontraktowano dobrych graczy i jeszcze lepszych trenerów.

Do tych pierwszych zaliczyć należało choćby napastnika Helmuta Tobolika, który w 1959 r. należał do najlepszych graczy Stali, a w
ogóle w okresie jego gier w II lidze strzelił dla niej łącznie prawie 60 bramek, nie stracił także tej skuteczności w czasie gry w I lidze.

W 1958 r. w Stali pojawił się /z Polonii Bytom/, kolejny nietuzinkowy napastnik - niski, ale dobry technicznie i zwinny - Alfred Gazda, który
zakochał się w Stali - zresztą z wzajemnością, na okres 10 lat. Około 30 -tu goli, zdobytych w ok. 130 meczach, miał na koncie kolejny napastnik - Rajmund Kapuściński. W ataku grał wówczas także niezły kolejny zawodnik, rodem z Wisły Kraków - Kazimierz Budek. Przyniósł go do Stali także rok 1958.
Słabsza forma jednego z napastników nie sprowadzała więc na sztab szkoleniowy bólu głowy - każdy z nich mógł być zastąpiony przez
równie utalentowanego kolegę.

W pomocy brylował Henryk Czylok, którego wybór w latach 50 - tych na najlepszego zawodnika ziemi rzeszowskiej nikogo nie dziwił, bo upatrywano w nim jednego z najlepszych rozgrywających w Polsce. I na miano takie
zapracował podczas dalszych występów w Stali, chociaż nigdy nie dostąpił zaszczytu bronienia barw narodowych.

Kibice Unii mieli także nadzieję na zobaczenie w akcji utalentowanego Zenona Książka. I nawet nie przypuszczali, że Zenon Książek zostanie w póżniejszych latach trenerem ... Jaskółek /był też trenerem reprezentacji młodzieżowej Polski/.
Niełatwe zadanie czekało też naszych napastników, jako że i obrona Stali była od lat pieczołowicie dobierana. W tej linii rzucał się w
oczy lewy obrońca Leszek Gaj, mający za sobą występy w Lotniku Warszawa.
Gdyby obrona zawiodła, na rywali czekał jeszcze w bramce znakomity Ryszard Mysiak, którego przymierzano nawet do reprezentacji kraju !
A kto tam nie zasiadał na ławce trenerskiej !
W latach 1957 - 1958 szkoleniowcem Stali był legendarny Michał Matyas,
który podjął się pracy w tym II - ligowym klubie, mając już na swoim koncie funkcję selekcjonera reprezentacji Polski !!!. Zespół, który
miał zmierzyć się z Unią, napewno pamiętał jeszcze nauki tego wspaniałego szkoleniowca.

Unię miał rozpracować kolejny trener Stali - słynny Antoni Brzeżańczyk, który już wtedy miał niezły warsztat, jako że wcześniej prowadził zespoły z Rzeszowa i Bydgoszczy.
Jego umiejętności zostały docenione w latach 60 - tych, kiedy to został trenerem reprezentacji Polski. A przecież był to trener, którego bez obaw w latach 70 - tych zatrudniały: znakomity Feyenoord Rotterdam, kluby austriackie i greckie !!!
Nie dziwi więc fakt, że na stadionie Unii pojawiło się aż 8 tysięcy fanów piłki !.

Unia zagrała w składzie: Czekanowski,Tyliszczak, Białas, Kuciewicz,
Guzy, Nowak, Witek, Dubiel, Palemba, Czarnecki, Spodzieja
. Znowu w składzie nie było Rusinka.
Zawsze, kiedy czy to w notatkach, czy też w prasowych sprawozdaniach, widzę w ataku nazwisko Palemby, to cierpnie mi skóra, czy przypadkiem nie pomylono Go z Kalembą, który przecież był nominalnym napastnikiem. 

Jeśli ktoś spóźnił się na ten mecz dokładnie 5 minut, jeśli w tym czasie kupował bilety, to jedyne co usłyszał, to okrzyk "gool"!. Jeśli zdyszany wbiegł na wał okalający boisko, to zobaczył nieznanych Mu z wyglądu piłkarzy ściskających się i skaczących z radości. Jeśli przyglądnął się lepiej, to niechybnie zobaczył
trenera Stali - Brzeżańczyka z rękami w górze, w geście zwycięstwa.
Jeśli, nie wierząc jeszcze swoim oczom zapytał obecnych na stadionie kibiców, kto zdobył bramkę, to usłyszał stłumioną odpowiedź: Alfred Gazda z Mielca !.

Stal Mielec prowadziła po 5 minutach 1:0 !!!.

Tak fatalnie zaczął się ten mecz dla Unii !!!. 
Unia, nieco stłamszona utratą gola, jednak z każdą upływającą chwilą odzyskiwała wigor i animusz. Jeszcze jedna minuta, jeszcze dwie i
Jaskółki stały się równorzędnym partnerem dla gości. Okazało się, że nie ustępujemy faworyzowanej Stali w żadnym z elementów piłkarskiej sztuki.
Mecz był szybki, zespoły pokazywały dobry futbol. Przy każdej akcji gości, zamierały serca kibiców Jaskółek. Strata drugiego gola mogła
być już nie do odrobienia. Na szczęście kubeł zimnej wody wylany na graczy naszej obrony przyniósł pozytywny skutek. Grali bardzo skupieni i zdeterminowani.

W 25 minucie dochodzi do spięcia pod bramką Mysiaka. Z tłumu piłkarzy
do chwilowo bezpańskiej piłki wyskakuje, niczym z katapulty Palemba, wprawny ruch głową, idealnie uderzona piłka przelatuje obok
interweniującego golkipera gości i tonie w ... siatce bramki.
Mamy wyrównanie !!!. Jaskółki doprowadzają do remisu !!!.

Całe lata spędzone na obronie, raz po raz ćwiczona i wykorzystywana umiejętność
gry głową, przydała się Palembie w najbardziej pożądanym momencie !.
Wynik spotkania nie zmienia jego obrazu. Mielec nie cacka się z Unią, walczy o kolejnego gola, ale i Unia nie poczytuje sobie remisu za
zadawalający rezultat.

W 34 minucie Witek w pięknej "solówce" mija dwóch graczy gości, kiedy naprzeciw niego staje kolejny piłkarz Stali, posyła piłkę
prostopadle, w kierunku bramki. Wydaje się, że mocno uderzona piłka odskoczy od nogi Nowaka, ale nie - nasz zawodnik umiejętnie ją gasi i rozgląda się wokół.

Trwa to sekundy, ale na stadionie odbiera się to
jako wieki całe. Nowak przeżywa chwilę zwątpienia, wszyscy jego partnerzy są dokładnie pokryci, nie ma za bardzo komu odegrać piłki.
Ten wszędobylski, nadzwyczaj pracowity i ruchliwy piłkarz widzi, że akurat w tym momencie, kiedy jego nikt za bardzo nie naciska, jego koledzy nie wykazują większej pomysłowości w wyzwoleniu się spod opieki
Mielczan.

Jest 20 metrów od bramki Mysiaka, który wzrokiem spokojnie kontroluje przebieg akcji.
Nowak podejmuje decyzję - odda strzał !!!. Mocno uderza piłkę.
Mysiak popisuje się kapitalną robinsonadą !.
Frunie w tym samym kierunku, co piłka !. Jeszcze chwila, ułamek sekundy i już wiadomo:
piłka leci poza zasięgiem jego rąk, frunie poza zasięgiem rąk wszystkich bramkarzy świata !!!.
8 tysięcy widzów nie ma wątpliwości: strzał jest nie do obrony !!!.

Unia prowadzi ze Stalą Mielec 2 : 1, po pięknym golu !!!

Mecz toczy się nadal w szybkim tempie, żadnej z drużyn nie brakuje ani sił, ani sporych umiejętności.
Pierwsza połowa kończy się naszym prowadzeniem 2 : 1.

Po przerwie Unia i Stal nadal pokazują swój kunszt. Dopiero w końcówce Jaskółki cofają
się do obrony.
Stal korzysta z okazji, wydobywa resztki sił, przypiera nas do muru.
Obrońcy Unii grają jednak jak w transie, a ich pewność siebie zwielakratnia równie kapitalna postawa Czekanowskiego w bramce !
Brzeżańczyk nie ma już więcej okazji do podniesienia z radości rąk do góry !.
Armada z Mielca, przygotowywana od lat na wejście do I ligii, tonie po dwóch trafieniach beniaminka z Tarnowa.
Beniaminka ?! - po tym meczu już nikt nie używa tej nazwy. W Polsce o Unii zaczyna się zupełnie poważnie mówić: mamy niespodziewanego i znakomitego kandydata do I ligii !!!!. Cóż to były za kolorowe dni !!!!.

W Tarnowie nasłuchiwano wieści z Gliwic. Kiedy już one nadeszły zapanowała radość !.
Piast po ciężkim meczu wygrał z liderem - Stalą Sosnowiec 1:0.
Swojej szansy nie zaprzepaściła Unia Racibórz i wysoko, bo 3:0, wygrała z Concordią Knurów,
przebudził się Wawel Kraków i również 3:0 wygrał ze Stalą Rzeszów, Legia Krosno -Szombierki Bytom 3:0, pierwszy punkt zdobył Walter Rzeszów po remisie z Naprzodem Lipiny 1:1.
Przed ostatnią kolejką pierwszej rundy Jaskółki miały więc tyle samo punktów, co walczący jak lew o I ligę zespół Stali Sosnowiec !!!.
Ustępowaliśmy Stali jedynie gorszym stosunkiem bramkowym !.

Oto jak kształtowała się ligowa tabela, a przynajmniej jej czołówka, po 10 rozegranych meczach:

1/ - 2 / Stal Sosnowiec - 14 punktów, bramki: 17 : 8 i Unia Tarnów - 14 punktów, bramki 10 : 6
3/ Wawel Kraków - 13 punktów
4/ Unia Racibórz - 13 punktów
5/ Stal Mielec - 12 punktów.
6/ - 7/ Naprzód i Piast po 11 pkt;
8/ - 9/ Concordia i Stal Rzeszów po 9 pkt;
10/ Legia - 8 pkt;
11/ Szombierki - 5 pkt;
Ostatnie, dwunaste miejsce, zajmował rzeszowski Walter z 1 pkt.
Gdyby nie przestrzelony karny z Lipinami, Jaskółki byłyby samodzielnym liderem rozgrywek!
Ale nie było co gdybać, kibice Unii mieli świadomość, że uczestniczą w historycznych chwilach klubu.

Gole dla Unii zdobywali:
1-3/ Rusinek, Dubiel, Spodzieja- po 2
4 - 7/ Witek, Guzy, Nowak oraz Palemba
- po 1.
Pamiętacie przy tym moje wątpliwości co do osoby strzelca z 9 kolejki /bramkę zaliczyłem Spodzieji, prasa Palembie/.
Aż siedmiu zawodników strzelało gole, co też okazało się atutem Unii.
Tak na dobrą sprawę, to przeciwnik nigdy nie mógł mieć pewności, który z Unistów celnie przymierzy w kierunku jego bramki.
W odniesieniu do ulubieńca publiczności - Rusinka, napewno na liczbę jego goli wpływ miały absencje w poszczególnych spotkaniach.

Przed ostatnią kolejką nastroje były znakomite, wielu widziało Unię na półmetku nawet na pozycji lidera. Jaskółki jechały do zespołu z dolnych rejonów tabeli, a mianowicie Stali Rzeszów, natomiast lider wydawał się mieć nieco trudniejsze zadanie. Stal Sosnowiec grała co prawda u siebie, ale z zawsze groźną Unią Racibórz.

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
11 - ta kolejka: STAL Rzeszów - UNIA Tarnów

Ten rywal nie robił aż takiego wrażenia, jak jego poprzednicy. Stal była zespołem stosunkowo młodym, bo jej korzeni należy upatrywać w
połowie lat 40 - tych, a zabawa w piłkę nożną zaczęła się w tym klubie na dobre rozkręcać po wybudowaniu stadionu, co z kolei miało
miejsce w połowie lat 50 - tych.

II - go ligowe potyczki Stali także nie obrosły jeszcze w piórka, jako że awans klubu znad Wisłoka do tej klasy rozgrywkowej przypadł na 1956 r., kiedy to Stalowcy rozprawili się bezwzględnie z III - ligowym towarzystwem. Zdobyli 36 punktów, a kolejny zespół /Resovia/ miał ich aż o 10 mniej !

Co bardziej ostrożni kibice Unii przypominali jeszcze, że w barażach o II ligę Stal spisywała się rewelacyjnie i pozostawiła w pokonanym polu Piasta Gliwice i Gwardię /późniejszą Arkonię/ Szczecin, co niewątpliwie wskazywało na drzemiące w tym zespole możliwości.
Także w II lidze Stal radziła sobie
nadspodziewanie dobrze i w 1957 r. zajęła w niej 6 miejsce.

Inni fani Jaskółek, szykujący drzewce bojowe przed wyjazdem do Rzeszowa, natychmiast doprowadzali do pionu wątpiących kolegów i przypominali, że w kolejnym sezonie, w 1958 r., Stal grała chimerycznie i zajęła ledwie 10
miejsce, wyprzedzając tylko dwójkę spadkowiczów /AKS Kościuszko Chorzów i Garbarnię/.

Niewątpliwie warte odnotowania sukcesy święciła Stal w Pucharze Polski.
Na początku lat 50 - tych, Stal dotarła nawet do 1/8 rozgrywek, gdzie musiała uznać wyższość Wisły Kraków.
Z tym okresem kojarzyć należy również kojarzyć morderczy maraton Stali i Budowlanych Chorzów. Ponieważ w normalnym czasie wynik był remisowy, zgodnie z ówczesnym regulaminem rozegrano dwie dogrywki, każda po 30 minut !. Ale i one nie
przyniosły rozstrzygnięcia !. W decydującym meczu w Chorzowie, Budowlańcy wygrali 4 : 3.
Nieźle także zaprezentowała się Stal w sezonie 1955 / 56, kiedy to dotarła do 1/ 16 Pucharu, by pożegnać się z nim, po przegranej z CWKS
Bydgoszcz.
W końcu jednak bojowe drzewce wzięły górę i w ekipie jadącej do Rzeszowa nie było już wątpiących, a nawet jeśli, to siedzieli cicho.

Przed wyjazdem do Rzeszowa należało przygotować nie tylko drzewce na powiedzmy flagi, ale również i solidnie nastroić gardła. Na
stadion Stali przychodziło na niektóre II ligowe mecze nawet po 15 tysięcy zagorzałych kibiców !!!.
Starsi kibice zapewniali mnie, że gardła były dobrze nastrojone !. Jak widać, Rzeszów wyzwalał w kibicach Unii od lat niezmiennie podobne nastroje.
 
W 1959 r. wyróżniającymi się napastnikami w Stali byli m.in. Poświat oraz Henryk Pilarski.
Ludwik Poświat siał postrach w szeregach rywali, łącznie dla Stalówki zdobył w II lidze
ponad 40 bramek, z kolei Pilarski był jednym z najlepszych zawodników naszego rywala, miał na swoim koncie występy nie byle gdzie, bo w
zespołach ŁKS - u i Legii Warszawa !

Na kibicach Unii szykujących się do wyjazdu na mecz, nazwiska te nie robiły jednak większego wrażenia - my też mieliśmy swoje armaty !.

Jeśli już weszliście w atmosferę tego wyjazdu, to dodam od siebie, że Unia wyprawiała się nie tylko przeciwko Stali, ale także i przeciwko ... Warszawie, chociaż nikt oczywiście jeszcze o tym nie wiedział. !!!. To nie pomyłka, ani bajdurzenia starego kibica.

Oto bowiem wkrótce okazało się, że wpływ na wynik meczu może mieć również sędzia z Warszawy. Najbardziej dobitnie
przekonała się o tym Unia w 21 minucie gry.
To była piękna, koronkowa akcja Unistów. Piłka wędrowała jak po sznurku, a zdezorientowani Stalowcy o ułamek sekundy spóźniali się za
naszymi graczami. Akcję zwieńczyło piękne podanie z głębi pola do wychodzącego zza pleców obrońców na czystą pozycję Czarneckiego.
Rozpędzony Czarnecki nie miał problemów z precyzyjnym przyjęciem piłki, wpadł z nią w pole karne Stali, złożył się do strzału i w
ciągu ułamka sekundy wraz z piłką ... zniknął z oczu oniemiałych kolegów !!!. Gdzie jest Czarnecki ?. Kilka tygodni po meczu, kiedy opadły emocje, jeden z piłkarzy Unii, w rozmowie z kibicami miał żartobliwie
powiedzieć, że przez ułamek sekundy myślał, ze rozpędzony i atakujący z werwą Czarnecki
przeleciał przez bramkę i pognał w kierunku Wisłoka.
W każdym razie niektórzy gracze Unii patrzyli jeszcze w kierunku bramki Stali, ale nie - ani piłki, ani jeszcze chwilę gnającego w jej kierunku Czarneckiego i tam nie było !!!.
Po chwili nie było także wątpliwości i innego rodzaju - Czarnecki został po prostu sfaulowany przez Skibę w polu karnym - rzut karny !!!!, a więc wielka szansa na objęcie prowadzenia przez Jaskółki, jako że na tablicy
wyników widniał w tym momencie rezultat 0:0 !!!.
Niewątpliwie przełomowa chwila spotkania !!!. Sędzia na szczęście dostrzegł całą
sytuację, ostrym gwizdkiem potwierdził faul na naszym piłkarzu, zdecydowanym ruchem wskazuje w kierunku pola karnego, ale radość Unistów była przedwczesna !. Sędzia odgwizdał ... rzut wolny pośredni !!!.

Materiały, którymi dysponuję, milczą na temat argumentów sędziego. O argumentach, a zwłaszcza sposobie ich prezentacji przez kibiców Unii, z którymi miałem styczność, lepiej - z innych powodów - nie wspominać.

Wielu obserwatorów meczu nie ma jednak wątpliwości - był faul, był karny !.
Unia nie zamieniła rzutu wolnego na bramkę. Z poczuciem wyrządzonej im krzywdy zawodnicy Unii szykowali się do kolejnych ataków.
Ale do przerwy nie dały nam one pierwszego w tym meczu gola.

Pierwsze 45 minut tego zaciętego boju zakończyło się więc wynikiem 0 : 0.

Przebieg potyczki wskazywał na to, że obydwu zespołom będzie nadzwyczaj ciężko o gole. Stal wszystkich zaskoczyła - miało być łatwo, lekko i przyjemnie, a tymczasem gospodarze potraktowali spotkanie bardzo prestiżowo i Unia nie miała ułatwionego zadania w spotkaniu, w którym miała prawo uchodzić za faworyta.

Czasem się tak zdarza, że jak nie ma goli, to nie ma, ale jak już otworzy się worek z nimi, to sypią się jak z rogu obfitości.

W tym meczu tak właśnie miały się posypać bramki po przerwie i to w okresie zaledwie 14 minut !!!. Kogo zmiotło to bramkowe tornado ?!.
To przykra sprawa, ale piłkarskie tornado zmiotło ... Jaskółki, niestety !!!.

56 minuta meczu.
Stanisław Świerk idzie na przebój. Widzi wychodzącego na dobrą pozycję Ryszarda Matyszczaka / podług niektórych Matysiaka/. Szybkie podanie. Piłka odbija się od nogi któregoś z obrońców Unii, zmienia swój tor, ale na nasze nieszczęście, na zgodny z intencjami podającego - piłka trafia do adresata. Matyszczak strzela obok interweniującego bramkarza Unii.
Przegrywamy 0 : 1.

63 minuta meczu.
Próbujemy szybko się odgryźć. Obrońcy poczuwający się do winy po stracie gola, ustawiają się nieco wyżej, by pomóc kolegom z przednich formacji odrobić stratę. Za wysoko. Bodajże Ryszard Skiba dostrzega
Henryka Pilarskiego. Podaje mu piłkę. Idealnie, w tempo. Niestety, ale Pilarski de facto jest nie pilnowany. Lata gry w ŁKS - ie i Legii
dochodzą do głosu. Z zimną krwią wykorzystuje szansę, jaką stworzyła Mu nasza linia obrony. Jest spokojny i opanowany, strzał jest nie do
obrony - przegrywamy 0:2.

69 minuta.
Rzeszów poczuł krew ofiary i niczym dziki zwierz rzucił się na Unię.
Unia jest zamroczona, tego w tych rozgrywkach jeszcze nie było. Nie potrafimy czysto zatrzymać napierającej Stali. Faul, rzut wolny.
Gospodarzom wszystko się udaje. Kapitalne, techniczne podanie Skiby do Pilarskiego. Ten nie pudłuje, mimo twardej asysty któregoś z Unistów.
Czarna rozpacz. Jest 0:3.

Już wiemy - Unia tego meczu nie wygra, ba nawet nie zremisuje. Walczymy już tylko o honor. Kibice Stali tryumfują, nasze drzewce już nie łopoczą.
Stal gra bardzo uważnie.
I wtedy Unia jeszcze raz podrywa się do ataku. Tu już chodzi tylko o małą sportową satysfakcję i małą radość dla licznych Tarnowian przybyłych do Rzeszowa.

Idzie piękna akcja, nie wiedzieć czemu przerwana przez sędziego tuż przed polem karnym Stali.

Ale w końcu ta żarliwość i ambicja włożona w tę fazę meczu przez Unię przynosi efekt !. Wszystko dzięki Czarneckiemu, który w 74 minucie zdobywa honorowego gola dla Jaskółek !

To jednak wszystko, co udało się nam uzyskać na niegościnnym stadionie Stali.
Jaskółki przegrywają 1 : 3.
Szkoda. Kibice Unii jeszcze nie wiedzą, jaka szansa wymknęła się nam z rąk.
 
Współlider rozgrywek, czyli Stal Sosnowiec, przegrywa u siebie z Unią Racibórz 1:4 !!!.

To już nie tylko szkoda, to już - powtórzmy - czarna rozpacz.
Do wszystkich dotarła świadomość, że wygrana w Rzeszowie uczyniłaby z Unii samodzielnego lidera na półmetku rozgrywek !,

Inne meldunki z pozostałych boisk nie nastrajały już tak optymistycznie. Drugi oddech złapał Wawel Kraków, który wygrał w Bytomiu z Szombierkami 1:0, Piast Gliwice wywiózł cenny remis 1:1 z Naprzodu Lipiny, Stal Mielec ograła 1:0 Legię, a Concordia Knurów pokonała Waltera Rzeszów 3:1.

TABELA ROZGRYWEK II - go LIGOWYCH w 1959 r. NA PÓŁMETKU:

1/ - 2/ WAWEL i UNIA RACIBÓRZ po 15 pkt;
3/ -4/- 5/ UNIA TARNÓW, STAL SOSNOWIEC i STAL MIELEC po 14 pkt;
6/ - 7/ NAPRZÓD i PIAST po 12 pkt;
8/ - 9/ CONCORDIA i STAL RZESZÓW po 11 pkt;
10/ - LEGIA - 8 pkt.
11/ - SZOMBIERKI - 5 pkt;
12/ - WALTER - 1 pkt.

Jaskółkom do czołówki brakował więc tylko jeden punkcik ! Stosunek bramek był niezły, chociaż jak na zespół ze ścisłej czołówki nie powalał na kolana: 11:9 i był najsłabszy z grona zespołów od miejsca 3 do 5.

Tabela strzelców Unii:
1/ -2/ -3/ trójka muszkieterów, czyli Rusinek, Spodzieja i Dubiel - po 2 gole;
4/ - 8/ Witek, Guzy, Palemba, Nowak i Czarnecki - po 1 bramce.

Przerwę w rozgrywkach przed rundą rewanżową tradycyjnie poświęcono na mecze sparingowe.

Bodajże 18 lipca 1959 r. Unia zagrała z bratankami z Węgier.
Kibice żartowali: Oj, dopiero Ci wymyślili ! Skoro nie pomógł drużynom ZSRR sam Feliks, chemicy i metalurdzy, to sprytni Węgrzy poszli doprawdy już na całość. W wojnie psychologicznej prowadzili z Unią 1:0.
Do Tarnowa przywieźli samego Stalina ! Zespół nazywał się bowiem ... Stalinvaros !!!.

MECZ TOWARZYSKI: UNIA TARNÓW - STALINVAROS DUNAUJVAROS.

Jeśli coś pokręciłem w nazwie, to Was bardzo:
"Bocsánat", albowiem "Nem tudok [jól] magyarul !". A w ogóle dzisiaj to: "Rosszul vagyok".

Mecz pod względem aury zupełnie nie wypalił. Piękna gra Unii została szybko zastopowana strugami ulewnego deszczu. Jak wspominał to jeden ze starszych kibiców, chwilami zza ściany wody nie było widać boiska.
Zawodnicy wyglądali jak zmokłe kury, a samo boisko, jak rozmiękczona grzęda. Piłka wyczyniała cuda i nie jeden raz zmyliła zawodników, którym bardziej od kart piłkarzy, przydałyby się karty pływackie. Ci jednak grali ambitnie, a efektem ich poczynań było aż 6 goli - po trzy w każdej bramce. Spotkanie zakończyło się remisem 3 : 3.

Z tego błotka raz po raz prześwitywał mały brylancik. Cieszył oko każdego kibica Unii. Brylancik zwał się Antoni Kotwa, był wychowankiem Unii i właśnie rozpoczynał swoją nadzwyczaj udaną przygodę z piłką nożną. Swoją grą w tym meczu zwrócił uwagę nie tylko kibiców, ale i kadry trenerskiej i przebojem wdarł się do podstawowego składu seniorów.
I o ile nad boiskiem wisiały ołowiane chmury, o tyle na nim objawiła się kolejna gwiazda w biało niebieskich barwach.
Pan Antoni jeszcze przez wiele lat miał przynosić kibicom radość swoją postawą na boisku. To niewątpliwie kolejny piłkarz,
którego sumienność, dobre panowanie nad piłką, przynosić miały Jaskółkom kolejne punkty. Właśnie tacy jak On, tworzyli tę lepszą
część historii klubu.
Zresztą Kotwa swoją dobrą grę zwieńczył 2 golami !.
Trzeciego gola dla gospodarzy zdobył Rufin Dubiel.

MECZ TOWARZYSKI UNIA TARNÓW - DYNAMO SWIERDŁOWSK

Nie mam odnotowanej dokładnej daty rozegrania tego meczu, ale myślę, że brak ten jest następstwem małego szoku, jaki przeżyli kibice Unii podczas tego spotkania.

Po meczu z Dynamo Swierdłowsk kibice zdobywali się jednak na  żarty, że goście pod maską jednej drużyny schowali pewnie po cichu zawodników z różnych klubów. Natomiast w prasie ukazały się notki, że w zespole tym występowali reprezentanci Kraju Rad, co tłumaczyłoby liczbę strzelonych przez nich bramek.
Inni kibice z poważnymi minami głosili, że przyjechała do nas drużyna hokeistów, bo tylko w hokeju strzelano tyle goli, co Rosjanie strzelili nam.
W czasie meczu nie było nam jednak do
śmiechu. Dynamo zagrało bowiem bardzo dobry mecz i obnażyło nasze braki
w obronie, co w świetle jej na ogół dobrej dyspozycji w lidze, musiało zdumiewać. 

Niewielu drużynom w całej historii Jaskółek
udało się nam wbić choćby w przybliżeniu tyle bramek, co Rosjanom.
Zbliżam się do tej liczby, krążę nad nią, niczym orzeł nad gniazdem, bo nie wiem, czy wystarczająco przygotowałem Was już na odbiór wiadomości, ileż to goli straciła wówczas Unia.
W końcu ten moment musiał jednak nadejść:  Unia dostała aż 8 goli /!!!/, jak to się mówi w plecy !.
Na szczęście końcowy rezultat nie wyglądał
już tak porażająco, bo i Jaskółkom, w tym meczu fighterów, udało się ustrzelić 4 gole. Ostateczny wynik sparingu: 4 : 8 /2: 4/.

Bramki dla podduszonych Jaskółek zdobył wyrastający na piłkarza dużego formatu Kotwa /2 gole/, po jednej bramce  Czarnecki oraz Rusinek, który w tak efektowny sposób zaawizował swój powrót do drużyny.
Mecz obejrzało 2 tysiące fanów Jaskółek.

Tymczasem szybkimi krokami zbliżała się runda rewanżowa w II lidze.
Podstawowe pytanie brzmiało: jakie cele stawia przed sobą zespół i jak je będzie realizował ?
Chciałaby dusza do raju, więc kibice rozprawiali o szansach na awans do I ligi.

Jak patrzę na to oczami zwykłego kibica, któremu nie dane było zaglądnąć za kulisy tarnowskiej piłki, to mam takie odczucie, że
nagroźniejszym rywalem dla Unii w tamtych czasach, a pewnie i niekiedy później, nie były ani Stale, ani Wawele, ani inne nacje.

Moim zdaniem największym przeciwnikiem Unii była ... sama Unia. Mieliśmy zespół,
który - jak pokazują to dotychczas rozegrane mecze, miał boiskowe "papiery" na grę w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Każdy może mieć w życiu swoje 5 minut.
I wicelider tabeli takie 5 minut od losu
otrzymał. Trzeba tylko mieć świadomość, że taka okazja może się już nie powtórzyć.
Czy Unia mogła powalczyć w przekroju całych
rozgrywek o I ligę i czy ewentualny awans nie przekroczyłby naszych ówczesnych realnych możliwości organizacyjno - finansowo - kadrowych, tego już nigdy się nie dowiemy.

Ale tak sobie myślę, czasem może i warto sięgać do gwiazd i nie baczyć na dalsze
konsekwencje, choćby po to, żeby po 50 - ciu latach można było napisać: "kiedyś to mieliśmy Jaskółki w ekstraklasie".
Ale nie narzekajmy - bo to co napiszę, to już nie marzenia: mieliśmy kiedyś świetny zespół na zapleczu ekstraklasy !. 

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
12 kolejka /runda rewanżowa/: UNIA RACIBÓRZ - UNIA TARNÓW

Kto szybko daje, ten dwa razy daje. Niestety, ale przysłowia nie zawsze się sprawdzają.
Piłkarze Unii postanowili bowiem bardzo szybko udzielić odpowiedzi kibicom na pytanie, o jakie to cele powalczymy na finiszu rozgrywek.
Nikt z tej odpowiedzi nie był jednak zadowolony.

Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel i Spodzieja
nie podbili Raciborza.
Kibice powracający z tego meczu mieli niejasne wrażenie deja vu. Napewno gdzieś to już widzieli.
Oczywiście w Rzeszowie !.
Podobnie jak tam, tak i w Raciborzu, Jaskółki przegrały 1:3.  Identycznie też, jak w Rzeszowie, do przerwy Unia trzymała fason i remisowała 0:0.
Tak samo, jak w meczu ze Stalą, dopiero w koncówce, bo w 81 minucie,  odpowiedzieliśmy gospodarzom jednym celnym trafieniem.
Honoru Tarnowa próbował ratować szczęśliwy strzelec bramki - Rusinek !.

W innych spotkaniach tej rundy Wawel nie miał kłopotów z Walterem, który pokonał 4:0, wysokie aspiracje potwierdziła Stal Mielec, która wygrała na wyjeździe w Naprzodzie 3:1,
Concordia Knurów pokonała 1:0 Szombierki Bytom, w interesującym meczu dwóch Stali, ta z Rzeszowa wygrała z imienniczką z Sosnowca 2:1, wreszcie  Legia Krosno  pokonała Piasta Gliwice 1:0.
 
Druga liga miała dwóch liderów: Wawel Kraków i właśnie raciborską Unię /po 17 pkt/;
3/ Stal Mielec - 16 pkt;
4/ - 5 / UNIA TARNÓW i Stal Sosnowiec - po 14 pkt; 
6/ - 7/ Concordia i Stal Rzeszów po 13 pkt;
8/ - 9/ Naprzód i Piast po 12 pkt;
10/ Legia - 10 pkt;
11/ Szombierki - 5 pkt;
12/ Walter - 1 pkt.

W 13 kolejce Unia miała gościć lidera rozgrywek: Wawel.

Praszczurowi jadącemu na ten mecz przebiła sie dętka w rowerze, pobrudził się przy jego naprawie, omal nie spóźnił się na mecz; jeszcze trzymał się twardo, kiedy zobaczył przed sobą 3 czarne koty przebiegające ulicę, ale mina mu zrzedła i wyszeptał  "pas", kiedy na jego drodze stanęły dwie zakonnice. Wszystko stało się jasne: Unia była skazana na pożarcie.
Wstrząs musiał być niemały, bo wszystko zostało dokładnie odnotowane na pożółkłej karteczce.

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
13 kolejka /runda rewanżowa/: UNIA TARNÓW - WAWEL KRAKÓW

Dla kogo trzynastka miała okazać się pechowa ?!.
Niczym na szalkach wagi kibice odmierzali szanse obydwu zespołów.
Odwracali głowę, kiedy wahające się szale po chwili powoli, powoli, ale jednak zaczynały przechylać się na stronę Wawelu.

Zespół ten, w odróżnieniu od Unii, wydawał się być zainteresowany awansem do ekstraklasy, był liderem i miał nad nami przewagę psychologiczną po pierwszym, wygranym z nami meczu.
W ostanich trzech kolejkach zabłysnął i trzy razy zwyciężył.

Ci, którzy próbowali niepostrzeżenie podciągnąć szalę z napisem "szanse Jaskółek", odwoływali się do formy piłkarzy zaprezentownej w dopiero co rozegranych przez Unistów spotkaniach sparingowych, w których ta dyspozycja nie była zła. No tak, ale to były tylko tylko sparingi, a zimny prysznic w Rzeszowie i Raciborzu wprowadzał zamęt i
niepewność do głów fanów.

Kibice Wawelu mieli zadowolone miny. Z tych materiałów, którymi dysponuję wynika, że w składzie Unii znowu zabrakło Rusinka. Zabrakło też Dubiela. To zdecydowanie osłabiało naszę możliwości w ataku.
Kto mógłby ich zastąpić ?.
W sparingach ze Stalinvarosem i Dynamem Swierdłowsk próbowano wyróżniających się
młodych wychowanków Unii.
Gaworzący przed meczem z Wawelem kibice
starali sobie przypomnieć jedno z nazwisk. No ten, co strzelił po dwie bramki Węgrom i "Ruskim", jakże on się nazywał ?
Antoni !, nieee, Antoni to imię, ale zaraz, zaraz, chyba Kotwa! Tak, Kotwa ! Junior
Jaskółek liczył sobie wtedy około 17 lat i w meczu z Wawelem znalazł się na boisku wśród swoich bardziej utytułowanych kolegów. To były
pierwsze kroki piłkarza, który po kilku sezonach miał sobie wypracować miejsce w podstawowym składzie Jaskółek i to na długie lata. Ale czasy, kiedy pomocy Unii nie wyobrażano sobie bez Jego osoby, miały dopiero nadejść.
Unia zagrała w składzie: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa /Kalemba/, Palemba, Spodzieja.

Często pierwsze minuty pokazują podejście zespołu do danego meczu.
Jeśli brać pod uwagę takie kryterium, to kibice Unii powinni spokojnie sposobić się do oglądania widowiska. Unia zaczęła zadziornie, a więc w stylu, do którego przyzwyczaiła swoich symaptyków przez większość II -go ligowych spotkań.
A że i Wawel potwierdził swoje aspiracje, na murawie rozgorzała wyrównana walka. Żadna z drużyn nie zamierzała odpuścić.

Młody Kotwa mógł zostać bohaterem spotkania. Po jego mocnym uderzeniu z dystansu piłka minimalnie minęła słupek bramki gości. W dobrej sytuacji znalazł się też Nowak, ale milimetry zadecydowały, że po jego
strzale kibice Unii nie wpadli w euforię.

Wawel nie imponował może techniką, czy poziomem gry, ale wkładał wiele
serca w swoje poczynania. Z ostro i zawzięcie grającym rywalem i Jaskółki nie mogły pozwolić sobie na piłkarskie fajerwerki, ale to co
prezentowały, wyglądało nadzwyczaj solidnie.
Siłowanie się obu zespołów nie przyniosło do przerwy żadnych efektów. "Połówka" zakończyła się rezultatem 0:0.

Po przerwie Unia ruszyła do ostrego natarcia. Szyki wojskowych zaczęły się łamać, używając terminologii wojskowej, możnaby stwierdzić, że
Unia zaczęła się wdzierać na przedpole wroga, ostrzeliwać go ogniem krzyżowym, aż wreszcie przedarła się w pobliże jego okopów. Te jednak
pozostawały nie zdobyte !

To, co rozegrało się w 74 minucie meczu, przynajmniej dla mnie, owiane jest mgiełką tajemnicy.

Piłkarze Wawelu po kolejnym kotle zgotowanym im na ich przedpolu nieco
się w tym momencie gubią, pozostawiają zawodnika gospodarzy bez opieki,
ten składa się do strzału, mocno uderza, piłka wpada do bramki !!!
Goool dla Unii !!!.
1 : 0 w meczu z liderem rozgrywek !.

Gdzież tu więc tajemnica ?
Otóż ze skrawka gazety wynika, że gola zdobył Kalemba, z odręcznego zapisku ołówkiem,
że ... Palemba i że stało się to w 84 minucie !!!.
Czas zrobił swoje i literka "P" przy nazwisku nie jest pierwszej jakości i może budzić wątpliwości.
Trenerzy nie powinni desygnować do gry zawodników, których nazwiska różnią się tylko jedną literką, to samo dotyczy braci, kuzynów itp.
Oczywiście najważniejsze jest, że to Unia zdobyła gola, a bramkę najchętniej zaliczyłbym na na konto "alemby" , ale to niemożliwe. Wobec problemów z jednoznacznym odczytaniem zapisku, tym razem pierwszeństwo przyznaję gazecie, która miała szczęście przechować się w lepszym stanie. Oficjalnie więc bramkę zapisujemy na konto Kalemby !.
Unia po zdobyciu szańców wroga, nie pozwoliła mu już na skuteczny kontratak. Sensacja w Tarnowie stała się faktem ! Unia wygrała 1 :0 !!!

Przepustki z koszar dla piłkarzy Wawelu powędrowały z hukiem do szaf pancernych, oni sami z hukiem do koszar wrócili, z kolei uszczęśliwieni kibice Unii, z jeszcze większym hukiem, pomaszerowali świętować niemały sukces Jaskółek !!!
Unia po raz kolejny potwierdziła drzemiące w niej wielkie możliwości !.
Prasa oczywiście zauważyła niespodziankę, ale też podkreślała, że Uniści już dawno wyrośli z roli Kopciuszka i powszechnie było wiadomym, że w tej lidze mogą wygrać z każdym.
Co poniektórzy po meczu kupili trzy czarne koty, żeby co tydzień przebiegały im drogę. Próba zakontraktowania dwóch zakonnic nie powiodła się.
Co nam dało zwycięstwo nad liderem, oprócz niewątpliwej satysfakcji i pochwał ?. O tym miały zadecydować wyniki z innych boisk, a przedstawiały się one następująco:
współlider rozgrywek, czyli Unia Racibórz po potężnej wymianie ciosów przegrała w Piaście 2:5 !, wyprzedzajaca nas w tabeli Stal Mielec poniosła sromotną porażkę w Sosnowcu aż 0:4 !, nasza sąsiadka z tabeli - Stal Rzeszów, nieoczekiwanie przegrała w Bytomiu z Szombierkami 0:1 ! i tylko Naprzód Lipiny planowo wygrał z Concordią Knurów 4:1, zaś
Walter Rzeszów potwierdził swój status czerwonej latarni,  ulegając Legii Krosno aż 1:7.

CZĘŚĆ 2 subiektywnych wspomnień o piłkarskiej historii ZKS UNIA TARNÓW 2011-02-28
CZĘŚĆ 2

Unia ostatecznie wygrała z Legią 2:0!!!

Oprócz wymienionych już graczy, na końcowy sukces zapracowała cała drużyna, ale
szczególnie ciepłe słowa kierowano jeszcze pod adresem Czarneckiego i Spodzieji, który dzielnie sekundował w ataku Rusinkowi.

W 3 kolejce doszło do kilku innych ciekawych konfrontacji.
Unia Racibórz przegrała u siebie z Wawelem Kraków 1:2 i to pokazywało moc naszego niedawnego rywala, Szombierki Bytom uległy Naprzodowi Lipiny 1:2, Stal Sosnowiec aż 1:4 przegrała z Concordią Knurów, Stal Rzeszów nie sprostała Stali Mielec i przegrała na własnym stadionie 0:1, wreszcie Piast Gliwice wygrał 2:1 z Walterem Rzeszów.

I właśnie do popularnych "Piastunek" przyszło nam wybrać się w 4 kolejce.

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

4 kolejka - PIAST GLIWICE - UNIA TARNÓW

Wiadomość, która wybijała z optymistycznego nastroju przed czwartą kolejką tyczyła Witka,
który wniósł tak wiele pozytywów do meczu z Legią. Grypa nie wybiera, ale tym razem wybrała właśnie Witka, dla którego nie było łatwo znaleźć zmiennika.

Trener uznał, że najlepszym zastępcą nominalnego napastnika Witka będzie nominalny... obrońca Kuciewicz ! Osłabiało to w istotny sposób naszą lewą flankę, ale poszerzało defensywne możliwości Unistów.
Snadź trener uznał, że Jaskółki nie mogą sobie pozwolić na zbyt otwartą grę w Gliwicach, albowiem klasa ich rywala wymagała niemałej
rozwagi w budowaniu przedmeczowej taktyki.

Piast zagościł na II ligowych salonach już w 1957 r., ale dodać należy, że dość szczęśliwie, bo w wyniku reorganizacji, rozszerzającej skład tej klasy rozgrywkowej. "Piastunki" skwapliwie skorzystały z okazji i na koniec sezonu zameldowały się w ścisłej czołówce II ligii. W 1958 r. apetyty kibiców nie zostały
zaspokojone, zespół nie był już tak dobry i zakończył sezon na bodajże 7 miejscu. Generalnie jednak Piast miał już wyrobioną markę, a już napewno większe doświadczenie ligowe, niż beniaminek z Tarnowa, a poza
tym już wtedy przewinęli się przez jego szeregi zawodnicy, których nazwiska już wówczas, albo wkrótce, miały stać się znane w całej
piłkarskiej Polsce.
Na nasze szczęście, w składzie nie było już gracza, który w Piaście pojawił się na krótko w 1953 / 1954 r. Akurat w sezonie, którym się
zajmujemy, czyli w 1959 r., piłkarz ten występował już w innym klubie i jako jeden z
nielicznych polskich zawodników, właśnie w 1959 r. otrzymał propozycję gry w królewskim REALU Madryt !!!!. Chciał go mieć również w swoim składzie słynny AC Milan !. Niestety nie otrzymywał zgody na przejście do europejskich sław. Starsi kibice wiedzą, że chodzi mi oczywiście o Lucjana Brychczego, którego
z Piasta przejęła drogą powołania Go do wojska warszawska Legia. Z licznych wspomnień Brychczego wynika, że próbował wyzwolić się z
nowego, aż nazbyt opiekuńczego klubu, ponoć w sprawie tej interweniował nawet stawiający pierwsze kroki w polityce Edward Gierek, ale siła argumentów wojska, albo raczej argumenty siły, okazały się nie do przeskoczenia. Brychczy pozostał na zawsze w Legii, został czterokrotnym mistrzem Polski, również czterokrotnym zdobywcą Pucharu Polski,
trzykrotnym królem strzelców polskiej ekstraklasy. To że był wielokrotnym reprezentantem Polski to rzecz oczywista, uchodził za jednego z najlepszych technicznie piłkarzy na Starym Kontynencie, ceniono też
Jego zmysł taktyczny. Tyle piszę o nie grającym już w Piaście w 1959 r. piłkarzu, gdyż akurat mamy z Jego osobą, jako kibice Unii,
szczególne wspomnienia. Zagrał w barwach Legii Warszawa przeciwko Jaskółkom w 1969 r. w pamiętnych bojach w półfinale Pucharu Polski !!! W ekstraklasie zdobył ponad 180 bramek. Mimo nienadzwyczajnych warunków
fizycznych potrafił przetrwać niejedną zmianę pokoleniową w Legii, grał w jej barwach w podstawowym składzie ponad 17 lat !!!. Z łezką w oczach wspominam walkę, czy wręcz prawdziwy bój unistów z drużyną
popularnego "Kici" we wspomnianym pólfinale, ale na opis tego meczu przyjdzie jeszcze czas !.
Tak więc to było nasze szczęście, że taki piłkarz nie występował w niebiesko - czerwonych barwach Piasta.

Ale w 1959 r. w Piaście pozostały jeszcze rodzynki, a zaliczyć do nich należy bez wahania Józefa Gałeczkę, który później, po przejściu do
Zagłębia Sosnowiec, został królem strzelców ekstraklasy, że o przywdziewaniu przez niego reprezentacyjnego stroju nie wspomnę. Świetnie grał głową.

A Unia ? - no cóż, oprócz chorego Witka posłała do boju wszystkich najlepszych swych piłkarzy. Trzymajmy więc kciuki za Rusinka, Spodzieję, czy Czekanowskiego, który po niegroźnym urazie właśnie ostro rozgrzewa się na płycie boiska Piasta...
Obok nich na boisku pojawili się: Tyliszczak Białas, Palemba, Guzy, Nowak, Czarnecki, wspomniany  Kuciewicz oraz Dubiel.

Zgodnie z przewidywaniami to Piast częściej "przesiadywał" pod naszą bramką. Skuteczny Czekanowski, wspierany dzielnie przez linię
obrony, a zwłaszcza przez Białasa, Palembę i Tyliszczaka, dawał nadzieję na dobry końcowy wynik, chociaż pod Jego bramką, nie raz i nie
dwa, porządnie się zakotłowało. Piast nie dopuszczał myśli o stracie choćby jednego
punktu na swoim boisku i wytrwale dążył do zdobycia gola. Słusznie zakładał, że utrata bramki zmusi rywala do większego odsłonięcia
się, a zadanie kolejnych ciosów będzie wtedy tylko kwestią czasu. W swoich ofensywnych zapędach miał jednak ograniczone pole manewru, jako że szybko okazało się, że zwłaszcza Palemba skutecznie ograniczył
ruchy prawoskrzydłowego gospodarzy. W tej sytuacji, nie mogąc znaleźć recepty na Palembę, Piast forsował grę przeciwległym skrzydłem, bądź środkiem boiska, co wyraźnie zmniejszało jego siłę rażenia. A kiedy
już "Piastunkom" udało się wyprowadzić w pole obronę Unii i stworzyć sobie dogodną pozycję do strzału, to natychmiast okazywało
się, że po stronie Jaskółek występuje w tym dniu jeszcze jeden dodatkowy gracz, zwany szczęściem. Ot, jak choćby w 32 minucie meczu, kiedy to rozpędzony napastnik Piasta, po pięknym wślizgu, wsunął nogę
pomiędzy dwóch obrońców Unii, czubkiem buta dosięgnął futbolówki,ale ta, w jakimś dziwnym kontredansie, wirując po murawie niczym bąk,
prześlizgnęła się obok lewego słupka naszej bramki i wyszła poza boisko. A wszystko to działo się nie więcej, niż 5 metrów przed naszą
bramką. Tak przynajmniej wynika to z odręcznego zapisku. Na odciążenie
swego przedpola Uniści nie mogli za bardzo liczyć, bo składnych akcji zaczepnych trójki naszych muszkieterów: Rusinka, Dubiela i Spodzieji,było w tym meczu jak na lekarstwo.

Jedenaście uśmiechniętych twarzy powitało gwizdek arbitra, kończącypierwszą połowę. To był promienny uśmiech na twarzach Unistów.
Twierdza "Unia" nie została zdobyta !, do przerwy było 0:0 !.

Po przerwie obraz gry nie uległ radykalnej zmianie: Piast prawie cały czas przeważał, miał więcej z gry, zaś Unia odgryzała się
zespołowymi akcjami swego ataku.
Aż do 55 minuty, kiedy to rozegrał się dramat jednej z drużyn i to bynajmniej nie po zespołowym zagraniu.

Tak się jakoś w tym spotkaniu układało, że ofensywne akcje Unistów najczęściej finalizowane były przez Spodzieję. Zapadł więc on w pamięci obrońców Piasta i zwracali na Jego poczynania szczególną uwagę. Kiedy więc w 55 minucie Spodzieja przymierzał się do kolejnego strzału, został nieprzepisowo przyblokowany, ot tak, na wszelki wypadek i
ku przestrodze na przyszłość. Sędzia odgwizdał rzut wolny. Do piłki
podszedł Czarnecki. Krótki rozbieg, sprytne rozegranie piłki, przejmuje ją  Guzy, strzela i ... gooool ! Unia obejmuje prowadzenie na stadionie Piasta, który oniemiał z wrażenia !!!.

Na nic zdał się zryw gospodarzy, na nic
ich liczne akcje. Wynik nie uległ już zmianie, Jaskółki zupełnie nieoczekiwanie tryumfowały na stadionie w Gliwicach. Po tym zwycięskim 1
: 0
na stadionie Piasta, dla wielu nie było już wątpliwości - II liga miała swoją rewelację, a Jaskółki stawały się powoli faktycznie czarnym koniem rozgrywek.
Kibice z Gliwic stracili po tym meczu nie tylko punkty, dobre samopoczucie i nadzieję na wyprzedzenie Tarnowian w II - ligowej tabeli, ale też i trenera Edwarda Metzgera, który tak się przejął porażką, że postanowił zwinąć żagle i przenieść się do innego klubu, na wszelki
wypadek takiego, który ... nie rywalizowałby z Unią.

W 4 kolejce za sensacyjny /oprócz wyniku Unii/ uznano rezultat potyczki Wawelu Kraków, który na własnym stadionie zaledwie zremisował z Legią Krosno !!!

Szombierki Bytom przegrały ze Stal Mielec 1:3
Concordia Knurów - Stal Rzeszów 0:0,
Naprzód Lipiny - Stal Sosnowiec 1:1,
Walter Rzeszów - Unia Racibórz 1:4.

Tabela przedstawiała się następująco:
Prowadził Wawel z 7 punktami, ale tuż za nim plasowała się Unia z 6 pkt /!!!/ i Concordia z takim samym dorobkiem.
Kolejne miejsca:
4 - 5/ Stal Mielec i Sosnowiec po 5 pkt
6 - 7/ Unia Racibórz i Piast po 4 pkt
8 - 9 - 10/ Stal Rzeszów, Legia, Naprzód po 3 pkt
11/ - Szombierki 1 pkt
12/ Walter - 0 pkt.

TOWARZYSKI MECZ UNIA TARNÓW - METAL TARNÓW.

Po 4 kolejce Jaskółki rozegrały sparing z Metalem. Zakończył się on niespodziewanie remisem 1 : 1.
Unia nie wypadła w nim przekonywująco. Co więcej - do przerwy prowadził Metal - po golu swojego najlepszego snajpera - Derlagi. Derlaga miał się w nieodległej przyszłości stać piłkarzem, a zarazem niezłym egzekutorem w barwach Jaskółek. Honorowego gola dla Unii zdobył, no kto ?!, oczywiście gromko odpowiemy - Rusinek !, tym razem z rzutu karnego.

Brać trenerska po dziś dzień ma co do spotkań sparingowych /zwłaszcza rozgrywanych przed sezonem/ "słowa - wytrychy".
Jeśli zespół wygrywa sparingi, napewno usłyszymy, że znakomicie przepracował okres przygotowawczy, że widać tego rezultaty itd.
Jeśli sparingi są przegrywane, natychmiast świat dowie się, że jesteśmy w fazie zgrywania drużyny, szukania nowych ustawień i rozwiązań taktycznych, albo że po ciężkim okresie przygotowawczym jest to naturalne. Po części to prawda, ale nazbyt często to parawan dla nieporadności, bądź próba zamaskowania własnych pomyłek.
Odnoszę jednak wrażenie, że drzewiej trenerzy mniej wydziwiali podczas sparingów z ustawianiem składu, eksperymenty miały swoje merytoryczne /a nie np. pozaboiskowe/ uzasadnienie, a utalentowanych graczy wykorzystywano na pozycjach, do których ich talent i predyspozycje najbardziej pasowały. Tak rozumiano dobro drużyny i jej perspektywy, ale to temat na inną rubrykę.
Po meczu z Metalem trener Unii nie szukał słów usprawiedliwienia i uznał że zespół, który tak dobrze spisuje się w lidze, nie ma prawa schodzić poniżej pewnego poziomu. Zapowiedział, że w kolejnym meczu Unia sięgnie ponownie po komplet punktów !. 

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

5 kolejka - UNIA TARNÓW - WALTER RZESZÓW.

Zapowiedzi trenera były jak najbardziej na miejscu, jako że naszym kolejnym przeciwnikiem był Walter, a więc zespół, który słabiutko rozpoczął rozgrywki. Zero punktów na koncie tej drużyny zapowiadało mecz do jednej bramki.
Przed tym spotkaniem piłkarze Jaskółek musieli zrobić porządny rachunek sumienia, przejść przez gęste sito weryfikacji i surowych sprawdzeń, bo rodowód rywala tego niewątpliwie wymagał. Tylko piłkarze nie mający niczego na sumieniu dopuszczani byli do rywalizacji z Walterem. Oczywiście z tym rachunkiem sumienia to żartuję, ale faktem jest, że korzenie gości tkwiły w Milicyjnym Klubie Sportowym "Spartak", który poprzez okres "Szturmowca" i "Gwardii" dobrnął do nazwy KS Walter, która z kolei nawiązywała do osoby Świerczewskiego /pseudonim "Walter"/, komunistycznego działacza i generała. 
Obecnie Policyjny KS Walter prowadzi mającą sukcesy nie tylko w kraju sekcję judo, silną, jak na warunki polskie sekcję badmintona,
strzelectwa sportowego, boksu i brydża sportowego. Przez ostatnie lata Walter walczył o zachowanie hali, trenował mimo braku ciepłej wody i odciętych mediów, aż pomocną dłoń wyciągnęła ku niemu Marma Rzeszów. Jednak czasy świetności sekcji piłkarskiej pozostały już tylko w pamięci najstarszych Rzeszowian.
Z nieco innej beczki - ostatnio miałem sympatyczne spotkanie ze znajomym kibicem z Rzeszowa, który w latach 50 - tych, od czasu do czasu, chadzał na mecze Waltera. Solennie zapewniał mnie, że nazwa klubu nawiązywała nie do osoby towarzysza Świerczewskiego, ale do nazwy broni - Walther. Będąc pod wrażeniem wyobraźni rozmówcy przyznaję, że nawet nie zdążyłem zaoponować.

18 kwietnia 1959 r., na mecz z Walterem, Jaskółki wybiegły w składzie: Czekanowski,Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy, Nowak, Leśniak, Czarnecki, Rusinek,
Dubiel, Spodzieja.
Nadal niedysponowanego Witka zastąpił Henryk Leśniak; widać było, że trener miał pewne kłopoty z zagospodarowaniem  pozycji po chorym Witku.

Zastąpić jednego z podstawowych graczy Unii nie było łatwo i niestety, ale i Leśniakowi w
tym meczu sztuka ta się nie udała. Miano do niego pretensje, że swoim występem nie nawiązał do klasy chorego kolegi.
To jest tak, że faktycznie apetyt rośnie w miarę jedzenia. Kibice Unii - podczas meczu - a
publikatory już po nim, narzekały jeszcze na wiele innych rzeczy, zapominając o kilku drobnostkach, a przede wszystkim o tym, że Unia była beniaminkiem i o tym, że grała w II lidze, czyli obecnej I lidze !!!.
A to narzekano na niedbałe rozgrywanie piłki przez defensywę Jaskółek, a to nie podobało się nadmierne kiwanie  Rusinka, który faktycznie w tym meczu jakby zapominał na czym polega gra zespołowa, na słabe tempo i ... dziesiątki innych drobnych już mankamentów w grze gospodarzy.

Tymczasem mecz zaczął się niczym najpiękniejszy sen.
Jeszcze kibice nie zdążyli rozłożyć gazet, jako podkładek na stadionowej "prostej", jeszcze nie zdążyli ocenić wyjściowego składu Jaskółek, a co poniektórzy nie zdążyli pewnie jeszcze
odwinąć pieczołowicie upchanych w kieszenie marynarek bidonów z herbatą, gdy... gdy można było już z całych sił krzyczeć: gooool !.
Tak, tak - Dubiel już w 1 minucie spotkania zdobył prowadzenie dla Unii !!!. Radości i wrzawy było co niemiara, a na stadionie rozpoczęło się snucie domysłów, ile to jeszcze goli Unia zaaplikuje Walterowi. Szybko
zdobyty gol może wywołać, w największym uproszczeniu, dwojakiego rodzaju skutki - albo niesionych na skrzydłach piłkarzy usposobi do
szybkiego podwyższenia rezultatu, albo wprowadzi drużynę w stan błogiego samozadowolenia. Unia odnalazła się i zdecydowanie lepiej poczuła w stanie błogości. Rzeczywiście od momentu zdobycia gola brakowało szybkich akcji, piłka była rozgrywana sennie, w sposób łatwy do rozszyfrowania. Atak
pokazywał co to znaczy tzw. "szkoła krakowska" futbolu, motając się w podania, jak to mówił Kazimierz Górski, według schematu:
"Ty do mnie, ja do Ciebie", było wiele nazbyt koronkowych akcji, którym brakowało wykończenia. Napastnicy uznali, że nadarzyła się okazja do podreperowania własnego konta bramkowego i wdawali się w dryblingi, dryblingi, dryblingi, które jednak tym razem efektu nie
przynosiły. Spłoszony Walter skomasował swoją obronę i indywidualnie  trudno było się przez nią przebić. Zbyt dużo akcji "szło"
środkiem boiska, a na dodatek i atak miał w tym dniu dziury, jako że i Spodzieja grał w sposób niezbyt przekonywujący.
Tak to jest, że jak zespół sam wybije się z rytmu, to później niekiedy trudno jest zaskoczyć na normalne obroty. Odczuł to słabiej
poczynający sobie w tym meczu Rusinek, który pod koniec spotkania otrzymał dzięki podaniom kolegów, aż dwie znakomite okazje na podwyższenie wyniku. Rzadko mu się
dotychczas zdarzało, aby po takich "setkach" podnosił ręce do góry tylko po to, aby złapać się za głowę, wcześniej najczęściej podnosił je
w gestach radości. No cóż, czasem i najlepszy musi złapać się za głowę, czasem nawet i dwa razy.
Unia w tym meczu nie zdobyła już więcej goli, a że sztuka ta nie udała się i Walterowi, Jaskółki wygrały kolejny II - ligowy pojedynek 1: 0
/1: 0/ !!!
Gwoli historycznej prawdy dodać należy, że nazajutrz niektóre media pochwaliły za poziom gry Tyliszczaka. Obiektywnie
również stwierdzić należy, że mimo wszystkich wskazanych mankamentów, zwycięstwo przypadło Unii w sposób jak najbardziej zasłużony, była ona zespołem lepszym i miała w tym meczu przewagę.

W pozostałych meczach tej kolejki padły następujące rezultaty:
Stal Sosnowiec - Szombierki Bytom 2:1,Legia Krosno - Unia Racibórz 1:1, Stal Rzeszów -Naprzód Lipiny 1:1, Wawel Kraków - Piast Gliwice  2:0, Stal Mielec - Concordia Knurów  2:0. 

TABELA po 5 kolejkach:

1/ Wawel - 9 pkt
2/ UNIA TARNÓW - 8 pkt
3/ - 4/ Stal Sosnowiec i Mielec - po 7 pkt
5/ Concordia - 6 pkt
6/ -7/ Naprzód i Unia Racibórz - po 5 pkt
8/ - 9/ - 10/  Piast, Stal Rzeszów oraz Legia po 4 pkt
11/ Szombierki - 1 pkt
12/ Walter - 1 pkt.

Spotkanie towarzyskie: UNIA - reprezentacja Ludowych Zespołów Sportowych okręgu krakowskiego.

Trener postanowił zaordynować piłkarzom ostry trening strzelecki. W roli "chłopca do bicia" wystąpiła reprezentacja LZS. Z tej roli wywiązała się znakomicie. Bramki padały niczym z rogu obfitości. Szczególnie błysnął Czarnecki, który aż 4 razy umieszczał piłkę w siatce rywali, po jednym trafieniu zaliczyli powracający po chorobie do drużyny i do formy  Witek, dalej: Spodzieja i Palemba.
Kibice nieco dziwili się, że Unia przed kolejnym meczem ligowym ćwiczyła różne warianty ataku, skoro wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że w 6 kolejce będziemy raczej skazani na obronę.

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

6 kolejka - STAL SOSNOWIEC - UNIA TARNÓW

W 6 kolejce przyszło bowiem Unii powalczyć na boisku depczącej nam po piętach Stali Sosnowiec /późniejsze Zagłębie Sosnowiec/.
Rywal miał już na swoim koncie godne uznania
sukcesy.
Zaledwie 4 lata wcześniej drużyna ta została wicemistrzem Polski i to w pierwszym roku swoich występów w najwyższej klasie
rozgrywek !. Z kolei zaledwie 1 rok wcześniej opuściła ona szeregi I ligii i nie kryła apetytu na szybki powrót do grona najlepszych !.
 
Naprzeciw nas miał stanąć zespół, który już w
latach 50 - tych przygotowany był na EURO 2012 !. Unia miała zagrać na otwartym w 1956 r. stadionie, którego pojemność w tamtych latach oceniano na około 30 tysięcy widzów !. Inuguracyjny mecz I ligi  z zespołem Gwardii Bydgoszcz, oglądnęło tam podobno 40 tysięcy
ludzi !.

Na dodatek w meczu z Unią miał zagrać w barwach naszego rywala piłkarz, którego pseudonimy "Prezes", "Król", mówiły wszystko
za siebie. Jeśli nie mówiły, to wystarczy dodać, że zawodnik ten walnie przyczynił się do zdobycia wspomnianego tytułu wicemistrza kraju przez Jego zespół. Zresztą niewiele brakowało, by wprowadził drużynę na najwyższy stopień podium. W decydującym o
tytule mistrza Polski meczu z warszawską Legią /wówczas CWKS/, strzelił gola na miarę tytułu już w 30 sekundzie spotkania /!/, ale
Legia wkrótce wyrównała i to ona przywdziała koronę, wyprzedzając Stal zaledwie 1 punktem.

Jeśli i to nie robi na nikim wrażenia, to dodam, że zawodnik ten miał już w swojej kolekcji jeszcze jeden srebrny medal w mistrzostwach kraju, zdobyty w barwach Wawelu Kraków. Jeszcze mało ? - no dobrze, to dorzucę, że był 3 - krotnym reprezentantem Polski, jako że w
1955 r. zagrał w spotkaniach międzypaństwowych z NRD /Niemiecką
Republiką Demokratyczną/, Węgrami i Norwegią.
Poza tym zagrał także 3 razy w meczach reprezentacji Polski „B”. Zresztą mecz z Unią nie oznaczał dla niego schyłku kariery, jako że w latach 60 - tych jeszcze 2 -krotnie, z tym samym zespołem, zdobywał Puchar Polski i kolejny raz srebrny medal drużynowego wicemistrza naszego kraju.

Jeśli nadal obojętnie przyjmujecie informacje o czołowym snajperze naszego najbliższego przeciwnika, to jeszcze dodam, że podczas
czekającego nas właśnie meczu, piłkarze Jaskółek omal że nie zlinczowali tego świetnego snajpera, a już napewno największą
ochotę na to miał nasz bramkarz Czekanowski.

Niewiele brakowało, a mielibyśmy niezły pasztet /dyscyplinarny, a nie z piłkarza gospodarzy/ !.

Piłkarz zwał się Czesław Uznański,  i zapewne długo pamiętał epizod, w wyniku którego,  na oczach wielbiącej go, miejscowej publiczności, musiał salwować się ucieczką z naszego pola
karnego przed rozsierdzonymi do granic możliwości piłkarzami Unii.

Od pierwszych minut meczu ze Stalą rozgorzała mordercza walka. Nikt się nie oszczędzał.
Unia podjęła rękawicę, postanowiła zagrać odważnie i jeśli ostatecznie miałaby polec, to po ofiarnej grze. To było tak: strzał za strzał, akcja za akcję, wślizg za wślizg. Z czasem doszło do rzeczy niespodziewanej. Jakaś niesamowita bojowość Unistów sprawiła, że Stal zaczęła mięknąć niczym w martenowskim piecu. Unia uzyskała przewagę w polu. Licznie przybyli na mecz kibice z Tarnowa zrozumieli, po co trener Skoraczyński zaaplikował swoim podopiecznym solidny trening strzelecki w meczu towarzyskim z LZS.
W spotkaniu z o niebo lepszym przeciwnikiem Unia prowadziła otwartą, odważną i prawdziwie męską grę !.  
Ale goli nie było. Piłka mijała minimalnie bramkę Stali, albo stawała się łupem jej bramkarza.
Trzeba było jednak mieć się cały czas na baczności, gra była szybka, piłka mogła w każdym  momencie znaleźć się na przeciwległym krańcu boiska.

W 31 minucie rozpędzone Jaskółki pozostawiają na moment nieobstawionego
Ząbczyńskiego. Czekanowski coś krzyczy, widzi nadciągające niebezpieczeństwo.
Uniści próbują jeszcze ratować sytuację i złapać  gracza Stali na "spalonego". Ale dogodne ustawienie Ząbczyńskiego dostrzega też Jego partner z drużyny Smitowski, szybka decyzja, podkręcona piłka ląduje idealnie przed Ząbczyńskim, strzał, gol !!!!.
Niestety, ale przegrywamy 0 : 1. Takim też wynikiem kończy się pierwsza połowa tego emocjonującego widowiska.

Schodzących na przerwę piłkarzy żegnają gromkie brawa.

Po przerwie obraz gry nie ulega zmianie - Unia zadziwia wszystkich swoją postawą !. Beniaminek stawia twarde warunki pretendentowi do awansu.
 
Aż nadchodzi 60 minuta. Jakieś niegroźne dośrodkowanie, jakieś zamieszanie pod bramką Czekanowskiego, przepychanki, ktoś coś krzyczy, ktoś się przewraca, sędzia nie ma ułatwionego zadania, piłkę raz po
raz zasłaniają mu zawodnicy kotłujący się na naszym przedpolu bramkowym.
Wreszcie do chwilowo bezpańskiej piłki dopada Uznański, strzela i ufff !!!, możemy odetchnąć - Czekanowski jest na posterunku, wyłapuje strzał !. Mocno przyciska piłkę do piersi, niebezpieczeństwo zostaje zażegnane !.

Ale cóż to ? stary wyga Uznański i wspierający Go Ciszka nie kończą akcji, napierają na Czekanowskiego, krok po kroku wpychają go do  siatki naszej bramki.
Wreszcie zdezorientowany Czekanowski ląduje wraz z piłką w swojej bramce !. Gwizdek sędziego. Ufff !. Można po raz kolejny odetchnąć !!!
Wolny dla Unii. Ale co to się dzieje, cóż to oznacza ?! - ręka sędziego Raczkowskiego z Lublina wskazuje ... środek boiska !!!.
Gol zostaje uznany - jest 2:0 dla Stali !!!.

Uznański i Ciszek wieją z naszego pola karnego niczym rącze jelenie, a szybkości ich ruchom dodaje bynajmniej nie radość ze zdobytego gola, ale goniący ich obrońcy Unii z Czekanowskim na czele. Na
szczęście nie dopadli ich, przyszło opamiętanie /kibice Unii później żartowali, że trener Skoraczyński po tym meczu ćwiczył z Czekanowskim i obrońcami sprinty, coby większą skuteczność im wpoić w pogoni za umykającym rywalem, ale to była oczywiście anegdotka, mająca na celu rozładowanie złości i frustracji po tym niefortunnym dla nas zdarzeniu/ .
Niestety, ale sędzia spotkania pozostał
niewzruszony na krzyki i protesty Unistów i nie zmienił swojej decyzji.
Na drugi dzień przynajmniej niektóre gazety uczciwie doniosły, że Czekanowski
został nieprzepisowo wepchnięty do bramki wraz z piłką, a sędzia winien odgwizdać rzut wolny dla Jaskółek !.

Po utracie takiego gola w Unię wstąpiła furia. Zespół, jak jeden mąż, całą swoją złość przelał na grę. 
Gazety w dniu następnym też napiszą: "Unia przeszła do huraganowego ataku" !, a bezpośredni obserwatorzy tego meczu, których relacjami dysponuję, opowiadali, że w języku polskim nie ma określenia, które oddawałoby wolę walki Unistów z tej fazy meczu. Ponoć niektórzy głośno dopominali się, by trener przywiązał  Władysława  /Czekanowskiego/ do słupka naszej bramki, bo ten wyraźnie wyrywał się do przodu - nie wiadomo było tylko, czy po to by złowić gola, czy też po to, by złowić Uznańskiego.
Trzeba jednak obiektywnie dodać, że Stal nieco zmieniła taktykę, już rzadziej bawiła na naszym przedpolu, a jej gracze, w tym zwłaszcza wspomniany strzelec drugiego gola, dziwnie szerokim łukiem omijali świątynię Czekanowskiego

Tym razem jednak sprawiedliwości nie stało się  zadość - Unia w tym meczu  gola nie zdobyła !.

To emocjonujące spotkanie zakończyło się wygraną Stali 2 : 0.

Sosnowiecka publiczność na stojąco podziękowała Jaskółkom za stworzenie pięknego widowiska, ale to była jedyna osłoda po tym przegranym meczu.
Kibice Unii znacząco żegnali piłkarzy Stali: "do zobaczenia w Mościcach !".
No, może pozostała jeszcze jedna osłoda: Unia pokazała odważny, szybki i stojący na dobrym poziomie futbol, napędziła niemało strachu faworyzowanym gospodarzom !!!.

Tak na marginesie: jako się rzekło na stadionie była gromadka sympatyków Jaskółek. 
W tamtych latach kibice, aby szybko poznać wynik meczu, musieli albo jeździć za drużyną, co niekiedy wcale nie było takie proste, albo mieć "jeżdżących" sąsiadów, albo po prostu czekać na poranną prasę. Jeżeli myślicie, że internet i komórkę wymyślono w starożytności, to wyprowadzam Was dzisiaj z lekkiego błędu. Żeby szok nie był totalny, jedynie delikatnie zaznaczę: urządzenia te skonstruowano  
n i e c o  później. Zresztą i telefon był towarem
nadzwyczaj luksusowym. W Krakowie był później  jeszcze taki sympatyczny zwyczaj,
że pod wieczór podchodziło się pod budynki, w których mieściły się redakcje wydawanego od 1948 r. Tempa, Gazety Krakowskiej lub innego
publikatora, i tam kibice mogli od "Panów Redaktorów" co nieco się dowiedzieć, bądź też wypatrywali wyników swojej drużyny,
wywieszanych na specjalnych tablicach. Najgorzej bywało, kiedy pod oknem
redakcji zjawili się fani rywalizujących zespołów, a już w ogóle fatalnie, kiedy jako pierwsi dotarli tam kibice zespołu, który przegrał.
Dostęp do wiadomości był wtedy, lekko mówiąc, nieco utrudniony.
Nie potrafię już operować datami, ale sam byłem też świadkiem takiego oto zdarzenia, że  przez otwarte okno, jakiś pracownik
gazety darł się wniebogłosy, wieszcząc w ten sposób wygraną Cracovii. Sądząc po rozwianym włosie i obłędzie w oczach, niechybnie był to zwolennik zwycięskiego zespołu.  
W pozostałych meczach 6 kolejki Naprzód Lipiny wygrał z Wawelem 1:0, Unia Racibórz rozgromiła Szombierki Bytom 4:0, Piast Gliwice wygrał ze Stalą Mielec 2:1, w derbach Rzeszowa Walter  stawił opór Stali i nic ponadto, jako że zgodnie z prognozami przegrał 1:2, wreszcie Concordia Knurów wygrała z Legią Krosno aż 4:1. 

Tabeli strzelców II ligi grupy południowej przewodził Urbas z Unii Racibórz z 5 trafieniami. W czołówce byli jeszcze: Jego kolega klubowy - Michalski oraz Wilczek z Concordii. W Unii najwięcej bramek zaliczył Rusinek /2/ oraz Witek, Guzy i Dubiel /po 1/.
Na marginesie, jako ciekawostkę podam, ze liderem strzelców w III lidze był znany nam już Derlaga z Metalu Tarnów z 9 golami na koncie.
Nie myślcie sobie, że nasi strzelcy ustępowali pola jakimś przypadkowym graczom !. Co to, to nie !!! Na ten przykład Manfred Urbas 
był  obok olimpijczyka i reprezentanta kraju Mariana Norkowskiego rekordzistą w ilości posiadanych tytułów króla strzelców w polskiej II lidze. Tytuł ten zdobywał trzykrotnie w barwach Unii Racibórz (w latach 1958, 1959 oraz 1960) !!!. Ten przykład także uświadamia z kim wówczas rywalizowały Jaskółki !!!.


Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

7 kolejka: UNIA TARNÓW - NAPRZÓD LIPINY

Kolejnym przeciwnikiem Jaskółek miał być
zespół, któremu ... zakazano awansu do I ligii. Oczywiście zakaz był nieformalny, nigdy nie został publicznie potwierdzony, ale przekonanie o jego istnieniu i mocy sprawczej przetrwało do dnia dzisiejszego.
Naprzód Lipiny, bo o nim to mowa, doskonale orientował się w tej sytuacji, ale niewiele mógł zdziałać. Siła złego na jednego !.
Drużyna mająca w składzie świetnych graczy, z reprezentantami kraju i królami strzelców na czele itd. "nie mogła" i nigdy nie awansowała do I ligii, choć w II lidze grała i to przez kilkanaście lat !

Wszystkiemu była ponoć winna... II wojna światowa !. Jak wiadomo, w czasie II wojny światowej za grę w piłkę nożną można było
stracić życie !. Ale nie na Śląsku !
Tam, jak najbardziej oficjalnie ganiano za "gałą" aż do 1945 r !. Ganiał też i Tum und Sport LIPINE obok np. FC Kattowitze, czy też TuS
Swientochlowitze, że o Hindenburgu nie wspomnę. W składach tych drużyn grali oczywiście polscy piłkarze, którym niejednokrotnie "przerabiano" nazwiska na bardziej "poprawne".
W konsekwencji tego Polacy też zdobywali gole w niemieckiej Gaulidze i w meczach o Puchar Niemiec /Tschammer Pokal - nazwa
od nazwiska ministra sportu III Rzeszy/. Wszystko to było wówczas mocno
pogmatwane, podobnie jak i życiorysy tamtejszych piłkarzy i ich macierzystych klubów.
Władza Ludowa po 1945 r. nie zapomniała jednak tego i żale działaczy z klubu o już bardziej swojskiej nazwie Naprzód Lipiny, tyczące sekowania ich i uniemożliwiania awansu do I ligii pewnie i polegały na prawdzie.
Działacze Naprzodu jeździli nawet do piłkarskiej centrali w Warszawie, by przełamać tę barierę, a przynajmniej, by złożyć raport na kolejnych sędziów, którzy ponoć solidarnie pilnowali, by przypadkiem Lipinianom nie udało się zmylić czujności decydentów. Wszystko na
próżno - ten mający bardzo dobrych piłkarzy klub nigdy nie wychylił nosa poza II ligowe opłotki, chociaż piłkarsko był na to świetnie
przygotowany.

Wracając do Naprzodu dodać należy, że wizytówką tego klubu był m.in. reprezentant Polski, napastnik Józef Kokot, który zdobył pierwszego gola w historii II - go ligowych występów Naprzodu w bodajże 1949 r. Naprzód się nim szczycił, chociaż w reprezentacji zagrał tylko jeden raz - w 1954 r. z Bułgarią. Grał też w barwach Legii Warszawa i ŁKS -u Łódź. Po tych peregrynacjach w 1955 r. powrócił do macierzystego klubu, ale do meczu z
Unią już się nie sposobił, albowiem właśnie w 1959 r. przeszedł do Górnika Radlin.

"Okrętem flagowym" Naprzodu był jednak Ryszard Piec. Może o Ryszardzie Piecu dotychczas nie słyszeliście, ale myślę, że niejednemu z Was obił się o uszy legendarny już mecz Polski z Brazylią na mistrzostwach świata w 1938 roku. To wtedy aż 4 gole zdobył Ernest Wilimowski, co i tak na niewiele się zdało, bo Brazylia wygrała z nami
po dogrywce 6:5. Ryszard Piec zagrał wówczas w podstawowej jedenastce ! W ogóle to przywdziewał biało - czerwony trykot ponad 20 razy !
Oczywiście w 1959 r. już w piłkę nie grał.

Ale skoro już padło nazwisko Wilimowskiego, to nie mogę odpuścić sobie i Jego historii, choć nigdy nie reprezentował On Naprzodu Lipiny, to jednak jego życie dobrze ilustruje te wszystkie pogmatwane sprawy. Jego rekord w liczbie strzelonych goli podczas jednego występu na Mistrzostwach Świata przetrwał aż 56 lat /!!!!/, bo do 1994 roku, kiedy to Rosjanin Salenko wpakował 5 goli Kamerunowi !. Wilimowski był więc bohaterem narodowym i nikomu wówczas nie przeszkadzało, że Jego nieżyjący już ojciec był żołnierzem Cesarstwa Niemieckiego.
Ale już skrzętnie skrywanym po wojnie epizodem stał się mecz rozegrany w 1942 r. na stadionie w Bytomiu, pomiędzy reprezentacjami Niemiec i Rumunii. Mimo, że nie grała reprezentacja Polski, mimo że był to środek straszliwej okupacji, przyszło go obejrzeć ponad 50 tysięcy Polaków /!!!/, a wszystko po to, by zobaczyć w akcji reprezentanta Niemiec - niejakiego Ernesta Wilimowskiego, który w międzyczasie podpisał volkslistę !
Oczywiście nazwisko Wilimowskiego zniknęło z kart ówczesnych wydawnictw ...

Wracając do legend Naprzodu - w szerokiej kadrze na mistrzostwa w 1938 r. był jeszcze jeden Piec /Wilhelm/, także zawodnik z Lipin !, ale na mistrzostwa nie pojechał.
Grał w Naprzodzie jeszcze pod koniec lat 40 - tych.
No i wreszcie zawodnikiem Naprzodu był ... Antoni Piechniczek, późniejszy trener reprezentacji Polski. Do Naprzodu przyszedł rok po meczu z Jaskółkami, czyli w 1960 r., ze Zrywu Chorzów. Piechniczek miło wspomina czas spędzony w Naprzodzie, chociaż podobno został kiedyś poturbowany przez własnych kibiców, ale o tym dlaczego tak się stało,
powspominamy przy okazji opisu kolejnego sezonu Unii w II lidze.
Tak więc tych wymienionych graczy Naprzodu w meczu z Jaskółkami nie zobaczyliśmy, ale świadomość, że klub ten był w stanie wychować, bądź sprowadzić tak znane postaci, musiał budzić szacunek.

W tym kontekście dla nas istotniejsza jednak była wiadomość, że w szatni Naprzodu do meczu przygotowywał się inny wyróżniający się gracz tej drużyny, napastnik - Józef Kasprzyk, który /uprzedzę nieco fakty/, został królem strzelców II ligii grupy południowej w 1960 r.

Jak więc widzicie po raz kolejny, na drodze Unii w II lidze stawały rzeczywiście przednie marki, ale to nie dziwiło - II liga była wówczas
naprawdę mocna.

Czas przejść do samego meczu.

UNIA TARNÓW - NAPRZÓD LIPINY

O klasie i aktualnej formie danego zespołu, niekiedy znakomicie mówi zachowanie i taktyka na boisku, przyjęta przez rywali. Gdyby te elementy wziąć pod uwagę w tym meczu, to uprawnionym byłby wniosek, że i klasa
i forma Unii były wysokiej próby.
Meczowi towarzyszyły czary i magia na poziomie co najmniej woo - doo lub Kaszpirowskiego. Naprzód Lipiny  przywiózł ze sobą do Tarnowa sprowadzonego z USA, wówczas zaledwie trzyletniego iluzjonistę Davida Cooperfielda. 
Oto bowiem stary wyjadacz, jakim niewątpliwie w II - ligowym towarzystwie był Naprzód, pojawił się na murawie po to, by za chwilę ze znacznej części boiska ... zniknąć. Dla zachowania obiektywizmu muszę jednak dodać, że nieobeznani z magią kibice  twierdzili, że to nie były  czary, ale świadomie przyjęta taktyka, zgodnie z którą  Naprzód prawie całkowicie
wycofał swoich graczy z naszej połowy.

Najważniejsze z tego jest to, że Naprzód skomasował obronne szańce, okopał się w nich, nie wychylał stamtąd nazbyt nosa i czekał
na pierwsze uderzenie. Nie było wątpliwości: Naprzód czuł respekt przed beniaminkiem i doceniał jego klasę, stąd też swoją energię poświęcił w przeważającej części meczu na paraliżowanie naszych ataków. Nie zapominajmy, że Naprzód przyjechał do Tarnowa w glorii zwycięzcy w meczu z Wawelem, którego w poprzedniej kolejce
pokonał u siebie 1 : 0 !
Przy takiej postawie rywala Unia szybko  uzyskała wyraźną, chwilami miażdżącą przewagę. Gra kombinacyjna w polu mogła się podobać, a celowali w niej, jak to wtedy
mówiono, "łącznicy": Guzy i Nowak.
Na marginesie - jak to niekiedy nazwy oddają przemiany zachodzące w piłce nożnej.
Łącznik, to oczywiście piłkarz, który miał "łączyć" obronę z atakiem. Z czasem słowo to obumierało w ustach sprawozdawców
sportowych, a obecnie jest już zapomnianym reliktem dawnego stylu gry. W futbolu totalnym na zawodników z linii pomocy nakłada się bardziej skomplikowane zadania, aniżeli dawniej to bywało i to w grze ofensywnej,
jak i w destrukcji, a więc i samo słowo "łącznik" przestało precyzyjnie oddawać istniejący stan rzeczy.
Gra kombinacyjna Unii stała więc na dobrym poziomie, ale niestety w tym dniu Uniści mieli rozregulowane celowniki, a i swoje robiła uszczelniona obrona Naprzodu.
Napisałem powyżej, że Naprzód "prawie" całkowicie wycofał swoich graczy, a jak wiadomo to "prawie" czyni niekiedy
zasadniczą różnicę.
Na swoją szansę czyhał wspomniany już przeze mnie w poprzednim odcinku
Kasprzyk. W 20 minucie doczekał się swojej szansy i jak to było w Jego zwyczaju, jej ... nie zmarnował !!!. Unia, pomimo przewagi w polu, od 20 minuty tego spotkania przegrywała 0 : 1 !!!
Taktyka gości, wsparta umiejętnościami, święciła tryumf !!!.
Na szczęście dla nas, ta wpadka  nie podcięła skrzydeł Jaskółkom. Napór trwał i czuło się, że w końcu przyniesie nam bramkowe okazje.
I faktycznie: przy stałym naporze Jaskółek i ta na pozór nie do przejścia linia gości popełniła błąd, który w 30 minucie przyniósł
nam rzut karny !!!.
Szał radości na trybunach !!!!. Do piłki podszedł Witek. Wyglądał na skupionego, raczej nie zawodził w takich momentach. Podbiegł do futbolówki, kropnął w nią, i ...
Potem to już był tylko jęk zawodu i łapanie się za głowy. Tak fatalnie wykonanego rzutu
karnego dawno na Unii nie widziano ! Nie było gola, zespół tym razem wyglądał na załamany i pogubiony.
Piętno niewykorzystanej szansy i to przy prowadzeniu gości, najmocniej
odbiło się właśnie na dalszej grze pechowego strzelca. Jego dalszą postawę najlepiej ilustruje prasowa notka, którą pozwolę sobie
zacytować: "od tego momentu chodził jak błędna owca" !.
Trzeba przyznać, że ówcześni dziennikarze nie bawili się w konwenanse.
Dalsze bicie głową w mur, z niewiadomym skutkiem, nie było najlepszą perspektywą.
Na szczęście w ataku Unii znajdowali się piłkarze, którzy z niejednego pieca chleb jedli i nie raz takie sytuacje przeżywali. Najwięcej zimnej krwi zachował Rufin Dubiel, który w 35 minucie /według odręcznego zapisku, którym dysponuję, bo według informacji prasowej w 25 minucie/,  doprowadził do wyrównania !!!
1:1, mecz zaczynał się jakby od początku !
Z perspektywy ponad 50 lat, te 10 minut różnicy jakoś musimy przełknąć.
W całym meczu znakomicie bronił bramkarz gości Stachak. Mam odnotowaną odręcznie uwagę, że tuż po wyrównaniu stanu spotkania, Unia stanęła przed kolejną świetną okazją na podwyższenie rezultatu. Jaskółkom
udało się przebić w bezpośrednie sąsiedztwo Stachaka i tylko jego ryzykowna interwencja sprawiła, ze dosłownie zdjął piłkę z buta
szykującego się do strzału z najbliższej odległości Dubiela.
Pierwsza połowa zakończyła się rezultatem 1 : 1.
Po przerwie Unia nadal przeważała, ale za dużo było gry środkiem, co ułatwiało zadanie rywalom. Swoją kolejną szansę na podwyższenie wyniku zmarnował Dubiel. W jego ślady poszedł Witek, szkoda bo niewątpliwie zdobycie bramki by go  podbudowało. Pomoc wypracowała także dobrą pozycję strzelecką dla Czarneckiego, ale i po jego uderzeniu wynik nie uległ zmianie.

Po tej mnogości zaprzepaszczonych sytuacji, zawodnicy z ataku nie mogli spodziewać się pochwał i rzeczywiście ich nie otrzymali. Wyróźniono graczy z linii obrony: spokojnego  Tyliszczaka i dzielnie mu sekundującego Białasa.

Końcowy wynik meczu Unia - Naprzód to remis 1 : 1. Patrząc na przebieg spotkania, powinniśmy je wygrać, ale przecież i tak jeden punkcik został dorzucony do zasobnego już skarbczyka !.

7 kolejka przyniosła następujące wyniki:

Wawel nie pozostawił złudzeń Concordii i wygrał 5:0, w takim samym stosunku bramkowym Szombierki wygrały z Piastem i to była superniespodzianka, Stal Rzeszów - Unia Racibórz 0:0, Stal Mielec - Walter 1:0,  Legia Krosno - Stal Sosnowiec 0:0.

Te wyniki oznaczały następujący układ tabeli:

1/ WAWEL - 11 pkt;
2/ STAL SOSNOWIEC - 10 pkt;
3/ - 4/ UNIA TARNÓW i STAL MIELEC po 9 pkt;
5/-6/-7/ CONCORDIA, NAPRZÓD i UNIA RACIBÓRZ po 8 pkt;
8/ STAL RZESZÓW - 7 pkt;
9/ PIAST - 6 pkt;
10/ LEGIA - 5 pkt;
11/ SZOMBIERKI - 3 pkt;
12/ WALTER - 0 pkt.

Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

8 kolejka: UNIA TARNÓW - SZOMBIERKI BYTOM

Kolejny rywal i kolejna piękna sportowa karta. Szombierki miały już za sobą występy w ekstraklasie, do której awansowały w 1949 r. Z tymi występami na najwyższym szczeblu wiąże się historia, którą przypominano przed meczem z Unią, by pokazać, że przyjeżdża do nas
zespół mający nie tylko osiągnięcia, ale i rzeszę prawdziwych kibiców. Podobno podczas ligowego meczu z krakowską Wisełką /wówczas
Gwardią/, nota bene wygranego przez Bytomian, zainteresowanie spotkaniem
było tak wielkie, że górnicy postanowili gremialnie zjechać nie pod ziemię, ale na trybuny stadionu. Spłoszone tymi zapowiedziami władze klubu, pewnie wsparte przez władze miasta, by nie pomniejszyć dochodu narodowego, przeprowadziły transmisję pod ziemię !. Historia milczy, w
jaki sposób przekazywano wieści do górników pracujących w kopalnianych zakamarkach, ale kibice żartowali, że zawodnikom Szombierek przykazano, by szybko strzelili gole - raz, żeby praca  szła lepiej, dwa - by górnicy nie denerwowali się w razie awarii w przekazie informacji.
Górnik Bytom, bo pod taką nazwą zespół występował w 1949 r., plan wykonał i
zaraz na początku spotkania władował Wiśle dwie bramki, wygrywając ostatecznie 2 : 0.
W latach 50 -tych Szombierki także trzymały poziom, dochodząc m.in. w 1952 r. do półfinału Pucharu Polski.

W czasie meczu z Unią zespół gości stał jednak jakby na sportowym rozdrożu, a dobitnym tego dowodem była znikoma liczba zdobytych punktów. W Szombierkach miała miejsce zmiana pokoleniowa.
W 1956 r. karierę zakończyli gracze Szombierek, a zarazem reprezentanci
Polski i olimpijczycy z Helsinek - Hubert Banisz i Jerzy Krasówka, z kolei inny reprezentant kraju - Helmut Nowak w 1959 r. przywdział strój
warszawskiej Legii.
Z drugiej strony Szombierki w 1959 r. budowały nowy, perspektywiczny zespół, oparty w dużej mierze na własnej, nadzwyczaj utalentowanej młodzieży, która wszak dała już znać o sobie, zdobywając w 1954 r. tytuł wicemistrza Polski juniorów.
I rzeczywiście - już niedługo miały nadejść tłuste lata dla Szombierek i era m.in. reprezentanta kraju Jerzego Wilima, późniejszego króla strzelców ekstraklasy z 1964 r., który w dniu meczu z Unią liczył sobie ok. 17 - 18 lat, czy też kolejnego reprezentanta - Jana
Wilima
.

Ale kibice Unii, tłumnie podążający na mecz Jaskółek szykowali się głównie na oglądnięcie w akcji jeszcze innego tuza gości - Pawła Sobka, zawodnika wielce doświadczonego, 30 - letniego, któremu przypadła w udziale zaszczytna rola profesora, wprowadzającego bytomską młodzież na piłkarskie salony.
Paweł Sobek to był kolejny olimpijczyk z Helsinek, wielokrotny reprezentant Polski. A że grał w ataku, nie może dziwić fakt, że
Czekanowski i jego koledzy z obrony szczególnie intensywnie rozgrzewali
się przed tym spotkaniem. To było napewno kolejne ciekawe i trudne wyzwanie dla Jaskółek.

Przed meczem, niektórzy kibice Unii przysięgali na wszystkie świętości, że słyszeli jak wchodzący na stadion piłkarze gości i towarzyszący im kibice zapowiadali, że tym razem to po sportowemu zrównają Tarnów
równo z trawą, a końcowy wynik meczu pamiętać będą i ze łzami w oczach wspominać jako koszmar, nawet wnuki piłkarzy Unii.
Cóż takiego wywołało taką sportową zapiekłość w szeregach gości, co stało się powodem takiej chęci rewanżu ?!.
Dzisiaj o tym się nie pamięta, ale wówczas było to główne pytanie tygodnia, poprzedzającego mecz: czy Unia dostanie lanie od Szombierek, i
to z powodu ... Tarnovii !!!!
W czym rzecz ? - ano, w spotkaniu, które rozegrano w 1955 r. na stadionie Tarnovii.
W tamtych rozgrywkach Szombierkom do ponownego awansu do ekstraklasy
zabrakło jednego punkciku - punkciku na wagę złota. Szombierki straciły go nieoczekiwanie w przedostatniej kolejce na stadionie Tarnovii,
remisując tam 1 : 1
!. Bytom tonął w żalu, a nazwę Tarnowa opatrywano różnymi przymiotnikami, których nie będę przytaczał, dobre obyczaje mając na względzie.
Rok 1955 to był początek końca lat świetności Tarnovii, która oprócz odebrania Szombierkom awansu, wsławiła się we wspomnianym roku jeszcze jednym "osiągnięciem": jedną z najwyższych klęsk w historii klubu -
Tarnovia przerżnęła w II lidze z Wawelem 0 : 11 !!!! /słownie: zero do jedenastu, jeśli ktoś sobie tego życzy, ten wynik mogę powtórzyć na priva dowolną ilość razy/. Wawel to mój ulubiony klub obok Wisły i Garbarni.

Czas wrócić na stadion Jaskółek. Właśnie rozpoczyna się mecz. Ze składu wypadł Rusinek !. Mam nie do końca  dla mnie jasne odręczne zapiski, z których wynika, iż nasz snajper już wcześniej lądował w szpitalu z uwagi na zły stan zdrowia. Opierając się na "gazetowych" składach przyjmuję jego absencję w składzie jednak dopiero od tego meczu.
Unia miała według prasy zagrać w zestawieniu: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Czarnecki, Grad, Dubiel i Spodzieja.

Szombierki od początku meczu zaskakują wszystkich - nie ustępują pola ani na centymetr, od pierwszych minut widać, że przyjechali tu być może nawet po zwycięstwo !!!. Grają z taką determinacją, jakby przeciwko nim stanęli ponownie gracze w biało - czerwonych kostiumach Tarnovii, a nie piłkarze biało - niebiesko - czarnej Jaskółki.
No tak, przez tę Tarnovię to były zawsze tylko same kłopoty, cdn. w 3 części ... 







HISTORIA /subiektywna/ piłki nożnej ZKS UNIA TARNÓW 2011-02-24

1.Witam sympatyków piłki nożnej w ogólności, a kibiców ZKS UNIA TARNÓW, w szczególności. Zapraszam Was w podróż do lat świetności tego klubu. Wspomnienia zamierzałem spisywać pod znanym Wam z klubowego forum nickiem "Jaskółka z Krakowa", ale niestety okazało się, że w Krakowie niejedna Jaskółka już szybuje. Obecny nick to wytwór fantazji osoby zakładającej blog, którą przy okazji pozdrawiam.  Przy moich wspominkach opieram się głównie na własnych notatkach i pamięci, a to jak wiadomo, sfera zawodna. Oprócz gwarantowanych emocji i miłych przeżyć, mogą więc pojawić się i potknięcia, które - mam nadzieję - zostaną szybko zapomniane. W odniesieniu do starszych okresów posiłkuję się wspomnieniami praszczurów, jako że przywiązanie do biało - niebieskich barw, to u nas sprawa nieomal rodowa.Swoją rolę odegrają również pożółkłe wycinki z gazet, niestety zachowane w formie uniemożliwiającej identyfikację prasowych tytułów. Do spisania wspomnień zachęciły mnie Wasze liczne e - maile, kierowane na adres tulumx@interia.pl. To także odpowiednia okazja, by podziękować Wam za życzliwość i wiele serdeczności, którymi swoje wiadomości opatrzyliście. Czas więc nabrać powietrza w płuca i ... "Do boju Jaskółki". 

Skupię się na rozgrywkach II - go ligowych /podług obecnej nomenklatury I - szo ligowych/, a to oznacza, że przenosimy się do końcówki lat 50 - tych.
Wam - żyjącym w XXI wieku, młodym fanom Unii Tarnów, zapewne trudno sobie wyobrazić, że w dziejach Ziemi były w ogóle jakieś lata 50 - te, ale musicie uwierzyć mi na słowo, że były ! A poza tym zapewniam też, co pewnie poniektórych wprawi już w stan pełnego zadziwienia, że nie była to epoka przedlodowcowa, a po ulicach Tarnowa nie goniły owłosione mamuty.
Założonemu w 1928 r. klubowi przez wiele lat nie było sądzone cieszyć się z awansu do II ligii piłkarskiej. 
Jeszcze w połowie lat 50 - tych, awans do II ligi wydawał się mrzonką niepoprawnych fanów. Ale im bliżej końca dekady, tym nadzieje rosły. 

W 1957 r. awans był już na wyciągnięcie ręki. Jaskółki wygrywają wschodnią grupę ligi okręgowej /według mojej wiedzy rezerwy innych klubów nie mogły awansować; w przeciwnym razie musielibyśmy uznać wyższość rezerw Cracovii/.
W tym zakończonym historycznym sukcesem sezonie 1957 r., Unia odnotowała następujące wyniki:
- dwie porażki z Bieżanowianką Kraków 1:2 /bramka Kalemba/ i 0:1. Z tą Bieżanowianką to była o tyle ciekawa historia, że ten wybitnie "nie leżący" Unii zespół zakończył rozgrywki na ... przedostatnim miejscu;
- wygrana z Sandecją 2:0 /1:0/, po trafieniach Nowaka i Jurkiewicza oraz pogrom Sandecji Nowy Sącz w rewanżu 9 : 2 /4:0 /!!!/, łupem bramkowym podzielili się Witek /3 gole/ oraz po jednym Grad, Białas, Barwiński, Kalemba oraz chyba Nowak i Jurkiewicz;
- zwycięstwo nad CWKS I B /rezerwy Wawelu Kraków/ 1:0 /Kalemba/ i przegrana 3:4 /niestety mam lukę w nazwiskach zdobywców goli/;
- zwycięstwa ze Spartą Okocim /Okocimski/ 2:0 /Barwiński i Białas/ oraz ponownie 2:0 /Nowak, Jurkiewicz/;
- wygrana z rezerwami Cracovii 3:2 /0:0/ /Grad, Walkiewicz, Witek/, niestety nie znalazłem dotychczas wyniku drugiej potyczki;
- remis z Prokocimiem 0:0 i wygrana 1:0 /Białas/;
- pokonanie Dąbskiego 3:1 /1:0/ /Barwiński, Kalemba, Białas/ i remis 2:2 /1:2/ /Wilk, Witek/;
- remis z lokalnym rywalem Metalem 1:1/ Białas/ i wygrana 1:0 /0:0/ /Grad/;
- dwa zwycięstwa z Hutnikiem Nowa Huta 2:0 /0:0/ /Białas, Kalemba/ i 1:0 /Wilk/;
- remis z Tarnovią 1:1 /1:1//Nowak/ i bolesna porażka 3:5 /2:3/ /Białas, R. i J. Nowakowie/;
- wygrana z Kablem 2:0 /Witek, Białas/ i remis 1:1 /brak nazwiska zdobywcy gola/.
Rzuca się w oczy nieprawdopodobna regularność w zdobywaniu bramek przez Stanisława Białasa, który w tym sezonie zasłużył w pełni na miano superstrzelca !!!.

Na liście strzelców nie znaleźli się, ale swój wkład w sukces mieli jeszcze m.in. Grad, Leśniak, Żywiec, Mazurek /któremu wkrótce kierownictwo krakowskiego Wawelu zafundowało w nagrodę eleganckie wdzianko w kolorze ... khaki; a że nic nie ma za darmo równocześnie z mundurkiem  powołano naszego znakomitego obrońcę  do odbycia służby wojskowej/, Dęboś i Biel.

Po tym sukcesie Jaskółki od historycznego awansu dzielił m.in. dwumecz z najlepszą drużyną grupy zachodniej, czyli naszą imienniczką z Oświęcimia.

Mecz w Oświęcimiu nieopierzone Jaskółki przegrywają  1 : 3
/0 : 2/, a  bramkę przedłużającą nadzieje w tym spotkaniu zdobył Bolesław Kalemba. W rewanżu wygraliśmy 1 : 0 /0:0/, a gola zdobył Alojzy  Witek !!!. Ta wygrana z nadzwyczaj mocnym rywalem pokazała, że w Unii tkwił już wtedy niemały potencjał.
Wygrana z Oświęcimiem w świetle wówczas obowiązującego regulaminu oznaczała jedno: trzeci mecz, rozstrzygający o awansie do dalszych baraży. Oczywistym było, że wygra go Unia, ale dla kibiców obydwu drużyn nie było sprawą obojętną, czy będzie to Unia z Tarnowa, czy też z Oświęcimia. 
Do walki, o być albo nie być, doszło na  neutralnym boisku w Krakowie. Jaskółki nie były jeszcze przygotowane na udźwignięcie tego ciężaru - przegraliśmy  0 : 2, ale opór jaki zespół postawił rywalowi był niesamowity, jako że w normalnym czasie gry na tablicy wyników widniał rezultat 0:0 !.
Po takich bojach można było śmiało powiedzieć: chwała zwycięzcom, ale i zwyciężonym.
Ziarno zostało rzucone i niedługo miało zakiełkować.

Entuzjazmu w tarnowskiej Unii nie brakowało, działacze poszli za ciosem, a i sami piłkarze poczuli wreszcie smak walki o wyższe cele.
Pod koniec lat 50 - tych byliśmy świadkami sukcesywnie przeprowadzanych istotnych wzmocnień podstawowego składu. To w tamtym okresie biało - niebieskie barwy przywdziewali po raz pierwszy piłkarze, którzy już niedługo mieli stać się architektami nie tylko awansu do II ligi, ale graczami, którzy na tej wysokiej klasie rozgrywek odcisnęli piętno swoich talentów.
 Byli to m.in. Ryszard Spodzieja, Reinhold Guzy i Rufin Dubiel, którzy przyszli do Unii w
1958 r. ze Sparty Lubań /kontynuatorki tradycji Spójni Lubań/, następnie Leon Palemba, który pojawił się u nas rok później /to także były gracz Sparty/, czy też wreszcie Wiesław Rusinek, ściągnięty w 1958 r. z Dąbskiego Kraków. Wybiegając w przyszłość dodać należy, że Spodzieja i Rusinek byli naszymi najlepszymi strzelcami w II -go ligowych rozgrywkach.

Mam odnotowaną rozmowę z jednym ze starszych kibiców Jaskółek, który z kolei wspominał często powtarzaną przez Leona Palembę historię jeszcze z okresu, kiedy wraz z wymienionymi kolegami bronił on barw
Sparty. Oto w 1956 r. Lubań stanął przed olbrzymią szansą awansu do II ligii, wygrywając rozgrywki w swojej grupie III ligii. W decydującym meczu Sparta pokonała Podlesiankę Podlesie 4 : 1, w obecności 12 tysięcy widzów /!!!/ i stała się beniaminkiem II -go ligowych zawodów !!!!.
Jedną z bramek strzelił późniejszy Unista - Spodzieja, który w ogóle należał do najlepszych snajperów Sparty i wraz z Guzym, Palembą, czy Dubielem przyczynił się w olbrzymim stopniu do awansu swojej ówczesnej drużyny.
Dalej Palemba wspominał, że rozentuzjazmowany tłum dosłownie przeniósł na rękach wszystkich pilkarzy do miejscowej restauracji. Przed lokalem stanęli funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej, by Panom Piłkarzom i szczęśliwcom, którym udało się wtargnąć do wnętrza knajpy, nikt nie przeszkadzał w zasłużonym konsumowaniu owoców zwycięstwa. Podobno przy konsumpcji przeważał jeden owoc, ale jego marki nie odnotowałem.
Było radośnie i spontanicznie, a zmęczonych zapewne wyłącznie trudami meczu piłkarzy, równie zmęczony trudami dopingowania tłum, odniósł do domów. Podobno doszło przy tym do drobych i nieistotnych pomyłek i nie każdy zawodnik został odstawiony do swojego łóżka, ale któż w
chwilach tryumfu zwracałby uwagę na niuanse. Niektórym też ponoć po drodze przepadły buty i części przyodzienia, ale któż by się tym
przejmował - zespół za awans dostał zegarki i materiały na uszycie sobie ubrań. Tak to wtedy wyglądało !.
Pierwszy sezon w II lidze był dla Sparty udany, a "nasz" Spodzieja strzelił 6 goli, tyle samo w kolejnym sezonie. Ten drugi sezon w
II -ej lidze okazał się jednak dla Sparty feralny, a - tak to już bywa w życiu - korzystny dla innych, w tym dla Unii. Oto Sparta "zaczęła robić bokami" finansowo, bo krach z pieniędzmi to nie wymysł naszych czasów. Zespół Sparty się rozleciał, a operatywni działacze Jaskółek ściągnęli do naszego klubu wspomnianych: Spodzieję, Dubiela /późniejszego wieloletniego działacza Unii/, Guzego i Palembę. Po mieście chodziły słuchy, że podobno zakusy Unii były większe, ale transferami nie objęto wielce utalentowanego bramkarza Konarskiego, który
ze Sparty trafił na I -szo ligowe boiska do szczecińskiej Pogonii, ani też Zawki, którego opiekuńczymi skrzydłami objął II -go ligowy klub z Gorzowa.

W klubie postanowiono pójść za ciosem. Kolejny sezon w klasie okręgowej, czyli rok 1958, to pasmo sukcesów.
Jeden z  bohaterów poprzednich rozgrywek  - Alojzy Witek nie spuszczał z tonu. Prawie w każdym spotkaniu rozgrywanym w 1958 r.
w tabeli strzelców, lub w rubryce "asysta" można było znaleźć Jego nazwisko. Na dobre w skład zespołu wkomponował się Wiesław Rusinek, który wraz z Witkiem, Spodzieją i Dubielem siał postrach w szeregach przeciwników. O możliwościach tych graczy i ich kolegów niech świadczy to, że w 22 rozegranych w 1958 r. meczach, tylko w 3 /słownie trzech !/ spotkaniach, Unia nie zdobyła żadnego gola !!!. Tak wysoko postawiła naszym napastnikom poprzeczkę jedynie obrona  dwóch walczących z Unią o awans zespołów: dwukrotnie Kabla /dwa remisy po 0:0/ i jeden raz rezerw Wisły /porażka na wyjeździe 0:2/.
Siła rażenia Jaskółek była więc przednia.

W tej sytuacji warto przypomnieć dokonania Witka i innych zawodników z tamtego okresu.
I tak z tych notatek, którymi dysponuję wynika, że Witek strzelał gole m.in. w meczach z: Bocheńskim u siebie /5 : 1 dla Unii, 4 bramki Rusinka !/, w dwukrotnie zremisowanych po 1: 1 meczach z Hutnikiem Nowa Huta, rezerwami Wisły u siebie /2: 0, drugi gol to zasługa
oczywiście Rusinka/, Prokocimiem u siebie /4 : 1, pozostałe 2 gole to, jakże by inaczej...Rusinek i jeden gol to strzał Walkiewicza/, Okocimskim /4 : 0, aż 2 gole,
pozostałe zdobyli Dubiel i Spodzieja, Metalem Tarnów/ 3: 0 na wyjeździe, 2 gole Rufina Dubiela/, Dalinem /6 : 0 u siebie - Witek zdobył 2 gole, tyle samo, czyli 2 gole Nowak, po jednym Rusinek i Dubiel oraz 2: 0 na
wyjeżdzie / drugiego gola zdobył Spodzieja/ i - co jakże cenne, w meczu derbowym z Tarnovią na wyjeździe /2 : 1, drugi gol to zasługa
superstrzelca Rusinka/.

Ponieważ i w pozostałych meczach, w których Witek wyjątkowo nie wpisywał się na listę strzelców, Unia z reguły też wygrywała, nie może dziwić fakt, że znowu zostaliśmy mistrzem naszej grupy !!!. To był 1958
r. !, warto zapamiętać.
Na ten kolejny historyczny sukces zapracowali oprócz Witka m.in.: Leśniak, Bernak, Barwiński, Żywiec, Kuciewicz, Tyliszczak, Guzy, Nowak,
Wilk, Dubiel, Walkiewicz, Rusinek, Białas, Spodzieja i Kalemba.

BARAŻE o II ligę w sezonie 1958 r. - pierwszy etap.
Tak, tak - regulamin nie uległ zmianie. Unię czekały baraże i to dwustopniowe !. Najpierw ze zwycięzcą grupy zachodniej naszej klasy okręgowej, a później z piłkarskimi pretendentami do awansu z innych stron Polski.
W tamtych czasach dbano o to, by sito baraży przepuściło na II - go ligowe boiska rzeczywiście najlepszych !.

Jak nad kimś wisi jakieś fatum, to niekiedy wisi długo.
Naszym pierwszym przeciwnikiem  w pierwszej rundzie baraży okazała się być bowiem ponownie ... Unia Oświęcim, której wygranie morderczego trójmeczu z Unią Tarnów rok wcześniej, poza sportową satysfakcją, niewiele dało. Po prostu Oświęcimianie nie poradzili sobie w dalszej fazie baraży.

Jeżeli ktoś się spodziewał horroru i tym razem, to się nie zawiódł.
W Tarnowie Unia deklasuje swoją imienniczkę z Oświęcimia 6:1 /2:0/ !!! . W ciemno możecie typować, kto zdobył gole. Oczywiście po 2 bramki strzelili Witek i Rusinek, po jednym golu dorzucili Spodzieja i niesamowicie pracowity Nowak.

Jedziemy do Oświęcimia świętować, a tu gospodarze ani myślą odpuszczać. Horror trwa - Oświęcim rzuca na szalę wszystkie swoje
umiejętności i całą wolę walki i wygrywa 3:0 /1:0/.

I znowu, jak rok wcześniej, obie Unie czeka trzeci, decydujący o awansie mecz. I znowu w Krakowie / na stadionie Cracovii/.

Tym razem jednak Unia Tarnów gra jak
natchniona, drugiej pod rząd "wysiadki" z baraży ten zespół mógłby już nie przeżyć. Wygrywamy !!!! i to jak !!!! 4 : 1 /2 :0/ po
złotych bramkach Rusinka /dwóch/, Witka i Kalemby.
Jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko awansu do II ligii !!!. Ale maraton miał trwać nadal - teraz Unia musiała, jak rok wcześniej Oświęcim, spróbować wykazać swoją wyższość nad kolejnymi zespołami.

A więc /dawniej uczono mnie, że zdania nie zaczyna się od "a więc", ale napięcie, przynajmniej u mnie sięga zenitu, więc tak
zacznę/ - jest rok 1958 i Unia wchodzi w decydującą fazę baraży o wejście do II ligii. Pomyślałem sobie w tym miejscu, że stan ducha, jaki towarzyszy piszącemu i czytającym o 1958 r., stanowi swoisty papierek
lakmusowy, wskazujący na to, czy mamy do czynienia z kibicem, czy już z "piknikiem". Gdy to piszę, czuję jak żołądek podchodzi mi do
gardła, emocje buzują, chociaż przecież wiem, jak się to zakończy.
Jeśli ktoś czyta to z "nerwami na postronku", to znaczy, że wszedł w fazę "piknikowania", co oczywiście niczym złym nie jest /ale przy czytaniu akurat tej historii klubu też niczym dobrym /.
No widzę, że zacząłem ględzić , więc o czym to była mowa ?. Acha, baraże w 1958 r. !!!.

Baraże o II ligę - 1958 r., drugi etap.


Z niepokojem czekano na kolejnych rywali Unii.
Tak, tak, emocje kibiców w 1958 r. ani na jotę nie były piknikowate. Mam spisane wspominki jeszcze starszych ode mnie kibiców i nie mam co do tego żadnych złudzeń. Na mecze Unii przychodziły dosłownie tysiące i spekulacjom na temat szans Jaskółek nie było końca. Wiedziano już jedno: Unia Oświęcim przy kolejnych rywalach, a zwłaszcza przy jednym z
nich była, za przeproszeniem, "małym pikusiem". Los nie był dla nas łaskaw. Wielu zwątpiło, kiedy do Tarnowa dotarła wiadomość, z kim to  będziemy się potykać o awans.
Na naszej drodze stanęły bowiem: mistrz "grupy"opolskiej" Kolejarski Klub Sportowy Kluczbork, mistrz Zagłębia - Robotniczy Klub Sportowy Raków Częstochowa i mistrz II grupy śląskiej: Bielsko - Bialskie Towarzystwo Sportowe Bielsko - Biała.
Najbardziej obawiano się tego ostatniego zespołu i słusznie. Wygranie jednej z grup śląskich było wystarczającą rekomendacją, lepszej nie trzeba było. W wymienionej stawce to był klub z największym "stażem". Jego poplątane początki sięgały 1907 r., kiedy to założyli go zamieszkujący w większości Bielsko Niemcy /w odróżnieniu od Białej, gdzie przeważała nacja polska/. Stąd też i początkowa wdzięczna nazwa klubu Bielitzer Fussball Klub, który wkrótce przemianowano na równie wdzięczny Bielitz - Bialaer Sport Verein /BBSV/.
Dopiero w latach 30 - tych nazwano go Bielsko - Bialskie Towarzystwo Sportowe. Dzisiaj do korzeni tego klubu odwołuje się znane powszechnie TS Podbeskidzie Bielsko - Biała.

Obawiano się też Rakowa, klubu założonego w 1921 r. pod nazwą Racovia.
Wielu kibicom Unii ta dawna końcówka klubu /"ovia"/ nienajlepiej się kojarzyła i w ich przypadku już ten fakt był wystarczającym do tego, żeby Rakowowi źle życzyć w barażach. Raków był w fazie budowy silnego teamu, a że mu się to w efekcie udało, to wskazują na to takie choćby okoliczności jak to, że w sezonie 1962 / 1963 tylko 1 punkt dzielił ich od awansu z II ligii do ekstraklasy.
Niedługo później, bo w 1967r. Raków był na ustach całej piłkarskiej Polski, przedarł się w rewelacyjnym stylu do finału Pucharu Polski,
gdzie dopiero po dogrywce poległ z Wisełką 0 : 2. Poza tym wygrał rzeczywiście ciężką grupę "zagłębiacką". Najmniej kibice wiedzieli o KKS Kluczbork. 
Tacy oto rywale mieli stanąć na drodze Jaskółek do wymarzonego celu !

Kibice siedzieli i spekulowali. Podobno nawet na tarnowskich plantach staruszkowie po raz pierwszy od wieków wymawiali po cichu nazwę Unia, ale w takich momentach obejmowała ich dyspensa i wszystko było w porządku.
Na wszystkie sposoby odmieniano nazwiska naszych, znanych Wam już piłkarzy, w kontekście ich konfrontacji z nieznanymi rywalami. Liczono na naszych muszkieterów w ataku, szczególnie na Rusinka, co do którego
słano błagalne modły, by nie zakiwał się "na śmierć" w tak ważnych meczach. Trzeba bowiem wiedzieć, że Rusinek oprócz tego, że
był kapitalnym strzelcem, lubił niekiedy podryblować, że hej ! Mam spisaną anegdotkę kibica, że Rusinek w niektórych meczach sprawiał takie wrażenie, jakby po minięciu rywala miał jeszcze nieodpartą ochotę na odwrócenie się i ponowne jego przedryblowanie, a może i jeszcze jeden raz więcej, czemu nie ?. Kochał piłkę i piłka pokochała Jego.

Wielu wzdychało, żeby tak strzelecko odbudował się Stanisław Białas , wtedy
inne tuzy Unii nie byłyby tak ściśle kryte !.
Strzeleckie dokonania Białasa z fazy grupowej anno domini 1957 r. nie mogły pójść w zapomnienie i każdy liczył na ich powtórkę w barażach w 1958 r.

Doświadczeniem i boiskowymi dokonaniami bił jednak wszystkich na głowę 
 Antoni Barwiński. W sportowych opracowaniach kojarzy się Go
głównie z okresem gry w Tarnovii, z której w 1947 r. został wyłuskany przez ówczesnego trenera kadry Wacława Kuchara do reprezentacji Polski. Znałem kiedyś /już nie żyje/, starszego i niezmiernie sympatycznego  fana Tarnovii /tam byli w dawnych czasach sami "fani"/, który z pełnym przekonaniem twierdził, że Antoni Barwiński zakończył karierę w dniu swojego odejścia z Tovii. Kiedy okazywałem mu sprawozdania z gazet i zdjęcia Pana Antoniego w biało - niebieskich barwach Unii, zapewniał, że to przypadkowa zbieżność nazwisk, a i podobnych ludzi na świecie nie brakuje. Nawet przy tym  okularów nie zakładał, a robił to z daną dawnym czasom elegancją i dowcipem. Do dzisiaj słyszę ten Jego miły "lwowski" zaśpiew i nieco rzewną nutkę przy wymawianiu nazwiska niewątpliwego idola wielu pokoleń Tarnovii; Wróćmy jednak do Antoniego Barwińskiego: w reprezentacji zadebiutował w meczu z Rumunią. Później, aż do 1950 r. wystąpił łącznie 17 razy z orzełkiem na piersi !. Grał na prawej obronie.
Podobno rekomendował go do drużyny narodowej sam Henryk Reyman, wielki
Wiślak, znakomity napastnik. Starsi kibice pamiętają zapewne jedną z jego "ksywek" - Tank Wisły, czyli /trochę z rosyjskiego/ czołg Wisły. W jakimś meczu z zespołem z Rumunii tak mocno uderzył w piłkę, że ta wraz z bramkarzem, który ofiarnie przyjął ją na ciało, wpadła do bramki. Po chwili w siatce leżeli wespół bez czucia i bez świadomości: sflaczała piłka i nieprzytomny golkiper. Myślę, że Reyman, jako całą duszą krakowski "Wiślak" przewidział, że A. Barwiński będzie w przyszłości występował w barwach Jaskółek i stąd też wzięła się ta Jego rekomendacja dla tarnowskiej legendy do reprezentacji.
Zresztą i Wy powinniście pamiętać Pana Antoniego, zmarł bowiem nie tak
dawno, bo w 2005 r. /miał wtedy 82 lata/, i wielokrotnie pojawiał się na meczach Unii. Spiker zawodów niejednokrotnie go witał przy różnych okazjach, tak że i My mogliśmy posiedzieć obok tego wielkiego piłkarza.
I chociaż jak się rzekło, polscy kibice pamiętają Go głównie jako zawodnika Tarnovii, to fakt pozostaje faktem - grał również w biało -
niebieskich barwach i dla Naszego klubu !!!.

Nie mogę sobie w tym momencie odpuścić małego wtrętu. Oto czasem nie
jest ważne tylko to, gdzie kogoś powołują, ale istotne jest też, kto to robi. Barwińskiego do reprezentacji kraju powołał wspomniany już przeze mnie Wacław Kuchar. Cóż to była za postać, w głowie się nie mieści !!!. Oczywiście sport nie był jeszcze tak "wyspecjalizowany"
jak obecnie, ale co było udziałem Kuchara przechodzi chyba ludzkie wyobrażenie. Oczywiście był reprezentantem Polski w piłce nożnej i to ponad 20 razy, w tym reprezentował polską piłkę na Olimpiadzie w Paryżu w 1924 r.
Poza tym był uczestnikiem Mistrzostw Europy w łyżwiarstwie szybkim w 1925 r. ! Był wielokrotnym reprezentantem Polski w hokeju na lodzie, w tym z niemałym sukcesem - wicemistrzostwem Starego Kontynentu ! Był też ze swoją ukochaną Pogonią Lwów mistrzem Polski w latach trzydziestych ub. stulecia.
Jeśli ktoś myśli, że to wszystko, na co Go było stać to się grubo myli !. Był wielokrotnym reprezentantem Polski w lekkoatletyce /!/, i
wielokrotnym mistrzem kraju w jej różnych dyscyplinach, m.in. w biegu na
400 m przez płotki, w 10 -boju, czy w skoku wzwyż !!! Uff, ,i właśnie dzięki decyzji takiego człowieka w kadrze znalazł się Barwiński, póżniejsza "tarnowska Jaskółka" !!!.
Myślę, że w dobie pisania blogów, nie miałby tyle czasu na rozwijanie swoich niepospolitych talentów.

5 październik 1958 r. To dzień, kiedy zatrzęsła się ziemia, ptaki przestały śpiewać,  krowy dawać mleko, a Kopernik przyznał, że słońce kręci się wokół ziemi.  Mówiąc prościej:
rozpoczęły się baraże o wejście do II ligii !.

Unia na początek wylosowała całkiem nieźle. Miała jechać do KKS Kluczbork, teoretycznie najgroźniejsi rywale, a mianowicie Raków i BBTS miały stoczyć bój między sobą.

Nie było miejsca na kalkulacje. Zespół jechał do Kluczborka z jasnym postanowieniem: wygrać i to w stylu i rozmiarach, które dadzą kolejnym przeciwnikom wiele do myślenia. Do przerwy trwała totalna piłkarska bitwa. Żadna z drużyn nie dała się jednak zdemolować, żadna nie ustąpiła pod naporem. Pierwsza połowa zakończyła się remisem 1 : 1 !.
Bramkę dla Jaskółek zdobył Alojzy Witek z rzutu karnego w 29 minucie.
Na drugą połowę uniści wyszli z jeszcze większą determinacją !
Roznieśli zdumionych rywali !!!. Bohaterami w Tarnowie ogłoszono Spodzieję /gol w 67 minucie/ i oczywiście Rusinka, który przecież nie mógł wracać do domu bez gola ! Zdobył go w 76 minucie meczu. Ci, na których najbardziej liczono, nie zawodzili. 
W drugim pojedynku Raków wygrał z BBTS 1 : 0, po podobno równie piekielnym meczu !.

To zwycięstwo dodało Jaskółkom skrzydeł, dało wiarę we własne możliwości. Widać było, że liderzy zespołu pragną II ligii i nie zawiodą. Potwierdziły to dobitnie kolejne mecze. Nie mam ich już spisanych w kolejności, ale dla potrzeb tego rodzaju wspomnień nie jest
to najistotniejsze. Najważniejsze jest to, że Uniści wygrali jeszcze 4 razy i ponieśli w barażach tylko jedną porażkę !!!. Tego nie mogli przewidzieć najwięksi optymiści i najbardziej związani z piłkarzami
ludzie !!!

Kluczbork okazał się nadzwyczaj zadziorny, a może niezbyt doceniany. Co prawda przegrał i w rewanżu z Jaskółkami, ale tanio skóry nie
sprzedał i napsuł nam sporo krwi. Do przerwy KKS nawet prowadził z Unią
1 : 0, po przerwie dorzucił jeszcze jednego gola, ale Unia miała na takie "niewłaściwe zachowania" właściwą odpowiedź: strzeliła 3 bramki i wygrała 3 : 2 !!! Bramki zdobyli: Kalemba w 55 minucie,  Mariusz Kuciewicz w 76 minucie i Barwiński w 81 minucie. Gole zdobywali więc też obrońcy.
Jeśli Wam ktoś powie, że futbol totalny wymyślili Anglicy, Holendrzy, czy też Niemcy, możecie zaprzeczyć - futbol totalny wymyśliła Unia Tarnów w 1958 r. /na wszelki wypadek nie powołujcie się na mnie przy tej wypowiedzi/.

O dziwo o wiele "łatwiej" poszło Jaskółkom z Rakowem Częstochowa. Dwa znakomite zwycięstwa ! Jedno w stosunku 4 : 2 /3:0/,
gole strzelili: Białas w 9 minucie /modły więc częściowo pomogły/, Spodzieja w 22 i 89 minucie oraz Witek w 37 minucie gry.

2 listopada 1958 r., czyli w Zaduszki, uniści zadusili Raków 6 : 0 !!!, a gole zdobyli: Witek w 22 i 89 minucie, Barwiński w 29 min., Spodzieja w 29 min., Kalemba w 35 min. oraz Rusinek w 86 min. Możecie mi wierzyć, albo i nie, ale 2 listopada 1958 r. mówiono tylko o tej victorii, a nie o np.Dniu Niepodległości Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych, przypadającym na ten sam dzień. Takie to były dziwne czasy. 
Na 4 lata wybiliśmy Rakowowi marzenia o II lidze.

I wreszcie BBTS - ich też pokonaliśmy /20 października 1958 r./ w stosunku 1 : 0 / 0: 0/, po golu Rusinka w 71 minucie. Na wyjeździe Unia poniosła jedyną porażkę w tych rozgrywkach - przegraliśmy w Bielsku -
Białej 1 : 2 /0 : 2/
, honorowego gola strzelił w 50 minucie Rusinek !, potwierdziły się więc wcześniejsze opinie o sile drużyny ze Śląska.

Pierwszy historyczny awans do II ligii stał się faktem !!!. Sportowy Tarnów oszalał z radości !!!.
Nawet co poniektórzy kibice Tovii przypominali sobie, że niegdyś /oczywiście z nudów lub przez roztargnienie/ wdepnęli na stadion Jaskółek i pewnie powtórzą to samo /oczywiście też z nudów lub przez roztargnienie/, podczas gier Unii w II lidze. To już była pełnia szczęścia !.
Dla zaniepokojonych dodam, że krowy zaczęły znowu dawać mleko, a ziemia wróciła na swoje miejsce. 

Co złożyło się na ten pierwszy w historii klubu sukces z 1958 r. ?.
Napewno wiele czynników, ale w pierwszej kolejności sprowadzało się to do właściwych ludzi na właściwych miejscach i to zarówno na, jak i poza boiskiem.
Szczęśliwym trafem Unia miała wówczas wsparcie można by rzec typu "ziemia - powietrze", a precyzyjniej rzecz ujmując "ziemia - niebo".
Za sprawny bieg spraw ziemskich odpowiadać miał sztab oddanych działaczy - pasjonatów, kierowany przez nowego Dyrektora "Azotów" /od 1958 r./, a zarazem Prezesa Klubu - Stanisława Opałko. Przychylność niebios gwarantował natomiast Proboszcz ks. Stanisław Indyk, który jednak jak najbardziej stąpał i po ziemi. Ten ksiądz z powołania, a społecznik z wyboru, stał się wielkim sympatykiem Jaskółek i postacią w swoim środowisku nadzwyczaj lubianą i szanowaną. Do legendy przeszła Jego finansowa pomoc w wykupieniu piłkarzy ze Sparty Lubań. Od tego czasu mój kuzyn i cała Jego familia jeździli na Msze św. celebrowane przez Ks. Proboszcza z drugiego krańca miasta. Kuzyn opowiadał, że koincydencja Mszy i meczu była niemożliwa: ich terminy nie mogły się nałożyć na siebie. Wiele lat później mój znajomy opowiadał, że kiedyś zażartował w obecności ks. Stanisława, iż w razie nałożenia się terminów, szukałby Go raczej na stadionie. Ponoć zainteresowany protestował w sposób umiarkowany i mało przekonujący. Tacy ludzie tworzyli piękną atmosferę wokół i na boisku.
Dzięki tym i wielu bezimiennym osobom, także i w składzie Jaskółek znaleźli się właściwi piłkarze, o nietuzinkowych umiejętnościach. Budowana z wizją i konsekwencją drużyna nie zawiodła, a wszystkie podstawowe transfery okazały się strzałami w "10" - tkę.
Poruszanie się po ówczesnym transferowym rynku chyba do łatwych nie należało, o czym świadczą perypetie pewnego działacza Cracovii, opisane w jakiejś prasowej notce, która wpadła mi w ręce. Imć Jegomość zwał się Kotapka, a stał się on postacią medialną dzięki temu, że ówczesny Wydział Gier i Dyscypliny PZPN nałożył na Niego 2 - letnią banicję, obejmującą zakaz pełnienia wszelkich funkcji we władzach klubu za - jak to określono- "udział w próbie kaperowania graczy Budowlanych Opole - Stemplowskiego i Jarka". Dodajmy: Engelbert Jarek i Franciszek Stemplowski byli to znakomici ekstraklasowi piłkarze.
Ojcem sukcesu Unii były i "Azoty", o których rozwoju szeroko rozwodziła się ówczesna prasa. Sprawowały one naturalny wówczas mecenat nad klubem.
Na przełomie 1958 / 1959 r. Azoty stały się znanym w kraju producentem półsurowca włókna stilonowego, zakończono też I etap budowy wytwórni kaprolaktamu. Trwała udana
kooperacja z innymi zakładami, choćby Gorzów przerabiał nasze produkty na przędzę. Szerokim echem odbił się pomysł matowienia surowca, nasze dziewczyny ponoć piszczały z radości, bo zapowiadało to pojawienie się na
rynku matowych pończoch ! /piszę "ponoć", bo w matowych pończochach na codzień nie chodziłem/.
Głównie piszczeli jednak z radości chłopi /ale głównie ci mniej ekologiczni/, bo na rynek zasuwały sztuczne nawozy azotowe.
Plany były jeszcze większe - rozbudowę Azotów przewidziano na okres 7 lat, a koszt tego przedsięwzięcia wyceniono na 3 miliardy złotych.
Na początku 1960 r. dzięki maszynom z Niemieckiej Republiki Demokratycznej powstała nowa wytwórnia chloru, którego produkowano 9
tys. ton, a docelowo miało być go 18 tys. ton.
Tak więc klub miał oparcie w coraz mocniejszych i coraz bardziej liczących się opiekuńczych Zakładach. To była podstawa, na której przez dziesięciolecia budowano działalność Unii.

W takiej sytuacji nie dziwi to, że 5 tysięcy kibiców Unii, raźno maszerujących w dniu 15 marca 1959 r. na stadion, by obejrzeć inauguracyjny, drugoligowy mecz, mogło  mieć cichą nadzieję, że Jaskółki staną się "czarnym koniem" rozgrywek. Już wkrótce miało się okazać, że w przyrodzie wszystko jest możliwe: Jaskółki stały się koniem, co w tym konkretnym przypadku mogło tylko radować.

Na nową markę drużyny zapracować mieli w zasadzie ci sami zawodnicy, którzy w tak efektownym stylu sięgnęli po II ligę.
Do rywalizacji miał ich poprowadzić trener Czesław, Michał Skoraczyński, wojenny pseudonimem "Bereza". Oznaczało to, że z Unią związała się kolejna nietuzinkowa osoba. Co paradoksalne, w ówczesnych czasach nawet mijający Go kibice, czy podlegający Mu piłkarze, mogli nie mieć pojęcia o wszystkich szczegółach Jego trudnego życia. Owszem, wiedziano że był znanym trenerem piłkarskim, wszak jeszcze w 1958 r. prowadził I - ligową Cracovię, a wcześniej wraz z Graczem, krakowską Wisłę. Większe sukcesy były jednak dopiero przed nim, jako że w 1966 r. zdobył
wicemistrzostwo Polski z krakowską Wisłą. To było w okresie, kiedy już samodzielnie trenował ten klub /do 1967 r./.
Ale nie to przecież stanowiło o wyjątkowości tego człowieka. Co więc skrywała Jego biografia ?. Otóż w tamtych czasach nie było w zwyczaju szerzej podkreślać, że ktoś urodził się na ziemiach należących niegdyś do Polski, konkretnie we Lwowie. Takie osoby miały w swoich dowodach wpisane jako miejsce urodzenia ZSRR /Związek Socjalistycznych
Republik Radzieckich/. A właśnie Czesław Skoraczyński był rodowitym Lwowiakiem, a na dodatek zawodnikiem legendarnej Pogonii Lwów. Zresztą specjalizował się nie tylko w piłce nożnej, ale widziano Go też w
hokejowym towarzystwie. W czasie wojny był członkiem polskiego ruchu oporu i za to dosięgła Go ręka gestapo. Przeżył gehennę obozów koncentracyjnych w Majdanku, Gross Rosen i Flossenbürgu !. Po wojnie
znalazł się w Krakowie, jak wielu innych polskich tułaczy. Wszystko to spisał w swojej książce "Żywe numery" i pewnie mocno
przeżywał fakt, że skutecznie zablokowano jej wydanie za Jego życia.
Wydano ją dopiero po Jego śmierci, czyli po 1982 r. /zmarł w Krakowie/.
Ci, którzy Go znali, wspominają pełnego optymizmu i radości życia człowieka. I wypada tylko napisać po raz kolejny: takich ludzi
"miała" Unia Tarnów.


SEZON 1958 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

1 Kolejka: UNIA TARNÓW - UNIA RACIBÓRZ

Na polu jest jeszcze zimno, ale wśród kibiców
temperatura sięga zenitu. Tym razem parę bijącą z ust co poniektórych za/gorzały/ch kibiców Jaskółek czujni stróże prawa wyrozumiale interpretują jako naturalny objaw występujący przy niskich temperaturach. Wszyscy są podekscytowani, atmosfera sportowego święta udziela się każdemu. Na ten dzień czekano prawie 31 lat !.
Szum na stadionie rośnie, coraz szybciej, niczym nadchodzące tsunami, przemienia się w jeden wielki ryk 5 tysięcy gardeł: "Unia, Unia" !. Nie może być inaczej, na boisko wybiega jedenastu Unistów, którzy podejmą rękawicę rzuconą im przez wytrawnego rywala.
Kibice wypatrują, kto będzie bronił barw gospodarzy.

Ci, od pary, radują się niepomiernie, jako że dokładnie widzą hasającego po murawie Antoniego Barwińskiego.
Niestety, ale to tylko pokłosie "pary".
A. Barwiński pomógł zespołowi w barażach, ale w 1958 r., w II lidze, biało - niebieskiego trykotu już nie przywdział.
Na rozgrzewkę wybiegli: Władysław Czekanowski, Zbigniew Tyliszczak, Stanisław Białas, Mariusz Kuciewicz, Reinhold Guzy,
Ryszard Nowak, Alojzy Witek, Wiesław Rusinek, Kazimierz Czarnecki, Rufin Dubiel oraz Ryszard Spodzieja !.

Naprzeciw naszej armady stanął zespół, który z mozołem budował swój znakomity wizerunek. W Raciborzu przyjęto jako zasadniczy kierunek szkolenie młodzieży. Zapału i talentów nie zabrakło. Juniorzy Unii Racibórz w
1954 i 1956 r. zdobywali mistrzostwo Polski !. W zespołach tych aż roiło się od Zygfrydów, Hubertów, Lotharów, Reinholdów, Kurtów czy
Manfredów. Na Śląsku rzecz naturalna, ale w ocenie ówczesnych krajowych decydentów, wśród których przewaga należała zapewne do Władków, Marianów czy Józków, cała sprawa z Manfredami wyglądała na nieco delikatną, wymagającą czujności oraz przezorności.
Wielu z tych utalentowanych chłopców z Raciborza miało papiery na grę w reprezentacji kraju, ale ponoć nigdy tych barw nie przywdziali, bo decydenci obawiali się, że wspomniani zawodnicy zagraniczne tournee odbędą tylko w jednym kierunku.
Do wyjątków należał wielce utalentowany Ginter Lazar, który doczekał się powołań do kadry narodowej juniorów. To nazwisko warto
zapamiętać - upodobał sobie i pokochał Jaskółki do tego stopnia, że rzadko kiedy nie strzelał nam gola !. Oj, co to był za błyskotliwy strzelec, w latach 60 - tych dwukrotnie zdobywał najwięcej goli w II lidze, a w czasie późniejszych występów w ekstraklasie strzelił ich bodajże ponad 20 - cia.
Niestety, ale już od kilku lat nie żyje. To jedna z ikon Unii Racibórz.
Poza tym to właśnie dzięki naszemu pierwszemu rywalowi, wielu piłkarzy wybiło się na szczyty polskiej piłki, jak choćby świetny, reprezentacyjny bramkarz, złoty medalista olimpijski z Monachium - Hubert Kostka, kojarzony bardziej z późniejszych występów w zabrzańskim Górniku. Niewielu także wie, że
aktualny szkoleniowiec kadry - Franciszek Smuda był również wychowankiem
Unii Racibórz i występował w jej barwach w latach 60 - tych, głównie jako obrońca.

Kiedy zawodnicy z Raciborza wybiegali na stadion Jaskółek pewnie niewielu przewidywało, że nasi rywale już wkrótce, bo w sezonie 1962/ 1963, wywalczą awans do ekstraklasy !. Wówczas to na koniec II ligii tylko Szombierki
Bytom okazały się lepsze od Unii Racibórz, ale do I ligii awansowały wtedy dwa zespoły. W pokonanym polu Raciborzanie pozostawili wówczas m.in. Cracovię, Śląsk Wrocław, Polonię Bytom, czy też zespół Bałtyku Gdynia.

Na szczęście i piłkarze Jaskółek nie byli jasnowidzami, bo do meczu przystąpili bez żadnych kompleksów. Mam z tego spotkania odręczne, lakoniczne zapiski poczynione przez kuzyna.
Uniści zagrali ambitnie i z zaciekłością. Pewnie,
że były mankamenty, jak choćby za dużo akcji wyprowadzanych środkiem boiska, ale beniaminek miał prawo do frycowego. Jednocześnie Jaskółki miały pecha. Kilkakrotnie /!!!/ piłka trafiała bądź w poprzeczkę, bądź w słupek. W ten sposób bramkę gości "ostemplowali" m.in. Spodzieja i Rusinek. Ten drugi oddał piękny strzał w momencie, kiedy był brany "w kleszcze" przez dwójkę obrońców i kiedy wydawało się, że nasz napastnik winien myśleć jedynie o tym, jak utrzymać się na nogach, a nie jak oddać grożny strzał. Efekt zaskoczenia został osiągnięty, ale piłka niestety "zatrzymała" się na słupku, a na dobitkę nie zdążył operujący w pobliżu bramki Spodzieja.
Presja publiczności był olbrzymia, więc i również nerwy niekiedy nie pozwalały na spokojne wykończenie akcji. Wszystko, co potrzebne do pięknego jednak widowiska było: i liczna publika i liczne akcje i sytuacje
podbramkowe i dramaturgia, ale nie było tego najważniejszego, a mianowicie gola !!!. A czas niemiłosiernie uciekał, 60 - ta minuta 0:0,
70 -ta minuta, nadal wynik 0 : 0, 80 -ta minuta, bez zmian. Najwytrwalsi zaczęli wątpić w zwycięstwo. Ale nie On jeden. W 85 minucie, nie mając już nic do stracenia, postanowił pójść na samotny przebój. Skąd wykrzesał jeszcze siły, by nie dać się powalić i zatrzymać twardo interweniującej obronie Raciborzan, tego nie wie nikt. Swoją indywidualną akcję zakończył
niesamowitym, w zasadzie nie do obrony uderzeniem !. Piłka wpadła do siatki !!!.
On zaś wpadł w ramiona szalejących z radości kolegów. Po chwili z tego tumultu ciał wyłonił się nieco przytłamszony, ale jakże szczęśliwy Wiesław Rusinek, zdobywca pierwszego historycznego gola dla Unii !!!.

Unia Tarnów pokonała w równie historycznym meczu Unię Racibórz 1: 0 !!!.
Cudownie zaczęła się ta liga dla naszych Jaskółek !!!.

W pozostałych meczach pierwszej kolejki padły następujące rozstrzygnięcia: Wawel Kraków -   Walter Rzeszów 2:0, Stal Sosnowiec - Stal Rzeszów 3 :0, Stal Mielec - Naprzód Lipiny 1:1, Piast Gliwice - Legia Krosno 4:1, Szombierki Bytom - Concordia Piotrków Trybunalski 1:1.



Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

2 kolejka :  WAWEL KRAKÓW - UNIA TARNÓW


Kolejny rywal tarnowskiej Unii był niewątpliwie zespołem po tzw. przejściach. W grodzie Kraka zapomniano już o nieodległych czasach, kiedy to OWKS Kraków należał do wojskowych mocarzy w polskim sporcie. Tłuste lata przypadły zwłaszcza na okres 1948 - 1953 r., a ich apogeum stanowiło zdobycie tytułu wicemistrza kraju w piłce nożnej.
Czasem tak w życiu bywa, że największy sukces szybko przemienia się w
największą klęskę. I tak stało się w przypadku Wawelu. Bezsporne sukcesy tego klubu zaczęły bowiem spędzać sen z oczu kierownictwa Centralnego Wojskowego Klubu Sportowego, czyli obecnej Legii Warszawa.
Najlepszym środkiem na odzyskanie spokojnego snu okazała się reorganizacja i de facto ... likwidacja OWKS Kraków !. Warszawa okazała dość specyficzne miłosierdzie dla zbyt hardego konkurenta z prowincji i zgodziła
się uczynić z niego... filię CWKS Legia !. Dopiero w 1957 r. powrócono do historycznych korzeni i klub mógł kontynuować działalność
jako WKS Wawel Kraków.

W 1959 r. Wawel dysponował solidnym, drugoligowym składem. Jak przystało na klub wojskowy, duży nacisk kładł nie tylko na
wynik sportowej rywalizacji, ale też na wpajanie młodym ludziom ogólnie przyjętych wartości i kształtowanie postaw patriotycznych. Na trybunach zasiadali często wojskowi notable i ich rodziny. Niekiedy prowadziło to do sytuacji, których można było ze świecą szukać na innych stadionach. Problem chuligaństwa na meczach to sprawa wcale nie nowa, znana też i
ówczesnym realiom i myślę, że będzie i o tym sposobność pogawędzić. Wspominam o tym, albowiem kilka kolejek po meczu Wawelu z
Unią, na krakowskim stadionie doszło do próby oceny pracy sędziego bynajmniej nie przez kwalifikatora, ale przez jednego z krewkich kibiców najwyraźniej niezadowolonego z pracy arbitra.
Schodzący do szatni sędzia pewnie ze zdumieniem skonstatował, że ... urosła mu trzecia noga, co nawet jak na warunki krakowskie wydawało się być nadmierną ekstrawagancją. Nie wiem, czy sędzia uspokoił skołatane serce, gdy odkrył, że trzecia noga nie należy do niego, ale do miejscowego kibica, który najwyraźniej zmierzał do obalenia arbitra na murawę. Podłożenie nogi sędziemu nie uszło uwadze piłkarzy Wawelu, którzy sprawnie rozplątali obu gentelmenów, po czym jednego z nich /na szczęście nie doszło do pomyłki/, wyprowadzili poza obręb stadionu. W akcji desantowej wyróźnił się bramkarz Pająk, ale kroniki milczą, czy otrzymał za to dodatkową przepustkę. 

Mecz Wawel - Unia przyszło oglądnąć 5 tysięcy fanów kopanej. Unia zagrała w składzie: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy,Nowak, Witek, Czarnecki, Rusinek, Dubiel, Spodzieja, a to oznaczało tylko jedną zmianę w porównaniu z pierwszym meczem - za Kuciewicza zagrał bardziej doświadczony Palemba. 
Gra Unii do przerwy wszystkich zaskoczyła. Jaskółki wcale nie zamierzały się bronić, czym
wprawiły w zakłopotanie wojskowych strategów. Podług wojskowych map i  podręczników zespół przyjeżdżający, na dodatek będący beniaminkiem, winien nie wychylać się z okopów. Tymczasem Unia nie tylko nie czaiła się w swoim szańcu, ale nawet przysposabiała się do ostrzału miejscowej bramki.
Na koncie Jaskółek odnotowano wiele składnych, ofensywnych akcji. Swoje szanse na zdobycie gola mieli m.in. Dubiel i Witek, ale ich nie wykorzystali. W pozostałych przypadkach
niezawodnie spisywała się obrona gospodarzy. Jaskółki, mimo że w pierwszej połowie wyraźnie dominowały na boisku, nie potrafiły
zdyskontować swojej wyższości i po 45 minutach był bezbramkowy remis.
Jeśli ktoś mógł w związku z tym głęboko odetchnąć, to napewno byli to fani Wawelu.
Prawie wszystko zaczyna się i kończy w szatni. Jeśli zachowuje się reguły i przepisy, meczu nie można wygrać przed jego rozpoczęciem. Osobiście jednak uważam, że odwrotna sytuacja jest możliwa - mecz można przegrać
w szatni. Z treści odręcznych notatek poczynionych na wyciętym z gazety
sprawozdaniu z tego meczu wnoszę, że taka właśnie sytuacja przydarzyła się Unii w Krakowie. Trener Jaskółek uznał, że kolejne 45 minut meczu należy poświęcić na obronę wyniku. Zespół wyraźnie się cofnął i
wszystkie swoje siły podporządkował destrukcji. Nawet nasz supersnajper - Rusinek, otrzymał zadanie wspierania kolegów z defensywy i w nowej roli nie czuł sie chyba najlepiej. Była to woda na młyn doświadczonego Wawelu. Nazbyt często pod naszą bramką zaczął
dzwonić dzwonek alarmowy, ale nie wyciągnięto z tego wniosków.
Szczególnie wiele do myślenia powinna dać sytuacja z 52 minuty, kiedy to Szola wyszedł na pozycję sam na sam z naszym bramkarzem, ale czujność i refleks Czekanowskiego zapobiegły stracie gola.
W 75 minucie nikt już jednak nie obronił Jaskółek przed utratą bramki.
Danielowski z zimną krwią wykorzystał chwilę nieuwagi obciążonych ponad miarę obrońców i z bliska wpakował piłkę do naszej siatki !.
Wawel wyszedł na prowadzenie !.
I dopiero wtedy Unia zaczęła grać piłkę, do której była najbardziej predystynowana. Jaskółki rzuciły się do odrabiania straty i ataku, a rozwój sytuacji potwierdził nasze niemałe w tym elemencie gry możliwości. W 80 minucie okazało się, że Pająk potrafi nie tylko wyprowadzać niesfornych kibiców ze stadionu, ale umie - i to jak ! - wyprowadzić swój zespół z opałów. Jego obrona potężnego uderzenia Spodzieji była rewelacyjna i skuteczna. Jeszcze
Rusinek spróbował szczęścia strzałem z dalszej odległości, ale piłka minimalnie przeszła obok słupka. Sędzia zakończył mecz, Unia
przegrała 0 : 1
. Na pociechę dla pokonanych zostały świetne recenzje.
Opinia mediów i obiektywnych kibiców była jednomyślna - beniaminek zasłużył swoją postawą na remis.
Piłkarze Unii, pomimo porażki, wracali do domu z podniesionymi głowami, podobnie jak i kibice, którzy na dodatek wierzyli, że podobnego błędu
taktycznego, jak na Wawelu, już nie powtórzymy.

Mecz towarzyski UNIA - STADLAU .

Krótką przerwę w rozgrywkach Unia spożytkowała na towarzyskie spotkanie z austriackim zespołem Stadlau.
30 marca 1959 r. Jaskółki podejmowały na własnym stadionie zespół, z którego wywodził się w przeszłości m.in. wielokrotny reprezentant Austrii, brązowy medalista Mistrzostw Europy z
1954 r. - Ernst Ocwirk, póżniejszy trener m.in FC Koeln, czy Admiry. Obecnie Stadlau stanowi m.in. młodzieżowe zaplecze dla Austrii Wiedeń.
Przyjazd Austriaków do Tarnowa robił wrażenie. Robił je do pierwszego gwizdka sędziego. Póżniej Jaskółki rozniosły gości 6 :1 !. Niestety, ale nie zachowały mi się nazwiska zdobywców bramek, pewnie z uwagi na ich liczbę nie nadążano z ich odnotowywaniem.
W kronikach Stadlau na próżno szukać tego meczu,  z jakichś powodów nie jest on eksponowany  w historii tego klubu.
Unia pokazała w tym spotkaniu iście husarską fantazję, więc i pewnie Austriacy wyjeżdżali od nas z niewzruszonym przekonaniem, że Jan Sobieski wywodził się z Tarnowa. Zagadką dla kibiców było, czemu tak przeciętny zespół zdecydował się na przyjazd z Wiednia do naszego miasta, niektórzy spekulowali, że może na zakupy ...


Sezon 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !

3 kolejka : UNIA TARNÓW - LEGIA KROSNO

Ponownie 5 tysięcy widzów przybyło na stadion Jaskółek, by zobaczyć, kto okaże się lepszy: nieobliczalny i zbierający pochlebne oceny
zespół gospodarzy, czy o wiele bardziej doświadczeni goście.
Wielu sympatyków Unii pochylało się nad tabelą rozgrywek; układ sił po pierwszych dwóch kolejkach zapowiadał niemałe emocje.
Legia w 2 - ej kolejce wygrała u siebie z Walterem Rzeszów 2:0.
Unia Racibórz potwierdziła, że jest mocnym teamem i wygrała z faworyzowanym Piastem Gliwice 2:1.
W pozostałych meczach padły następujące wyniki:
Concordia Knurów - Naprzód Lipiny 2:0,
Stal Mielec - Stal Sosnowiec 0:1,
Stal Rzeszów - Szombierki Bytom 1:0.

Ale tabele trzeba już odłożyć na bok, bo oto na murawie pojawiają się piłkarze, a więc znowu haust powietrza /i niestety, ale w przypadku niektórych nie tylko powietrza/ do gardła i gremialne "UNIA, UNIA !!!" znowu niesie się po Mościcach.
Jaskółki zagrały w składzie: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy,Nowak, Witek, Czarnecki, Rusinek, Dubiel, Spodzieja, a więc było to identyczne zestawienie, jak w przegranym meczu z Wawelem.
Legia była na ówczesnej scenie piłkarskiej klubem bardziej rozpoznawalnym, aniżeli tarnowski beniaminek.
Miała już za sobą przygodę z drugą ligą w sezonach 1951 - 1953, z tym że występowała wówczas na II froncie jako Włókniarz Krosno.
Jak wiadomo żadna z tych nazw nie przetrwała do lat dzisiejszych, a na boiskach uganiają się już Karpaty.
Ponownie do II ligi Legia zawitała w 1957 r., co dawało jej przewagę nad Unią i w doswiadczeniu i w pewności siebie.
Jedno było pewne: Legia do Tarnowa przyjechała bynajmniej nie na zakupy, ale po zwycięstwo.
Jednak odnotować należy, że w tamtych czasach relacje między na pozór odległymi klubami były dość zażyłe i sympatyczne, a to za sprawą ... żużlowców. W 1957 r. na torze w Krośnie Uniści rozgrywali bowiem swoje mecze ligowe, jako "gospodarze" spotkań.

Na początku meczu widać wyraźnie było, że Legia wzięła sobie do serca wyniki, a zwłaszcza recenzje po wcześniejszych występach gospodarzy. Rozpoczęła mecz asekuracyjnie,
grając wzmocnioną obroną. Ataki gości nie były zbyt częste, a w każdym przypadku błyskawicznie likwidowane przez nadzwyczaj uważnie grającą obronę Unii, w której prym wiedli Białas i grający z dużym
poświęceniem Tyliszczak. Jego udane wślizgi wywoływały aplauz na trybunach. Legia nie potrafiła wypracować sobie klarownych sytuacji podbramkowych, a to oznaczało, że nasz atak może rozpocząć "walca", który szybko winien zamienić się w ognistą "sambę".
Z czasem sporadyczne ataki Legii stawały się jeszcze rzadsze, a to z kilku powodów. Przede wszystkim Krośnianie byli do nich zniechęcani
przez twardo i bezbłędnie poczynającą sobie obronę Unii, a co równie istotne, musieli coraz więcej uwagi poświęcać na obronę swojej
bramki. Linie ofensywne Unii poczynały sobie rzeczywiście śmiało, pchane do
przodu przez aktywną pomoc, w której wyróżniał się harujący za kilku Nowak.
Na efekty świetnych poczynań Unistów nie trzeba było długo czekać.
Już w pierwszej połowie stadion oszalał z radości. Niesamowicie aktywny
Witek, raz po raz pojawiał się pod bramką gości, stanowiąc dla niej nieustanne zagrożenie, ale to nie On zdobył pierwszego gola. Mógł się jednak cieszyć z niego w takim samym stopniu, jak szczęśliwy strzelec
bramki. Kiedy w swoim kolejnym rajdzie Witek minął obrońcę gości dostrzegł sprytnie wychodzącego na pozycję Rusinka, któremu udało się na moment uśpić czujność pilnującego go rywala. Rusinek gnał w
zasadzie nie pilnowany na bramkę, a spóźniony obrońca próbował jedynie wybić go z rytmu, przytrzymując za koszulkę. Witek całą
sytuację znakomicie ocenił i gdy Rusinek znalazł się w pobliżu bramki, na jego nogę dosłownie spłynęla piłka, po superprecyzyjnym podaniu Witka. Bramkarz zaabsorbowany akcją Witka nie miał już szans na zasłonięcie tego fragmentu bramki, przed którym znalazł się Rusinek.
Ten ostatni nie zwykł marnować takich okazji. Strzał i gooool ! Unia prowadziła z Legią 1 : 0 !.
Ale na tym nie skończyły się dobre wieści dla fanów Unii.
Sprawiedliwości stało się zadość: drugiego gola uzyskał dla nas Witek i na tę bramkę jak najbardziej zapracował !!!.

Unia wyszła na prowadzenie z Legią Krosno 2 : 0 !!! i takim też rezultatem zakończyła się pierwsza odsłona meczu; czy kibicowi trzeba było coś więcej do szczęścia ?!
Odpowiedż na wyżej postawione pytanie oczywiście brzmiała: taaak, albowiem dusza kibica nigdy zaspokojoną nie będzie !.
Rozumieli to i piłkarze, serwując w dalszej części swoim fanom niezłe desery. Co prawda po zdobyciu drugiego gola zaczęli grać w wolniejszym tempie, ale za to pokazali kilka zagrań, jak to dawniej mówiono "pod publiczkę".
A to "siatkę" założyli rywalowi, a to popisali się technicznym uderzeniem z dalszej odległości /Spodzieja z ok. 25 m/, a to wreszcie za sprawą głównie Rusinka pokazali kilka ładnych solowych akcji. Rusinek wybierał się co prawda z piłką sam przeciwko 3 - 4 rywalom, ale i tak niejeden zwód mu wyszedł, co wzbudzało aplauz u kibiców. Niektórzy twierdzą, że podochocony napastnik Unii przedryblował nawet swojego kolegę z drużyny, ale akurat tej wieści nie dawałbym wiary.

W każdym razie było wiele ładnej gry dla oka, która jak wiadomo nie zawsze idzie w parze ze skutecznością, ale która cieszy duszę kibica,
zwłaszcza gdy wynik jest korzystny.
I wynik pozostał korzystnym do końca tego meczu !!!.
Legia nie zdobyła nawet honorowego trafienia. <span style="backg

Zobacz serwisy INTERIA.PL